PiSowcy uczcie się!

31 Styczeń 2010

(podkr. moje – MF)

Ileż to razy Was w najprzeróżniejszych programach lżono, obrażano, znieważano….? Nabijano się z Was, coś Wam insynuowano i imputowano…. Przekłamywano Wasze słowa, je nadinterpretowywano…. Itd. itd. A Wy, jak bezradne dzieci sobie na to pozwalaliście, dziarsko człapaliście do tych stacji, w których robiono takie rzeczy, dawaliście jeździć sobie po głowach, ustawiać w narożniku Was do młócki. I czuliście się z tym wspaniale, ba ten stopień zażyłości z tymi, którzy jakoby Was tak ostro atakowali i atakują, to też zastanawia. Parcie na szkło, brylowanie w redakcjach (telewizyjnych, radiowych i prasowych), ten narcyzm, by choć raz w tygodniu zobaczyć swoją twarz w telewizorze, usłyszeć swój głos w radio lub przeczytać swoje wywody w gazecie. I tak bezustannie od 4-5 lat dajecie sobą kręcić przez media, w których jesteście nieomal “zadomowieni”, i z którymi żyjecie w symbiozie. A później, jakiś taki faryzeizm, że nas media zwalczają, i “to wszystko przez nie”. Ale żeby choć zrobić to, co Pitera, to jakoś nie za bardzo wystarczało determinacji.

A wiecie, dlaczego Pitera może tak zrobić w państwowym TVP.Info? Ano dlatego, że ma w odwodzie alternatywę w postaci TVN’u i Polsat’u, gdzie ją na rękach będą nosić. Ona zresztą w odwrotny sposób korzysta z tego, co ja ująłem następująco:

Jeśli prawdą na elementarnym poziomie I roku studiów (a może nawet i ostatniej klasy liceum) politologicznych, socjologicznych, dziennikarskich i tym podobnych jest to, że w dzisiejszych czasach, by wygrywać wielkie bitwy socjotechniczne, to trzeba posiadać coś więcej niż salki katechetyczne bądź kluby przy jakichś remizach, to strategia Berlusconiego jest jak najbardziej jasna i oczywista. Tak, ów magnat medialny wpierw stworzył swoje medialne imperium, by dzięki temu móc się uniezależnić od wiszenia u klamki mainstreamu, zaś dopiero później, gdy jego imperium okrzepło, wszedł w wielką politykę. Będąc ciągle klientem u zlewaczałego mainstreamu nie byłby w stanie stworzyć alternatywnej broni w walce socjotechnicznej, przy pomocy której zapewnił potencjał swojemu ruchowi politycznemu. Gdy jakieś tam makaroniarskie Wojewódzkie, Majewskie, Miecugowy, Sekielskie, Morozowskie, Lisy et tutti quanti naparzałyby w Berlusconiego i jego partię, to onże na swoim gruncie i z własnej “flanki” się mógł tamtym ostrzeliwać. I nie musiał człapać do państwowego RAI, by mieć rachityczne poletko do kontrpropagandy. Toż w końcu każdy zrozumie, że gra się tak, jak przeciwnik na to pozwala, a trudno na jego terytorium narzucić jemu własne warunki.

Oczywiście, że tak, że Walter z Wejchertem, Michnik, Solorz i całe to środowisko stworzyli medialne “dywizje”, by m.in. z ich pozycji różne Pitery mogły się ostrzeliwać i rozwijać kontrofensywę. Stąd też może ona spokojnie wyjść w proteście ze studia TVP.Info. A Wy co macie? Ogryzek telewizyjnego okienka w państwowej telewizji, coś tam w państwowym radio, niszową stację telewizyjną i niszowe radio z niszowym dziennikiem, niszowe tygodniki…. Właściwie, niewiele. I co? Dalej nie chcecie robić ogólnopolskiej stacji telewizyjnej, ogólnopolskiej stacji radiowej, ogólnopolskiej prasy (bo pozycja “Rzeczpospolitej” jako gazety z Wami sympatyzującej, też jest niepewna) ….? Na co czekacie i liczycie? Na następną “Kampanię 21 października”? “Zmień kraj.”, “Idź na wybory.”, “Zabierz babci dowód.” Co? Na co liczycie?


Propagandzistko!

29 Styczeń 2010

Boli? To dobrze. Ma boleć!


Las widzicie a drzew nie dostrzegacie.

29 Styczeń 2010

Dzisiaj, „the Day After”, tj. po rezygnacji przez Tuska z ubiegania się o prezydenturę, prawicowa blogosfera bezproduktywnie podnieca się bądź to analizowaniem jego „zmienników” bądź wnikaniem w powody rezygnacji bądź też reakcją platfusianych lemmingów bądź masą innych bzdetów z tym związanych. A ja mówię, las widzicie lecz drzew nie dostrzegacie. Parę słów o tym, co to jest strategia i taktyka.

Strategią nazywamy „dział sztuki wojennej obejmujący przygotowanie i prowadzenie wojny jako całości oraz jej poszczególnych kampanii i bitew.” (/red./ M. Szymczak, Słownik języka polskiego, 1996) Z kolei taktyka, to „1. sposób, metoda postępowania, mająca doprowadzić do osiągnięcia określonego celu; działanie według obmyślonego planu. (…) 2. część sztuki wojennej, obejmująca teorię i praktykę prowadzenia walki przez jednostki różnych rodzajów wojsk.” (tamże) Strategia, to las, zaś każde w nim drzewo i każdy krzak, to taktyka. Chcąc np. utrzymać zdrowy las, robi się wycinki, nasadzenia itp. Operując więc w zakresie poszczególnych, składających się na las, elementów bądź ich grupach, kształtuje się w ten sposób las jako całość. Można zauważyć, że Salon, Układ, neopeerel, jak zwał to zwał, realizując strategię przydaje prymat taktyce. Z kolei, tzw. „obóz IV RP” na pierwszym miejscu stawia właśnie strategię, zaś taktykę traktuje jako element uzupełniający. Moim zdaniem jest to błędne podejście.

„No dobra” – powiecie. „Co to ma wspólnego z tematem wpisu?” – dodacie. To ja powiem tak. Dla Salonu, Układu, neopeerelu itp. strategią jest, by prowadząc wojnę z, tzw. „obozem IV RP” – określanym inaczej jako „kaczyzm” – nie dopuścić do restauracji tego ostatniego. By to osiągnąć, Salon dysponuje niezbędnymi zasobami kadrowymi, finansowymi, organizacyjnymi oraz wiedzy, czego byliśmy świadkami podczas „Kampanii 21 października” lub ostatnich euro-wyborów. Zasoby te, ma się rozumieć, są racjonalnie i optymalnie wykorzystywane, tzn. ledwo co zużywane w trakcie „względnego” spokoju, natomiast błyskawicznie i intensywnie uruchamiane w momentach mających istotne znaczenie (kampania wyborcza, sytuacje konfliktowe, kryzysogenne itp.). Z czego bierze się błyskawiczne i intensywne uruchamianie tych zasobów? Myślę, że wynika to z planowania uwzględniającego różne warianty rozwiązań, skalibrowanego pod kątem nakładów kosztów i spodziewanych korzyści, obejmującego różne przedziały czasu, zakładającego pewną elastyczność, „obudowanego” procedurami awaryjnymi, ustrukturalizowanego według pośrednich i bezpośrednich związków pomiędzy poszczególnymi elementami bądź ich grupami. Planowanie takie podlega ciągłemu modyfikowaniu, testowaniu, okresowemu i wyrywkowemu weryfikowaniu, wreszcie analizowaniu pod kątem każdego zawartego w nim elementu, ich grupie (bądź grup) a także całości. Położenie nacisku w jednym miejscu ma czymś skutkować w innym, podobnie jest w przypadku poluzowania. Ułożenie poszczególnych elementów ma strukturę hierarchiczną, funkcjonalnie i logicznie powiązaną oraz zakładającą relacje pionowe i poziome. Właściwie można powiedzieć, że wyczerpuje to całość wiedzy z zakresu organizacji, zarządzania, projektowania i w pewnej części zagadnień logistycznych. Korzysta to także z dorobku nauki o organizacji i przetwarzaniu danych, informatyki i programowania, a także socjologii, psychologii społecznej, politologii i historii. Wszystko to jest podporządkowane formowaniu, organizowaniu, realizowaniu, weryfikowaniu i analizowaniu celów taktycznych. Ponadto, zawiera to relacje bez- i pośrednie wewnątrzśrodowiskowe (wewnątrzgrupowe) oraz międzyśrodowiskowe (międzygrupowe). Osią główną jest tutaj taktyka. To z niej mają brać się działania uwzględniające krótką, średnią i długą perspektywę czasową. Każdy przejaw przypadkowości jest minimalizowany, względnie neutralizowany. Zresztą jego pojawienie się jest również wnikliwie badane. Tyle można by rzec teorii.

Jak to wygląda w praktyce? I tutaj wróćmy do rezygnacji Tuska z ubiegania się o fotel prezydenta. Z perspektywy PiS’u decyzja taka jawić się może jako niedorzeczna, więcej, jako szaleństwo. A jak to mówią, „W tym szaleństwie jest metoda.” Zaś to ostatnie, to, jak widzieliśmy w przytoczonych definicjach, jest emanacją taktyki. Niedorzeczność, rejterada, błąd daje się już usłyszeć i przeczytać. Błąd, ma się rozumieć, Platformy Obywatelskiej lub neopeerelu jako całości. Co w związku z tym myśli o tym Mistrz? Zobaczmy. Wódz winien zachować najdalej idącą ostrożność wobec oczywistych błędów, niby przypadkiem popełnianych przez wroga. Za błędami takimi kryje się zawsze podstęp, gdyż jasne jest, że ludzie nie mogą być tak bardzo nierozważni. Jednakże często się zdarza, iż żądza zwycięstwa zaślepia dowódców, którzy dostrzegają to, co wydaje się im korzystne. (N. Machiavelli, Rozważania, ks. III, rozdz. XLVIII). „Las widzicie, a drzew nie dostrzegacie.”, zda się więc mówić Florentczyk. Dlaczego? Otóż sądzę, że Salon, Układ, neopeerel postanowił przeprowadzić pewne przegrupowanie. Wycofując Tuska z tej rozgrywki na osiem miesięcy przed pierwszą turą zyskuje w ten sposób miejsce do precyzyjnego plasowania „zmiennika”. Jednocześnie „zdejmując” w ten sposób z pierwszej linii głównodowodzącego niejako „oślepia” wojska przeciwne, gdyż te, nie wiedząc kto w rozstrzygającym momencie stać będzie na czele wrogiej armii, mają utrudnione zadanie wywnioskowania jej planów. Do czasu, kiedy Tusk był kandydatem w wyścigu o prezydenturę, możliwe było w miarę precyzyjne wnioskowanie o sposobach realizowania przez niego planu głównego. Teraz jest to utrudnione, gdyż jego „zmiennik” może bądź to realizować plan swojego poprzednika bądź wprowadzić swój własny, którego przeciwnik nie mógł się wcześniej domyślić. Można oczywiście przypuszczać, że „zmiennik” został już przygotowany, wyposażony w plan realizacyjny oraz przeznaczony do wejścia „w bloki startowe” w momencie, kiedy Prawo i Sprawiedliwość nie będzie już miało czasu na przygotowanie i wdrożenie kontr-planu. Nie można również nie zakładać, że przeciwny PiS’owi obóz nie przeprowadzi zmasowanej kampanii promocyjnej na rzecz „zmiennika”, która przytłoczy kontr-kampanię PiS’u.

„Zmiennik” będzie traktowany jako coś wyjątkowego, nadzwyczajnego, z misją i wizją. Jako coś nowego, świeżego, mimo że realnie tak wcale być nie musi. W zasadzie można by się spodziewać tego całego arsenału tricków, gagów, technik, metod, scenariuszy itp., które zostały użyte w dwóch kampaniach Kwaśniewskiego. Według sztampy, „Dla każdego coś miłego” (oferta dla feministek, kochających „inaczej”, budżetówki, biznesmenów, gospodyń domowych, różnych grup zawodowych, pracowników najemnych). Jest nieomal oczywiste, że będzie to zmodyfikowane i przykrojone do dzisiejszych realiów. Odwoływać się to będzie do dzisiejszych obaw, pragnień i dążeń Polaków. Dystansować się to będzie od skompromitowanych rządów Platformy, , by w ten sposób propagandowo zapewnić „neutralność” nowemu projektowi przy jednoczesnym zwalczaniu „kaczyzmu”. Sądzę, że Salon, Układ, neopeerel będzie chciał „zmiennikowi” zapewnić kampanię będącą pewną syntezą kwaśniewskomanii, obamomani i tuskomanii z czasów wcześniejszych. Ma się rozumieć, że będzie rąbana melodia na nowoczesność, „europejskość”, demokratyzm, wybierania przyszłości, reformizm i ogólnie „kochajmy się”. Kampania na „zmiennika” dostanie całą masę czasu antenowego (w telewizjach i radio), szpalt w gazetach, promocji na portalach internetowych, wsparcia bezliku grup wolontariuszy etc. etc. Właściwie, to wszystko jest znane.

Cóż zatem powinno robić PiS i jego sympatycy? Moim zdaniem powinni przebudować proporcje zainteresowania tym, jaki obecnie jest stan po stronie Salonu, Układu, neopeerelu etc. etc., w kierunku zwiększenia obecności na własnym polu. Nie mówię, rzecz jasna, by tamten obszar porzucić i przestać się nim zajmować. Oczywiście dalej należy go „monitorować”, jednak roztrząsanie tego, kto będzie „zmiennikiem”, dlaczego Tusk zrezygnował, jaka była reakcja platfusowych lemmingów itp., oznacza pozostawanie cały czas na polu przeciwnika. A nie jest to dogodna pozycja do rozwijania własnej taktyki, planowania uderzeń, kontruderzeń, kamuflażu itp. Tamtych to mniej interesuje to, kto będzie „zmiennikiem”, mimo że bezustannie w mediach ten temat jest eksploatowany, byleby ochronił salonowe „zdobycze”. Zajmowanie się zaś tym ze strony PiS’u i jego sympatyków jest mimowolnie robienie Salonowi kampanii i pośrednim wspieraniem któregokolwiek z hipotetycznych „zmienników”. PiS oraz jego sympatycy powinni więc więcej czasu, którego coraz mniej, poświęcać na promowaniu naturalnego kandydata tego ugrupowania i/lub jego ewentualnego „zmiennika”. Najistotniejsze jest w związku z tym jak najintensywniejsze uprawianie własnego „ogródka”, gdzie i jak się da go powiększanie, by prowadząc kampanię pozytywną nie dać się wciągnąć w kampanię negatywną, w prowadzeniu której obóz przeciwny jest znacznie lepszy. Jest to bowiem narzucenie sobie stylu dyktowanego przez przeciwnika. Skutkiem tego może być zamotanie się we własne nogi i potknięcie się, co bezlitośnie będzie przez niego wykorzystane. PiS oraz jego sympatycy powinni przyjąć postawę, „Problemy tamtych, to ich problemy. My mamy własne sprawy.” i te ostatnie konsekwentnie, metodycznie, systematycznie, logicznie i w sposób zorganizowany rozwiązywać. To moim zdaniem oznacza to „przebudowanie proporcji”. Reasumując, PiS oraz jego sympatycy, czy też ogólnie szeroko rozumiana prawica, powinni myśleć kategoriami operacyjno-taktycznymi, tzn. zejść z poziomu ogólnie pojętej strategii, by zacząć dostrzegać właśnie pojedyncze drzewa i krzaki. W przeciwnym razie, po raz kolejny prawica da się wpuścić w – nomen omen – maliny.


FYM’ie już Tobie wyjaśniam.

29 Styczeń 2010

Free Your Mind komentując wpis Defetyka, Genialny mąż szachownicy, mapisał był:

ja też jestem zaskoczony tą natychmiastową zbiorową radością, niemalże jakby Tusk już wygrał wybory prezydenckie :) Może niektórym ludziom, zwłaszcza jeśli fanatycznie uwielbiają swoją partię (bez względu na stopień jej aferalnego pogrążenia), wystarczy jednym ruchem przestawić coś w głowach i już myślą po nowemu? Wprawdzie kojarzy mi się to z taką tresurą jak za sowietów…. To uwielbienie jest przecież na zasadzie: czegokolwiek nie zrobi/nie powie król sondaży, będzie dobrze.

No czyż ja może o tym nie pisałem? Sprawdźmy:

Dobrze wykonana narracja ma zatem powodować to, by odbiorca przyjął dany przekaz (następne „zombie” z arsenału socjotechniki) na wiarę a nie na rozum. Tak zbudowana konstrukcja daje się później łatwo powtarzać, przekształcać i dopasowywać. Wystarczy bowiem w miejsce jednego modułu wstawić jakiś inny, by nie naruszając części podstawowej struktury osiągnąć zaplanowany efekt w innym, pożądanym, miejscu. Tutaj liczy się ekonomia zakresu. Chodzi więc o to, by móc sprzedać masowo cokolwiek, nawet zwyczajny bubel, byle ciągle zapewniony był na niego zbyt w tych segmentach rynku (również politycznego), w których nabywca nie charakteryzuje się wyszukanym gustem i aspiracjami konsumpcyjnymi. Proszę zauważyć, iż handlowo najbardziej prymitywna tandeta jest „obudowana” w przeważającym (bądź największym) stopniu jak najbardziej prymitywną marketingową narracją, która w konsumencie ma zastępować racjonalność wyboru i samodzielne dojście do przekonania o rzeczywistej potrzebie posiadania takowego lub innego bubla. Konsument już nie musi wiedzieć, że coś chce kupić, on musi zaś tego chcieć. Podobnie rzecz ma się w przypadku marketingu politycznego (ergo, narracyjnego bądź politycznym PR’ze). Konsument (wyborca) nie musi już wiedzieć o tym, że chce kupić (wybrać) dany produkt (partię polityczną, lidera), on musi jedynie wykonać, oczekiwane od niego, działanie, tj. dany produkt kupić bądź wybrać daną partię lub lidera. Nie musi, a wręcz nie powinien, przy tym zastanawiać się nad racjonalnością danego działania. By taki stan był osiągnięty, ów konsument (wyborca) musi zostać plastycznie uwarunkowany, wskutek różnych narzędzi treserskich, do których narracja się zalicza.

Stąd właśnie uważam, że Prawo i Sprawiedliwość nie powinno zbytnio się spieszyć z otwieraniem szampana w związku z decyzją Tuska. Dlaczego? Sądzę, że są ku temu następujące powody.

  • Projekt “Tusk prezydentem” był wariantem ćwiczebnym, gdzie Tusk miał pełnić rolę zderzaka. I skupiać uwagę opinii publicznej na sobie w kwestii prezydentury.
  • Trwający od miesięcy “zjazd” Tuska w dół był, moim zdaniem, coraz widoczniejszym “wygaszaniem” tego projektu. Coraz gorsze sondaże, coraz gorsza prasa w salonowych gazetach, coraz częstsze nabijanie się z niego w różnych TVN’ach i Polsatach.
  • Wywalenie afery hazardowej, to popuszczenie przez Salon pary z zaworu bezpieczeństwa. Ustalenia będą takie, że będą potwierdzały to, co i tak jest znane opinii publicznej od wielu lat. Płotki polecą, szefowie szefów będą mogli spać spokojnie.
  • Sądzę, że skoro dzisiaj Wielki Zawiadowca, w wyścigu o prezydenturę, odstawił Tuska na boczny tor, to nową lokomotywę ma już gotową. Jeszcze jej nie może pokazać, bo jest trochę za wcześnie, jednak ona może okazać się zaskoczeniem.
  • Neopeerelczycy i tak zagłosują zgodnie ze wskazaniem “Wyborczej”, “Polityki”, TVN’u, Polsatu i tym podobnych mediów, niezależnie od tego, kto będzie im podsunięty. Część zrobi to z całkowitego lenistwa i ociężałości umysłowej. Część po to, by znowu pokazać się, że jest trendy. Ale również będą tacy, którzy zagłosują całkowicie świadomie na zasadzie “Byleby tylko nie wygrał jakiś pisior.” Ciągle obowiązuje wytyczna – “Wszystkie ręce na pokład!”

Myślę, że to są główne powody. A jakie jeszcze inne, to dopiszę. Odstawienie Tuska na boczny tor należy rozpatrywać w kategoriach nie strategicznych lecz taktycznych. Strategia jest ciągle ta sama, tzn. niedopuścić do powstania czegokolwiek, co byłoby IV RP. Taktyka zaś uwzględnia wymianę zderzaków. To, kto będzie chronił interesy Salonu, to nie ma absolutnie żadnego znaczenia. I tego należy się trzymać.


I tyle się naskrobała

28 Styczeń 2010

Ha oczywiście, że znacie! Nawet bardzo dobrze. Wobec czego jest okazja, by się pośmiać. No to zaczynamy.

(ramka moja)

A tutaj (przewinąć do dołu) jest pełniejsza wersja, by ktoś mi coś-tam, coś-tam.

Jest też taka sugestia do “Biblioteki”. Szanowni Magicy, nie żebym coś suponował. Ale może czas już, by Szanowną Blogerkę zdjąć z wizji? Jeszcze trochę a gotów jestem pomyśleć, że to jest tajna broń Genialnego Stratega.


Już mi się przejadło.

26 Styczeń 2010

Dzisiaj dr politologii, Marek Migalski, odpowiedział na swoim (w S24) blogu red. Rafałowi Ziemkiewiczowi:

(…) No i teraz Rafał Ziemkiewicz pisze o tym, że my, PiS, nie wykorzystujemy takich okazji. Wykorzystujemy, wykorzystujemy, tylko że to się zupełnie nie odbija [podkr. moje - MF] w prasie i w innych mediach. To nie ospałość pisowców, ale nierychliwość świata dziennikarskiego [podkr. moje - MF] na tego typu wpadki rządu jest przyczyną publicznego milczenia w sprawie kolejnych wtop PO. Wiem, że brzmi to jak typowe pisowskie użalanie się na media, ale niestety tak to jest. Wzywam zatem Redaktora Ziemkiewicza do samokrytyki za ten nieuzasadniony atak na moją ulubioną partię. I do zachowania rewolucyjnej czujności w opisywaniu środowiska dziennikarskiego, a nie ciągłego atakowania PiS.

Przepraszam, ale mnie się już przejadło to bezustanne płaczliwe lamentowanie, że „media to”, „media sio” i „media owo”. Mam już tego dość. Ileż musi być pokładów cwanego liczenia na sklerozę wyborców, by nie przypomnieć sobie, że Jarosław Kaczyński ze swoim bratem oraz Prawo i Sprawiedliwość jak burza szli na fali wznoszącej do wyborów w 2005 r. przy praktycznie rzecz biorąc podobnym odporze mediów. Można sięgnąć po tamte wypowiedzi i je przytoczyć. I może coś się od tamtego czasu zmieniło? Nie, moim zdaniem, dosłownie nic się nie zmieniło.

Sposób na te media, Szanowni Państwo z PiSu?

  • Jak wyglądała historia „Gazety Wyborczej”?
  • Co możecie o tym powiedzieć?
  • Co może prezes Kaczyński powiedzieć m.in. o Adamie Michniku, czego nikt nie wie, a co byłoby znaczące?
  • Co może prezes Kaczyński powiedzieć o ITI i Polsacie?
  • Dlaczego ustawa lustracyjna, która zakładała lustrację dziennikarzy, została sfuszerowana?
  • Dlaczego całość, tzw. „szafy Lesiaka” nie została opublikowana?
  • Dlaczego cała masa, zapowiadanych przez ekipę pisowską oraz przez pana prezesa Kaczyńskiego, tzw. „porażających” faktów, których ujawnienie (opublikowanie) miało doprowadzić do politycznego tsunami w Polsce nie zostało w czasach rządów pisowskich w końcu upublicznionych?
  • Dlaczego politycy PiSu brylują „na kozetce” u Lisa, w „Teraz My” Morozowskiego i Sekielskiego i podobnych programach?
  • Dlaczego PiS nie zdelegalizowało SLD, o czym była mowa w kampanii w 2005 r., zamiast tego zniszczył „przystawki”?

Takich „dlaczego” można by zadawać jeszcze więcej. I jeszcze jedno. Który to polityk-twardziel boi się tego, że coś tam o nim ktoś tam nasmaruje gdzieś w jakimś pisemku? Może brak pewności siebie, może wiedza o swoich ograniczeniach (kompetencyjnych, wiedzy, umiejętności i kwalifikacji), może świadomość istnienia swoistych „zagadek”… ? Co, co determinuje, że na mównicy w sejmie to jest się „macho”, a w studiu się wymięka?

Czy PiS w końcu rąbnie twardą pięścią w ten okrągły mebel z kantami? Czy wreszcie się odważy?


Dureks trafił na surogat myślenia.

23 Styczeń 2010

Co to jest może surogat myślenia? Otóż, najprostsza definicja to taka, która nazywa takie coś czymś rozumopodobnym. Kiedy z czymś takim mamy do czynienia? Wtedy, kiedy dany obiekt werbalizując swoje (?) poglądy (?) czyni to po dyletancku, niechlujnie, zniekształcając fakty bądź zwyczajnie kłamiąc, bezrefleksyjnie oraz „po łebkach” i „w pośpiechu”. Surogat myślenia przeważnie wie, że dzwonią lecz nie wie, w którym kościele. I tak też było w przypadku, z którym zetknął się komentator „Dureks” na jednej z platform hostingowych.

Mianowicie, ów komentator dowiedział się był, że sympatycy prawicy jednocześnie mają „w domu zdjęcia Piłsudskiego i Dmowskiego”, co sugeruje ów spójnik (koniunkcja) – „i”. Cała zaś fraza sugerowała, że przecietny sympatyk prawicy afirmuje obie postaci jednocześnie. Skąd wiemy, że omawiany tutaj surogat myślenia wystarczająco się skompromitował i pogrążył? Ano wiemy to stąd, że zarówno środowiska piłsudczyków jak i endecji serdecznie się nie znosiły. Toć już jest o tym przebogata literatura o tym traktująca. Na jakiej to podstawie surogat myślenia, jak nieduczony gimnazjalista, utrzymuje, że człowiek prawicy może jednocześnie afirmować piłsudczyków i endecję, skoro więcej ich dzieliło niż łączyło?

Dzieliło ich tak bardzo, że po majowym zamachu oraz po otworzeniu przez sanację obozu w Berezie Kartuskiej osadzono w nim wielu działaczy obozu narodowego. Byli wśród nich m.in. tacy, jak: Adam Doboszyński, Bolesław Piasecki, Henryk Rosman, Jan Barański, Zygmunt Dziarmaga, Władysław Chackiewicz, Jan Jodzewicz, Edwarda Kemnitz, Mieczysław Prószyński, Włodzimierz Sznarbachowski, Bolesław Świderski, Czesław Łączyński, Antoni Grębosz. Jak taki surogat myślenia może bełkotać, że pomiędzy piłsudczykami a narodowcami jest jakakolwiek sympatia skoro 28 marca 1933 władze sanacyjne zdelegalizowały narodowy Obóz Wielkiej Polski? Dalej. Co może łączyło narodowców z sanacją, skoro prawie rok później (18 marca) dokonano masowych aresztowań działaczy Ruchu Młodych Stronnictwa Narodowego? Gdzie była jakakolwiek sympatia pomiędzy sanacją a narodowcami, jeśli 12 maja 1934 r. minister spraw wewnętrznych wydaje rozporządzenia nakazujące rozwiązanie kół i oddziałów Obozu Narodowo Radykalnego? Jak sympatyk prawicy może jednocześnie afirmować Piłsudskiego i Dmowskiego, jeśli 29 maja 1934 r. Bojówka Obozu Narodowo Radykalnego ostrzelała lokal Komitetu Dzielnicowego Polskiej Partii Socjalistycznej na warszawskiej Woli? Spotkało się to zresztą z działaniami odwetowymi ze strony socjalistów (PPS) oraz komunistów (KPP), którzy zawarli ze sobą porozumienia w sprawie, tzw. „walki z faszyzmem”. W jakim to stopniu da się łączyć sanację i narodowców, jeśli 13 czerwca 1934 r. piłsudczycy zamykają prasowy organ narodowców „Sztafetę”? Czy surogat myślenia może wyobrazić sobie przyjaźń pomiędzy piłsudczykami a endecją, jeśli 10 lipca 1934 r. ukazał się oficjalny komunikat o delegalizacji Obozu Narodowo Radykalnego? Gdzie są te oznaki przyjaźni pomiędzy jednymi i drugimi, skoro 10 października 1936 r. władze sanacyjne dokonują zamknięcia drukarni narodowo radykalnego pisma „Sztafeta” (Nowa), miesiąc później rozpoczyna się proces uczestników zjazdu organizacyjnego Ruchu Narodowo Radykalnego „Falanga” w Kątach, 14 czerwca 1937 r. rozpoczął się proces Adama Doboszyńskiego w związku z wyprawą myślenicką, 14 lutego 1938 r. nastąpił napad na redakcję „Dziennika Wileńskiego”, zaś 22 kwietnia 1938 r. doszło do oficjalnego zerwania wszelkich stosunków pomiędzy Ruchem Narodowo Radykalnym „Falanga” i sanacyjnym Obozem Zjednoczenia Narodowego? Jak po tym wszystkim można by myśleć, że człowiek prawicy może jednocześnie afirmować Piłsudskiego i Dmowskiego, to musi być jakaś mitomania różnych surogatów myślenia.

Czyż endecja mogła z piłsudczykami znaleźć wspólny język? Czyż zarówno różnice ideologiczne, polityczne, programowe oraz w zakresie metod, za pomocą których dążono do polskiej racji stanu, mogły oba te obozy zbliżać do siebie? To, że Piłsudski i Dmowski się znali oraz to, że każdy z nich myślał o wolnej, niepodległej, suwerennej i silnej Polsce, to zdecydowanie za mało, by znajdować tutaj jakąś wspólną płaszczyznę. Nie można bowiem być prosocjalistą (jak Piłsudski) i prokapitalistą (jak Dmowski). Nie można być rewolucjonistą (jak Piłsudski) i ewolucjonistą (jak Dmowski). Nie można być romantykiem (jak Piłsudski) i pozytywistą (jak Dmowski). Nie można być federalistą (jak Piłsudski) i integrystą (jak Dmowski). Nie można być autokratą (jak Piłsudski) i umiarkowanym demokratą (jak Dmowski). Nie można być egalitarystą (jak Piłsudski) i elitarystą (jak Dmowski). Wielu takich i tym podobnych rzeczy nie można mieć jednocześnie. Racja, wielu ludzi prawicy czuje ogromny sentyment do Marszałka. Jednak bierze się to przede wszystkim, jak sądzę, z jego dorobku na rzecz przywrócenia polskiej państwowości po 123 latach zaborów. Również z podobnego powodu Dmowski jest przez prawicę odbierany pozytywnie.

Mimo jednak jednego i drugiego, to pomiędzy piłsudczykami a endecją istnieje głęboki rów podziałów. Co więcej, można dobrze policzyć, że w całym okresie 20.lecia międzywojennego prawica (w tym m.in. narodowa) była w rządach przez niewiele ponad 5 lat, włącznie z III rządem Witosa. Wszystkie następne rządy były piłsudczykowskie. Sądzę, że prawica (głównie narodowa) także z tego powodu jest z piłsudczykami w konflikcie, bowiem ogromny ciężar, budowy nowego państwa w okresie pierwszych 5 lat, wzięli na siebie narodowcy, którzy zostali później brutalnie usunięci przez piłsudczyków. Jeśli jakiś surogat myślenia ble-bla, że człowiek prawicy, związany z tradycjami endeckimi, tego nie zauważa, to należałoby takiemu surogatowi tylko współczuć. Rzecz jasna, że taki prawicowiec afirmować Piłsudskiego nie będzie. Bo dlaczego miałoby tak być, jeśli Piłsudskiego minister spraw wewnętrznych, gen. Felicjan Sławoj Składkowski, wydawał instrukcje podległej sobie policji, która dziadka owego prawicowca aresztowała i poddała torturom? Podobnie jak socjalista, czujący sentyment do Piłsudskiego, nie będzie dostrzegać Dmowskiego. Ten socjalista (lewak) bać się zawsze będzie jakiś fantomów, z którymi endecja się jemu kojarzy. Więcej, liberał zawsze pójdzie pod pomnik Piłsudskiego, by mu a nie Dmowskiemu położyć kwiaty, choć tak naprawdę, to dziedzictwo polityki liberalnej w II RP leży w rządach, w których była prawica, m.in. Władysława Grabskiego. Trzeba faktycznie być surogatem myślenia, by tego nie dostrzegać.

P.S. komentator Dureks jest proszony o kontakt ze mną przez ten blog.


Palikotowy “desant” w S24 – II wyjaśnienie.

23 Styczeń 2010

O rety! Ratunku! Niemozliwe!

(Podkr. czerwono – moje. Źródło.)

Czy Wy to widzicie? No pytam. Czy Wy to widzicie?

Toć przecież platfusiane trolle (znane, znane) na S24 szału dostaną.  Teraz zaczyna powoli być widoczne dlaczego tak gryzą, szarpią, ujadają, plują i jak opętane biegają z nożyczkami a może i nawet brzytwą. “Biblioteka” dniami i nocami haruje na pełnych obrotach aż grozi to zatarciem. Maszyneria się przegrzewa. Wrzutki przestają być skuteczne. Lanie wody też, bo momentalnie zamarza. Ludziska! Czyżby się zaczęło? Lud przestaje kochać? No co jest? No niesamowite. Cyrk w bajzlu lub bajzel w cyrku. No dajta jakieś wskazówki, przekazy dnia czy co insze, bo zgłupieć można.


Dlaczego Palikot w S24?

21 Styczeń 2010

Odpowiedź na to pytanie jest w gruncie rzeczy prosta. Mianowicie, na S24 bardzo często pojawiają się wpisy nt. afery hazardowej. Coraz bardziej zbliżają się najważniejsze przesłuchania w komisji śledczej. Blogerzy pisujący o tej aferze, ją analizujący, zestawiający zdarzenia, wypowiedzi, fakty…. a może nawet i tym samym pomagający w jakiś sposób członkom komisji (np. posłom Kempie, Arłukowiczowi i Wassermannowi), to doprawdy nie do zniesienia przez „bibliotekę” środowisko, by można je było dłużej tolerować – szczególnie w tak ważnych momentach.

A że różne Rudeckie-Kalinowskie, Mireksy, Miki, Infidele, obserwatory z daleka, Azreale et tutti quanti okazują się być mało operatywni w wekslowaniu innych uwagi od afery hazardowej, mieszaniu i robieniu szumu, to…. Nie łudźmy się, że „biblioteka” S24 nie dostrzegła. Jak się nie dało pousuwać blogerów piszących m.in. o aferze hazardowej pod pretekstem walki z chamstwem i trollowaniem, to trzeba w S24 wmontować „standardy” z Wiejskiej. Cyngle zwyczajnie mówiąc zostały przez “bibliotekę” uznane za mięczaków.

Prawda, że to nie jest takie wcale skomplikowane?


Bez nerw, oszołomie. Bez nerw.

20 Styczeń 2010

Przezacny oszołom z Ciemnogrodu do trzewi poruszony i poirytowany moim wpisem, pt. Ile zrozumiał oszołom z Ciemnogrodu?, będącym moją odpowiedzią na jego komentarz pod moim wpisem, pt. Prawica krajowa bezjajeczna, był się w te słowa oburzył moją repliką. W związku z tym, że wcześniej nie miałem niestety czasu, wobec czego odpowiadam dzisiaj.

Przede wszystkim dziwi mnie maniera, by polemiście insynuować, że jest niekumaty i niewiele zrozumiał ze światłych i głębokich wywodów jaśnie oświeconego autora. Ale to już kwestia kultury i wychowania – jedni mają tzw. kindersztubę, inni są jej pozbawieni. Takie czasy, choć wydawało mi się, że na prawicowym portalu piszą ludzie przywiązani do tradycyjnych sposobów dyskutowania – bez obrażania adwersarzy, na argumenty. – Z wysokiego „C” zaczyna oszołom z Ciemnogrodu swoją tyradę.

W związku z czym mam prawo wiedzieć, gdzie mojemu interlokutorowi insynuowałem, że jest niekumany i niewiele zrozumiał z moich – jak się oszołom wypowiada – „światłych i głębokich wywodów…”? I co? Szukamy, szukamy… i co z tego mamy? Nic. Nic nie mamy. Swoją drogą to arcychytra sztuczka, by deprecjonować czyjąś opinię poprzez chwytanie się zwrotów, trudnych do udowodnienia, takich jak „jaśnie oświecony autor”. Skąd oszołom z Ciemnogrodu wie, że kimś takim jestem? Co? A zatem skoro wiadomo, że nie było niczego, co mogłoby cokolwiek insynuować komukolwiek, a w szczególności oszołomowi z Ciemnogrodu, to zasadne jest wyjaśnienie owego osobliwego wypadu pod moim adresem w kwestii mojej „kultury i wychowania”, „kindersztuby”, „dyskutowania – bez obrażania adwersarzy” i „na argumenty”. Ja to rozumiem, że gdy jest się bezradnym i bezsilnym, a przy tym będąc skonfrontowanym w wyrazistością i merytorycznością kontrargumentów logicznie wskazujących na jałowość faktograficzną i w zakresie poprawnego wnioskowania, można poczuć się nie swojo i w efekcie podjąć próbę rozpaczliwej obrony imając się chwytów takich, jak choćby wycieczki osobiste i np. imputowanie komuś, że tenże wadzi w aspektach „kultury i wychowania”, „kindersztuby” etc. etc. A kto dał może oszołomowi z Ciemnogrodu placet ku temu, by mnie z tego rozliczać i oceniać? Jaki tytuł go do tego upoważnia? Warto by to wiedzieć. Jednak wracając do mojej wcześniejszej części, w tym akapicie, to podobnie jak tam chcę mieć corpus delicti w postaci urywka mojej wypowiedzi, z którego można by wywnioskować o moim braku „kultury i wychowania”, „kindersztuby” oraz nie „dyskutowaniu – bez obrażania adwersarzy” i „na argumenty”. Mam tę nadzieję, że oszołom z Ciemnogrodu nie jest tutaj gołosłowny i nie podchodzi lekceważąco do istotności swoich zarzutów wysuwanych pod moim adresem. Zatem czekam na jakiekolwiek poszlaki czy też skrawki corpus delicti.

Jestem osoba skromną, nie pcham się na pierwsze strony gazet i portali, ale dzięki Moherowemu Fighterowi ja mały i biedny żuczek trafiłem na jakiś czas na czołówkę niepoprawnych.pl. – oszołom z Ciemnogrodu rąbie dalej w tonację cis-mol w miejscu, gdzie powinna być cis-dur.

Otóż, nierzadko to było, gdy sam oszołom z Ciemnogrodu był na czołówce „repertuaru” również na niepoprawnych.pl wisząc podpięty „na spinaczu”. Jednak, jak rzecz jasna przystało na „małego i biednego żuczka”, jego rozbrajająca i powalająca skromność nie pozwala jemu tego dostrzec.

Mój polemista dalej ciągnie – Muszę więc skreślić parę zdań w odpowiedzi. Być może MF był zawiedziony, że tylko moja skromna osoba umieściła wpis pod jego wywodami i dlatego walnął z grubej rury, gdy wpis okazał się krytyczny.

Jestem, ma się rozumieć, dalece ukontentowany jego odpowiedziami, albowiem po to się pisze, by dyskutować i poznać poglądy drugiej strony. Wszelako jednak nie mogę mieć powodów do tego, by się obrażać na to, iż to wyłącznie głosem krytycznym oszołoma z Ciemnogrodu zostałem zaszczycony i komukolwiek innemu czynić zarzut, że nie był łaskaw mi odpowiedzieć. Ot, to jest coś całkowicie zwyczajnego i normalnego. Skoro już spotkałem się z polemiką i krytyką, to moim niezbywalnym prawem było, by się do niej odnieść, co spotkało się z cokolwiek osobliwą oceną oszołoma z Ciemnogrodu, iżbym „walnął z grubej rury”. A samo to jest już niejako filipiką z rodzaju pisania na pa-ta-taj i arcykomicznego przerysowywania tego, co zostało napisane. Da się w tym również znaleźć nieco domieszki egzaltacji i od czapy wywijania bronią wielkokalibrową. Jakiż to bowiem urywek z mojej repliki udzielonej oszołomowi z Ciemnogrodu wskazuje, iżbym „walnął z grubej rury”? Co na to wskazuje? Gdzie i w którym miejscu? Znowuż – poszlaki lub skawki corpus delicti.

Ale jakoś nie potrafię pozostawić bez odpowiedzi wywodów różnych “wujków Dobra Rada”, którzy usiłują udowodnić, że wiedzą lepiej od Kaczyńskich – oj gdyby to oni byli przywódcami prawicowej partii to by pokazali. – dopiero od tego miejsca oszołom z Ciemnogrodu zaczyna swoją merytoryczną kontr polemikę.

Mój adwersarz zda się chybić w aspekcie elementarnej zasady politologicznej, iż prawem każdego obywatela, a szczególnie wyborcy, jest by oceniać polityków przez siebie wybieranych. I nie ma obowiązku, by ich zastępować w czymkolwiek, do czego zostali w trybie wyborczym wyznaczeni, i na podstawie którego to mandatu są uprawnieni do działania. Sam zaś program wyborczy jest li i tylko podstawą do takiego działania. Polityk wobec swojego wyborcy nawiązuje pewien specyficzny stosunek pracy, będąc zresztą „na utrzymaniu” tego wyborcy. Jeśli wyborca uznaje, że wybrany, per analogiam wskutek swoistego „konkursu ofert”, przez niego polityk jest przeciwskuteczny w tym, co robi, to prawem tego wyborcy jest coś takiego skomentować i wskazać na to, co można by było zrobić lepiej. Naprawdę, czy po to, by móc ocenić jakość jakiegoś samochodu, to trzeba być udziałowcem koncernu go produkującego, a już tym bardziej jego prezesem?

Bo zaraz nasuwa się proste pytanie – dlaczego nie jesteście na miejscu Kaczyńskich skoroście tacy mądrzy? – ciągnie dalej oszołom z Ciemnogrodu.

Wszelako nie dostrzega w tym, co pisze, pewnego kuriozum. Ależ to właśnie m.in. ja w toku takiej lub owej kampanii wyborczej byłem przez spin doktorów przekonywany, że lansowana przez nich oferta jest pod każdym względem debeściarska. Ja nie muszę być wcale mądrzejszy, skoro dałem się przekonać, iż ktoś jest mądrzejszy ode mnie. I to nie na mnie spoczywa ów swoisty ciężar dowodu, gdyż to nie ja aplikowałem do publicznych stanowisk. Natomiast moim niezbywalnym prawem jest, by wątpić, i oczekiwać rozwiania wszelakich moich zastrzeżeń. W przeciwnym razie ma się do czynienia z autorytaryzmem, a to chyba nie jest najlepsza droga do dialogowania. Nieprawdaż, oszołomie z Ciemnogrodu? Ja nie mam potrzeby być na miejscu Kaczyńskich, natomiast, jeśli oni ją mają, by być tam, gdzie są (z mojego demokratycznego poparcia), to mam prawo do publicznej oceny pełnionej przez nich misji, jeśli m.in. dzięki mnie zostali do tego powołani.

Skoro stworzenie masowej prawicowej telewizji jest takie proste to dlaczego tego nie zrobisz Moherowy Fighterze? – grzmi oszołom z Ciemnogrodu.

Ależ, gdy ja chcę napić się dobrego piwa, to muszę do tego wpierw zbudować browar i sobie to piwo uwarzyć? Ależ zaraz, zaraz, wszak zapomniałem może, że wprost idealnym i wyśnionym miejscem, w którym prawica chce się pokazywać, to studia TVN’u i Polsatu. No racja, jakże mogłem o tym nie pamiętać?

Murdochowi się nie udało, ale ty jesteś mądrzejszy, tobie się na pewno uda. – ciągnie dalej oszołom z Ciemnogrodu.

I aż korci, by zapytać o to, dlaczego Murdochowi się nie udało. A mnie, osobiście, to żadna telewizja nie jest do niczego potrzebna, by ją w ogóle mieć, lecz jako wyborca i sympatyk prawicy wolałbym, by prawica nie musiała się dogadywać z komunistami w tym, by mieć skrawek swojego telewizyjnego okienka dla siebie. Czy coś takiego oszołomowi z Ciemnogrodu nie przeszkadza?

Ty też możesz zostać polskim Berlusconim. – rąbie dalej oszołom z Ciemnogrodu, jeno nie dostrzega osobliwej w tym dziwaczności.

Jeśli prawdą na elementarnym poziomie I roku studiów (a może nawet i ostatniej klasy liceum) politologicznych, socjologicznych, dziennikarskich i tym podobnych jest to, że w dzisiejszych czasach, by wygrywać wielkie bitwy socjotechniczne, to trzeba posiadać coś więcej niż salki katechetyczne bądź kluby przy jakichś remizach, to strategia Berlusconiego jest jak najbardziej jasna i oczywista. Tak, ów magnat medialny wpierw stworzył swoje medialne imperium, by dzięki temu móc się uniezależnić od wiszenia u klamki mainstreamu, zaś dopiero później, gdy jego imperium okrzepło, wszedł w wielką politykę. Będąc ciągle klientem u zlewaczałego mainstreamu nie byłby w stanie stworzyć alternatywnej broni w walce socjotechnicznej, przy pomocy której zapewnił potencjał swojemu ruchowi politycznemu. Gdy jakieś tam makaroniarskie Wojewódzkie, Majewskie, Miecugowy, Sekielskie, Morozowskie, Lisy et tutti quanti naparzałyby w Berlusconiego i jego partię, to onże na swoim gruncie i z własnej „flanki” się mógł tamtym ostrzeliwać. I nie musiał człapać do państwowego RAI, by mieć rachityczne poletko do kontrpropagandy. Toż w końcu każdy zrozumie, że gra się tak, jak przeciwnik na to pozwala, a trudno na jego terytorium narzucić jemu własne warunki.

Zamiast opowiadać jak to wspaniale w Ameryce – hic Rhodus, hic salta. Wystarczyło przecież tylko przyłożyć paluszek do działań Murdocha i wszystko by się udało. Kaczyńscy tego nie zrobili – zrób ty. – w rozpaczliwy patos uderza oszołom z Ciemnogrodu, a przy tym strzela sobie w stopę.

W istocie, prawdę rzecze mój polemista, że „wystarczyło przecież przyłożyć paluszek”, szczególnie wtedy, kiedy ma się swoją KRRiT, swój rząd, swoją większość koalicyjną, swojego prezydenta i tak szeroko reklamowane różne atuty. Toć nie jest – nomen omen – żadnym odkrywaniem Ameryki, że dzięki takim „aktywom” mogło się udać niejedno. Nie oszołomie z Ciemnogrodu, ja tego nie zrobię, gdyż nie jestem ani szefem jednej z dwóch największych partii politycznych, a już tym bardziej bratem prezydenta. Nie jestem politykiem, który, jak o sobie mówi, był konstruktorem I postsolidarnościowego rządu po 1989 r. Nie dysponuję żadnym doświadczeniem ani zapleczem politycznym. Jak również nie aspiruję do tego, by być premierem. Natomiast… Natomiast oczekując gruntowanych zmian, rozgłaszanych jako IV RP, wybieram tych polityków, dla których nie będzie żadnym problemem, by w rzeczywistości mass mediów, w trójkącie TVP-TVN-Polsat (TV Trwam, jako stacja niszowa pomijam), wykreować tego czwartego, który status takie quo rozbije. Tego, który będzie wyrazem tej opcji politycznej i światopoglądowej, którą chcę widzieć głównie w moim telewizorze. I to oni, a nie ja, dysponują ku temu wszelakimi instrumentami. Tyle, i aż tyle.

Niestety nic nie jest takie proste w Polsce. – sadzi truizm mój adwersarz.

Nie bez przyczyny mamy taki układ medialny a nie inny i wszelkie próby zmiany są kontrowane. – dalej kontynuuje.

A jakież to są niby przyczyny? Brakuje miejsca w eterze? Wozów transmisyjnych, kamer, budynków, oświetlenia, cokolwiek nie da się kupić? Czego brakuje? Rad bym to wiedzieć.

Dlatego sytuacja w Polsce długo nie będzie nawet w blady sposób przypominać Ameryki. Stąd – jak zauważyłem – takie porównania są całkowicie nietrafione. – prawi oszołom z Ciemnogrodu.

A ja zapytam… – „Bo?”, „Bo, co?”. Bo Polak gdzieindziej potrafi tylko nie w Polsce? Jeśli tak, to chyba byłaby to raczej niedozwolona supozycja. Nieprawdaż?

Nie mieszkam w Ameryce, nie mogę się więc autorytatywnie wypowiadać w tej kwestii, muszę opierać się na relacjach innych. Ale jednak wydaje mi się, że większość Amerykanów nie kształtuje swoich opinii głównie na CNN-ie czy NYTimes’ie. – zastrzegającą stwierdza oszołom z Ciemnogrodu.

To spróbuję go nieco wyprowadzić na prostą. Mianowicie, 13 września 2009 r. (a zatem dosyć niedawno) opublikowany został raport, pt. Press Accuracy Rating Hits Two Decade Low, z którego można wyczytać, że w stosunku do CNN 60 proc. ogółem odpowiedzi przemawiało na jej korzyść, podczas gdy 19 proc. na jej niekorzyść, przy 21 proc. trudnych do wskazania. Jeśli chodzi o NY Times, to odsetek ten wyniósł odpowiednio – 29, 17 i 54. Biorąc zatem pod uwagę te wartości, które pozytywnie wskazują na te lub inne media, można powiedzieć, że w porównaniu z podobnymi odnoszącymi się do Fox News Channel (55, 25, 20), ta ostatnia dosyć ciężko i z niemałym trudem rozbija monopol lewackich mediów, zważywszy na to, o czym pisał Przybylski, iż „…że choć Fox News jest najpopularniejszym kanałem informacyjnym, to i tak ogląda go mniej więcej jeden procent dorosłych mieszkańców USA. Według badań Instytutu Nielsen w tzw. prime time Fox News może liczyć średnio na ok. 2,3 mln widzów dziennie. W przypadku CNN to ok. 1,1 mln, a MSNBC ok. 950 tysięcy. Średnia dla całego dnia to odpowiednio 1,2 mln, 740 tys. i ok. 470 tysięcy.” To jak to jest, że w odniesieniu do proporcjonalnie większej widowni, istotna większość opowiada się za inną stacją (pod inną „banderą”), która i tak ma niewielki wpływ na załamanie się poparcia demokratycznego prezydenta? Czyż może nie jest tak, że tamtejsi prawicowcy, konserwatyści, gryzą trawę równo z glebą i zamiast przybierać pozę cierpiętniczą walczą o ostatniego widza? Kiedyś, przez ponad rok (w czasach, kiedy nie było jeszcze Fox News Channel), miałem okazję z bliska (w USA) się przyglądać walce amerykańskiej prawicy, konserwatystów, kiedy w Polsce nie śniło się nikomu ani o TVN’ie, ani o Polsacie ani o jakimkolwiek Porozumieniu Centrum. Tam zawsze warunki były trudne, lecz prawdą amerykańskiego wyborcy jest to, że da się poprzeć i głosować za tym, który wpierw udowodni to, że potrafi zadbać przede wszystkim o siebie. To zaś należy czytać jako zadbanie o to, byś ty (w domyśle – polityku) nie dysponował samą bronią bez amunicji. Umiesz być panem okazji, to Fortuna twoja, a wszelakich skrzatów, co to wiadomo….

Tu różnica między Polską a Ameryką jest aż nadto widoczna – u nas niestety ton nadal nadaje Wyborcza i TVN. Jawna stronniczość mediów jest jednym z najważniejszych problemów polskiej demokracji. Wydaje się jednak, że w Ameryce – mimo lewicowego przechyłu – nie jest to aż tak dotkliwe. – oszołom z Ciemnogrodu snuje swoją wizję.

Zaś Infidel, Azrael, Mireks, Rudecka-Kalinowska, a i może nawet i sama Czerska, aż z wysublimowanym smakiem kontentują się każdą taką frazą. Cóż w tym aspekcie różnica pomiędzy Polską a Ameryką nie jest aż nazbyt istotna, jeśli chodzi o to, że i tu i tam gros społeczeństwa myśli „telewizorem”. Jest natomiast taka, że tam jest instrument, dzięki któremu możliwa jest weryfikacja owej stronniczości, u nas z kolei, takowego nie ma. Czy to wina Wyborczej i TVN, że prawica nie postarała się o swoją „Fox News Channel”? Czego brakowało?

Ameryka to wielki kraj i większość Amerykanów CNN-u nie ogląda a pouczeniami NYTimes’owych publicystów się nie przejmuje. – bezkrytycznie stwierdza oszołom z Ciemnogrodu, choć przytoczone przeze mnie wyniki badań potwierdzają coś zgoła przeciwnego.

Warto w związku z tym wyjść poza kokon swoich wyobrażeń i dostrzec, że Amerykanie rodzą się i umierają przy włączonym TV on-live. A tutaj jest cała masa mutacji CNN i NYT, które mimo podbijania prawicowego bębenka potrafiły wykreować człowieka „z nikąd” i osadzić go w Białym Domu.

Tak więc to jednak nie lewicowi publicyści CNN i NYT głównie zdecydowali o wyborze Obamy. – z dobrym samopoczuciem stwierdza oszołom z Ciemnogrodu.

Ależ racja, że gdzieindziej zapadła decyzja, że Ameryka będzie miała ciemnoskórego prezydenta. Cały wic polega na tym, że zmęczonemu bushowską prezydenturą społeczeństwu amerykańskiemu umiejętnie podsunęło się „nowość” w postaci takowego kandydata, i temu społeczeństwu wyperswadowano konieczność głosowania na niego. Przekaz, wielokrotnie wzmacniany przez CNN i NY Times, był prosty: „Każdy byleby nie jakiś buszysta.” Jednakże nie samo wzmacnianie tego przekazu jest tutaj istotne bowiem, mam tutaj pewną dla Ciebie, oszołomie z Ciemnogrodu, niespodziankę, iż słusznie prawisz, że to „nie lewicowi publicyści CNN i NYT głównie zdecydowali o wyborze Obamy”. Jak na ironię jemu przysłużył się Fox News, gdyż czytamy, że: „Spośród trzech kanałów Fox News był najbardziej surowy względem przypuszczalnego nominata Republikanów. Więcej niż połowę (55 proc.) widocznych osobistych stanowisk na temat McCain’a było negatywnych, zaś znaczna większość z nich (49 całości) kwestionowała jego konserwatyzm. W swoim krytycyzmie, Fox News McCain’owi poświęcił więcej uwagi ogólnej w porównaniu z innymi stacjami kablowymi, blisko tyle samo uwagi dawała ona dwóm wiodącym kandydatom Demokratów, 36 proc. McCain’owi, 37 proc. Clinton i 39 proc. Obamie. Z drugiej strony, zarówno CNN jak i MSNBC, McCain’owi poświęciły daleko mniej swoich sprawozdań niż czyniły to w stosunku do Clinton lub Obamy. W portretowaniu przez siebie przeważającej osobistej narracji względem Obamy Fox News był również bardziej pozytywny niż w stosunku do McCain’a lub Clinton. W pełni 69 proc. stwierdzeń o Obamie osobiście było pozytywnych, to jest ta wielkość, którą jego rywale, jak on, otrzymali w MSNBC (70 proc.).” (Differences by Media) Jak to wszystko rozumieć? Myślę, że należy na to patrzeć w ten sposób, że Fox News w swojej krytyce McCain’a skutecznie rozmiękczało elektorat prawicowy (konserwatywny), mając na względzie rozmiary swojej widowni, dzięki czemu idealnie to ułatwiało pozostałym (dwóm konkurencyjnym) stacjom w forsowaniu kandydatów ideologicznie do nich zbliżonych. Gdy MSNBC i CNN „na rękach nosiły” wpierw Clinton a później Obamę, to Fox News swoją zdecydowaną krytyką McCain’a dodatkowo im ułatwiało zadanie. Bo też lewako-liberalny elektorat miał wystarczające uzasadnienie słuszności swojego wyboru, gdyż mógł zawsze powiedzieć: „Konserwy od naszych kandydatów f… o…, bo nawet wasza stacja na waszego kandydata się wypina.” Stosując właściwe proporcje można by coś takiego porównać do takiej sytuacji, gdzie TVN i TVP holowałyby, dajmy na to, Tuska i Kwaśniewską, zaś TV Trwam (zakładając, że miałaby większą widownię) naparzałoby w Ziobrę po drugiej (słabej) kadencji Lecha Kaczyńskiego. W efekcie tego Tusk (po wycofaniu się Kwaśniewskiej) zostałby prezydentem, zaś idąc tokiem myślenia oszołoma z Ciemnogrodu, byłoby całkowicie prawdziwe to, że: „… to jednak nie lewicowi publicyści z TVNu i GW zadecydowali o wyborze Tuska.” Niestety, lecz niespodzianki się skończyły, gdyż nakładając na telewizyjne źródła internetowe, „Jakkolwiek ten sam odsetek głosujących na Obamę (59 proc.) i McCain’a (55 proc.) z internetu uzyskiwało przynajmniej jakieś informacje z kampanii wyborczej, to, dokonywany przez wyborców, wybór stron internetowych różnił się. Wyborcy Obamy byli dwukrotnie bardziej skłonni odwiedzać witrynę CNN niż wyborcy McCain’a (35 proc. v. 18 proc.). Wyborcy Obamy byli również bardziej skłonni nazwać witryny New York Times i Huffington Post jako te witryny, które najczęściej używali do pozyskiwania informacji wyborczych. Dla kontrastu, głosujący na McCain’a byli trzykrotnie bardziej niż głosujący na Obamę najczęściej odwiedzającymi witrynę Fox News (18 proc. v. 5 proc.) i Drudge Report (9 proc. v. 1 proc.)” (High Marks for the Campaign, a High Bar for Obama) Wniosek, oszołomie z Ciemnogrodu? Ano taki, że mniejsze znaczenie miała plazma stacjonarnych odbiorników telewizyjnych niż wyświetlacze ciekłokrystaliczne dziesiątków milionów komputerów, jeśli weźmie się pod uwagę efekt wzmocnienia. Proszę przestudiować uważnie tę tabelkę.  Cała ta maszyneria pracowała na rzecz Obamy.

Pouczające jest choćby porównanie Ameryki do Europy – w Europie hołubiony przez lewicę Obama zmiażdżyłby McCaina, bo europejskie elity medialne i polityczne robią obywatelom wodę z mózgu jak chcą. – pogłębia swój pogląd oszołom z Ciemnogrodu.

Otóż, wynik ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego, gdzie prawica i centroprawica zdecydowanie je wygrały, nie potwierdza tezy oszołoma. I stało się to wbrew robienia obywatelom wody z mózgu przez europejskie elity medialne i polityczne.

W Ameryce wynik był niepewny prawie do końca. – próbuje nas przekonać oszołom z Ciemnogrodu.

Czyżby tak było? Ależ było wręcz przeciwnie. Z samego „serca” amerykańskich konserwatystów dochodziły takie głosy: Dzisiaj wieczorem podczas sponsorowanej przez the Wall Street Journal konferencji „All Things Digital”, Rupert Murdoch – szef News Corp, nowego właściciela WSJ, i wieloletni rozświetlający swoją pochodnią politykę konserwatywną – to powiedział o Barack’u Obamie: „(…) Nie myślę, że on wygra na Florydzie… lecz wygra w Ohio i elekcję.” (Hilary Rosen: Rupert Murdoch Says Obama Will Win, May 29, 2008) Ajajaj, oszołomie z Ciemnogrodu… To jest, znowu stosując właściwe proporcje tak, jakby na pół roku przed wyborami o. Tadeusz Rydzyk powiedział o Tusku: „Nie sądzę, że w Małopolskim on wygra… lecz wygra w Mazowieckim i całą elekcję.” Zresztą trafność oceny Murdocha potwierdził sondaż Gallupa, gdzie: „Niezależnie od tego kogo popierasz, i będąc tak obiektywny jak jest to możliwe, kto Twoim zdaniem w listopadzie wygra wybory prezydenckie?” – Barack Obama – 52 proc., John McCain – 41 proc. pozostali/niezdecydowani – 6 proc. (Most Voters Think Obama Will Win: poll) Prawdziwe wyniki? Obama – 52.9 proc., McCain – 45.7 proc. Dla kogo więc wynik nie był pewny?

Na wybór Obamy złożyło się wiele czynników – jak sam MF zauważył – mnie jakoś nie przekonują opowieści specjalistów od PR-u, że to głównie ich pomysły są decydujące. – rozsądzająco twierdzi oszołom z Ciemnogrodu.

Jak na to patrzy prof. Uniwersytetu Harvarda, John Quelch? Pisze on, że: „Kiedy o tej elekcji pisano by książkę, to nie powinna ona być zatytułowana „Tworzenie prezydenta” lecz „Prezydencka kampania marketingowa”. Kampania Barack’a Obamy jest studium przypadku doskonałości marketingu.” (How Better Marketing Elected Barack Obama, November 5, 2008) I dalej wyjaśnia dlaczego. Rozumiesz oszołomie z Ciemnogrodu, że Obama został Amerykanom sprzedany tak samo perfekcyjnie, jak nowa generacja inteligentnego proszku do prania, super wygodnych podpasek, jeszcze lepiej wypasiona limuzyna, super wakacje w Alpach bądź w jakimś raju na Oceanie Spokojnym itd. itp.? To nie idee tutaj zadecydowały lecz precyzyjny marketing i PR.

Oglądałem kiedyś w telewizji program, w którym postawiono taką tezę, że Kwachu wygrał z Wałęsą dzięki świetnej strategii PR-owskiej. – rozwija dalej swoją myśl oszołom z Ciemnogrodu.

A ja spotkałem się z taką opinią, że tekst o podawaniu nogi nie był taki wcale przypadkowy. I co? Jest to możliwe?

Myślę, że jednak to Wałęsa przegrał dzięki swojej fatalnej prezydenturze, a przegrał niewielką ilością głosów, gdyż wielu ludzi przywiązanych do ideałów Solidarności zacisnęło zęby i mimo wszystko głosowało na Wałęsę jako mniejsze zło. – mój adwersarz spekuluje.

A ja natomiast gdzieś widziałem taką opinię, że gdyby nie to podawanie nogi, to miałby on jednak wygraną. Zwyczajnie jego zwolennicy poczuli się tym zniesmaczeni i to ich zniechęciło do głosowania na niego, zaś jego przeciwnicy jeszcze bardziej się skonsolidowali, co więcej, pojawiło się wielu takich nowych, którzy poparli Kwaśniewskiego byle tylko dać nauczkę Wałęsie.

Tak samo Tusk może odgrywać mistrza PR-u, gdy dziennikarze starają się nie zadawać mu niewygodnych pytań, a swoją dociekliwość rezerwują na domniemane przewiny opozycji. – lamentuje oszołom z Ciemnogrodu.

A może to jednak opozycja nie potrafi wykorzystać okazji do tego, by skutecznie uderzać właśnie w owego Tuska? Dlaczego dziennikarze mają pomagać opozycji, skoro ona sama nie chce sobie pomóc?

Myślę, że jednak w amerykańskiej rzeczywistości medialnej z Tuska dość szybko zostałaby mokra plama a PR-owy czar prysnąłby jeszcze szybciej. Ale mogę się oczywiście mylić. – oszołom z Ciemnogrodu snuje życzeniową wizję.

Cóż z B. Clintonem Amerykanie obeszli się wyjątkowo łagodnie.

Chybiony jest argument MF, że nawet Berlusconi narzeka na stronniczość mediów. Cóż, jego ekscesy są w mediach opisywane i nagłaśniane, mimo, że sam jest magnatem medialnym. – z pewnością siebie stwierdza oszołom z Ciemnogrodu.

I oczywiście owo opisywanie i nagłaśnianie jego „ekscesów” nie mogło mieć żadnego związku z fizycznym na niego atakiem 13 grudnia zeszłego roku? Nie ma może w tym żadnej koincydencji? Przecież ów klimat nienawiści do niego narastał od wielu miesięcy.

O pijanym Kwaśniewskim w Charkowie Polacy dowiedzieli się dopiero po pewnym czasie – żaden z obecnych tam dziennikarzy nie ośmielił się zrobić na ten temat materiału, w telewizjach o tym nic nie pokazali. – dalej pewny siebie oszołom z Ciemnogrodu nas przekonuje.

A to może dobrze by wiedzieć, skąd Solorz w 1999 r. miał o tym materiał. Zresztą, poczytajmy: „Po raz pierwszy pijanego Kwaśniewskiego widziałam w 1996 r. w Brześciu na Białorusi po spotkaniu z tamtejszym prezydentem Aleksandrem Łukaszenką. Przemawiał dziwnie po rosyjsku, wziął na ręce jakieś dziecko i próbował z nim wejść do bagażnika samochodu – opowiada „Wprost” Maria Przełomiec, dziennikarka TVP, a wówczas BBC. Wtedy ani ona, ani inni dziennikarze nie zdecydowali się tego faktu ujawnić opinii publicznej. – Pomyślałam, że to wypadek przy pracy: Kwaśniewski dał się upić Łukaszence, bo nie był przygotowany na wschodnią gościnność – wspomina Przełomiec. Tej wyrozumiałości nie wykazała trzy lata później, gdy pijany Kwaśniewski zataczał się na cmentarzu polskich oficerów w Charkowie. Jako pierwsza polska dziennikarka przełamała tabu i podała informację, że podczas uroczystości żałobnych prezydent „lekko chwiał się na nogach”. – Informację podaną przeze mnie powtórzyło Radio Plus, a następnie potwierdziła „Rzeczpospolita”, której korespondent był świadkiem całej sytuacji – mówi Przełomiec. Jednak TVN materiał o pijanym Kwaśniewskim wyemitowała dopiero dwa dni później, a telewizja publiczna nie opublikowała go wcale.” (Wirus III RP)

Przypomina mi się również dyskusja po słynnej “aferze taśmowej”. Dziennikarze, którzy pracowali w BBC działania Sekielskiego i Morozowskiego uznali za skrajnie nieprofesjonalne (w końcu była to ordynarna prowokacja w stylu ubeckim). Natomiast autorzy “Teraz My” zostali za to w Polsce nagrodzeni tytułem Dziennikarzy Roku. – dalej ciągnie oszołom z Ciemnogrodu.

No w porządku, tzn. w ogóle nie w porządku. I? I co w związku z tym? Cóż, poza tym trzeba by także sprawdzić stopień profesjonalizmu BBC, bo londyńskie ptaszki ćwierkają, że stacja ta ma ździebko przechył lewostronny.

Przy okazji – uważam, że porównywanie Kaczyńskich do jakichś niewydarzonych polityków kanadyjskich jest jednak obraźliwe. – ze swadą stwierdza oszołom z Ciemnogrodu i

„niewydarzonym” nazywa na przykład współtwórcę Północnoamerykańskiej Strefy Wolnego Handlu. Czytelnikowi pozostawiam komentarz.

Prezydent Kaczyński podpadł mi podpisaniem Lizbony, a szczególnie sposobem w jaki to zrobił – “zapomniał” o ustawie kompetencyjnej i zignorował apele o zabezpieczenie polskiej suwerenności w sposób podobny do niemieckiego. Ale jednak w porównaniu do mdłych i tchórzliwych przywódców zachodnich to inna klasa. – sadzi dalej oszołom z Ciemnogrodu zapominając jednak, że

to akurat pod naciskiem owych „mdłych” i „tchórzliwych” przywódców Lech Kaczyński podpisał ową Lizbonę.

Czy Smarkozy albo inny d… byłby w stanie zachować się tak jak Kaczyński i pojechać do Tbilisi, by poprzeć Gruzję? Gdyby duży Kaczor stał na czele choćby takiej Francji czy Włoch a nie Polski byłby jednym z głównych rozgrywających na świecie. Smarko mógłby mu czyścić buty. – ciągnie dalej mój adwersarz, nie wymieniając

tego, jakie to konkretnie korzyści Polska odniosła z tej „odsieczy gruzińskiej”. Co do drugiej części wypowiedzi, to trudno komentować coś, co jest zwyczajnym political fiction.

Swoją drogą narzekania Kaczyńskiego na nieprzychylność mediów są raczej nieśmiałe, tylko gdy funkcjonariusze frontu ideologicznego całkowicie przeginają pałę dochodzi do ostrzejszych uwag i akcji typu bojkot TVN. – rąbie oszołom z Ciemnogrodu, lecz

chyba nie zna całej serii narzekań Kaczyńskiego na media jeszcze sprzed kampanii wyborczej w 2005 r.

Próby stworzenia przeciwwagi dla mediów lewicowych były przez Kaczyńskiego podejmowane i oczywiście od razu kontrowane (vide artykuł Anity Gargas w ostatnim numerze NGP-Nowe Państwo). Może były to próby nieudolne – nie mnie oceniać, bo nie mam w tej kwestii wystarczającej wiedzy. – zapewnia nasz mój adwersarz.

„Kontrowane”, i to wszystko wyjaśnia. Czytałem ten artykuł, i akurat nie znalazłem w nim nic, co potwierdzałoby, że Kaczyński z werwą i zapałem zabrał sięga stworzenie przeciwwagi dla mediów lewicowych. Jest natomiast w nim opisana cała martyrologia „Tygodnika Solidarność”, kiedy Jarosław Kaczyński był jego redaktorem naczelnym. Nic ponad to.

Będą się mimo wszystko upierał, że standardy zachowań polityków w Polsce i Ameryce są całkowicie odmienne. Według doniesień polskich publicystów w amerykańskich komisjach śledczych nie doszło do wyrzucenia pod byle pretekstem opozycyjnych członków komisji z jej składu i takie zachowanie byłoby nie do pomyślenia. A zasadą jest, że przewodniczącym jest członek partii opozycyjnej. – stwierdza mój polemista.

Jednak nie zdaje sobie trudu, by wniknąć w to, czy tamtejsi senatorzy bądź kongresmeni daliby się o tak wyrzucić z tamtejszych komisji śledczych. Również nie wnika w to, czy byłoby to do pomyślenia, by nie wyegzekwować stawienia się przed komisją, dajmy na to byłego prezesa banku centralnego bądź burmistrza Waszyngtonu.

To, że demokraci próbowali kryć swoich nie dowodzi podobieństwa Polski do Ameryki. Nixon po aferze Watergate ustąpił ze stanowiska, – stwierdza oszołom z Ciemnogrodu.

Czyż jednak B. Clinton po aferze Whitewater był do tego zmuszony? A to naprawdę nie chodziło wyłącznie o stażystkę.

Tusk nie tylko po aferze hazardowej nie ustąpił, ale zwolnił Kamińskiego i próbuje PiS obciążyć odpowiedzialnością. Co ważne – przy aplauzie mainstreamowych mediów. Niestety różnica między Ameryką a Polską jest jak między … Ameryką a republiką bananową. – sentencjonalnie rzecze mój adwersarz.

Tak, z tym ostatnim się zgadzam. Lecz może PiS nie potrafi przejść zdecydowanie do kontrofensywy, i faktycznie przedstawić czegoś tak „porażającego”, by rząd Tuska nie utrzymał się dłużej niż 24 godziny?

Cóż mógłbym tę polemikę ciągnąć jeszcze długo, ustosunkowywać się do wszystkich niefortunnych porównań użytych przez MF, ale po prostu nie mam na to czasu. Zresztą z pewnością okaże się, że jako ciemny oszołom z ciemnego Ciemnogrodu nie zrozumiałem światłych wywodów. Taki już nasz los – ciemnogrodzian. – oszołom z Ciemnogrodu kończy ze mną polemikę.

A ja się zastanawiam, dlaczego. Czyżby może brak jakichś racjonalnych kontrargumentów?


J. Kaczyński – Innowator.

19 Styczeń 2010

J. Kaczyński należy do Wybitnych Intelektualistów, szczególnie w sferze politologii. To jest zresztą oczywista oczywistość, zaś każda z tym dyskusja oznacza znajdowanie się po Ciemnej Stronie Mocy. Jest to, rzecz jasna, aksjomat. Jednak nie o to chodzi. Rzecz o Arcymistrzu, Genialnym Strategu… o Wodzu.

On, jak to przystało na Najprawdziwszego Wybitnego Intelektualistę, jest też i wyjątkowym w swoim rodzaju Innowatorem. Nie, nie, proszę państwa. Ten konserwatyzm, to tylko taka powłoka. Nasz Wybitny Intelektualista w głębi duszy wiernie służy idei postępu. Ba, nie byle jakiego…, lecz postępu nauki w dziedzinie nauk społecznych. Bo też co mogłoby na to wskazywać? Już tłumaczę.

Oto w Łodzi w wyniku referendum mieszkańcy tamtejszego miasta odwołują prezydenta, Jerzego Kropiwnickiego. Powiedzmy, że jest zupełnie nieistotne to, dlaczego do referendum doszło oraz z jakiego powodu rządzący prezydent miałby ustąpić. Są to przesłanki ento-rzędne. Skoro uznana została zasadność przeprowadzenia takiego głosowania o bądź co bądź wotum zaufania do prezydenta, to tym samym poddano go pod demokratyczny osąd wyborców-obywateli tego miasta. Zwolennicy jego odwołania nawoływali do jak największej frekwencji, z kolei, przeciwnicy do pozostania w domach. Ma się rozumieć, że przeciwnicy odwołania należeli (i należą) do sympatyków-wyborców byłego już prezydenta Łodzi. Ich argumentacja jest taka, że po pierwsze, nie było podstaw do odwołania a po drugie, że referendum zostało zarządzone na podstawie uchwały zapadłej większością głosów partii konkurencyjnej. Jedno i drugie wyborcom-sympatykom byłego już prezydenta Łodzi nie może się podobać, gdyż to w ich rozumieniu „woła o pomstę do Nieba”, by wobec tak w końcu zacnego męża, jakim jest ich faworyt, miał zastosowanie demokratyczny mechanizm oceny jego pracy, jakim jest referendum. Zatem, skoro dzieją się takie rzeczy, “jadąc” Michalkiewiczem, „Niebu obrzydłe”, to cała rzesza stronników byłego już prezydenta Łodzi z właściwym sobie nadąsaniem się, „na złość babci odmrożę sobie uszy”, się zaperzy i nie pójdzie do urn, by zapobiec odwołaniu swojego beniaminka. Ot co…, A jak? Chwacko-zawadiacko i z krzesanym przytupem. Tak po sarmacku, i juści. „Tfu, referendum. Tfu, demokracja. Mamy rację. I tyla.” I faktycznie. Jak mówili, tak też i zrobili. Nie poszli, beniaminek przepadł. Prezydencki stołek przejdzie w inne ręce. Frekwencja w niedzielnym referendum w Łodzi wyniosła 22,2 procent. Za odwołaniem prezydenta było 127 874 łodzian, na „nie” głosowało 4 951 osób. Co to ma wspólnego z naszym Wybitnym Intelektualistą, Innowatorem?

Ma, jeśli weźmie się jego wypowiedzi, iż: Przyjmuję to jako bardzo złą wiadomość” – powiedział Jarosław Kaczyński na konferencji prasowej w Białymstoku. W jego ocenie, to „przyczynek do dyskusji nad mechanizmem, który tutaj został uruchomiony”. „Tych, którzy nie poszli, było dużo więcej. W tym sensie prezydent Kropiwnicki wygrał, a mimo wszystko został odwołany. Jest w tym mechanizmie coś chorego” – powiedział Prezes PiS. Jak mówił, powoduje to, że czasem osoby przebywające w areszcie (chodzi o samorządowców z zarzutami) nie są odwoływane, a w innej sytuacji osoba mająca poparcie dużej części mieszkańców, zostaje odwołana. „Uczciwie mówiąc, to prezydent Kropiwnicki wygrał to referendum. Zdecydowana większość łodzian nie poszła (głosować). Nawet w stosunku do tej grupy, którą można uznać za aktywną politycznie (…) Wnioski muszą być wyciągnięte….” – dodał Jarosław Kaczyński. (Prezes PiS o odwołaniu Kropiwnickiego: to bardzo zła wiadomość.)

Czy ktokolwiek, cokolwiek z tego rozumie? Jaka to bowiem „zła wiadomość”? Że elektorat okazał się tak karny, że zastosował się do wezwań liderów nawołujących do bojkotu? Przecież o tym marzy każda siła polityczna, by mieć taki elektorat. Że to jest żaden przyczynek do jakiejkolwiek dyskusji, skoro referendum okazało się ważne. A może, Genialny Strateg przewiduje, że w przyszłości Prawo i Sprawiedliwość będzie przegrywało tylko dlatego, że gros (w przypadku Kropiwnickiego ok. 95 proc.) pisowskiego elektoratu będzie siedziało w domach w dniach wymagających największej mobilizacji? No, racja, to może słusznie niepokoić Prezesa PiS’u. Potwierdzałoby to zresztą tezę o „chorobliwości” tego mechanizmu, skoro ewidentny i realny przegrany (wskutek absencji zdyscyplinowanego elektoratu) jest jednocześnie, według wizji Innowatora, wygranym. To z kolei, należy odczytywać jako asumpt do wszystkich przyszłych „zwycięstw” Innowatora i jego formacji politycznej.

Podążając zatem śladem jego odkrywczej myśli rysujące się na horyzoncie przyszłe jego i jego formacji „zwycięstwa” (albo, nie tak – „przegrane inaczej”), faktycznie „uczciwie mówiąc” będą oznaczały wygrane. Nawet wówczas, gdy gros zdyscyplinowanego elektoratu pisowskiego nie pójdzie na wybory. Zresztą, dyscyplina będzie miała w takiej sytuacji zupełnie nieistotne znaczenie. To wszakże stawia w całkowicie odmiennym świetle przegraną Platformy w wyborach parlamentarnych w 2005 r., boć to wiadomo, że ona wówczas wtopiła właśnie dlatego, że jej elektorat grillował na działkach zamiast iść do urn wyborczych. Biegnąc zatem za epokową myślą Innowatora należałoby przyjąć, że wtedy Platforma również wygrała – choć wyniki PKW tego nie pokazywały. Takie zresztą dałoby się właśnie „wyciągnąć z tego wnioski”. Może i Tusk z Platformą mieli wtedy i rację, skoro domagali się od PiSu (podczas telewizyjnych negocjacji koalicyjnych) większego udziału w stanowiskach rządowych niż wynikałoby to z realnego rozkładu sił w parlamencie? Może to miało być tym spóźnionym echem koalicji UW-AWS, którą masa pisowskich i platfusianych lemingów dała się później otumanić jako PO-PiS’em? Jak zatem zrozumieć, że, opierając się na odkryciu Innowatora, PiS nie mogła zgodzić się na warunki Platformy, skoro choć de nomine ta ostatnia była przegraną, to de facto była wygraną? Na te i tym podobne pytania być może znajdą się kiedyś oczywiście oczywiste odpowiedzi, i być może padną one aż z samych ust Genialnego Stratega.

Jest w jego Innowacji coś zgoła odkrywczego, a zarazem praktycznego. Mianowicie, zbliża się seria wyborów (samorządowe, prezydenckie i parlamentarne). Choć dzisiaj wielu daje Platformie bezapelacyjne w nich zwycięstwo, to w obliczu omawianej tutaj innowacji, są w mylnym błędzie. Nie, nic tutaj nie konfabuluję. Platfusiarnia przegra w tych wyborach sromotnie, zaś „tajna bronią” Genialnego Stratega będzie to, że jego elektorat karnie pozostanie w domu i nie będzie brał udziału w starciu wyborczym. To jest najsekretniejszy sekret Genialnego Stratega. Po prostu, pisowskie lemingi będą siedziały w domciu i za każdym razem sędzia Rymarz obwieszczał będzie bezapelacyjne zwycięstwo PiS. Nawet hazard komisja nie jest do tego wcale potrzebna. Drugi natomiast wymiar praktyczny odkrycia dokonanego przez Innowatora, to doskonały wręcz temat dla przyszłych prac licencjackich, magisterskich, rozpraw doktorskich i habilitacyjnych z zakresu politologii, socjologii i historii traktujących o szansach w starciu wyborczym przy pomocy bojkotu. Właśnie to wskazuje na wybitny wkład w postęp nauki dokonany przez Jarosława Kaczyńskiego. Jest to bowiem fenomenologia najczystszej wody.

Skromnie pozwolę sobie jednak dodać, że zarówno Genialny Strateg jak i jego formacja nie tylko biernie, wskutek bojkotu wyborów przez elektorat pisowski, może mieć pasmo zwycięstw. Ono również może być odnoszone czynnie w rezultacie niewystawiania własnych kandydatów. Zwyczajnie, im więcej PiS kandydatów nie wystawi, to tym bardziej będzie zwyciężać i tym bardziej przybliży to ideę budowy IV Rzeczypospolitej Polskiej. Nawet, takie fantazmaty, jak rozważania jednego ze spin-doktorów, o możliwej koalicji z SLD nie będą do tego potrzebne.


Z fizyka na instytucjonalistę.

15 Styczeń 2010

Pewien bloger z S24, z wykształcenia i zawodu fizyk, jął się oceniać konstytucyjne propozycje PiS. I poczynił to w, uwaga, 1250 znakach ze spacjami. Zaiste śmiała to recenzja dokumentu, który ma objętość ok. 129 tys. znaków ze spacjami. Pomińmy to jednak milczeniem. Wracając do uwag, to nie da się myśląc linearnie interpretować to, co właściwe jest koncepcjom instytucjonalnym – nawet, jeśli ma się doktorat z fizyki. A już ten bloger szedł zawody z doktorem politologii w zakresie kierunku zmian na polskiej scenie politycznej. Cóż bowiem nasz domorosły instytucjonalista zarzuca projektowi zmian konstytucyjnych przedstawionego przez PiS?

Bloger ten twierdzi, że projekt prowadzi do centralizacji władzy. W rzeczy samej jest to durna interpretacja, gdyż proponowany system kanclerski (z silnym premierem) przy jednoczesnym dodaniu prezydentowi dodatkowej prerogatywy (rozporządzenia z mocą ustawy) równomiernie rozkłada siły pomiędzy tymi dwoma ośrodkami władzy. Jeśli bowiem premier miałby mieć pozycję silniejszą niż ma obecnie, to jednocześnie nie może się to odbyć kosztem siły i znaczenia prezydenta, by kolokwialnie mówiąc którejś z tych władz się w głowie nie zakręciło.

Dalej, bloger coś insynuuje o „przewodniej sile partii wpisanej w konstytucję”. Gdzie to można w projekcie znaleźć, to jest to najzwyklejsza konfabulacja blogera.

Bloger coś tam bredzi o „zniszczeniu Trybunału Konstytucyjnego”. Bredzi, gdyż projekt zakłada, że Trybunał Konstytucyjny jest „naczelnym organem władzy sadowniczej, stojącym na straży nadrzędności Konstytucji w porządku prawnym Rzeczypospolitej Polskiej jako suwerennego i demokratycznego państwa prawnego.” Do tej pory o niczym takim mowy nie było. Zresztą, gdzie projekt dąży do zniszczenia Trybunału, bo analiza propozycji wskazuje na coś wprost przeciwnego?

Na czym ma polegać również ów rzekomy „brak tolerancji”, jeśli nie są to zacietrzewione artefakty blogera? Na jednoznacznym zakazie istnienia ruchów politycznych o inklinacjach komunistycznych, faszystowskich i nazistowskich, jeśli cywilizowany świat uznaje te ideologie za zbrodnicze? Czyżby bloger dopuszczał możliwość istnienia formacji o zbrodniczych inklinacjach?

Również brednie o sprowadzeniu kogokolwiek do rangi obywateli drugiej kategorii i coś tam o jakichś zapędach, nie znajdują potwierdzenia w projekcie. Gdzie? W którym przepisie? W którym miejscu?

Dalej są oczywiście jakieś fobie blogera o jakichś lumpenliberałach, PRL-bisach itp. itd. Z kolei, bloger się tak rozpędził, że myknął się był o cytat, gdyż nie chodziło o socjalizm w „ludzkim wydaniu” lecz „socjalizm z ludzką twarzą”, jednakże to jest nic nie znaczący, zdawałoby się, szczegół, jeśli nie ma się wystarczającej wiedzy, by pewnymi wyrażeniami-kodami precyzyjnie posługiwać się. Proponuję również poszerzenie elementarnej wiedzy o sformułowanie, “polska droga do socjalizmu”, gdyż to idealnie opisuje platfusiane standardy świadczące o “polskiej drodze do tolerancji, demokracji i dobrobytu”.

A tak już na sam koniec, to towarzysze Radzieccy właśnie dlatego wykreowali posłanie tow. Edwarda w odstawkę, gdyż dla nich jego polityka była zbyt europejska, zaś on sam, według nich, na za dużo sobie pozwalał. Fenomen, bo tow. Edwarda krytykowali także towarzysze jugosłowiańscy, którzy prowadzili onegdaj najbardziej liberalny kurs w całych demoludach. To się oczywiście wie z innych źródeł niż „Gazeta Wyborcza” i „Niezbędnik inteligenta” lecz tak w rzeczywistości było.

Nie lepiej jest jednak zająć się fizyką?


Miki naskrybił.

14 Styczeń 2010

Ano, Miki naskrybił:

“Jest w tym powtarzaniu intencja przyklejenia blogerom łaty anonimów, tj. takich ludzi, co wysyłają pogróżki do kogoś lub wypisują coś ukradkiem i zwiewają,”

Można to przeczytać <a href=”http://freeyourmind.salon24.pl/149777,sprawa-kataryny-ad-2010″>tutaj</a>

Gwiazda wypowiada się w ten sposób w obronie danych osobowych Kataryny, ujawnionych przez Dziennik.

Gwieździe zapomniało się, że przedwczoraj wieczór anonimowo opluła dwóch kolegów blogerów tutaj. Gwieżdzie zapomniało się, że poproszona o dane osobowe w celu wyciągnięcia konsekwencji uciekła gdzie pieprz rośnie. Gwieździe zapomniało się, że wczoraj po raz kolejny w komentarzu na swoim blogu anonimowo opluła wielu blogerów.

Anonimowość w sieci nie może być osłoną zwykłego chamstwa. W tym temacie jesteś gwiazdo takim samym autorytetem, jak jego świątobliwość Paetz w kwestii wykorzystywania kleryków, albo Maleszka w kwestii TW.

Pisz sobie gwiazdo o gwiazdach, o ptaszkach i motylkach. Ale nie zgrywaj autorytetu moralnego.

PS – Do administracji: Tekst jest polemiką z wypocinami osoby, która blokuje mnie u siebie, osoby, która mnie tutaj wulgarnie zwyzywała i schowała się za plecami administracji. Osoba ta jawnie drwi sobie ze mnie i z osób, które w ciągu ostatnich dwóch dni opluła. Osoba uchyla się od ujawnienia swoich danych osobowych, by sprawę między nami dokończyć. Nie mogąc osoby zmusić do rozliczenia się za jej wobec mnie wyczyny inaczej, jak przez pisanie tutaj, robię to co uważam za stosowne.

Zapowiadacie szumnie walkę z chamstwem w sieci. Bądźcie konsekwentni.

Naskrybił tam a gdzieindziej:


(Podkreślenie na czerwono moje).

To z kolei było tematem mojego wpisu (Dulszczyzna Mikiego.):

Wszyscy Salonowicze wiedzą, że bloger Miki znany jest ze swojej pryncypialności, jak… posłanka Senyszyn ze swojej życzliwości wobec Kościoła. On to bowiem fechtuje wszelakimi wartościami wielkokwantyfikatorowymi, rozstawiając każdego po kątach i protekcjonalnie rozsądzając czyjąś etyczność lub jej brak. Jest przy tym niezmordowanym tropicielem wszelakich odstępstw w tej kwestii. Nieomal, można by sądzić, że w tym aspekcie przypisuje sobie boskie plenipotencje i atrybuty Najwyższej Instancji. Bowiem, gdy bloger Miki rzeknie, że ktoś tam coś tam chybił wszelakim Cnotom, to sfora jego totumfackich w lot to podchwytuje i staje się to prawie jak niekwestionowana prawda objawiona. Boć, to bloger Miki ma moc rozstrzygającą o tym, co jest prawe i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne. Zapewne bloger Miki każe się w takiej sytuacji uznawać za szczególną krynicę prawości, moralności i etyczności. Czyż może blogera Miki nie można wobec tego uznać za “salonowego” Arcykapłana, Magistra Elegantum, Wielkiego Moralizatora…? Można. Swada, mentorstwo, tubalność z jakimi on rozstrząsa o czyjejś moralności (względnie etyczności) całkowicie do tego uprawniają.

Niekiedy bywa niestety, że bloger Miki daje się ponieść swoistej dulszczyźnie, gdy przeciwko temu, którego ma “na celowniku”, używa stylistyki jako żywo przypominającej nieodległe, aczkolwiek mroczne, czasy. Bo też np. czymże może być ot takie chwacko-junackie porównanie swojego politycznego i ideologicznego oponenta do funkcjonariuszy ludobójczego reżymu, mających na sumieniu śmierć i męczeństwo wielu ludzi? Da się to może wytłumaczyć jako efekt “pomroczności jasnej”? No, nie wiadomo. A może da się to zrozumieć jako swoistą dezynwolturę słowną, licząc na przychylne potraktowanie przez środowisko, w którym uprawia się swoją moralistykę? Jest to całkowicie możliwe. Nieodparcie to jednak daje asumpt do stwierdzenia, ze blogera Miki da się odczytywać jako egzemplum dulszczyzny, do której ludzie przyzwoici mają stosunek jednoznaczny. By nie być gołosłownym. [Tutaj powyższy zrzucik.]

Józef Różański, Anatol Fejgin

Ciekawe tylko, czy blogera Mikiego stać będzie na krztynę odwagi cywilnej, by przeprosić Marylę za podłe porównanie Jej do dwóch zbrodniarzy.

P.S.

Czy mozna też znać stanowisko Administracji w tej sprawie?

To ja się zastanawiam. Czy w świetle powyższego ta uwaga: “Zapowiadacie szumnie walkę z chamstwem w sieci. Bądźcie konsekwentni.” ma zastosowanie również do Mikiego?

EDIT:

Pytanie powyższe szybko straciło aktualność, gdyż szybko się wyjaśniało:

Cóż bloger Miki odpowiedział blogerowi paweł1?


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.