Kapucha, panie Dzieju, kapucha.

18 Styczeń 2011

Dzisiejszy „Nasz Dziennik”, w tekstach „Defensorzy własnego biznesu” Katarzyny Orłowskiej-Popławskiej oraz Prawda wymieciona spod dywanu Macieja Walaszczyka, przypomina o tym, co dla tej redakcji było oczywiste już 28 maja ub.r., jeśli chodzi o tezy obalające insynuacje, pomówienia, oszczerstwa i potwarze wobec kpt. Arkadiusza Protasiuka, gen. Andrzeja Błasika i pośrednio również „głównego pasażera”. Generalnie, jak pisze M. Walaszczyk, chodziło o kłamstwa, iż kpt. Protasiuk chciał się popisać udanym manewrem w obecności prezydenta i szefa Sił Powietrznych gen. Andrzeja Błasika, żeby dostać „upragniony awans na stopień majora, a które były rozpowszechniane w mediach mainstreamowych nieomal od samego początku tuż po katastrofie.

M. Walaszczyk pisze też, że w końcu wzmacnianie rosyjskiej wersji zdarzeń, której nijak nie da się obronić nie będzie przysparzało czytelników [chodzi o dzienniki i tygodniki mainstreamowi – przyp. MF], a grozi całkowitą kompromitacją. To samo dotyczy innych mediów [w domyśle, elektronicznych – przyp. MF]. Po miesiącach lansowania insynuacji, budowania politycznej narracji o samobójczej decyzji prezydenta będą musiały wycofywać się z zajętych wcześniej pozycji i prawdopodobnie ratować rząd Donalda Tuska przed blamażem. Cóż, diagnoza słuszna, wniosek nie do końca poprawny.

To, czy rząd Donalda Tuska okryje się blamażem czy nie, jest akurat dla mediów mainstreamowych sprawą ento-rzędną. Wszak raczej nie chodzi tutaj o to, czy faktycznie w takim lub owym rządzie będzie się miało swoisty parawan czy nie. Tutaj rzecz jest całkowicie arcybanalnie trywialna. Mianowicie, chodzi o własną kieszeń. Bo też, jak te wszystkie kłamstwa legną w gruzach, to wyjdzie na to, że trzeba będzie za nie zapłacić. Honorem? A gdzie tam. Godnością? Również gdzie tam. Prestiżem, wiarygodnością, … czymś takim? Bzdura totalna. To czym? Ano, kapuchą, moni, hajsem, szmalem, czy jak to jest tam u nich w żargonie. A będzie tego zapewne dużo.

No bo od biedy szargać pamięć da się jednej osoby, ale już nie kilkudziesięciu. W takiej sytuacji, w zależności od sprawy można wytaczać pozwy zbiorowe lub indywidualne. Non stop. Seryjnie. Masowo. Część może zostanie umorzona, część może oddalona, jednak nie wszystkie. A co to oznacza? Mianowicie to, że już teraz należałoby tworzyć rezerwy w budżetach na obsługę prawną takich pozwów, na ewentualne odszkodowania, na ratunkowe kampanie wizerunkowe, … na wiele rzeczy z tym związanych. Pośrednim tego skutkiem może być to, że na pysk polecą honoraria autorskie, w kieszeni może być coraz mniej, a do tego dochodzi również kryzys finansowy. A raty kredytów i pożyczek spłacać trzeba. Wreszcie, taka lub inna redakcja może zdecydować się na redukcję personelu, jako przykrywki do pozbycia się tych, z powodu których zaczęło się mieć kłopoty finansowe. Lądując na bruku jest się momentalnie „na widelcu” banku, w którym ma się zaciągnięty kredyt lub wziętą pożyczkę. Dwa-trzy miesiące bez pracy, to w skrzynce pocztowej monity bankowe. W końcu, „puk, puk”, i wizyta komornika z bankowym tytułem wykonawczym. Nie ma przebacz. Taki lajf. Plazma zarekwirowana, elektronika zarekwirowana, fura zarekwirowania, wreszcie eksmisja z mieszkania w apartamentowcu. Cała masa różnych problemów. Urlop za granicą szlag trafił. Prywatnej opieki lekarskiej nie ma. Do galerii handlowej, luksusowej restauracji itp. chodzić nie ma się za co. No, zbity tyłek, panie Dzieju, zbity tyłek. W związku z tym wszystkim trzeba zawczasu zadbać o jaką dupokrytkę. Wszak bliższa ciału koszula, a zegar rat tyka niemiłosiernie. Stąd kwestia rządu jest czymś ento-rzędnym.


Żywot heretyka w krainie sprzymierzeńców.

15 Lipiec 2010

No, to sobie właśnie usiadłem do wyklikania swoich myśli świadom tego, że wśród, tzw. sprzymierzeńców, lekko nie będzie. Ba, przez niejednego z nich będzie pewnie uznane to za obrazoburcze, prowokacyjne, może nawet… skandalizujące. Ochów i achów pod tym tekstem nie będzie. Może zostanie przemilczany, a jak nie, to na jakieś inwektywy i wycieczki osobiste, ten tekst solidnie liczyć może.

Bo też powiedzmy sobie wyraźnie, że do kogoś lub czegoś można w duchu odczuwać sympatię, ba… utożsamiać się z jakimiś poglądami, postawami lub ideami. Lecz przy tym wszystkim nie być czyimś bądź czegoś fanatykiem. No to, w czym rzecz, zapytacie mnie Mości Blogerstwo. Już wyjaśniam.

Nie ma środowiska, nie ma grupy, nie ma zbioru ludzkiego, by w nich nie było „Mandarynów” i całej rzeszy takich bądź innych kibiców. To są całkiem naturalne rozkłady socjologiczne po wielokroć opisywane w literaturze, teoretyzowane, systematyzowane, diagnozowane oraz analizowane na gruncie praktycznym. Celowo pozostawię to wszystko na boku. Zajmę się jednak, w gruncie rzeczy zabawnymi, obserwacjami tego, co się w tej kwestii dzieje „tu i teraz”. Weźmy sobie, tzw. prawicowe, blogerstwo sensu largo, a propisowskie sensu stricte.

Jest sobie, dajmy na to, niezwykle płodny publicystycznie bloger/publicysta/aktywista partyjny/sympatyk (niepotrzebne skreślić) „A” – „Mandaryn klasy I” – piszący teksty składne, wnikliwe, ciekawe i generalnie rzecz biorąc niosłe. W nich to jego czytelnicy odnajdują swoje poglądy, postawy, jakieś może własne doświadczenia życiowe. Teksty takie są tego lustrzanym odbiciem. Jest jasne, że naturalną potrzebą każdego jest potwierdzenie swojej tożsamości wśród innych, gdyż w ten sposób można się jakoś dowartościować. Działa tutaj mechanizm: „Oho, nie jestem taki głupi, bo są inni, którzy myślą tak samo, jak ja. Widać, że sroce spod ogona nie wypadłem.” I ego czytelnika wzrasta. Ma się rozumieć, że im więcej tego czytelnik znajdzie w tekstach owego blogera/publicysty/aktywisty partyjnego/sympatyka (niepotrzebne skreślić), w tym większym stopniu czuje mentalną, moralną i etyczną więź z twórcą tych tekstów. Z tym oczywiście, że taki czytelnik nie jest sam lecz ich grono jest względnie duże bądź rosnące. Naturalne jest wobec tego, że wokoło twórcy takich tekstów powstaje swego rodzaju fan-klub jego wielbicieli, z zapałem przyklaskujących mu przy każdym spłodzonym przez niego dziele. Z czasem, ma się rozumieć, takich „Mandarynów klasy I” pojawia się pewna grupa, z których każdy ma swój fan-klub.

Jeśli ci „Mandaryni” czują potrzebę wspólnego propagowania jakiegoś światopoglądu, jakichś idei, jakiejś filozofii, jakiegoś programu, to między nimi występują swego rodzaju mechanizmy syndykalistyczne, które uszczelniają przestrzeń debaty. Jeden „Mandaryn” będzie popierał (a w najlepszym razie, nie przeszkadzał) drugiego, kierując swój fan-klub do „gościnnych” występów u swojego/swojej „brata/siostry w wierze”. Mechanizm jest czytelny: „Fajnie, że klaszczecie u mnie. Jednak, dobrze by było, byście również poklaskali u kolegi/koleżanki.” I tak, fan-kluby kiedy trzeba zaczynają oklaskiwać się wzajemnie. Bywa również tak, że ktoś jest „skoszarowany” w kilku fan-klubach, gdyż każdy z „Mandarynów” zaspokaja jakieś potrzeby, których inny nie może, nie chce lub nie potrafi. A fan-klub, jak to fan-klub. Obowiązuje solidarność grupowa, członkowska i bezwzględna lojalność. Nie ma w takiej sytuacji mowy, by wejść w polemikę z „Mandarynem”, gdyż to grozi ostracyzmem. Czasami w takiej sytuacji sam „Mandaryn” wymierza w ten sposób „nieposłusznemu” fan-klubowiczowi taką karę, czasami robią to za niego jego przyboczni, którymi są „Mandaryni klasy II” (III, whateva). Siłą rzeczy każdy się wobec tego pilnuje, by nie stracić „legitymacji członkowskiej” w takim bądź innym fanklubie. Działa wobec tego zarówno kolektywna jak i indywidualna samodyscyplina. Jest ona wzmacniana działaniami „Mandarynów klasy II” (III, whateva) wspieranymi przez kilku, kilkunastu co aktywniejszych fan-klubowiczów.

W powyższej strukturze trudno się odnaleźć heretykowi/dysydentowi/polemiście (niepotrzebne skreślić), który z dystansem podchodzi do „dzieł wszystkich” takowego lub innego „Mandaryna klasy I”. Co więcej, ośmiela się wejść z nim w jakąś polemikę. „O nie, co za dużo, to niezdrowo”, myśli sobie rzesza fan-klubowiczów. „Co on sobie wyobraża?”, „Kim on jest?”, „Co on dotychczas zrobił, że się porywa na guru?” – rozlega się coraz głośniejszy szmer wśród fan-klubowiczów. Bo, „Co wolno wojewodzie, to nie tobie…” itd. itd., gdyż prawo do wzajemnej polemiki mają wyłącznie „Mandaryni klasy I” pomiędzy sobą, no w drodze wyjątku również „Mandaryni klasy II” (III, whateva). I się zaczyna „huzia na Józia”. Bezczelny heretyk/dysydent/polemista wie, że będzie z mety odsądzany od czci i wiary. Posądzany o wszystko co najgorsze. Że przodków miał felernych. Że jest V kolumną, kretem, mącicielem, wichrzycielem, delegatem „wiadomych” sił…. Znaczy się, dowie się o sobie rzeczy, o których nie miał „zielonego pojęcia”. A już najpewniej, któryś, z co bardziej rwących się do bitki, aktywnych fan-klubowiczów rozkręci pyskówkę. Z której wyniknie, że heretyk/dysydent/polemista jest trollem, burakiem, no… wiadomo czym jeszcze. Ciężko jest nie klaskać pośród frenetycznych zachwytów.

A przecież to wszystko jest nie tak. Bo też dlaczego tacy heretycy/dysydenci/polemiści w ogóle się kwapią do tego, by się udzielać? By może jakiemuś „Mandarynowi” lub innym aktywnym fan-klubowiczom zrobić jakąkolwiek przykrość? Zrzucić go z piedestału, zdetronizować, podważyć słuszność „dzieł wszystkich”? Czy też może, by ośmieszyć, zdyskredytować, zdeprecjonować? Otóż, nic z tych rzeczy. Takie udzielanie się jest po to, by do tekstu „Mandaryna” wnieść coś nowego, czego onże nie dostrzegł, nie uwzględnił, prze- (względnie, nie-) docenił, strywializował bądź zbagatelizował. Być może taki „Mandaryn” swoje wnioskowanie opiera na błędnych przesłankach, mylnym wyobrażeniu, jakimś niedoinformowaniu lub prze- (względnie, niedo-) wartościowaniu kogoś bądź czegoś. Być może także, że „Mandaryn” posiada jakieś nieaktualne informacje i/lub dane o czymś tam, o jakimś zdarzeniu, sytuacji, okolicznościach. Przecież nikt, włącznie z piszącym te słowa, nie jest doskonały. Przelukrowani herosi są tylko w bajkach, baśniach, klechdach, legendach i podaniach ludowych. A tutaj chodzi o zbliżanie się do sedna spraw, rzeczy i problemów, które pro publico bono chce się rozwiązywać. By rzeczywistość wokoło nas wszystkich była znośniejsza, lepiej zorganizowana, stabilniejsza, czy w ogóle jakaś taka bardziej życiodajna.

A wszystko, co powyżej, trudno jest osiągnąć, jeśli brakuje krztyny dystansu do tego, w czym uczestniczymy bądź wobec czego się wypowiadamy. Jakaś zapalczywość, zacietrzewienie bądź zwykła arogancja to jest to, czego nasi prawdziwi wrogowie potrzebują, by się zbytnio nie męczyć i wygrywać swoje racje. Zaiste w ich propagandzie im wystarczy to wszystko zręcznie wypreparować, podlać sosem komentarza i… samo się „piecze”. Zaś późnie cała masa pretensji do Bóg wie kogo, że gawiedź stoi i rechocze: „Hehe, znowu prawusy żrą się między sobą. Dobra nasza.” A słupki poparcia ani drgną. Ciężki jest żywot heretyka wśród sprzymierzeńców.

Jak temu zaradzić? Może by dobre było, by w ramach danego środowiska oficjalnie powstał jakiś „ruch heretycki”, nie jako opozycja wewnętrzna, lecz jako pierwsze recenzenckie sito czyichkolwiek „dzieł”? Stworzyć może jakiś „Kodeks Dobrych Praktyk Heretyckich”, w których opisane byłyby prawa i obowiązki heretyka chcącego intelektualnie wspomóc środowisko swoich sprzymierzeńców? Może by powołać w danym środowisku jakiegoś Rzecznika Praw Heretyckich, który broniłby takich delikwentów przed zatupaniem? Może by heretykom przyznać jakieś prawa i przywileje na zasadach parytetu? Pytam, co jeszcze. Bo każda koncepcja będzie dobra, jeśli prowadzić będzie do tego, by „Mandarynom” i ich akolitom permanentnie w głowie od sukcesów się nie kręciło w marginalizowaniu swoich oponentów. A dlaczego? Ano dlatego, że grozi to ześlizgiem w samouwielbienie. Ma ktoś jakieś koncepta?


Czy Kawaler prognozuje prowokacje?

16 Kwiecień 2010

Kawaler (znany inaczej jako Chevallier) we wpisie ezekiela w s24, “Przeproście Leppera, Kwaśniewskiego, Palikota i Oleksego!” pisze:

Co będzie w salonie24 tematem nr 2 w niedzielę? Tematem… nr 2 – jakim obrzydliwym podlecem jest Komorowski, że śmiał w ogóle przemówić nad trumną, i że 1. jako hipokryta udawał żal i krokodyle łzy wylewał, 2. nie dość pochwalił Prezydenta, i nie za to chwalił, za co trzeba było pochwalić. Możliwe są kontaminacje obu wersji. Obstawiam, że w niedzielę będzie co najmniej 30-40 wpisów, jakim wstrętnym gadem jest Komorowski. Do tego kilka uwag, że Komorowski stoi za śmiercią Prezydenta. Tak będzie wyglądała kulminacja narodowej żałoby w s24.

(komentarz zarchiwizowany)

I jak tu nie mieć wrażenia wizji, w którym kierunku pójdą Platformiani prowokatorzy? Cienizna, lub raczej ciamciaramcia. Tak szybko ujawniać swoje plany? Teraz mnie mniej dziwi, dlaczego znane platformiane indywidua się tam pochowały. Zwyczajnie się przyczaiły, by od poniedziałku zacząć swój sabat od nowa.


Jaja jak sześciany.

12 Luty 2010

Skoro, jak donosi Onet.pl (Wznowiono śledztwo ws. zbrodni z XVI wieku):

Sycylijska policja zwróciła się do Międzynarodowego Stowarzyszenia Kryminologów o pomoc w śledztwie w sprawie morderstwa popełnionego w 1563 roku – informuje Reuters. Sprawa zabójstwa baronessy Laury Lanzy i jej kochanka Ludovico Vernagallo zostanie ponownie rozpatrzona na polecenie mera miasta Karini.

To w:

2445 r. – generałowie Wojciech Jaruzelski, Czesław Kiszczak, Florian Siwicki i pozostali członkowie WRON zostają pośmiertnie zdegradowani do stopnia szeregowca.

2448 r. – Wydarzenia na Wybrzeżu w 1970 r. zostają osądzone, zaś ówczesne kierownictwo PZPR, MON i MSW zostaje pośmiertnie uznane winne.

2452 r. – WRON zostaje uznana za organizację zbrodniczą, zaś jej członkowie pośmiertnie uznani za winnych.

2465 r. – Moskwa, Waszyngton, Tel Aviv odtajniają archiwa nt. stanu wojennego w Polsce w 1981 r..

2489 r. – Watykańskie archiwa nt. stanu wojennego w Polsce z 1981 r. są odtajnione.

2489 r. – Waszyngton, Moskwa, Londyn i Paryż odtajniają archiwa dot. “Solidarności” z lat 1980-81.

2499 r. – Moskwa, Berlin, Watykan i Paryż odtajniają archiwa dotyczące Okrągłego Stołu w Polsce, pięć lat później to samo robią Waszyngton i Tel Aviv.

2503 r. – Ujawnione zostają „teczki” członków rozmów w Magdalence i obrad okrągłostołowych.

2508 r. – Światło dzienne ujrzały kulisy powstania „Gazety Wyborczej”.

2509 r. – Ujawnione zostają kulisy afery FOZZ.

2511-14 r. – Ukazują się masowo materiały dotyczące niewyjaśnionych śmierci różnych osób w latach 1983-2009.

2513-17 r. – Odtajnione zostają materiały dotyczące 97 proc. procesów prywatyzacyjnych w Polsce w latach 1990-2010.

2518 r. – W internecie dostępne są „teczki” 15 tys. osób publicznych w latach 1985-2015.

2521 r. – Powyższy zestaw jest poszerzony o kolejne 550 tys. pozycji.

2524 r. – Każdy może w internecie znaleźć „teczkę” swojego protoplasty wytworzoną przez organa bezpieczeństwa w Polsce w latach 1944-1990.

A co? A nie może tak być? Zapraszam do uzupełniania i modyfikowania.


Bitwa pod Mediannami

10 Luty 2010

Bitwa pod Mediannami – największe zwycięstwo wojsk pisuańskich nad pokemońskimi podczas II wojny IV RP. Do starcia obu armii doszło w 2007 r. pod Mediannami. Dzięki zastosowaniu nowatorskiej taktyki, mniej liczne wojska Kaczynala odniosły miażdżące zwycięstwo nad armią dowodzoną przez Donaldusa Franciscusa Tuscusa i Wojciechusa Olejniczacusa.

Po sforsowaniu masywu Ubekiskańskiego przez Kaczynala i jego błyskotliwych zwycięstwach, Pokemończycy zdecydowali powołać (imię nieustalone) na stanowisko dyktatora. Prowadził on politykę unikania walnej bitwy z pisuańczykami, nękał przeciwnika licznymi podjazdami, czym zdobył sobie przydomek „Pisogrzmot”. Jednak ta wyczerpująca dla ludu (olbrzymie spustoszenia prowincji) taktyka szybko spowodowała, że Pokemończycy zmusili władze do działania. Choć armia Kaczynala topniała, coraz większe rzesze poparcia gromadziło stronnictwo przeciwne dyktatorowi. W 2006 r. dyktator zrezygnował ze stanowiska, a jego zakres władzy wojskowej przejęło stronnictwo „starszych i doświadczonych”. Zorganizowało ono wojsko liczniejsze od armii Kaczynala.

Naprzeciwko pokemońskiej potęgi stanęła dwukrotnie słabsza armia pisuańska. Pomimo wcześniejszych dotkliwych porażek morale Pokemończyków było znakomite. Siły liczyły 8 legionów pokemońskich i liczne kontyngenty sprzymierzeńców z całej Pokemonii. 10 000 ludzi odesłano do osłony obozu, ponadto armia pokemońska liczyła:

55 000 zaciężnych Lemmingów

11 000 lekkiej komuszerii

6000 socjotechnikusów

Armia PiSarii była skromniejsza i liczyła:

28 500 PiSowczyków

11 500 lekkich moherantów

10 000 jezdnych Samoligowców

Taktyka pokemońska zakładała mocne uderzenie potężnym centrum złożonym z 3 rzutów ciężkozbrojnych Pokemonusów. Na skrzydłach ustawiono socjotechnikusów. Prawe skrzydło pod wodzą (imię nieustalone) liczyło 2000 skrybów. Lewa flanka pod dowództwem (imię również nie ustalone) składała się z 4000 wyborowych jajogłowych.

Kaczynal na lewym skrzydle ustawił swoją doborową 6-tysięczną jazdę Samoligowców składających się z zaprawionych w boju Samoobrończyków i eLPeeRczyków, oddając dowództwo zaufanemu Maciarosowi i najemnikowi o imieniu nieznanym. Prawe skrzydło zajęło 4 tysiące mobilnych Wszechpolakusuów. Samo centrum złożone ze słabych lekkozbrojnych moherantów – ustawił w kształcie półksiężyca. Nieco głębiej w centrum ustawił 12 000 ciężkozbrojnych Pisowczyków. Całe centrum było płytkie i łatwe do przełamania, na jego czele stał sam Kaczynnal.

Pokemończycy ruszyli do ataku w zwartym szyku. Słaba piechota moherantów szybko zaczęła się wycofywać pod naporem legionów pokemońskich, lecz ich szyk nie został złamany. Armia pokemońska parła do przodu, spychając słabe centrum wojsk Kaczynala. Wycofywanie się wroga Pokemończycy potraktowali jako przejaw bojaźni ciemnogrodzian wobec potęgi ich armii. W rzeczywistości moheranci wykonywali rozkazy swego wodza, który nakazał swym wojskom w centrum szybkie cofanie się i sporadyczne nękanie wroga.

Tymczasem rozpoczęło się starcie na skrzydłach. Ciężkozbrojna jazda Maciarosa runęła na wojska Tuscusa. Mając trzykrotną przewagę liczebną i znacznie lepiej wyszkolonych żołnierzy, Samoligowcy szybko zmusili tutaj Pokemończyków do ucieczki. Jednocześnie lekcy mobilni Wszechpolakusowie prowadzili nieustępliwą walkę z elitą Układu Pokemonii. Po zwycięstwie na lewym skrzydle, Maciaros ruszył na wojska Olejniczacusa, biorąc jazdę pokemońską w dwa ognie. Pod naporem silniejszych przeciwników również drugie skrzydło Pokemończyków rzuciło się do ucieczki. Po zlikwidowaniu wrogiej jazdy, zgodnie z życzeniem Kaczynala, Maciaros uderzył od tyłu na zwyciężających w centrum Pokemończyków.

W tej części bitwy legiony pokemońskie miały przewagę i już przełamywały wygięty w ich stronę łuk piechoty Kaczynala. Paradoksalnie ten sukces zarazem spowodował mimowolnie wciągnięcie Pokemończyków w pierwszą fazę pułapki – okrążenia.

Naciskając na wycofujących się moherantów Pokemończycy nie zauważyli, że ci rozciągali swoją linię tworząc powoli półkole otaczające wroga. W tym czasie jazda Samoligowców rozprawiła się z resztkami mobilnych szwadronów pokemońskich na skrzydłach po czym zawróciła na tyły wroga zamykając pierścień okrążenia.

Pokemończycy zostali otoczeni i zwycięska dla nich dotąd bitwa zmieniła się w krwawą jatkę. W legionach zapanowała panika spotęgowana upadkiem mediów masowego ogłupiania. Grozę powiększało to, że Kaczynal polecił na początku bitwy nie brać jeńców. Straty po stronie Pokemończyków były ogromne. Jedynie nielicznym, głównie mobilnym, udało się umknąć z pułapki. Konsul Tuscus zaginął, podobnie jak jego zarząd i sztabowi doradcy. Olejniczacus zdołał uciec. Straty pisuańskie były niewielkie – głównie wśród moherantów.

Po zwycięstwie dowódcy pisuańscy chcieli uderzyć prosto na bezbronny Pokemonolis, jednak Kaczynal odstąpił od tego planu, aby zdobyć poparcie wśród obywateli prowincji. W tym celu, jak czynił już wcześniej, puścił wolno wszystkich wziętych do niewoli Pokemoników. Nie dysponował też mediami masowego ogłupiania niezbędnymi do zdobycia dobrze ufortyfikowanego miasta, gdzie co rusz rozlegały się głosy: „Kaczynal u bram” (łac. Kacinal ante portas!).

Bitwa pod Mediannami okazała się największą klęską militarną w całej historii Pokemonii. Bezpośrednim jej skutkiem było przejście na stronę Pisuanii kilku większych centrów wykształciuchów. Władze Republiki powróciły do strategii unikania walnych bitew na terenie Pokemonii. Dużo czasu musiało minąć zanim Pokemończycy znów uwierzyli, że mogą pokonać armię dowodzoną przez Kaczynala.

W bitwie pod Mediannami w sposób najdoskonalszy i najprostszy został użyty manewr okrążenia wroga. Nigdy przedtem, ani nigdy potem nie rozegrała się już batalia, w której dwukrotnie słabsza armia potrafiłaby okrążyć i wyciąć w pień siły wroga. Taktyczny plan Kaczynala, znany jako „manewr medianneński”, będzie wzorem do naśladowania dla adeptów szkół wojskowych.

(Na podstawie opisu bitwy pod Kannami zaczeprniętego z Wikipedii. Przepraszam Wikipedię, że dokonałem takiego typu zmian. Mam nadzieję, że praw autorskich nie złamałem.)


Propagandzistko!

29 Styczeń 2010

Boli? To dobrze. Ma boleć!


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.