Żarty Onetu?

4 Luty 2011

Nie od dzisiaj wiadomo, że zestawienie wizerunku lub jakichś treści na jakimś kontrastującym tle wywołuje silną reakcję psychologiczną. Bądź to pozytywną bądź negatywną. I tak, pewnie swoje dziecko byśmy powierzyli opiece komuś, kto reklamowałby się obok fotografii Świętego Mikołaja. Za żadne zaś skarby nie chcielibyśmy się leczyć u lekarza, którego przychodnia reklamowałaby się obok zdjęcia Drakuli. W obu przypadkach chodzi o przekaz podprogowy. W telewizji, prasie i na wielu portalach można znaleźć całą masę takiego rodzaju tricków. I właśnie surfując po sieci natknąłem się na coś takiego (kliknij i zobacz).

I teraz nie wiem, czy oby Onet chciał powiedzieć przez to coś więcej niż można by wprost wyinterpretować. Czy ktoś pomoże mi rozwikłać tę zagadkę. Czy to są onetowe żarty? I jeszcze te niepokojące informacje o “kanibalizmie PO”…


Typowania wszechblogowe.

3 Luty 2011

Co zrobi Podwawelska, gdy Pomyłka Ociemniałych się rozleci:

a. przejdzie do eseldziarzy,

b. przejdzie do paliknotów,

c. przestanie straszyć,

d. odleci na miotle do ciepłych krajów,

e. [zaproponuj swój typ] ?

I to samo. Co zrobią jej “przynieś, podaj, pozamiataj”?


Polska zagłębiem bajek i baśni, czyli… pomóżmy Disneyowi

2 Luty 2011

Polska to kraj wielkich możliwości. O tym wie nawet każde dziecko w przedszkolu. Na polu bajek i baśni również. Choć w zasadzie, można powiedzieć, wyłącznie. Amatorów takich fantasy jak „10 potęga świata”, „II Japonia”, „II Irlandia” etc. jest u nas całe dywizje. Popyt na to jest niekończący się. Można powiedzieć, że pod tym względem, to Polska jest zagłębiem bajek i baśni.

Fakt powyższy dostrzegło kierownictwo The Walt Disney Company w naszym regionie. Jak donosi dzisiejsza „Rzeczpospolita”, Disney chce produkować u nas filmy. Jakaż to fantastyczna informacja? Ileż to daje możliwości szczególnie, by wypromować nasz kraj za granicą? Może dzięki temu uda się nawet zmniejszyć deficyt budżetowy, dług publiczny i w ogóle? Cała masa różnych korzyści. Bo budowa planów filmowych, to również miejsca pracy dla społeczności lokalnych. Bo może dzięki temu da się wybudować niejedną drogę, kanalizację etc. Same plusy, i to te dodatnie. Jaka zatem wizja przyświeca światowemu potentatowi w branży rozrywkowej?

Otóż dyrektor regionalna firmy na Europę Środkową i Wschodnią, Katarzyna Westermark, snuje marzenia o zorganizowaniu w Polsce show (czyt. szoł) na miarę broadwayowskiego „Króla Lwa”. Można podpowiedzieć, że dałoby się zrobić coś pod tytułem „Donald Cudotwórca”, co wpisywałoby się w disnejowski pierwowzór Kaczora Donalda. Dalej dyrektor regionalna ciągnie marzenia, mówiąc, że Nasze najbardziej rozpoznawalne produkty – „Piraci z Karaibów” czy „Auta” – możemy wykorzystywać na lokalnych rynkach…. Ależ oczywiście, bo można zrobić produkcję „Korsarze Vincenta” lub „Maluchy po liftingu”. Obie produkcje dozwolone od lat 12.tu. Następnie dyrektor regionalna zaznacza, że na wielu rynkach produkujemy już też lokalne filmy. I tu się zaczyna czelendż (tj. wyzwanie) szczególnie dla naszego kraju. Bo, także tutaj chcemy znaleźć dobry scenariusz, żeby móc produkować lokalny film w Polsce pod marką Disneya. Jest jednak pewien warunek, mianowicie film ma pasować do naszej wizji, ale też do potrzeb lokalnych widzów. No i oczywiście, każdy taki pomysł, który mógłby odpowiadać potrzebom polskich widzów, a trafi do Disneya, będzie „przywitany z radością, poważnie potraktowany i przeanalizowany. I to ostatnie stwierdzenie jest wyjątkowo inspirujące i kreatywne. Dlatego też

Pomóżmy Disneyowi! Piszmy scenariusze i propozycje filmowe!

Koncern bez wątpienia będzie miał ułatwione zadanie, jeśli chodzi o obsadę ról i to w niejednym kręconym w Polsce filmie. Wszak dlaczego by różnych amatorów fantasy, bajek i baśni, nie uczynić odtwórcami ról głównych, drugoplanowych i statystami. Do tego lemingi nadawałyby się idealnie, wszak bajkowość to ich druga natura. A iluż to chętnych, zobaczmy.

Całe 37 proc. populacji, to dobre kilkanaście milionów odtwórców ról w baśniach, bajkach, horrorach i w ogóle. I kto by mógł twierdzić, że Polska nie jest zagłębiem bajek i baśni? No, kto?


Anioł pozdrawia lemingi… – Anioł Stanisław.

1 Luty 2011

Pamiętacie może Państwo, jak wprowadzano towarzystwa budownictwa społecznego? Ależ nad tym było zachwytów, ochów i achów. Że ekonomiczne, śliczne, fantastyczne, szybkie, fajne, wygodne i nadzwyczajne. No a przede wszystkim, że to „my, wespół w zespół” będziemy decydować o tym, co się dzieje na klatce (-kach), placu zabaw, garażu (-ach), koło i w śmietniku, czy ogólnie po naszej stronie ogrodzenia. Ma się, rzecz jasna, rozumieć, że w takiej sytuacji tworzymy wespół w zespół jakiś wspólny fundusz remontowy. Samych plusów tego rozwiązania nigdy nie było końca. Cmokania w prasie, radio, telewizji i internecie. Gadające jajogłowe aż przy tym szczytowały. Ma się rozumieć, że rozwiązanie to pokazywane było jako idealna, wyśmienita, wręcz rewelacyjna propozycja dla młodych. Mających pełne rodziny. Będących dopiero co po ślubie. Żyjących na „kocią łapę”. Singli. Zwyczajnie. Rzutkich, przebojowych, kreatywnych indywidualistów, patrzących w przyszłość, czujących się wolnymi Europejczykami, nie mających żadnych kompleksów itd. „ecie-pecie”, czyli tak, jak leciały komunałki reklamowe.

I faktycznie wszystko było pięknie do czasu, tj. dopóty dopóki było pięknie. No i pięknie być przestało. Bo o to, jak donosi Onet:

Zaliczki mogą zasilić fundusz remontowy. Wspólnota nie musi zwracać mieszkańcom nadpłaty. (…) Sąd Najwyższy w swoim wyroku (sygnatura akt II CSK 358/10) potwierdził, że właściciele lokali mogą w uchwale zdecydować o przeznaczeniu nadwyżki zaliczek na fundusz remontowy. Wyrok ma precedensowe znaczenie. Dotyczy problemu, który może wystąpić praktycznie w każdej wspólnocie mieszkaniowej. Uwalnia zarządców od zwracania właścicielom groszowych często kwot. Dalej Onet wyjaśnia, że uczestniczenie w kosztach zarządu związanych z utrzymaniem nieruchomości wspólnej to jeden z podstawowych obowiązków członka wspólnoty. Na ich pokrycie musi uiszczać zaliczki w formie miesięcznych opłat. Zarząd lub zarządca musi się rozliczyć z tych pieniędzy po zakończeniu roku. W sprawie, której dotyczy wyrok SN, chodzi o dwie uchwały podjęte przez jedną ze szczecińskich wspólnot mieszkaniowych. Cała sprawa jest opisana w notce Po rozliczeniu wpłat nadwyżka na remonty.

No i fajnie, bo cała rzecz przypomina nieco Anioła, Anioła Stanisława z Alternatywy 4, gospodarza domu. Anioł Stanisław rządzi w swoim bloku twardą ręką. Każe lokatorom sprzątać klatkę schodową i teren wokół bloku. Zaś wieczorami urządza im próby chóru w ramach działalności kulturalno-oświatowej. Pamiętacie to? No kto by nie pamiętał? Anioł Stanisław zarządza również wspólnymi funduszami wspólnoty lokatorów. Czyni jednak wszystko po swojemu i ma pełnię władzy. Z czasem rodzi się przeciwko niemu bunt lokatorów, którzy postanawiają przedstawić Prezesowi Spółdzielni skargę na niego. Sami zobaczcie, jak to się kończy.

Myślę więc, że Anioł Stanisław gorąco pozdrawia lemingi, życząc im wszystkiego najlepszego.


Lemingi wrażliwe na trendy motoryzacyjne

31 Styczeń 2011

Wczesnym wieczorem Adrian, 29.letni project manager w jednym z zachodnich koncernów chemicznych, zakomunikował swojej żonie, 27.letniej Ewelinie, asystentce w dziale klienta strategicznego w agencji public relations, że po „Faktach” będzie trzeba porozmawiać o domowych finansach.

- Kochanie – zwrócił się do partnerki – po „Faktach” będziemy musieli porozmawiać o naszej kasie. Trochę się sprawy komplikują i musimy się nad tym zastanowić.

- A co się stało, Adrianku? – zaniepokojona spytała Ewelina.

- W zasadzie to nic wielkiego, jednak są pewne problemy – starał się uspokoić żonę.

- No dobrze, jeśli nic wielkiego, to się tak bardzo nie martwię – ta jemu odpowiedziała. – Jadłeś coś, bo właśnie robię kolację? – spytała.

- Jestem głodny jak wilk, Ewelinko – odpowiedział. Po czym poszedł do sypialni, by się przebrać.

Kolacja była pół godziny przed „Faktami”. Ewelina podała szynkę parmeńską, deskę serów, wędzonego łososia, zapiekane pomidory z nadzieniem czosnkowym, sałatkę z sosem Vinegrette, bułeczki francuskie i butelkę półwytrawnego rieslinga z 2003 r. Na deser była szarlotka.

Po kolacji Ewelina z Adrianem obejrzeli „Fakty”. Wiadomo. Minister zdrowia chwaliła się programem zmian w systemie ochrony zdrowia. Prokuratura wznowiła postępowanie w sprawie zniszczonego przez Zbigniewa Ziobro laptopa. Minister finansów odpierał zarzuty opozycji w sprawie deficytu budżetowego. Ostrzelanie polskiego patrolu w Afganistanie. CBŚ rozbiło gang fałszerzy pieniędzy. Prezydent Obama udaje się na szczyt państw G8. Nowe taryfy w PKP. Odnalezienie najdłuższego na świecie tunelu górskiego. Strzelanina w Dallas. Seria napadów na staruszki w Krakowie. UEFA skontrolowała postęp budowy stadionów. 10-latek w Łodzi postrzelił kolegę. Rewolucja w telefonii komórkowej. Poseł PiSu złapany na kierowaniu samochodem bez prawa jazdy. Janusz Palikot ujawnia dlaczego nie doszło do koalicji z PiSem w 2005 r. To były najważniejsze informacje dnia.

Gdy „Fakty” się skończyły Adrian poszedł do drugiego pokoju, z którego wyszedł po niecałych 5 minutach. W ręce trzymał kartkę. Usiadł na sofie obok żony, lekko odchrząknął i się odezwał.

- Ewelino, słuchaj. Jak wiesz moja firma zamroziła podwyżki wynagrodzeń w tym roku – ostrożnie zaczął mówić. – Z centrali dostaliśmy wytyczne, że na ten rok mamy obcięty budżet o jedną-piątą w związku z ograniczeniem inwestycji w regionie o 30 proc. Chodzi o to, że centrala postanowiła przerzucić środki na Daleki Wschód, gdyż tam, jak wynika z analiz średnioterminowych, jest wyższa rentowność. U nas z kolei wizytowała grupa z centrali, która robiła wewnętrzny audyt kadrowy. Są cynki z zarządu, że pracują tam nad dwoma wariantami. Jeden, to redukcja etatów i podtrzymanie działalności firmy tutaj przy okrojonym budżecie. Drugi, to likwidacja naszego oddziału i przeniesienie działalności operacyjnej w regionie do Węgier. Nasz zarząd walczy, by zrobić wariant pierwszy. Centrala mówi „OK.” i stawia warunki: zamrożenie wynagrodzeń i redukcja etatów. Chyba ten wariant przejdzie.

- No, rozumiem, Adrian. Tylko co to ma wszystko wspólnego z nami? – spytała Ewelina.

- Już tobie to tłumaczę – odpowiedział jej – Chodzi o to, że bank, w którym mamy nasz rachunek podstawowy, kredytuje również moją firmę i zapewnia jej także obsługę płatniczą. – kontynuował.

- No, i co w tym dziwnego? To nie jest chyba nic nadzwyczajnego. Nie? – weszła jemu w słowo.

- No, tak. To nie jest nic nadzwyczajnego, tak w ogóle. Jednak akurat jest tak, że nasz bank wie już o kłopotach mojej firmy. Wiesz jak jest. Oni mają różne informacje jakby od wewnątrz – ciągnął dalej jej mąż.

- No dobra. I? – zapytała ona.

- I właśnie to zaczyna nas dotyczyć. Bo… – sięgnął po kartkę – … poinformować, że zgodnie z paragrafem 45, punkt 3, podpunkt 4 – zaczął czytać – ogólnych warunków umów kredytowych w dziale kredytów konsumpcyjnych oraz umowy kredytowej o kredyt konsumpcyjny (produkt „Fajne Autko”), zawartej w dniu 29 stycznia 2010 r., Bank, w związku ze zmianą oprocentowania na rynku międzybankowym, postanawia dokonać korekty oprocentowania przyznanego kredytu o 6 punktów procentowych wzwyż. Zmiana ta zacznie obowiązywać od następnego, po bieżącym, okresie rozliczeniowym. Kredytobiorcy przysługuje siedmiodniowy okres na złożenie protestu. W razie wystąpienia sporu zastosowanie mają właściwe przepisy prawa cywilnego – skończył czytać.

- Co to do cholery jest? – spytał męża lekko podenerwowana Ewelina.

- Khm… – odchrząknął – To jest zawiadomienie, że od przyszłego miesiąca będziemy płacić większe raty za naszego Jeepa.

- A ile ich jeszcze zostało? – spytała.

- No, tak coś około dziewięciu – odpowiedział.

- Ale Adrian. Przecież my nie będziemy mieli z czego ich opłacić. Ty nie będziesz mógł więcej zarabiać. Mój awans i podwyżkę też diabli wzięli. Cholera. Oszczędności też prawie nie mamy, a jeszcze do spłacenia tyle kredytów i pożyczek. Mieszkanie, elektronika, wyposażenie domowe… Zgroza. I co my zrobimy? – spytała męża łamiącym się głosem.

- No, Ewelinko, uspokój się, proszę. Ja w sprawie tego kredytu „Fajne Autko”, to rozmawiałem już z doradcą finansowym w naszym banku. I on mi powiedział, że bank mógłby zająć teraz Jeepa i go zlicytować w zamian za częściowe zaspokojenie różnicy w zmianie oprocentowania poprzez obciążenie nam przez jakiś czas rachunku bieżącego. Zresztą mój kumpel, Norbert, ten z funduszu inwestycyjnego, też takie rozwiązanie podpowiada. Z tymże akurat jest tak, że musimy się pospieszyć, gdyż to my musimy zaproponować bankowi takie rozwiązanie w terminie siedmiu dni od otrzymania tego zawiadomienia. Moim zdaniem, to jest najlepsze rozwiązanie, bo to nam nie paskudzi historii kredytowej – wyjaśnił żonie.

- I co? Nie ma innego? – spytała go, prawie łkając.

- Nie, raczej, nie – jej odpowiedział.

- No dobra, to zrobimy tak, jak mówisz – zrezygnowana się zgodziła.

Następnego dnia Adrian udał się do oddziału banku, by zamknąć sprawę kredytu „Fajne Autko”. Miła, młoda i z aparycją urzędniczka dość sprawnie przeprowadziła całą procedurę. Po czym służbowo się uśmiechnęła, zapraszając do dalszego korzystania z usług bankowych. Jeep Cherokee z 2008 r. model 3,7 i V6 przeszedł na stan banku. Po miesiącu odebrał telefon.

- Pan Adrian …? – spytał głos w telefonie.

- Tak, to ja – odpowiedział.

- Dzień dobry, panu. Nazywam się Wioletta… – nazwiska nie dosłyszał – dzwonię z banku WKO SA. Dzwonię w sprawie domknięcia aneksu do umowy w związku z kredytem „Fajne Autko”.

- A o co chodzi? – spytał.

- Panie Adrianie, jest popyt na tego Jeepa Cherokee, i chodzi o to, że musimy mieć kluczyki i jego dokumenty. Prosimy o ich dostarczenie. – sucho odpowiedział głos po drugiej stronie.

- Rozumiem. Jutro to dostarczę do banku – odpowiedział.

- Dziękuję. I do usłyszenia – pożegnała się urzędniczka.

- Do usłyszenia, do widzenia – powiedział Adrian.

Późnym popołudniem pojechał do banku, dopełnił w nim formalności, a po powrocie do domu zaczął surfować po sieci, zbierając informację o trendach motoryzacyjnych. Na Onecie jego uwagę przykuła notka.


- „Na tak. Stare graty są teraz na topie.” – pomyślał – „To pewnie taki teraz trend, bo my młodzi mamy coraz bardziej w plecy.” – gorzko skonstatował – „86 proc. A było tak fajnie” – opanowywała go coraz bardziej gorycz. Zaczął sobie przypominać, jak to Jeepem fajnie się jemu jeździło. Jaką miał przyczepność. Ta aksamitna tapicerka, wspomaganie, kwadrofonia, GPS, pirotechniczne napinacze pasów… – Eh… – westchnął. Nagle pojawiła się ikona programu pocztowego: „Masz nową wiadomość”. Kliknął na nią i otworzył się mejl od znajomego, Włodka, który był redaktorem w miesięczniku motoryzacyjnym „Modne kółko”. Mejl nosił tytuł: „Bryka przyszłości”. Zaczął go czytać.

- „Cze Adrian. Ewelina mi powiedziała, że musieliście spuścić waszego Jeepa…” – znajomy pisał – „… to ja postanowiłem tobie przesłać info o przyszłych motoryzacyjnych trendach. Wiesz, paliwo coraz droższe, serwis także. Zanieczyszczenie środowiska. W ogóle bryndza, a w dodatku te cholerne korki na drogach. Mimo wszystko, chodzą cynki, że koncerny motoryzacyjne pracują nad nowymi rozwiązaniami. To będzie oferta szczególnie dla ludzi młodych i w średnim wieku. Lubiących wyzwania, kreatywnych, dbających o środowisko, żyjących na luzie. I w ogóle mających fantazję i indywidualne podejście do życia. Piszę o tym do ciebie, bo nasza redakcja wyczuła temat. A niedługo zrobimy większą akcje promocyjną. Kliknij w załączniki, bo może to być coś dla was. Jakbyś miał jakieś pytanka to mi odpisz. No to pozdro.” – Adrian skończył czytać mejl od znajomego. Najechał myszką na załączone pliki i kliknął. Na monitorze pojawiły się zdjęcia bryki przyszłości.

- „Ja cię. No nie mogę. Ale jazda!” – cały zbaraniał z tego, co zobaczył. – „Ciekawe, co Ewelina na to powie.” – w osłupieniu nie mógł oderwać wzroku od monitora.

(Zdjęcia: źródło)


Pryszczate lemingi z ręką w nocniku.

24 Styczeń 2011

Nie ma takiej siły, by za 30-40 lat dzisiejsze pryszczate lemingi nie stały się zgredami, moherem – w skrócie mówiąc, obciachem. O tym decyduje biologia, odporna na różnorakie sztuczki pijarowskie. Organizm coraz szybciej będzie się starzał, stawał coraz mniej wydolny. Pojawią się coraz poważniejsze choroby. Będzie coraz mniej siły na cokolwiek. Na balety, na wyjazdy, na różnego rodzaju szaleństwa. Tego, mając 20-30 lat się nie dostrzega, gdyż wymogi kulturowe każą brać pełnymi garściami z życia. Jednak jest w tym pewna hipokryzja i cynizm, gdy w lemingowato-pryszczatym wieku popiera się tych, którzy wolą myśleć o przyszłości a odrzuca się tych, którzy odwołują się do przeszłości, doświadczenia i mądrości życiowej oraz towarzyszących temu ciągle nierozwiązanych problemów. Cynizm i hipokryzja, gdyż ci ostatni są bogatą skarbnicą wskazówek i ostrzeżeń – właśnie na przyszłość. Tacy patrzą na życie o wiele dalej (zarówno w przeszłość jak i w przyszłość), zaś dzięki temu lepiej widzą nadciągające wstrząsy niż ci, którzy opierają się na doraźności. Wśród pryszczatych lemingów jednak ci ostatni robią zawrotną karierę i są niesłychanie popularni. Nie to, co tamte zgredy, mohery, obciach. No i pryszczate wybrały i dalej wybierają szamanów doraźności, prestidigitatorów „tu i teraz”, akwizytorów głupoty i zaczadzenia.

Tak było w przypadku, np. fantastycznych rojeń co do przyszłych emerytur bądź bajek o własnym gniazdku sfinansowanym z kredytów. Szamani, prestidigitatorzy i akwizytorzy z sejmowej mównicy, spotów telewizyjnych, programów z udziałem jajogłowych i całej różnej gazetowej sieczki intensywnie indoktrynowali pryszczatych, że jak ich wodzom i wodzusiom da się do ręki totem władzy, to będzie dobrze bądź jeszcze lepiej. No i pryszczate, jak na jakimś haju, odlocie czy wręcz odjeździe gremialnie się rzuciły ze swoim poparciem. Co jakiś czas biorą udział w jakichś tańcach św. Wita, by podtrzymać gotowość walki z urojonym kaczyzmem. Wszelako nie widzą tego, że na własne życzenie mają rękę w nocniku, podsuwanym im zresztą przez owych różnych szamanów, prestidigitatorów i akwizytorów. Bo pamiętacie, jak to M-Bwana Kubwa pryszczatych krzyczał, by ci pilnowali swoje portfele? Więc ci rytmicznie zaczęli powtarzać, „pilnujemy portfele”, „pilnujemy portfele”. Jeno nie zauważyli, że te portfele są nie ich własne lecz starszych w osadzie. Jeszcze tym starszym zajumali dowody osobiste, ta dla jajec, by było wesoło. EDIT: … by żyło się lepiej, wszystkim. I wrócili do codziennego bujania się na lianach. No, ale facecje na bok.

Właśnie pryszczate lemingi dowiedziały się kilku fantastycznych rzeczy. Po pierwsze, o wypasionych emeryturach to będą mogły sobie pomarzyć. Zobaczmy (za: Onet).

Składka przekazywana do OFE w latach 2011-2012 będzie wynosiła 2,3 proc., potem będzie stopniowo rosła aż w 2017 roku do OFE trafi 3,5 proc. a na subkonto w ZUS – 3,8 proc. Znaczy się, że i tak proporcjonalnie będzie więcej zasilany zusowski „worek bez dna” niż będzie przypadało na część „kapitałową”. OFE są przynajmniej zobligowane do osiągania jakiejś minimalnej stopy zwrotu, zaś ZUS, to ZUS. Wiadomo.

Waloryzacja subkonta ZUS przy zachowaniu integralności drugiego filara będzie przebiegała według średniego nominalnego wzrostu PKB z ubiegłych mijających pięciu lat. Każdy rok będzie dodawał kolejne lata, z zastrzeżeniem nieujemności wskaźnika waloryzacji. Zapewni to zwrot na poziomie identycznym lub wyższym od dzisiejszej obligacyjnej części OFE. No, OK., jednak co wtedy, gdy wzrost PKB będzie ujemny? To się zrobi plusy dodatnie, plusy ujemne?

Kapitał w subkoncie ZUS może być przypisany do subkonta w ZUS współmałżonka lub osoby wskazanej. W przypadku rozwodu, unieważnienia małżeństwa, ustania wspólności majątkowej, w przypadku śmierci – te środki na subkoncie w ZUS będą podlegały podziałowi…. Wolą rządu jest, aby element dziedziczenia z możliwością wypłaty 50 proc. środków nie rodził zagrożeń dla zakwalifikowania tych środków do długu. A czy spadkobierca dostanie całość czy część? A jeśli część, to jaką?

Do 2020 roku limit zaangażowania OFE dojdzie do 62 proc., co pozwoli na zaangażowanie na poziomie 45 proc. całego sektora. Obecny limit to 40 proc. (W 2011 roku do 42,5 proc., w 2020 roku do 62 proc. składki). Udział w OFE akcji będzie rósł do przeszło 55 proc. Każdy, a już tym bardziej pryszczaty leming, powinien wiedzieć, że inwestycje w akcje są bardziej ryzykowne niż w obligacje. Bo to jest ryzyko systemowe (związane z kursem) i pozasystemowe (np. zagrożenie bankructwem). Jeśli w portfelach OFE zwiększy się udział papierów wartościowych obciążonych większym ryzykiem, przy obciętej wielkości kapitału, to tym samym ogólne ryzyko staje się jeszcze większe. To chyba jest zrozumiałe. Prawda?

W perspektywie kilku najbliższych lat ta część dobrowolnych ubezpieczeń powinna się znacznie rozwinąć. Powstaną IKZE – Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego, które będą działać tak samo jak dzisiejsze IKE. Wpłaty do IKZE będą odliczane od podstawy opodatkowania, także dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Środki gromadzone na IKZE mogą być wypłacane jako dożywotnia emerytura, albo jednorazowo, ale wówczas traci się uzysk związany z opodatkowaniem. Ale przecież dzisiaj III filar kuleje, bo tak naprawdę, to nie ma w co specjalnie inwestować. Jak będą robione portfele zarządzających środkami zgromadzonymi na IKZE? W co, w jakie instrumenty inwestycyjne? Same zachęty podatkowe, to niewiele, by mieć z tego jakąś korzyść.

Po drugie (również za: Onet) wzrost podatku VAT, obciążający budownictwo, spowodować musi korektę cen mieszkań i domów w górę. A ściśle rzecz biorąc, chodzi o dopłatę do ceny metra. A to dla wielu będzie oznaczało koniec marzeń o swoim gniazdku kupionym na kredyt (bo jakżeby inaczej?) od dewelopera. Wprawdzie fanklub pryszczatych lemingów zapowiadał, że będzie podatki upraszczał oraz zmniejszał, ale wiadomo, jak Partia mówi, że zabierze, to zabierze, a jak mówi, że da, to mówi. W związku z czym, pryszczate lemingi upojone fantastyczną wizją wykorzystania wzrostu gospodarczego, ochoczo ruszyły się szturmem, by swój fanklub popierać. Dzisiaj są tego tylko konsekwencje.

Z powyższych dwóch informacji rysuje się już pewien prognostyk na przyszłość. Mianowicie, zmoherzone na starość dzisiejsze lemingi będą miały większą szansę brać emerytury z jakichś kas zapomogowych niż z jakichś wypasionych kont emerytalnych. Dalej, wielu nie zobaczy nawet swojego gniazdka w apartamentowcu w cenie pałacu lecz raczej w jakimś skromniejszym lokum komunalnym. Następnie, w świetle zanikającej zastępowalności pokoleń mniej następców będzie pracowało na ich emerytury. Zresztą, gdy coraz gorsze są perspektywy mieszkaniowe, to demograficznie mniejsza jest motywacja do płodzenia dzieci. Tak, że dzisiejsze pryszczate lemingi w większym stopniu będą na starość pozostawione same niż ich dziadkowie i rodzice – znaczy się: zgredy, mohery… obciach. I last but not least… staną się zagorzałymi słuchaczami wiadomego toruńskiego radia.


Emerytalna bajka lemingów

20 Styczeń 2011

Pewnego razu do wynajmowanego trzypokojowego mieszkania wpadł, studiujący na I roku stosunków międzynarodowych, lekko zdyszany Oliwer. W środku znajdowali się: studiująca na I roku socjologii Paulina (dziewczyna Oliwera), Majka z II roku marketingu i public relations, jej chłopak Maksym z II roku dziennikarstwa i Ewaryst, kumpel Oliwera, studiujący na I roku informatyki. Dziewczyny przygotowywały właśnie kolację, zaś faceci na 46.calowej plazmie oglądali mecz Barcy z Bayer Leverkusen.

- Ludzie! Zobaczcie, co przyniosłem – już od progu Oliwer zaczął krzyczeć. – Patrzcie, jak będziemy mieli zajebiście – nie potrafił ukryć podniecenia.

- No, co tam? – spytał Maksym, odwracając się do Oliwera.

- No to, patrzcie – ten odpowiedział i z kieszeni kurtki wyciągnął.

- Pokaż – powiedziała Majka, opierająca się o bar oddzielający kuchnię od dużego pokoju, i wyciągnęła rękę po broszurę.

- Masz, zobacz – odpowiedział Oliwer.

Majka wzięła broszurę do ręki i zaczęła ją przeglądać.

- O, Paulina, zobacz. Zdjęcie Donka – pokazała przyjaciółce fotografię lidera Platformy.

- Ale men, ja cię – z zachwytem powiedziała Paulina.

- Że co? Jaki men? – momentalnie zapytał Oliwer, który w przedpokoju był zajęty zdejmowaniem butów i wieszaniem kurtki.

- Nic, nic, kochanie, to o tobie – szybko odpowiedziała jego dziewczyna, mrugając porozumiewawczo do swojej przyjaciółki.

- Dziewczyny, możecie nam nie przeszkadzać? – rzucił poirytowany Ewaryst. Akurat właśnie Sánchez solową akcją pokonał bramkarza Bayeru, któremu kibicował Ewaryst. – Później będziemy o tym gadać – dodał.

- No, OK, OK, to przejrzymy to po kolacji – powiedziała Majka.

Po skończonym meczu wszyscy zjedli kolację, zaś po niej dziewczyny i jej faceci zajęli sofę a Ewaryst usiadł na fotelu. Z głośników wieży leciała najnowsza płyta Dody. Na stoliku było kilka czteropaków i trzy paczki chipsów. Oliwer wziął broszurę do ręki i zaczął ją wertować.

- Czytaj – powiedziała Majka.

- Nie, niech zrobi to Maksym. OK.? – odpowiedział Oliwer.

- No dobra, mogę czytać – zgodził się Maksym. Wziął broszurę od Oliwera, otworzył puszkę piwa i zaczął czytać.

- Stojąc przed wyzwaniami demograficznymi….,

- O kurde, zupełnie jak u nas na wykładzie ze statystyki – zapiszczała Paulina.

- Nie przeszkadzaj – wtrącił jej Ewaryst.

- … musimy pamiętać o szczególnym zjawisku, jakim jest relacja pomiędzy dwoma wyżami demograficznymi: powojennym, obecnie schodzącym z rynku pracy, oraz o drugim, z lat 80., właśnie startującym życiowo i zawodowo – kontynuował Maksym.

- Ludzie, Donek pisze o zgredach i o nas chyba, nie? – Wciął się Oliwer.

- No chyba, że tak – odpowiedziała mu jego dziewczyna, kładąc jemu rękę na udzie mocniej się do niego przytuliwszy.

- Dla spójności społecznej… – ciągnął dalej Maksym. – … i efektywnego modelu polityki społecznej….

- Jak bym była na wykładzie z polityki gospodarczej u Frąckowiaka – szybko wtrąciła Paulina.

- … zorientowanej na pracę oraz konieczność zbilansowania systemu socjalnego w jego wymiarze finansowym – ważna jest równowaga pomiędzy generacjami. – czytał Maksym.

- Eee… co to Donek tu franzoli? – wciął się Ewaryst nieco wkurzony. – Co, jaka równowaga między generacjami? Z żadnymi moherami nie chcę się równoważyć. Kurde. To one mają co roku w lato jeździć na Kretę, a ja mam dupę moczyć w Darłowie? Co to kurde znaczy? – zdenerwowany pociągnął łyk piwa.

- Ewek, zbastuj. Ja ci to wytłumaczę – uspokajająco powiedziała Majka. – To jest tak. Czytałam kiedyś w „Wyborczej”, że Unia w ramach jakiegoś tam programu pilotażowego chce wprowadzić zasadę spójności międzygeneracyjnej. Nawet jakąś dyrektywę mają robić. Nie, Paula? Ty coś miałaś o tym na jakimś z tych wykładów genderowych.

- Tak, było coś takiego – odpowiedziała jej przyjaciółka.

- Więc, jeśli Unia chce to wprowadzić, to Donek już to przewiduje. I jak go Komisja Europejska spyta o to, to będzie mógł jej odpowiedzieć, że ma to w programie, zaś zespół ekspertów już nad tym pracuje. Wiesz, to taki pijar. A ja wiem, o czym mówię, bo to moja działka – z dumą w głosie skończyła mówić Majka.

- Majka ma rację. Nawet kiedyś o tym było u Młodkowskiego na TVNCNBC – dodał Oliwer.

- Aaa. To teraz już rozumiem – powiedział Ewaryst. – Maks jedź dalej.

- Oba pokolenia mają swoje miejsce na rynku pracy, chociaż średni wiek wyjścia z rynku pracy w Polsce (58 lat) jest najniższy w Europie, a bezrobocie wśród młodych, wynoszące przeszło 25 %, jest najwyższe w krajach UE – kontynuował Maksym.

- No właśnie – w słowo mu weszła Paulina. – I to jest kurestwo. Zgredy idą sobie na emeryturki a dla nas pracy nie ma. Co to kurde jest? Ta… mają swoje miejsce na rynku pracy. Pisiory trzymały zgredów dalej na miejscach pracy, zamiast ich wywalać, a my, jak będziemy kończyć studia, to od razu na zasiłek. Nie? Ja tam głosuję na Donka, to pewnie zrobi z tym porządek. Nie? – skończyła, sięgając po puszkę piwa.

- Masz rację. Jak Donek będzie rządził, to od razu ten bardak się skończy – Entuzjastycznie dodał Ewaryst.

- Dlatego, niedobrze jest, jeśli konfliktuje się generacje, budując roszczenia, … – ciągnął dalej Maksym.

- A nie mówiłam? Właśnie Donek napisał to, o czym myślę. Te zgredy mają ciągle mało. Są roszczeniowe. Nawet „Polityka” kiedyś o tym pisała – bojowo zakrzyknęła Paulina.

- w których de facto podważa się bezpieczeństwo przyszłych pokoleń – kontynuował Maksym.

- No właśnie – wtrąciła się Majka. – Macie rację, tzn. ty, Paula i Donek. Zgredom i moherom zawsze czegoś mało. A nasze pokolenie to będzie mogło się w dupę pocałować – dodała niewyraźnym głosem. – Też jestem za Platformą.

- Dotyczy to w głównej mierze systemu emerytalnego i presji części środowisk zawodowych na utrzymanie własnych przywilejów dotyczących systemu emerytalnego (w tym głównie wcześniejszych emerytur) – kosztem innych – czytał Maksym.

- Oooo. O to chodzi – wycedził Oliwer. – Kosztem innych, to znaczy nas. Nie dość, że ta wsiowa ciemnota i robole idą sobie na wcześniejsze emeryturki, to jeszcze nic dla nas nie zostawią. A my, to co? To jakieś wafle jesteśmy, czy co? Jak zagłosujemy na Platformę, to ona załatwi, że nam będzie dobrze. Mnie już Donek bardziej przekonywać nie musi.

- Tutaj są jakieś cyferki, to opuszczę – powiedział Maksym. – Niektóre grupy – konturował – z pokolenia dziadków i rodziców nie powinny – w imię partykularnych interesów – zadłużać własnych dzieci. Potrzebna jest prawdziwa solidarność między pokoleniami – czytał dalej Maksym. – Wiecie co? Mi już starczy.

- Wporzo – rzucił Oliwer.

- No, właśnie – wtrąciła się jego dziewczyna. – Nasz Donek dokładnie wskazał, gdzie leży problem. Mohery i zgredy się zadłużały, a my mamy to spłacać. Kurde jak ja nie znoszę tych od Rydzyka. W „Wyborczej” napisali, że jak tylko Donek zostanie premierem, to mają zamiar zrobić porządek z tymi ze starego portfela. Odbiorą pewnie zgredom i moherom to, co im się nie należy, i pewnie z tego zasilą nasze przyszłe emerytury. To się nazywa solidarność między pokoleniami.

- Masz rację, Paula – powiedziała Majka. – tak pewnie zrobią. Sama też słyszałam o tym od kolesia, który działa w młodzieżówce Platformy. Będziemy mieli dobrze. Naszych przyszłych emerytur to pewnie nie ruszą, bo byliby idiotami.

Rozmowa trwała jeszcze jakiś czas. Po czym ucichła, bo na Polsacie zaczął się film z Małaszyńskim, Brodzik i Więckiewiczem. Koło pierwszej w nocy wszyscy poszli spać.

Za jakiś czas Oliwer, surfując w sieci, znalazł na Onecie.

- O żesz kurwa mać – zaklął, wpatrując się w monitor. – o żesz kurwa mać.


No i pryszczate lemingi zaczną dostawać wciry.

19 Styczeń 2011

Sejmowa Komisja Edukacji, Nauki i Młodzieży, jak donosi Onet, poparła rządową propozycję, aby tylko jedne studia można było ukończyć na koszt państwa. Z opłat mają być zwolnieni jedynie studenci osiągający najlepsze wyniki w nauce. W myśl zaakceptowanych w środę przepisów, każdy student będzie mógł za darmo rozpocząć studia na drugim kierunku. Po każdym roku wyniki w nauce będą oceniane i bezpłatnie będą mogli kontynuować studia ci, którzy spełnią kryteria takie, jakie muszą spełnić osoby otrzymujące stypendium rektora, czyli stypendium naukowe. Posłowie zaakceptowali też zapis, że prawo do darmowych studiów na drugim kierunku będzie miała tylko osoba, która rozpocznie je w trakcie nauki na pierwszym kierunku. Ci, którzy skończą studia a później rozpoczną następne, będą musieli zapłacić. A to już oznacza, że pryszczate lemingi zaczną dostawać wciry.

Spróbujmy się temu przyjrzeć. Po pierwsze, dzisiejsze wymagania rynkowe są takie, że dostać pracę, mając tylko jeden fakultet, jest już niezwykle trudno. Pracodawcy szukają tych, którzy mają ukończone dwa kierunki, w tym także studia podyplomowe, znają dwa języki obce i jeszcze mają jakieś doświadczenie. Dlatego też rozpoczęcie studiów na drugim kierunku jest polepszaniem swoich szans na rynku pracy. Przeważnie jest tak, że studia na drugim fakultecie odbywają się w trybie zaocznym, a więc są płatne. Co się dzieje, gdy podejmuje się równoległe studia na drugim fakultecie w trybie stacjonarnym/dziennym? Otóż, na pracę zarobkową nie ma się już zwyczajnie czasu, gdyż zajęcia ma się na obu kierunkach. Rekompensatą za brak zarobków jest to, że studia takie są bezpłatne. Rząd jednak daje uczelniom otwartą furtkę do ewentualnego pobierania opłat również w tym przypadku. Mianowicie, rozpoczynasz studia nominalnie za darmo. Jednak po roku, jeśli twoje wyniki są niezadowalające, to wówczas bul zgodnie z uczelnianym taryfikatorem. Nie bulisz, to masz problem. A jaki, to wiadomo. Jakież to otwiera się pole do tego i owego? O tym pryszczate lemingi już nie pomyślą. Po drugie, jak już jesteś licencjatem/magistrem obierania kartofli i ogórków, to oznacza, że skończyłeś studia. Dajmy na to, że ten licencjat/magisterium, to za mało byś sobie dał radę na rynku pracy i musisz dorobić następny licencjat/magisterium lecz tym razem na kierunku konfekcjonowanie i magazynowanie. Tutaj już rząd uważa, że bulić musisz bezwzględnie, gdyż jedne studia masz już skończone.

Oczywiste jest też, że na studia dostają się nie tylko dzieci oligarchów lecz także tych z rodzin średniozamożnych bądź nawet biednych i to też nie wielkomiejskich. Gdy takie dziecię, przeważnie pryszczaty elektorat Platformy, się naciągnie do wielkiego miasta, w którym jest kilka-, kilkanaście różnych prywatnych wyższych szkółek tego i owego lub publicznych uczelni, oraz gdy się ulokuje w (płatnym) akademiku, to studiując na studiach stacjonarnych/dziennych nie ma zwyczajnie czasu na podjęcie pracy zarobkowej. Bo zajęcia, balety, imprezy, włóczenie się po pubach, restauracjach, klubach i dyskotekach…. A to wszystko pożera czas jak diabli. Od czasu do czasu, tj. tuż przed sesją lub w jej trakcie, trzeba się kilka razy zameldować w czytelni, by przynajmniej przeczytać jakieś bryki i omówienia literatury z tego lub owego przedmiotu. Więc, jak w takiej sytuacji pracować zarobkowo? Z czasem pryszczaty leming zaczyna kumać, że ten jego licencjat (lub magisterka) to za mało, by móc zostać zaproszonym na rozmowę kwalifikacyjną u jakiegoś potencjalnego pracodawcy, więc rzuca się na drugi kierunek. Wiadomo też, że się go opędza po łebkach, byle jak, na pa-ta-taj, bo i tak potencjalny pracodawca w indeks nie zajrzy, a tutaj chodzi o sam papier. Zal. lub co najwyżej 3+ wystarczy. Przedmiot za przedmiotem aż do absolutorium, średnia ogólna ze studiów 3,75 zadowala. Przecież w takiej szkole samych czwórek i piątek produkować też nie można, bo nie korelowałoby się to z ogólnymi ocenami z matury. Jak surowiec lichy to i produkt finalny też nie najlepszy.

No i przychodzi moment, by zdecydować się na to, gdzie drugi kierunek będzie się robiło. Najlepiej to na bezpłatnych studiach stacjonarnych/dziennych, bo w ten sposób można zaoszczędzić kasę (skądś tam zdobytą) na rajdy po knajpach, klubach, dyskotekach, multikinach, kręgielniach itp. Studia stacjonarne/dzienne mają jeszcze tę zaletę, że można sobie przedłużyć młodzieńczą beztroskę o kolejne 3-5 lat. Do pracy zarobkowej spieszyć się nie trzeba, luzik i spoko życie. Jednak miejsc na takich studiach jest proporcjonalnie mniej miejsc niż na zaocznych i wieczorowych. A na tych, to bulić już trzeba. Kapuchę się skądś tam zakombinuje, może się zarobi, jednak przeważnie weźmie jakąś pożyczkę z banku do oddania po studiach. I dalej można luzik i spoko życie.

Wzięło się pożyczkę, to kiepełe trybi, by wynieść się z akademika i znaleźć jakieś lokum na mieście. To się znów zakombinuje gdzieś kapuchę, by wynająć bodaj dwupokojowe mieszkanie. Lecz trzeba je jakoś urządzić. Pryszczaty leming już wie, że trzeba coś tam zacząć zarabiać byleby można było wykazać jakąś zdolność kredytową i brać niskooprocentowane kredyty konsumpcyjne lub kupować to i owo na raty. Jak już zaczyna coś tam skapywać, przeważnie na jakichś dzikich umowach, to nie ma już czasu na studia stacjonarne/dzienne. No i fajnie, wreszcie się skończyło te studia. Od tego momentu zaczyna się dziki pościg za sensowną robotą na etacie, bo przecież raty kredytów konsumpcyjnych i pożyczki spłacić trzeba, a tak się zaprzyjaźniono z plazmą, sprzętem hi-fi, inteligentnymi pralką, chłodziarko zamrażarką itp. Więc prze się jak taran. Mając w kieszeni dwa dyplomy i coś-tam, coś-tam, może się znajdzie nie jakąś tam lepszą robotę, lecz robotę w ogóle i uda się podtrzymać zdolność kredytową. Po dostaniu takiej roboty pojawia się paniczny strach przed jej utratą, a wielkie miasto tak oszałamia. Więc w takiej robocie wpada się w wyścig szczurów, robi kariery jakimkolwiek kosztem, byleby tylko uporać się z ratami i pożyczkami z okresu studiów, które wiszą nad głową jak miecz Damoklesa. Aha, zapomniałem jeszcze, że na studiach poderwało się „połówkę” (przeważnie również przyjezdną). Pojawia się więc wspólna myśl, by wynieść się z tej dwupokojowej nory, najlepiej od razu gdzieś tam do apartamentowca w jakiejś wspólnocie mieszkaniowej. No i oboje tyrają na zdolność kredytową. Wreszcie, alleluja, trafia się kredyt na dwadzieścia-trzydzieści lat, gdzie 70-80 metrowe lokum jest mocno przepłacone. I się wpada, jak śliwka w …. Od razu, szast-prast, zadłuża się swoje przyszłe dziecko.

No, lecz rząd swoim fanom właśnie ogłasza, że szykujcie się na wciry, bo drugi kierunek to już nie tak za bardzo za friko. No i nachodzi refleksja smutna. Bo trzeba będzie ograniczyć rajdy po knajpach, dyskotekach, klubach, multikinach itp. Ciuchy zacząć kupować w szmateksie a nie markowe. Z jakichś elektronicznych cacek też trzeba będzie zrezygnować, że nie mówiąc już nic o marzeniu o jakiejś furze. Zwyczajnie wciry i tyle. A że nieszczęścia chodzą parami, to fanklub pryszczatych ma też w pakiecie dla nich kolejną rewelację, mianowicie, jak również Onet donosi:

Jesteś singlem i marzysz o swoim mieszkaniu? Możesz marzyć dalej, bo rząd ci w tym na pewno nie pomoże. „Rodzina na swoim” nie obejmie osób samotnych i par, które nie są w związkach małżeńskich.

Jednak trzeba być spokojnym. Sondażownie niebawem wyprodukują odpowiednie słupki poparcia. Jeno w słupki wierzą… inteligentni „inaczej”. Tak to jest, jak się ma całe życie po łebkach, byle jak i na pa-ta-taj.

P.S. Do programu fanklubu pryszczatych nie ma nawet co sięgać.


Kapucha, panie Dzieju, kapucha.

18 Styczeń 2011

Dzisiejszy „Nasz Dziennik”, w tekstach „Defensorzy własnego biznesu” Katarzyny Orłowskiej-Popławskiej oraz Prawda wymieciona spod dywanu Macieja Walaszczyka, przypomina o tym, co dla tej redakcji było oczywiste już 28 maja ub.r., jeśli chodzi o tezy obalające insynuacje, pomówienia, oszczerstwa i potwarze wobec kpt. Arkadiusza Protasiuka, gen. Andrzeja Błasika i pośrednio również „głównego pasażera”. Generalnie, jak pisze M. Walaszczyk, chodziło o kłamstwa, iż kpt. Protasiuk chciał się popisać udanym manewrem w obecności prezydenta i szefa Sił Powietrznych gen. Andrzeja Błasika, żeby dostać „upragniony awans na stopień majora, a które były rozpowszechniane w mediach mainstreamowych nieomal od samego początku tuż po katastrofie.

M. Walaszczyk pisze też, że w końcu wzmacnianie rosyjskiej wersji zdarzeń, której nijak nie da się obronić nie będzie przysparzało czytelników [chodzi o dzienniki i tygodniki mainstreamowi – przyp. MF], a grozi całkowitą kompromitacją. To samo dotyczy innych mediów [w domyśle, elektronicznych – przyp. MF]. Po miesiącach lansowania insynuacji, budowania politycznej narracji o samobójczej decyzji prezydenta będą musiały wycofywać się z zajętych wcześniej pozycji i prawdopodobnie ratować rząd Donalda Tuska przed blamażem. Cóż, diagnoza słuszna, wniosek nie do końca poprawny.

To, czy rząd Donalda Tuska okryje się blamażem czy nie, jest akurat dla mediów mainstreamowych sprawą ento-rzędną. Wszak raczej nie chodzi tutaj o to, czy faktycznie w takim lub owym rządzie będzie się miało swoisty parawan czy nie. Tutaj rzecz jest całkowicie arcybanalnie trywialna. Mianowicie, chodzi o własną kieszeń. Bo też, jak te wszystkie kłamstwa legną w gruzach, to wyjdzie na to, że trzeba będzie za nie zapłacić. Honorem? A gdzie tam. Godnością? Również gdzie tam. Prestiżem, wiarygodnością, … czymś takim? Bzdura totalna. To czym? Ano, kapuchą, moni, hajsem, szmalem, czy jak to jest tam u nich w żargonie. A będzie tego zapewne dużo.

No bo od biedy szargać pamięć da się jednej osoby, ale już nie kilkudziesięciu. W takiej sytuacji, w zależności od sprawy można wytaczać pozwy zbiorowe lub indywidualne. Non stop. Seryjnie. Masowo. Część może zostanie umorzona, część może oddalona, jednak nie wszystkie. A co to oznacza? Mianowicie to, że już teraz należałoby tworzyć rezerwy w budżetach na obsługę prawną takich pozwów, na ewentualne odszkodowania, na ratunkowe kampanie wizerunkowe, … na wiele rzeczy z tym związanych. Pośrednim tego skutkiem może być to, że na pysk polecą honoraria autorskie, w kieszeni może być coraz mniej, a do tego dochodzi również kryzys finansowy. A raty kredytów i pożyczek spłacać trzeba. Wreszcie, taka lub inna redakcja może zdecydować się na redukcję personelu, jako przykrywki do pozbycia się tych, z powodu których zaczęło się mieć kłopoty finansowe. Lądując na bruku jest się momentalnie „na widelcu” banku, w którym ma się zaciągnięty kredyt lub wziętą pożyczkę. Dwa-trzy miesiące bez pracy, to w skrzynce pocztowej monity bankowe. W końcu, „puk, puk”, i wizyta komornika z bankowym tytułem wykonawczym. Nie ma przebacz. Taki lajf. Plazma zarekwirowana, elektronika zarekwirowana, fura zarekwirowania, wreszcie eksmisja z mieszkania w apartamentowcu. Cała masa różnych problemów. Urlop za granicą szlag trafił. Prywatnej opieki lekarskiej nie ma. Do galerii handlowej, luksusowej restauracji itp. chodzić nie ma się za co. No, zbity tyłek, panie Dzieju, zbity tyłek. W związku z tym wszystkim trzeba zawczasu zadbać o jaką dupokrytkę. Wszak bliższa ciału koszula, a zegar rat tyka niemiłosiernie. Stąd kwestia rządu jest czymś ento-rzędnym.


O przyczynku do zgagi politycznej.

11 Grudzień 2010

Właśnie, tak jak w tytule. A dlaczego? Ano, po prostu. Właśnie, (za Onetem) poseł PiS, Adam Hofman, był wystąpił… Zresztą, patrz obrazek niżej.

Tak, tak. W tejże owej wrogiej „Walterowni”, co do której PiS i cała reszta pisolubów czuje obrzydzenie, wstręt itp., uderza się niczym w trąby jerychońskie z posłaniem, „Basta!”. A ja już zaczynam coraz bardziej odczuwać polityczną zgagę. No, ma się rozumieć, że walterowy „target” się strasznie przejmie pisowskim posłaniem. Już jutro odda dekodery do telewizji „n”, przestanie brać do ręki „Metro”, kupować „GW”, „Politykę”, „Przegląd” i „Newsweeka”. W ogóle, młodzi, wykształceni z wielkich miast (to szczególnie) tłumnie się ruszą pod kancelarię premiera, na ul. Andersa w Warszawie pod Biuro Krajowe PO czy gdzie tam platfusów jest najwięcej, i zaczną skandować „Tusku, kiedy dymisje?” Ale, co poseł PiS sobie podreptał do „Walterowni”, to podreptał.

Ja natomiast mam takie wrażenie, że gdy tylko walterowy „target” zobaczył na plaźmie postać Mości Posła, to w wielu domach młodych, wykształconych, z wielkiego miasta posypały się soczyste bluzgi i wnerw, że kolejny Pisowiec wchodzi im na plazmę. Tak, tak, Szanowni Pisowcy, nie łudźcie się, że znowu nie pojawił się tam odruch warunkowy. „O kurde, znowu jakiś kaczysta, żesz w mordę. Nawet w sobotę nie dadzą odetchnąć.”, „Niech se łazi do Rydzyka i tam opowiada swoje brednie, a nie w TVN24.”, „A wsadź sobie ten Smoleńsk w….” Tak, sądzę, że to były właśnie tego rodzaju reakcje. Co Hofman, co PiS chcą przez to osiągnąć? Że młodzi, wykształceni z wielkiego miasta się przejmą pohukiwaniem kaczystowskiej partii? Że walterowy „target” nagle porzuci swoje twarde przekonania i pokiwa głową, „No właśnie. Ale te platfusy są parszywce. Już dawno powinni pospadać ze stołków, a jeszcze do dzisiaj się ich kurczowo trzymają. Kaczor ma rację.” Naprawdę tak myślicie? No to, skoro, nie, to po co te występy w Walterowni? Ja najmocniej przepraszam, jednak coś zaczynam się zastanawiać nad tym, co jest ważniejsze. Wyjaśnienie Smoleńska czy też lans i parcie na szkło.

Mówię, zgaga. Bo to jest studio telewizyjne tej samej korporacji, której dziennikarze i publicyści codziennie jeżdżą po PiS jak po łysej kobyle i wcale specjalnie nie kryją w tym swojego zaangażowania. Tak, że pytam – do kogo te apele? Do ludzi pracujących w korporacjach, którzy o PiSie nie chcą nic słyszeć i wiedzieć? Do celebrytów, gwiazdek i gwiazdeczek, którzy o PiSie nie chcą nic słyszeć i wiedzieć? Do naukowców i nauczycieli akademickich, którzy o PiSie nie chcą nic słyszeć i wiedzieć? Do nauczycieli, lekarzy, urzędników, policjantów itp., którzy o PiSie nie chcą nic słyszeć i wiedzieć? Do kogo…? To są miliony ludzi, którzy zostali urobieni w nienawiści do PiSu, i którzy zacierają ręce z uciechy, kiedy widzą, że ich partia dokopuje takim Hofmanom, ile wlezie. Z innej beczki, Pisoluby mogą mieć uzasadnioną wątpliwość, czyją zaprzyjaźnioną jest ta telewizja. O co w tym wszystkim biega – mogą zapytać. To już tak jest miło i przyjemnie, że drepczemy sobie do siedziby telewizji, w której gdzieś na innym piętrze (a może na tym samym), w „Szkle”, dajmy na to, z PiSu się nabijają, ile wlezie? Gdzie w jakimś tokszole z kaczystów robi się polewkę? Gdzie pewnie 100 proc. personelu głosuje na partię ślicznego Donka? Zgaga i nic więcej.

Szanowne Posłanki i Posłowie z PiSu, jakiekolwiek rozliczenia za Smoleńsk walterowy „target” ma serdecznie w … poważaniu. To są ci, którzy czynnie bądź biernie wspierają drących się, „Jest krzyż, jest impreza.” Oni chcą kupować, konsumować, bawić się, i nie mają zamiaru burzyć tego, co im to zapewnia. Sami są częścią systemu, który odrzuca jakiekolwiek drążenie Smoleńska. Ich ten temat nuży, irytuje, wnerwia i drażni. Bronią się przed nim, jak tylko można. Zresztą, nad Smoleńskiem, to dawno już przeszli do porządku dziennego. I dla nich temat ten jest już równie obcy, jak, dajmy na to, katastrofa Ił’a na warszawskich Kabatach. Za Smoleńsk absolutnie nie dadzą się pokroić, ba… może nawet wielu z nich poczuło ulgę z powodu tego, co się stało. Trochę realizmu, a nie oblatywania po studiach telewizyjnych i radiowych.


I mohery nie pomogły.

5 Grudzień 2010

 

Dwa tygodnie temu napisałem tekst Mohery pomóżcie! – tako rzecz platformiany Krakówek. No i dzisiaj mamy sondażowe rezultaty II tury wyborów na prezydenta Krakowa. Dotychczasowy prezydent, Jacek Majchrowski, uzyskał przewagę blisko 20 proc. głosów nad kandydatem Platformy, Stanisławem Kracikiem. Przy frekwencji ok. 35 proc.

Widać z tych wyników, że mohery wcale nie pomogły. Nie pomogły ani SLD ani PO, gdyż w tym przypadku głosowały twarde elektoraty. Bo to, że na Majchrowskiego mogło głosować ok. 123 tys. czerwonych, to jak na takie miasto, jak Kraków, to jest bardzo możliwe. W samej Nowej Hucie mieszka ok. 200 tys. mieszkańców.

Czy coś nam to mówi? Ano chyba to, że krakowskie mohery dobrze znają wartość swojego głosu, i zwyczajnie czniały skomlenie partii młodych, wykształconych o dosypanie się do puli. Tak, tak. To może być rachunek wystawiony za hucpę na Franciszkańskiej. To może być rachunek za wszystko inne. A może również to może być wstręt do tego, co krakowskie mohery czytają o sobie na blogu takiej jednej. To chyba też możliwe.

Mimo wszystko, wynik w Krakowie daje dobry prognostyk co do tego, że jest trzecia siła, która może przeważyć szalę zwycięstwa. Tym czym jest właśnie PiS, który nie daje się okręcić wokół palca jałowymi gadkami wielebnego posła G. z Platformy, który, jeśliby tylko chciał, to mógłby opuścić szeregi swojej partii i przejść do PiS’u. No bo też skoro tam są nadal „koledzy”, a może nawet i „przyjaciele”, to dlaczego nie?

To jak teraz młodzi, wykształceni z wielkiego miasta, będziecie dalej pluli na PiS i Jarosława Kaczyńskiego? A kto was będzie chciał podsadzać?


Brawo panie mecenasie – czyli ruszyć się z Nowogrodzkiej.

25 Listopad 2010

W dzisiejszym „Naszym Dzienniku” ukazała się fenomenalna wręcz rozmowa Bogusława Rąpały z byłym ministrem skarbu, w rządzie K. Marcinkiewicza, mec. Andrzejem Mikoszem, pt. Pójść w Polskę. W niej to mecenas daje wręcz arcyprostą receptę, a przy tym najskuteczniejszą, na to, co zrobić, by Prawo i Sprawiedliwość wreszcie zaczęło wygrywać. Zobaczmy, co w niej jest najważniejszego. Zanim to nastąpi, to zacytujmy rzecz fundamentalną.

W Polsce Wschodniej PiS wygrywa w całkiem niezłym stylu… (…) Uważam, że Prawo i Sprawiedliwość pozostaje najsilniejszą alternatywną propozycją polityczną w stosunku do układu rządzącego, ale wynik wyborów powinien dać wiele do myślenia przywódcom tej partii. Wygranej PO nie można tłumaczyć tylko medialnym jazgotem wokół odejścia z PiS grupy polityków. Takie tłumaczenie porażki wskazywałoby na brak dojrzałości. – mówi mecenas. I tak się dzieje. PiS, trzeci kolejny rok, piątą (czy może – szóstą) porażkę, tłumaczy, że ma pod górkę, że wiatr w oczy, że coś tam. To mniej więcej wygląda tak, jakby mały Jasio w szkole tłumaczył się „pani”, że nie ma odrobionej pracy domowej, bo nikt w klasie nie tylko, że nie powiedział jemu, co było zadane do domu lecz również nie dał jemu jej „odpisać”. A co w tym czasie Jasio robił? Ano z kolegami z innej klasy był na boisku i kopał w gałę. I właśnie o to chodzi. No dobra, wróćmy na poważniejsze tory.

Pojawia się w związku z powyższym pytanie, które kiedyś postawił pewien Klasyk w pewnej broszurze propagandowej, „co robić?” A przede wszystkim, czy tegoroczne wybory samorządowe, a szczególnie do sejmików, dają jakiś prognostyk na wygrane przez PiS wybory. Mecenas widzi to następująco, Moim zdaniem, wyniki te są wysoce nieprzekładalne na wybory parlamentarne. Proszę zwrócić uwagę, że PO w dużej mierze osiągnęła tak niski wynik wskutek silnego spadku frekwencji wyborczej w wielkich miastach. Platformie nie udała się tak wielka mobilizacja społeczna, jaka nastąpiła w 2007 r. podczas wyborów parlamentarnych. Również dzięki tej mobilizacji udało się doprowadzić do wygranej Bronisława Komorowskiego w tegorocznych wyborach prezydenckich. Do tego dochodzi duży zawód związany z rządami PO oraz brak alternatywy – ponieważ za taką alternatywę nie jest uznawane PiS. Proszę zauważyć, że liczba głosów, która padła w skali kraju na poszczególne partie, nie do końca przekłada się na liczbę uzyskanych mandatów w sejmikach i wygrane wybory lokalne. Platformie wystarczało mniej głosów, aby pokonać PiS. Zaś PiS potrzebowało więcej głosów, by wygrać z Platformą. W świetle rozkładu frekwencji wyborczej jest to dodatkowy sygnał alarmowy dla PiS. Czyli, jak należy to tłumaczyć? Ano tak, że biorąc nawet taką skalę zniechęcenia platformianego elektoratu dotychczasową polityką PO nie można się łudzić, że przejdzie on na stronę PiSu, jednak to i tak będzie wystarczało PO do tego, by z partią Jarosława Kaczyńskiego móc wygrywać na każdym poziomie. Bo? Bo PiS osiadła na laurach i nie robi nic, by nie tylko wzmacniać się we własnym elektoracie lecz także go poszerzać.

Tylko zaraz, zaraz, skąd miałoby PiS brać te głosy, które jemu brakują, skoro dotychczasowa pula w grze jest rozdysponowana? Mecenas tak na to odpowiada, Natomiast można oczywiście popatrzeć na to w ten sposób, że dwa lata temu krzyżyk kładziono również na amerykańskiej Partii Republikańskiej, która w tych wyborach dokonała największego podboju w Kongresie od ponad 50 lat. Dlatego nie wszystko jest stracone. Problem polskiej prawicy polega na tym, że coś, co było możliwe w Stanach Zjednoczonych dzięki powstaniu ruchu Tea Party, zrzeszającego ludzi zatroskanych o ojczyznę i traktujących państwo jako rzecz wspólną, nijak nie przystaje do naszej polskiej rzeczywistości. U nas nie ma żadnej partii, która traktowałaby państwo jako dobro wspólne, a nie jako dojną krowę. Również wśród wyborców PiS pokutuje myślenie, że państwo ma coś dawać. Tak więc podstawowym problemem jest brak ducha republikańskiego w Polsce, który w Stanach Zjednoczonych był w stanie zmieść demokratyczną lewicę. Wciąż brak takiej republikańskiej prawicy. Ale chwileczkę. Kiedy w lipcu 2006 r. prof. Bogusław Wolniewicz, w „Naszym Dzienniku”, w rozmowie z Małgorzatą Goss i Julią M. Jaskólską, apelował, Jeżeli chce się w polityce państwa dokonać wielkiego zwrotu, to tego zwrotu nie da się dokonać bez poparcia mas. Trzeba się odwołać do mas! Pan profesor Jerzy Robert Nowak od dawna nawołuje – i słusznie – że trzeba tworzyć szeroki front poparcia dla nowej Rzeczypospolitej., zaś wymieniony (w artykule, pt. Z Narodem czy z dworem? – cz 2., 24 marca 2007) pisał wprost, Premier, prezydent i inne postacie z kierownictwa PiS dawno już powinny były postawić na stworzenie jak najszerszego ruchu społecznego, wspierającego jakże trudne reformy zmierzające do zbudowania IV Rzeczypospolitej i rozbicia patologicznych starych układów. Z wielu środowisk wciąż podnoszone są apele na rzecz powstania takiego ruchu. Myślę, że czas najwyższy, by przystąpić do jego organizacji w skali krajowej. Ruch taki powinien być zarówno ruchem maksymalnie wspierającym działania rządu koalicyjnego na rzecz reformatorskiego przełomu, jak i środkiem presji na rzecz naprawdę radykalnych przemian, ich wyrazistości, zapobiegania zgniłym kompromisom i zbaczania w stronę jakże szkodliwych dogadywań się z PO. Dogadywań, o których niestety ciągle jeszcze marzą niektórzy PiS-owscy liderzy, których jak widać niczego nie nauczyła dotychczasowa tak destrukcyjna polityka Platformy opartej na środowiskach oligarchicznych. Przecież obaj profesorowie wprost wołali o to, by zrobić właśnie swego rodzaju pisowski ruch „Tea Party”, zanim coś takiego się zdarzyło w USA. I niech „Nowogrodzka” nie gada, że o tym nie wiedziała, bo przez dwa lata ze studia Radia Maryja, to nie wychodziła. No tak, tylko z całym szacunkiem dla panów profesorów, jednak mogli oni nie uwzględniać tego, że w okolicach ul. Nowogrodzkiej jest wiele różnych miejsc, w których można poczuć smak luksusu sprawowania władzy. A stamtąd, to daleko do „ludu”, gdy takie miejsca są od niego odgrodzone barierkami, ochroniarzami itp.

No właśnie o tych stołecznych klimatach, w które wpisuje się PiS (!), barwnie opowiada mecenas. Czytajmy wnikliwie. Wydaje mi się, że niewiarygodne dla potencjalnego polskiego, republikańskiego elektoratu jest to, co w tej chwili powstaje, czyli tzw. PiS-light, z Elżbietą Jakubiak, Joanną Kluzik-Rostkowską oraz Pawłem Poncyljuszem. Z jednego, bardzo prostego powodu – wszyscy są warszawiakami. Jedyna wielka zmiana może nastąpić na zasadzie buntu tzw. prowincji, sprowincjonalizowanej przez warszawsko-centryczne myślenie kolejnych rządów, przeciwko centralizmowi i wydawaniu naszych pieniędzy przez bandę darmozjadów z Warszawy. Taki republikański ruch widziałbym w Polsce. I tym ruchem powinno i mogłoby być PiS. W dużej mierze wyczuwa to Jarosław Kaczyński, za co należy mu się pełen szacunek, tyle tylko, że program jego partii przygotowywany był m.in. przez ludzi, których on właśnie z partii wyrzucił. Konflikt o przywództwo na prawicy może jednak rozegrać się pomiędzy Polska Jest Najważniejsza – nawiasem mówiąc, to okropny skrót, kojarzy mi się z peerelowskim Frontem Jedności Narodu – a PiS, i wygra to ugrupowanie, które postawi na Polskę i pójdzie w Polskę. Ale Polska to nie Warszawa i warszawskie kanapy w TVN czy na Czerskiej. „Warszawsko-centryczne” – capisci? No, jak się ma parcie na szkło, lans i permanentnie się obsługuje wszystkie możliwe redakcje prasowe oraz studia radiowe i telewizyjne, by kilka razy w tygodniu móc się (bądź o sobie) przeczytać w każdej możliwej gazecie, usłyszeć swój głos w każdym możliwym radio i zobaczyć się w każdym możliwym kanale telewizyjnym, to czasu na siedzenie w terenie zaczyna zwyczajnie brakować. Oczywiście do tego dochodzą „zwykłe” czynności życiowe, jak spanie, kąpanie się, relaks, odpoczynek, pozasłużbowe spotkania rodzinne i towarzyskie, robienie zakupów itd. itd. Swoją drogą to, gdy w tym roku popatrzyłem na tych na plakatach, „poprawionych” Fotoszopem, to pomyślałem sobie, że oni nie są mi do niczego potrzebni.

O właśnie. Społeczeństwo coraz bardziej biednieje, setki tysięcy ludzi wskutek powodzi potraciło cały dorobek życia, a z „podrasowanych” plakatów patrzą na nich wybrańcy wyglądający, jakby się mieli jak najlepiej. Stąd więc nie jest najłatwiej zrobić to, o czym mówi mecenas, że Nad tym, jak zaktywizować 50 proc. obywateli, którzy nie poszli do wyborów, zastanawiają się teraz przede wszystkim taktycy i stratedzy w PO. Ponieważ są to głównie wyborcy, którzy głosowali na nich w 2007 roku. I to jest wielki problem partii rządzącej. Nie twierdzę, że powinniśmy tych wyborców pozostawić kolegom z PO, ale jeśli nie, to powstaje pytanie, czy na prawicy jest w stanie pojawić się program, ewentualnie ugrupowanie, które będzie atrakcyjne i wiarygodne właśnie dla tych, którzy do wyborów nie poszli. I tu mecenas popełnia dość istotny błąd. Myślę, że społeczeństwo ma już dosyć słuchania jakichś tam programów, papierowych deklaracji, tych telewizyjnych popisów…. Ta cała ogromna reszta po cichu pyta się, „Kiedy ci, tam w Warszawie, wreszcie się do nas ruszą i zajrzą w nasze opłotki?”, „Kiedy się zainteresują tym, co się u nas dzieje?”, „Kiedy zamiast siedzieć tam w tych mediach, pławić się w luksusie, do nas przyjadą i zaczną z nami normalnie gadać?”, „Kiedy ci, na których się tutaj głosuje, zaczną załatwiać nasze problemy a nie swoich partyjnych szefów?”, „Kiedy zajmą się drogami, przychodniami, szpitalami, upadającymi zakładami itp. zamiast krzyżami i Smoleńskiem?” I tych takich „kiedy” jest cała masa. A gdy się już ktoś z „Nowogrodzkiej” wreszcie zjawi, to zajedzie drogą limuzyną, w drogim garniturze i drogich butach, a wracając zje obiad w najbardziej ekskluzywnej knajpie w okolicy. I to ludzi razi.

Z kolei powyższe jest, przez mecenasa źle interpretowane, iżby Polska jest krajem, który po dwustu latach od upadku Rzeczypospolitej pod ciosami naszych zbójeckich sąsiadów naród polityczny ma niewiele większy aniżeli Rzeczpospolita szlachecka. Bo jeżeli przyjmiemy, że około 10 proc. polskiego społeczeństwa w końcu XVIII wieku stanowiła szlachta, do tego dochodzili aktywni politycznie i mający prawa obywatelskie mieszczanie z miast królewskich i ci, którym takich praw politycznych udzielono, to w tej chwili – biorąc jeszcze pod uwagę to, że głosować mogą również kobiety – naród polityczny w Polsce liczy około 20-30 procent. I to jest przerażające. Czy oby mecenas mówi o tymże narodzie politycznym, który 30 lat temu, w sile 10 milionów wsparł NSZZ „Solidarność”? Który w ciągu 20 lat w wyborach parlamentarnych utrzymywał średnią frekwencję na poziomie 47 proc., z czego głosów ważnych oddawał średnio 96 proc. Nie, nie. Myślę, że mamy naród bardzo polityczny, jednak nie trawiący politykierów. A to diametralnie zmienia postać rzeczy. Bo zobaczmy.

W systemie wyborczym frekwencja jest po angielsku nazywana „voter turnout”. Różnie to jest liczone w różnych krajach, jednak zadziwiać może takie porównanie. Zobacz niżej.

Źródło, stąd.

Aż trudno w to uwierzyć, prawda? Porównywalnie ze Stanami Zjednoczonymi i Szwajcarią. Zatem, co zrobić, by zwiększyć liczbę wyborców?

1. Do szafy odwiesić i odłożyć garnitur (kostium), krawat i buty jak z żurnala. Założyć coś skromniejszego.

2. Z rąk i z szyi zdjąć jakieś precjoza (wystarczy obrączka ślubna).

3. Mieć skromną fryzurę i makijaż.

4. Używać dyskretnych perfum.

5. Do garażu odstawić wypasioną gablotę. I wynająć przeciętny samochód, autokar, względnie jeździć koleją (raczej klasa II) – na miejscu, w terenie, i tak ktoś odbierze.

6. Ruszyć się w teren, tj. nieco dalej niż ścisłe centrum Warszawy.

7. Przyjechać, na wcześniej przygotowane przez lokalne struktury partyjne, miejsce.

8. Zacząć się spotykać z ludźmi i mieć świadomość tego, że o sobie usłyszy się nie najlepsze opinie, uwagi, krytykę. Cierpliwie tę krytykę znosić.

10. Jak się da, to przepraszać lokalną społeczność za zaniedbania w różnych sprawach.

11. Więcej słuchać niż mówić. A jak mówić, to jak najuprzejmiej.

12. Broń Boże przemawiać do ludzi z jakiegoś podwyższenia, tj. sprawiać wrażenie jakby się chciało nad nimi górować.

13. Jak trzeba, to swoich lokalnych działaczy zrugać za zaniedbywanie spraw lokalnych.

14. Wpierw się przywitać z lokalną społecznością, a dopiero potem z miejscowymi notablami.

15. Na miejscu, zamiast bawić w najbardziej reprezentacyjnym otoczeniu, to udać się w biedniejsze rejony.

17. W nich to spotkać się z tamtejszymi mieszkańcami i dowiedzieć się, co można dla nich zrobić.

18. Obiad spożyć w lokalu średniej klasy a nie najbardziej w ekskluzywnej knajpie.

19. Swoich lokalnych działaczy pogonić do pomagania mieszkańcom w rozwiązywaniu ich problemów.

20. Podczas takiego pobytu spisywać listy z problemami lokalnymi i wyznaczać lokalnym działaczom ich partyjną odpowiedzialność za je rozwiązywanie.

21. W strukturach lokalnych dopilnować, by zawsze był ktoś (działacz lokalny, poseł, senator, ktokolwiek), do kogo można by się w każdej chwili zwrócić o pomoc, poradę lub coś podobnego.

22. Na poziomie centrali wyznaczyć osoby odpowiedzialne za stały i doraźny monitoring pracy struktur lokalnych.

23. Zamiast likwidować lokalne struktury, to je powiększać, wzmacniać i tworzyć nowe.

24. Lokalnych działaczy zobowiązać do stałego bycia w kontakcie z lokalnymi środowiskami (np. przedsiębiorcami, osobami opiekującymi się dziećmi, młodzieżą, osobami starszymi, artystami, jakimiś grupami zawodowymi) i do wspólnego z nimi załatwiania różnych problemów.

25. Lokalnie wydawać różne pisma i biuletyny partyjne odkłamujące oficjalną propagandę.

To chyba wystarczy. Myślę, że coś takiego mecenas Mikosz miał na myśli mówiąc, żeby „Pójść w Polskę”. Bo, gdy góra nie chce przyjść do Mahometa, to ten musi przyjść do niej. Tak, tak, szanowna „Nowogrodzka”, by wygrać fortunę, to trzeba dać szansę Bogu, zaryzykować i kupić los na loterii. A jak się go zgubi, to nie tłumaczyć się dziurawymi kieszeniami.


„Mohery pomóżcie!” – tako rzecze platformiany Krakówek.

22 Listopad 2010

Pamiętacie może słynne – „Andrzej pomóż! Andrzej….”? No pewnie, że pamiętacie. Niestety, ale podczas krytycznego głosowania w pewien wrześniowy dzień, zabrakło, bagatela, 29 głosów i Andrzej nie pomógł. Poseł Ziobro mógł tryumfować.

No, a dlaczego o tym wspominam, może ktoś spyta. Ano, dlatego że, jak trzeba, to siły postępowe pójdą proszalnie o głosy tego pogardzanego Ciemnogrodu, tych wstrętnych moherów, tego zapyziałego zacofania…. Itd. itd. I tak się właśnie teraz zdarzyło w zacnym Krakówku, gdzie trzeba zakrzyknąć „Mohery! Pomóżcie! Podsadźcie!”. Bo okazało się, że stopień był za niski, by wdrapać się na zydel lokalnego prezia. Tak, tak, teraz wielebny poseł G. będzie robił swoje cielęce ślipia, że „koledzy z PiSu”, że prawie „przyjaciele”. No, dokładnie jak towarzysz Edward ze swoim słynnym – „No to jak, towarzysze, pomożecie?” No jasne, towarzysze pomogli, a ścieżki zdrowia w Radomiu i tak były.

No bo to jest tak. Aż ślina cieknie na te 22,38 proc. „dudowych” głosów. Ach, jakby się chciało je mieć, to można by się postarać o opróżnienie jednego z wawelskich sarkofagów. Bo to, czy lokalne problemy będą rozwiązane, to pryszcz na tyłku. Ważne natomiast, by Nadreżysera nie kłuło to, że ten Kaczor tam leży. A jak się już będzie miało tego swojego prezia, to Nadreżyser będzie zadowolony. Tylko skąd uskrobać te 16,31 pkt. proc.? Ot problem, na który nie ma dobrego rozwiązania, nawet tak przenikliwa yntelektualystka, jak znana wszystkim blogerka z Krakówka. Tak, tak, paniusiu… 22,38 proc., to jest o co iść w łachę. Nie? Poumizgiwać się. Poskomleć. Zrobić stójkę i pomerdać ogonem. Nie? Ech…, mieć te głosy „kaczystów”, „ziobrystów”, sekciarzy, psycholi, faszystów, bolszewików itd. itd. Paniusia się nie boi, że się zmoherzy w takim towarzystwie? Co? Że w elektoracie będzie miała paniusia głosujących na „zabójców” Barbary Blidy. Na tych, co mieli robić nielegalną prowokację wobec partyjnej koleżanki paniusi, byłej posłanki, Beaty S. Na tych, co mieli fabrykować „kwity” na nieskalanego Andrzeja, co to, jak już wspominałem, nie pomógł? Na tych, co to mieli szczuć na doktora G., telewizyjną celebrytkę, czy też zacnych Mirów, Zbychów itp. pisowską policję polityczną? Na tych, co to byli wprost potomkami tych, co to wiadome, że „Gdy sądzi…., to są później krzyże.”? A fuj, tak się dać zmoherzyć. „Mohery! Pomóżcie! Podsadźcie!”.

A ja się tak zastanawiam, dlaczego. Niech sobie trenują skoki wzwyż. I niech sami sobie pomagają. Zresztą, co ich tak czaszka boli, że wygrać może dotychczasowy prezio, gdy razem z kolegami z lewizny sobie jedzą z dziubków? Na to jest sposób, by mohery poszły na drugą turę i oddały głosy nieważne. „Mohery” nie dawajcie blogerce z Krakówka satysfakcji. Przypomnijcie sobie, jak ona od lat leje cysternami guana na Kaczyńskich oraz PiS.


PiS i wizja kółka graniastego.

15 Listopad 2010

 

W długi weekend przeleciała, właściwie w ogóle niezauważona jak meteor, informacja, której źródłem są ustalenia „Rzeczpospolitej”, iżby Prawo i Sprawiedliwość (Poncyljusz kluczy, a PiS kontratakuje) chciało kongresu jednoczącego prawicę. Miałoby się to stać na wiosnę przyszłego roku. Wszelako, jeśli ten njus nie jest jakimś tam humbugiem, to warto na chwilę się zatrzymać i nad nim się zastanowić.

Cóż bowiem miałoby się kryć za takim kongresem? Jaką on mógłby przedstawić ofertę polityczno-programową dla wyborców prawicowych? I czy akurat dla wszystkich, czy raczej dla jakichś wybranych? Czy obejmować miałby on jakąś prawicę „lepszą” i „gorszą”, czy raczej samozwańczo „ekskluzywną”? Co miałby on przynieść i w jaką formę organizacyjną miałby się on później przekształcić (partia, porozumienie polityczno-programowe, koalicja, ruch polityczny)? Czy miałby on przypominać niewydarzony Konwent Św. Katarzyny czy byłoby to coś trwałego? Czy miałby to być jakiś kolejny event propagandowy, jakich wiele, czy też celem miałaby się stać fundamentalna przebudowa polskiej sceny politycznej? Czy wszystkie, składające się na kongres, formacje miałyby być „równe” czy też niektóre z nich „równiejsze”? Jaki byłby do nich stosunek Radia Maryja i skupionego wokół niego środowiska? Dlaczego tak późno? Czy podczas formowania kongresu (i później) czynnikiem rozstrzygającym miałyby być podobieństwa i różnice polityczno-programowe czy też jakieś międzyludzkie relacje liderów poszczególnych formacji i ich wzajemne sympatie i antypatie? To, jak sądzę, są najbardziej podstawowe pytania, które muszą zostać poważnie potraktowane, jeśli chciałoby się odnieś sukces zjednoczeniowy. W przeciwnym razie efektem będzie kolejne rozczarowanie prawicowych sympatyków i wyborców i ich wrażenie zabawy w jakieś prawicowe „kółko graniaste”, tj. lewitowanie partyjnych liderów ponad twardą rzeczywistością.

Za punkt wyjścia, do zastanowienia się nad szansą powodzenia kongresu jednoczącego, należałoby przyjąć wnioski płynące z podwójnego zwycięstwa, tzw. „obozu IV RP”, w 2005 r. Nie będzie przesadą stwierdzenie, że nierównoważność członów składających się na tą zbiorową wygraną przesądziła o jej perspektywach. Celowo pomijam tutaj Platformę Obywatelską, która, jak się później okazało, była wroga tej idei mimo instrumentalnego jej wykorzystywania jako atrapy do reformowania i modernizacji kraju. Owa „śpiewakowa” IV RP miała być jakąś nieokreśloną wersją Polski pozbawionej absmaku, który wywołała m.in., tzw. „afera Rywina”. Warszawski socjolog, kiedy w styczniu 2003 r. opublikował swój „Koniec złudzeń”, był wstrząśnięty i zbulwersowany tym, że Wszystko jawi się jako gra, w której chodzi o wpływy i pieniądze. Żadnej taniej moralistyki, wynoszenia się ponad przeciętność., że Wygrywa twardy realizm, zwany też cynizmem., że Politykę uprawia się w Polsce jak handel na Jarmarku Europa lub w pubie podmiejskim., że Wygrywa więc demagogia i tupet., że Prawo słabo broni przed nadużyciami.”, że „Polska demokracja ma charakter fasadowy., że Zapewne liczne ustawy się „kupuje” w taki lub inny sposób i pisze pod lobbies, pod aktualne interesy, rzadziej, dlatego, że są oczekiwane lub potrzebne., że…, że owych „że” w tekście intelektualisty znalazło się znacznie więcej. Była to w istocie solidna diagnoza kondycji ówczesnej Polski, zawierająca ostrzeżenie, iż Niewiele wynika z narzekania i czarnowidztwa., gdyż Co najwyżej mogą zacierać ręce populiści i nacjonaliści, którzy będą zdobywać poparcie wraz z narastającym rozczarowaniem polską demokracją. Socjolog konkludował więc, Tymczasem bardzo wiele wskazuje na to, że III Rzeczypospolita wyczerpała swoje możliwości samonaprawy. Czas zacząć myśleć o IV Rzeczypospolitej. I te dwa zdania jawiły się niczym wystrzał z Aurory, wszak przybrało to formę „koronnego dowodu” potwierdzającego to wszystko, o czym szeptało się po antysystemowych, konserwatywnych, niepodległościowych, prawicowych „kątach”. Począwszy od „Naszego Dziennika” i „Naszej Polski”, poprzez „Gazetę Polską”, „Tygodnik Solidarność”, „Głos”, „Myśl Polską” i „Najwyższy Czas”, a kończąc na tak „koneserskich” periodykach jak „Opcja na Prawo”, „Debata” czy „Frondzie”.

Dla demoliberalnego „Salonu” tekst warszawskiego intelektualisty był jak spoliczkowanie, gdyż miało to miejsce w ogólnopolskiej gazecie codziennej, przez tenże „Salon” traktowanej za opiniotwórczą, poważną, poprawną politycznie, prestiżową, umiarkowaną i afirmującą transformację po 1989 r. Tym bardziej policzek ten był bolesny, gdyż po pierwsze, został on wymierzony piórem jednej ze sztandarowych postaci demoliberalnego „Salonu”, a po drugie, odbyło się to na łamach pisma kierowanego przez człowieka, który w 1989 r. na jego zastępcę naczelnego został powołany przez premiera „pierwszego niekomunistycznego rządu”. Dla „Salonu” wstrząs trwał pięć miesięcy i zastanawiania się nad odpowiedzią na zarzuty intelektualisty, by na szpaltach swojego środowiskowego medium – jednym ze swoich najcięższych piór – zawyrokować „Najpierw poprawmy trzecią”. Bo Wizja IV RP to szkodliwa utopia…., bo Przełomu nie będzie., bo Apele w sprawie IV Rzeczypospolitej łączy romantyczna tęsknota za jakimś jednym, doniosłym wydarzeniem, które uzdrowi nasz kraj., bo Ogłaszanie IV Rzeczypospolitej nie ma sensu., bo …budowanie opozycji naród – politycy jest w dużej mierze fałszywe., bo…. Bo, choć autorka tekstu sama przytacza garść przykładów potwierdzających, jak rzeczywistość jest wykolejona, to między wierszami śle komunikat „Koledzy dosyć tych bredni i dąsania się. Zakasajmy rękawy, bierzmy się do pisania zdrowego prawa, dobrych procedur. I przestańmy wybrzydzać na to, co mamy, bo nie jesteśmy akurat wyjątkami. A tak w ogóle, to niech wszyscy będą przyzwoici, to będzie całkiem dobrze.” Tak to mniej więcej należało odczytywać. Warszawski intelektualista, zgodnie z wychowawczą rolą prasy, spotkał się z zawoalowaną „reprymendą” w słowach, Publicyści, którzy głoszą potrzebę jakiegoś przełomu, wielkiego wydarzenia otwierającego nowy etap w dziejach naszego kraju, raczej szkodzą naprawie Rzeczypospolitej, niż ją wspierają. (…) Mamy więc szkodliwą utopię w chwili, gdy tak bardzo potrzebne nam jest powszechne, mozolne murowanie fundamentów zdrowego państwa – cegła za cegłą. W ten sposób „Salon” starał się „śpiewakową” IV RP zamurować. Jednak na to ostatnie było już zdecydowanie za późno. Za późno, gdyż pomysł żył już swoim życiem i, jak kamień wrzucony do wody, zaczął zataczać coraz szersze kręgi. Z czasem przekształcił się on w zbiorowy koncert życzeń tych, którzy jęli się nim zajmować.

Ów koncert trwał aż do jesiennych wyborów w 2005 r., w których trzy zwycięskie formacje (pomijając PO) uzyskały w sumie 53,3 proc. mandatów, dających im łącznie 246 miejsc w Sejmie, w Senacie – 59. Jeśli do tego doda się ok. 54 proc. poparcia w II turze wyborów prezydenckich dla L. Kaczyńskiego (jednego z „animatorów” IV Rzeczpospolitej), to sukces wydawał się być nieomal pewnym. Aż do dnia jego zaprzysiężenia „obóz IV RP” wydawał się być „na rozruchu”. Zrozumiałe. Wstępne „obwąchiwanie” się przyszłych koalicjantów, różne manewry polityczne i propagandowe, wojna nerwów, reżym terminów konstytucyjnych. Dodatkową okolicznością utrudniającą powstanie „koalicji IV RP” była urzędująca wówczas głowa państwa, która do pomysłu formowania IV RP podchodziła z co najmniej chłodnym dystansem. W Bożenarodzenie się to jednak zmieniło. Na lepsze? A gdzie tam. Na gorsze. Rozkręcił się jakiś zbiorowy amok, trwający właściwie do dzisiaj, gdzie każdy jechał na każdego przeciwko każdemu. „Salon” przeciwko „kaczystom”, ci zaś nie pozostawali tamtym dłużnymi. „Przystawki” przeciwko „kaczystom” i vice versa. „Salon” przeciwko „przystawkom”, te zaś przeciwko niemu. Jednocześnie „Salon” uderzał w Radio Maryja, ono z kolei jemu kontrowało. Zaś starając się wzmocnić własną pozycję wyraźnie faworyzowało najsilniejsze, zwycięskie ugrupowanie wobec dwóch mniejszych. Aż wreszcie nie sposób było mieć jasność, kto ma w tym zbiorowym szaleństwie rację. Jak się to wszystko skończyło, to jest wiadome. I teraz, dlaczego o tym wszystkim przypominam?

Przypominam o tym dlatego, że trudno jest mi wyobrazić sobie sukces jakiegoś kongresu zjednoczeniowego prawicy. I to niezależnie od tego pod czyją miałoby się to odbywać egidą. Może jest tak, że mam małą wyobraźnię, jednak patrząc na dzisiejszą prawicę widzę tutaj jakieś jedno wielkie pobojowisko. Bo tak. Prawo i Sprawiedliwość zaczyna się cofać do czasów „pre-pisowskich”, tj. okresu formowania się ugrupowania w tyglu Porozumienia Centrum, Ruchu Społecznego AWS, Stronnictwa Konserwatywno-Liberalnego, Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego i Ruchu Odbudowy Polski. Część polityków Przymierza Prawicy, które wcześniej do PiS się przyłączyło, bądź to dawno już odpłynęła od głównego nurtu bądź zrozumiała, że secesyjne eksperymenty nie mają sensu. Liga Polskich Rodzin się pokawałkowała i trudno uznać, że ta partia jeszcze funkcjonuje. Podobnie z pisowskimi secesjonistami, Prawicą Rzeczpospolitej, która funkcjonuje chyba dzięki popularności nazwiska swojego lidera. Dalej, Unia Polityki Realnej również przeszła (i przechodzi?) proces samodzielenia się, nawet JKM stamtąd odszedł. O całej reszcie różnych narodowych, katolickich, prawicowych, konserwatywnych partii i partyjek nie ma co wspominać, gdyż one wszystkie razem z powodzeniem zmieściłyby się na łebku od szpilki. Zatem wracam do postawionych przeze mnie na początku pytań. I dalej stawiam następne.

Bo też, jeśli widzę, że do tegorocznych wyborów samorządowych prawica przystąpiła „tradycyjnie” spluralizowana, to ciekawi mnie, jak za jakieś cztery do siedmiu miesięcy uda się osiągnąć taki stopień jedności, by znów „Gazeta Wyborcza”, „Polityka”, „Newsweek”, „Wprost” (odzyskany), „Dziennik – GP”, „Rzeczpospolita” (odzyskana), TOK FM, Radio Zet, RFM FM, TVN, TVN24, Polsat etc. nie miały powodów do wesołości. Czy do tego czasu Panie i Panowie na prawicy zdążycie pozamykać różne procesy, które sobie wzajemnie powytaczaliście? A być może dojdą w, tzw. „międzyczasie”, jakieś następne. Czy będziecie się potrafili dogadać w tym, czy trzeba siedzieć w Unii Europejskiej czy też z niej pryskać? Czy lekkie dragi są wporzo? Czy skrobanka ujdzie czy nie? Czy podatek ma być liniowy czy progresywny? Czy z budżetu ma iść na social czy też na wspieranie przedsiębiorczości lub inwestycji modernizacyjnych? Czy wreszcie komuchy zostaną osądzone a „kwity” ujawnione czy też dalej się to będzie zakopywało? Czy nasi „chłopcy” dalej mają z sojuszniczymi „boys” nadstawiać swojego tyłka w różnych misjach, wojnach i wojenkach? Czy trzymamy się twardo złotówki czy też wpadamy w obłęd euro? Czy, że tak powiem radykalne skrócenie komuś cierpienia w chorobie, to wchodzi w rachubę? Czy zwyrodniałych bandytów będzie się wieszało czy też nie? Czy, że tak powiem pan z panem oraz pani z panią, to ujdzie w tłoku? Czy… Czy… Czy… Kółko graniaste, czy wreszcie coś poważnego? Aha, byłbym zapomniał o najważniejszym „czy”? Czy od tej całej jedności, to Radia Maryja oby głowa nie zaboli?


Zbiorowy amok oczami przybysza.

6 Listopad 2010

 

Polacy są jednak innowatorami. Tak trzeba na to patrzeć, bo też od blisko trzech lat wdrażają swoistą innowację polityczną polegającą na tym, że rządzi opozycja zamiast wybranej większości parlamentarnej i wyłonionego wskutek tego rządu. Bo też na chwilę oderwijmy się od faktycznych realiów i wyobraźmy sobie, co zaobserwowałby jakiś przybysz z odległego kontynentu (lub może nawet i kosmosu), który osiadłby tutaj na parę lat. To zaś, co by dostrzegł, musiałoby go wprawić w osłupienie.

Wszak ów przybysz pewnie dowiedziałby się o tym, że kilka lat temu odbyły się wybory. Że ówczesna partia rządząca straciła władzę. Że na jej miejsce przyszli ci, którzy najostrzej ją krytykowali. Że miało być tak, jak oczekiwał tego elektorat partii zwycięskiej. Że za poprzednikami ciągnąć się miały jakieś skandale czy wręcz afery kryminalne. Że następcy mieli mieć lepsze kadry, gotowe projekty ustaw reformujących gospodarkę, sprawy społeczne itp. No generalnie, ów przybysz myślałby pewnie, że całe zainteresowanie, tzw. opinii publicznej, zostanie skierowane na formację rządzącą. Już dawno doszedłby do wniosku, że wyborcy słusznie odesłali poprzedników do ław opozycji, w którym to miejscu niewiele znaczą. Myślałby więc ów przybysz, że skoro aż cztery razy wyborcy chcą widzieć poprzednią partię rządzącą w ławach opozycji, to najwyraźniej politycznie się ona nie liczy. Jeszcze bardziej by go w tym umocniło to, że nawet ogromna katastrofa lotnicza, w której zginęła masa osób kojarzonych z opozycją (w tym przede wszystkim głowa państwa), nie spowodowała zmiany preferencji wyborczych. I taki, zapewne zdroworozsądkowy obraz miałby ów przybysz w głowie.

Ale chwileczkę, chwileczkę. Czy ów przybysz mógłby dowiedzieć się cokolwiek w sprawach: obrony praw pracowników, wspierania przedsiębiorczości i zmiany prawa na korzystniejsze dla pracowników i pracodawców, obniżenia podatków i „danin publicznych”, wzrostu płac pracowników sektora publicznego, pomoc ze strony państwa dla „najsłabszych”, ograniczenia deficytu, bezpiecznego wprowadzenia Euro, zahamowanie wzrostu inflacji, większych środków na rozwój i edukacje, radykalnego uproszczenia prawa podatkowego, gospodarczego i trybu poboru ZUSu, uproszczenia procedur zakładania firm, prywatyzacji kluczowych firm polskiej gospodarki, rzetelnego wybierania zarządów i rad nadzorczych w przypadku firm należących do Skarbu Państwa, zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego, wsparcia projektów infrastrukturalnych UE dot. bezpieczeństwa energetycznego, przyśpieszenia budowy obwodnic i autostrad, wyeliminowania barier prawnych blokujących szybki rozwój infrastruktury, modernizacji PKP, powszechnego dostępu do szerokopasmowego Internetu, wprowadzenia możliwości załatwiania spraw państwowych (podatki itp.) przez Internet, gospodarczego „powrotu Polski nad morze”, mądrego wykorzystywania funduszy europejskich, decentralizacji władzy, wsparcia rozwoju regionalnego, modernizacji wsi i rolnictwa, usprawnienia procesu składania wniosków o dotacje unijne, reformy instytucji publicznych obsługujących rolnictwo, ekologicznej produkcji żywności, wytwarzania biopaliw i biogazów, reformy systemu ubezpieczeniowego rolników, rozwoju rybołówstwa, ochrony środowiska, wdrożenia programu Natura2000, wprowadzenia polityki solidarnego państwa, ułatwienia młodym startu zawodowego, obniżenia bezrobocia, długoterminowego uniknięcia zagrożeń demograficznych, rozwoju edukacji przedszkolnej na terenach wiejskich, oddania sprawy edukacji dzieci rodzicom, podniesienia pensji nauczycielom, zmian mechanizmów finansowania edukacji, zwiększenia miejsc pracy dla ludzi powyżej 50 roku życia, reformy emerytalnej, poprawy jakości służby zdrowia, zwiększenia powszechnego dostępu do służby zdrowia, podwyższenia pensji pracownikom służby zdrowia, podziału NFZ na kilka konkurencyjnych zakładów ubezpieczeniowych., reformacji polityki refundacji leków, ułatwienia zdobywania specjalizacji lekarzom, ułatwienia osobom niepełnosprawnym zdobycie wykształcenia i pracy, rozwoju społeczeństwa obywatelskiego, zmiany ustawy o organizacjach pożytku publicznego i wolontariacie, stabilizacji finansowej sektora kultury, organizacji Euro 2012, programu „Boisko w każdej gminie”, wsparcia sportu wyczynowego, odbudowy zaufania obywateli do władzy, ograniczenia przywilejów władzy, likwidacji zagrożeń korupcyjnych, reformy prawa karnego, zmiany systemu odbywania kar, prowadzenia walki z przestępczością, zapewnienia bezpieczeństwa i praworządności w Polsce, budowy systemu ochrony i ratownictwa ludności, dokończenia reformy administracji publicznej, wprowadzenia e-dowodu osobistego, zmiany sposobu prowadzenie polityki zagranicznej, dbania o interesy Polski w UE, udział Polski w dbaniu o bezpieczeństwo światowe, realizacji polityki historycznej, uzawodowienia wojska oraz zakończenia misji w Iraku w 2008 r.? Wszak o tym ponoć marzyli wyborcy formacji zwycięskiej.

Jednakże jest inaczej, gdyż bezustannie na każdym kroku spotyka się z ową innowacją polityczną rodzimego konceptu, że rządzi opozycja. To nikt inny niż ona jest winien tego, że spada wzrost gospodarczy, rośnie zadłużenie, deficyt i bezrobocie, rozkręca się drożyzna, armia jest w stanie rozkładu, spada sprzedaż, firmy bankrutują, wzrastają podatki, Polacy znowu wyjeżdżają za pracą, brakuje przedszkoli i szkół, szpitale są zamykane…. No, bo też właśnie owa opozycja, zaś szczególnie szef głównej partii opozycyjnej, permanentnie pozostaje w centrum uwagi.

Zaglądając codziennie do prasy przybysz ten spotykałby się nieomal wyłącznie z negatywnymi opisami tej opozycji i szefa tamtej partii. Miałby to w formie krótkich notek, doniesień agencyjnych, większych artykułów, rozpraw publicystycznych, karykatur itp. Jedynie śladowo dostrzegłby cokolwiek o urzędującym premierze, jego rządzie czy też nowym prezydencie. Zaś w tym przypadku, to nieomal zawsze byłoby to w pozytywnym (bądź co najmniej neutralnym) kontekście. Również oglądając w telewizji (bądź słuchając w radio) codziennych serwisów informacyjnych i programów publicystycznych miałby ów przybysz wyobrażenie, że najważniejszą w kraju formacją polityczną jest, kilkukrotnie już przegrana, główna partia opozycyjna i rzecz jasna jej lider. Podobnie rzecz się ma w przypadku treści znalezionych w internecie. Nie, nie jakie grzeszki ma na sumieniu formalnie zdawałoby się partia rządząca, jej liderzy czy też nowa głowa państwa. Lecz właściwie wyłącznie główna partia opozycyjna i jej lider. Co on mówi, a czego nie mówi. Jak on mówi lub jak nie mówi. Jak patrzy i jak nie patrzy. Jak gestykuluje i jak nie gestykuluje. Kiedy mówi a kiedy nie mówi. Mówi – źle. Nie mówi – też źle. Jest – źle. Nie ma go – knuje. Gdzieś przyjedzie – źle. Gdzieś nie przyjedzie – niedobrze. Czego i jak by nie zrobił, to zawsze źle, a przy tym jest agresywny, dzieli, skłóca itd. itd. A gdy tego mało, to przybysz ów dostaje codziennie całą stertę wiadomości na temat tego, jak ten lider układa sobie sprawy we własnej partii. Bo to ma być najważniejsze i od tego ma zależeć realizacja obietnic wyborczych partii formalnie rządzącej. Czy z tą koleżanką bądź z tym kolegą jest lub nie jest w sporze. Czy z tym lub owym (bądź tą albo ową) się spotkał i rozmawiał czy też nie spotkał i nie rozmawiał. Czy tego lub owego (bądź tą albo ową) posadził bliżej siebie lub dalej przy stole podczas konferencji prasowej. Czy tego lub owego (bądź tą albo ową) wydelegował lub nie wydelegował gdzieś tam. I tak w koło Macieju.

I tak się nasz przybysz temu wszystkiemu cały czas przygląda i coraz bardziej baranieje. Bo zaczyna coraz bardziej dochodzić do niego, ze uczestniczy w jakimś zbiorowym amoku, właściwie wszechpanującej schizofrenii, gdy uświadamia sobie, że krajanie do rządzenia na wszystkich szczeblach (prezydenckim, parlamentarnym i rządowym) wybrali opozycję – zaś tu i teraz formalnie rządząca partia stanowi tylko dekorację, ozdobnik, właściwie paprotkę na stole prezydialnym pokrytym zielonym suknem. Jedno, co może przekazać tym, skąd pochodzi to, to że brał udział w jakimś obłędnym wdrożeniu innowacji politycznej. To jest w tym, że wielokrotnie przegrana opozycja znaczy więcej niż koalicja rządząca wyniesiona głosami większości wyborców. I to przy wybitnym udziale najtęższych mózgów, intelektualistów a też i pomnikowych autorytetów od wszystkiego.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.