Zebego słuszność częściowa.

27 Marzec 2010

Kolega bloger Zebe w tekście, pt. Rysa na szkle jął się uzasadniać wybór, tzw. mniejszego zła, jakim jest członkostwo Polski w strukturach Unii Europejskiej. Jak każdy, kto usiłuje przeforsować wątpliwe uzasadnienie czegoś tam, asekuracyjnie zastrzega się pisząc, Nie jestem sceptykiem tego projektu. Mam po prostu pytania i wątpliwości. To taka swoista mimikra na okoliczność bycia zahaczonym w sprawie jasnego samookreślenia się. Zresztą nie wprost znajduje się to w następnych zdaniach, Ktoś , kto dziś neguje nasze wejście do UE jest dla mnie człowiekiem o małej wyobraźni. To było jedyne możliwe wyjście. Korzystne dla Polski. No to, ja, zapewne człowiek o małej wyobraźni, będę w niniejszym tekście tak bezczelny, by odnieść się do częściowej słuszności tez kolegi blogera. Tez brzmiących swoistym tonem łabędzich treli unijnych.

W I połowie lat 90.tych studiowałem w Szkole Głównej Handlowej. W programie studiów była, rzecz jasna, cała masa różnych przedmiotów, tzw. integracyjnych. Wiedza na nich przekazywana dotyczyła integracji Europy w ramach szeroko rozumianych Wspólnot. A przede wszystkim Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej, Euroatomu oraz Europejskiego Stowarzyszenia Wolnego Handlu. Główny jednak nacisk był kładziony na integrację w ramach EWG i dotyczył on zacieśniania międzynarodowej współpracy państw europejskich w obrębie struktur gospodarczych. O jakimkolwiek tworzeniu struktur politycznych, quasi-państwowych itp. nie było wówczas mowy. Aczkolwiek wskazywano na coraz bardziej rozrastającą się strukturę instytucjonalną w ramach wszystkich Wspólnot, jednakże przypisywano jej funkcje wyłącznie koordynujące w prowadzeniu polityk ekonomicznej, finansowej, socjalnej, rolnej, przemysłowej, transportowej oraz zagranicznej polityki ekonomicznej.

Z czego więc brało się takie powyższe podejście? W zasadzie sprawa była względnie prosta. Mianowicie, po II w. św. Europa wyszła z niej solidnie „uszkodzona” i zniszczona. By zapobiec wybuchowi kolejnej wojny, światowe elity doszły do wniosku, że Europę (szczególnie Zachodnią) trzeba jak najszybciej odbudować, by nie popełnić tego samego błędu, jakim było pozostawienie jej samej sobie po latach Wielkiego Kryzysu, który stał się akceleratorem dla szybko wówczas rosnących faszyzmu, nazizmu oraz komunizmu z różnymi ich mutacjami. W tym zatem celu światowe elity skonstatowały, że konieczne jest objęcie Europy Zachodniej protektoratem Stanów Zjednoczonych i utrzymywanie jego aż do chwili, gdy Stary Kontynent stanie na nogi i otrząśnie się po powojennej tragedii. Amerykanie (podstawowy modus operandi tego procesu) na to przystali uznając to zresztą jako świetną, nieomal bezkosztową, inwestycję na przyszłość, by instrumentami ekonomiczno-politycznymi niejako „zwasalizować” sobie swoją Starszą Siostrę. Właściwie komunikat był czytelny, „No, Europko żeś strasznie narozrabiała, w związku z czym, jeśli chcesz się teraz pozbierać, to tylko pod naszą kuratelą.” I taki był główny zamysł, tzw. planu Marshalla, który trwał aż do czerwca 1952 r. Przez 7 lat Amerykanie w Europie Zachodniej wtrącali swoje – nomen omen – „trzy grosze” pomagając jej odbudować infrastrukturę, przemysł, rolnictwo, całą sferę socjalną itp., a przy tej okazji przypominali jej ustrojowe zasady kapitalistyczne i demokratyczne. Mając pewność, że Starsza Siostra zaczyna dawać sobie radę sama zaprzestali jej aktywnie pomagać i z Europy Zachodniej wycofali swoje jakkolwiek rozumiane „instrumentarium” polityki gospodarczej. Pozostawili jednak narzędzia nacisku politycznego w postaci swoich baz wojskowych niejako komunikując coś takiego, „No, Europka, widzimy, że już wydobrzałaś. I dobrze. Możesz się już powoli sama rządzić. Zostawimy jednak u ciebie swoich boys, z dwóch powodów. Po pierwsze, rośnie niebezpieczeństwo, że te dzikusy ze Wschodu będą chciały ciebie najechać. A dla nas byłoby to wyjątkowo niewygodne. A po drugie, musimy przypilnować byś po raz kolejny nie zwariowała, jak to było przez ostatnie trzydzieści kilka lat. Jest jednak pewien myk. Mianowicie, widzisz Europka, my wszyscy tworzymy pewne instytucjonalne struktury ponadpaństwowe, wielostronne itp. Chodzi o to, byś ty również podobne tworzyła, by wspólnie koordynować różnorakie obszary, gdyż między nami mówiąc brak tego doprowadził do Wielkiego Kryzysu a w konsekwencji do ogólnej światowej rzezi. Zacznij, Europka, tworzyć instytucje. Jak będziesz chciała, to know-how możemy tobie podesłać.” I na tym mniej więcej leitmotivie pojechało późniejsze tworzenie EWWiS, EWG, Euroatomu itp.

Bowiem, tak naprawdę, o co wówczas latało? Mianowicie o to, że podobnie jak wcześniej, tak też i po okresie powojennej odbudowy, różnorakie państwa zachodnioeuropejskie znajdowały się na różnorakim poziomie rozwoju społecznego, gospodarczego, infrastrukturalnego itp. Co tak w zasadzie wynikało z ogólnie rozumianej spuścizny historycznej, jak też i ze stopnia zniszczeń powojennych. Były bowiem państwa (jak np. Wielka Brytania, Francja, Niemcy, kraje Beneluksu, Szwajcaria, Austria czy też skandynawskie), które wcześniej były lepiej rozwinięte gospodarczo oraz względnie mniej ucierpiały w wojnie. Były również takie (jak np. Grecja, Hiszpania, Portugalia, Włochy, szczególnie południowe), których przedwojenny rozwój zatrzymał się w najlepszym razie na etapie wczesnokapitalistycznym. To oddawało zresztą ów bipolarny podział Europy Zachodniej na bogatszą, lepiej uprzemysłowioną Północ, i biedniejsze, przeważnie rolnicze, Południe. I teraz żeby jedno z drugim jakoś sensownie posklejać trzeba było wykombinować mechanizm, zasady i narzędzia, dzięki którym różne państwa zachodnioeuropejskie mogły zacząć się wspólnie dogadywać. W związku z czym proces ten przeniesiono na poziom ponadkrajowy. I rozpoczęto obudowywać go strukturami instytucjonalnymi: komitetami, komisjami, radami, grupami sterującymi, z własnymi normami i metodami działania. W dalszym ciągu jednak nie tracono z pola widzenia tego, że odbywać się to musi poprzez suwerenne struktury państwowe, gdzie każdy naród i społeczeństwo są czymś odrębnym od pozostałych, posiada własne rozwiązania polityczne, społeczne, gospodarcze itp., własną tożsamość, doświadczenia historyczne, kulturę, zwyczaje itd.

Całe te koncepta wspólnotowe miały punkt odniesienia w tym, co jest wiadome od czasów, kiedy David Ricardo wykombinował swoją teorię kosztów komparatywnych z jej centralną ideą, tzw. wskaźnika przetworzenia. Z grubsza ujmując polega to na tym, że państwu specjalizującemu się w budowie wozów drabiniastych trudno jest nie tylko konkurować lecz również współpracować z państwem specjalizującym się nie tylko w budowie, lecz również w konstruowaniu, odrzutowców. Bierze się to stąd, że to drugie dysponuje znacznie większym niż to pierwsze potencjałem ekonomicznym (i innymi zbliżonymi do niego), gdyż dzięki temu może pozwolić sobie na produkowanie dobra charakteryzującego się wyższym przetworzeniem. Oczywiście to pierwsze państwo może także czerpać korzyści z takiej wymiany handlowej, jednak po pierwsze, musi być to w miarę precyzyjnie określone, a po drugie, w czasach coraz szerszego otwierania się różnych rynków na świecie swoje wozy drabiniaste może sprzedawać nie tylko temu, który produkuje odrzutowce, lecz każdemu innemu. By jednak bogata Północ mogła gospodarczo współpracować z biednym Południem należało oba te problemy rozwiązać na poziomie ponadkrajowym. Znowuż więc chodziło o samo dogadanie się. A było to tym bardziej konieczne, gdyż o ile w czasach obowiązywania planu Marshalla na nim skorzystały przede wszystkim kraje bogatsze, to biedniejsze znalazły się na peryferiach we wspólnej części europejskiego kontynentu. No i zaczęły pojawiać się problemy. Polegały one na tym, że wskutek instytucjonalnego scalania się Europy Zachodniej zdecydowanie lepsze korzyści odnosiły dzięki temu państwa bogatsze, na co nałożyły się m.in. takie czynniki jak wyższy poziom modernizacji, poradzenie sobie z wewnętrznymi problemami strukturalnymi oraz to, że były one głównymi inicjatorami procesów wspólnotowych. Biedniejsze Południe było raczej wtórnym beneficjentem tych procesów.

Mimo wszystko cały czas dotyczyły one z czasem powiększającej się grupy krajów, które w dalszym ciągu pozostawały odrębnymi podmiotami państwowymi. Ogólnie rzecz ujmując cały wic polegał na przesłaniu, „Zacieśnianie współpracy gospodarczej. Tak. Przy całej odrębności państw biorących w tym udział.” I tak to sobie przez dziesięciolecia trwało, przekształcało się i puchło. Aż do momentu kiedy komitety, komisje, rady, grupy sterujące nie osiągnęły w gruncie rzeczy pozycji różnorzędnej rządom krajów współtworzących Wspólnoty. Było to, ma się rozumieć, przedstawiane jako coś koniecznego, by cała ta koordynacja mogła toczyć się płynnie, bez znaczących rozbieżności oraz w miarę efektywnie. Było to oczywiście w coraz większym stopniu zaprzeczeniem leninowskiej tezy o tym, że ilość przechodzi w jakość, gdyż powyższe struktury instytucjonalno-organizacyjne (wraz z ich pełzającym i dyskrecjonalnym etatyzmem) stosunkowo szybko zaczęły chorować na wszystkie możliwe, zaś opisane przez Cecila Parkinsona, choroby biurokratyczne aż do początkowych stadiów zwyrodnienia. Przykładem tego mogą być wspólnotowe (przeniesione na unijny poziom) dyrektywy, które wcześniej miały moc niewiążących zaleceń i wskazówek, by z czasem wynaturzyć się w kierunku powszechnie obowiązującego prawa. Od tego momentu każdy kraj, czy jemu jest to potrzebne, czy też nie, był zobowiązany stosować się do czegoś, co wcześniej mógł odrzucić (względnie zawiesić na jakiś czas). Marksistowska nadbudowa zaczęła się coraz szybciej odrywać od bazy. W swoich łabędzich trelach Zebe zaledwie to dostrzega, gdy pisze, (…) Myślę, że rząd Donalda Tuska charakteryzuje się li tylko irracjonalnym „owczym pędem” w kierunku bezsensownego i bezkrytycznego akceptowania wszelakich unijnych rozwiązań, które nas w tej chwili bezpośrednio nie dotyczą. Śpiesz się powoli, można by powiedzieć. Ależ po ratyfikowaniu przez Lecha Kaczyńskiego, tzw. traktatu lizbońskiego, owe rozwiązania nas w tej chwili dotyczą i to jak najbardziej bezpośrednio.

Proces „uwspólnotowienia” uległ przyspieszeniu po, tzw. obaleniu komunizmu w Europie Środkowowschodniej, gdy europejskie elity połapały się, że za, tzw. chwilę, do korzystania z wypracowanego przez dekady zachodnioeuropejskiego, kapitalistycznego, dobrobytu ściągną milionowe ludy wschodnie. Wobec tego postanowiono przede wszystkim, by przyspieszyć dostosowanie państw biedniejszego Południa do pełnego współdecydowania (w tym przede wszystkim w oparciu o kryteria ekonomiczne i ich demograficzne pochodne) o zakresie, tempie i głębokości współpracy na poziomach gospodarczym, instytucjonalno-organizacyjnym, politycznym itp. To z jednej strony. Z drugiej natomiast, by potencjalnych nowych przybyszów potrzymać dostatecznie długo w przedakcesyjnej zamrażarce, by dostatecznie „skruszeli”. W tym samym czasie przyspieszono budowę wspólnych centralnych instytucji, przekształcając dotychczas funkcjonujące ciała kolektywne w samodzielne organizmy lub tworząc nowe. W tych nowych centralnych instytucjach, przed przyjęciem nowych przybyszów, sformowano podział sfer wpływów pomiędzy dwoma zasadniczymi obszarami wspólnotowymi obejmującymi bogatszą Północ i biedniejsze Południe. Odbywało się to już pod auspicjami nowej formy współpracy ponadkrajowej (właściwie, ponadnarodowej), która powstała w miejsce wygasłych Wspólnot (EWWiS, EWG i Euroatom) i przyjęła nazwę Unia Europejska. Wspomniany podział sfer wpływów polegał z grubsza na tym, że biorąc pod uwagę łączny potencjał demograficzno-ekonomiczny państw biedniejszych przyznano im nieznacznie mniejszy potencjał decyzyjno-polityczny w zamian za łagodniejsze ich traktowanie, jeśli chodzi o ich ogólny wkład gospodarczy na rzecz wspólnego, unijnego organizmu. Dzięki temu państwa te zostały sprytnie „uelastycznione”, skutkiem czego było pozyskanie ich jakkolwiek rozumianej „przychylności” dla dalszych kroków integracyjnych. Względem przyszłych nowych przybyszów wykreowano w ten sposób swego rodzaju „złego policjant”. Z kolei państwom bogatszym przyznano większy parytet decyzyjno-polityczny, narzucając im ich większy wkład w całość unijnej gospodarki. W ten sposób silniejsze państwa zachowały zdolność rządzenia wewnątrz zintegrowanych struktur instytucjonalno-organizacyjnych. Dla przyszłych nowych przybyszów oznaczało to pojawienie się „policjanta dobrego”. W dalszym jednak ciągu dotyczyło to pojedynczych podmiotów państwowych z ich jednolitymi narodami i społeczeństwami. Od tego momentu obie strony były z tej „transakcji” obopólnie zadowolone. Gdy się już obie te grupy wspólnie dobrały, zaś powyższa „transakcja” okrzepła, to możliwe zaczęło stawać się otwieranie drzwi dla, „skruszałych” już, nowych przybyszów.

I tutaj dochodzimy do momentu, który nas szczególnie interesuje. Mówiąc najprościej w tym unijnym klubie znaleźliśmy się na zasadach, z których współkształtowania zostaliśmy wcześniej wykluczeni, gdyż w trakcie tego procesu znajdowaliśmy się w przedsionku. Nie wiadomo więc na jakiej podstawie Zebe wiedzie swoje trele, gdy pisze, że W dalszym ciągu jesteśmy nader atrakcyjnym partnerem w strukturach Unii. Oczywiście, jeśli ma to być atrakcyjność, której oczekują od nas główne stolice europejskie, to w istocie tak może być. Jednakże jest to myślenie reprezentujące optykę brukselską. Nasza bowiem może być zgoła odmienna. To jest, w gruncie rzeczy, odpowiedź na pytanie, czy Unia jest nader wszystko atrakcyjnym partnerem dla nas. A to chyba zmienia postać rzecz. Przecież w przedakcesyjnym okresie prezentowano Polakom korzyści uczestnictwa w takim projekcie, jednakże przedstawiano to przez pryzmat mechanizmów działających w ramach poprzednich rozwiązań wspólnotowych, które zmieniły się wraz z ich przekształceniem w formy unijne. Zebe nic o tym nie wspomina. A szkoda, bo gdyby jednak to zrobił, to odkryłby, że już wtedy m.in. wobec nas zaczęła się gra w „dobrego” policjanta, którymi były najbogatsze państwa znajdujące w centrum unijnych struktur, i w „złego”, którymi były unijne peryferia.

Zanim jednak wraz w nowymi przybyszami wciągnięto nas z przedsionka do unijnego przedpokoju (obecnie dalej nas nie ma w „salonie”), to w tym ostatnim zaczęto kombinować nad narzuceniem dwóch ważnych instrumentów scalających. Jednego – politycznego. Zaś drugiego – ekonomicznego. Tym pierwszym miało być coś na kształt konstytucji, z kolei, drugim, pieniądza. I jedno i drugie poddano fazie testowej, by w miarę szybko rzucić to „na rynek”. Konstytucja, jak wiemy, przyjmowała się z oporami, z kolei, unijny pieniądz wszedł właściwie bez problemów. Jest ciekawe, że jakkolwiek do ostatniego etapu w procesie powstawania tego pierwszego my wraz z nowymi przybyszami zostaliśmy dopuszczeni, to w drugim przypadku zostało to zrobione bez naszego udziału. Właściwie, nie ma w tym nic dziwnego, gdyż jakkolwiek w pierwszym przypadku proces był znacznie trudniejszy (a tym samym wywoływał dość znaczny rezonans w opinii publicznej), a przy tym nie dający od razu spodziewanych rezultatów i korzyści politycznych, to jednak nie istniało niebezpieczeństwo dopuszczenia doń nas wraz z grupą nowych przybyszów. Z kolei w drugim, proces okazał się być wyjątkowo łatwy (nie tak głośny w odbiorze opinii publicznej) i nieomal natychmiast przynoszący wymierne korzyści ekonomiczne (a pośrednio polityczne). Z tego też powodu konieczne było, by konstruowanie wspólnego pieniądza odbyło się bez udziału grupy nowych przybyszów. Między innymi temu celowi służyć miało takie określenie, tzw. kryteriów konwergencji dopuszczających do uczestnictwa w eurozonie, by ustanowić je na dosyć wysokim poziomie, jednak na tyle je „uelastycznić”, by w pierwszym rzędzie mogły im odpowiadać państwa, tzw. starej Unii. Co się zaś tyczy formowania kształtu przyszłej konstytucji, to w tym przypadku sięgnięto po wcześniejszy wzorzec gry w „dobrego” i „złego” policjanta, lecz tym razem zamieniono się rolami. Tym pierwszym stały się unijne kraje peryferyjne, z kolei drugi, państwa centrum. Można zaryzykować tezę, że dzisiaj odkrywane „trupy w szafie” u państw peryferyjnych są pewnym „osadem” pozostałym po grze konstytucyjnej, jednak ukształtowanym w trakcie tworzenia wspólnego unijnego pieniądza. W skrócie mówiąc, ów polski hydraulik, którym straszono przede wszystkim bogatsze kraje unijnego centrum, okazał się być greckim lub portugalskim rybakiem, hiszpańskim bądź włoskim plantatorem winogron względnie irlandzkim górnikiem, którzy za zgodę na rozszerzenie Unii i przyjęcie konstytucji błyskawicznie skorzystali z wprowadzenia wspólnego pieniądza, dzięki czemu można było w głównych europejskich stolicach tryumfalnie ogłosić postęp w integracji. Chodziło głównie o zadowolenie brukselskich elit. Wygląda więc na to, że zachodnioeuropejskie społeczeństwa zafundowały sobie zakalca w cenie pierwszorzędnego wypieku cukierniczego.

Z tym wszystkim wiążą się konkretne konsekwencje. Ich tłem jest to, że Polska w strukturach unijnych jest ciałem „roztopionym”, podporządkowanym wspólnej polityce na poziomie ponadpaństwowym. Ma to wyraz, w przytaczanej przez Zebego cesze wspólnej polityki monetarnej, która jest emanacją zintegrowania finansowych korzyści na poziomie całego organizmu unijnego. Z tym jednak, że realny wpływ na politykę monetarną poprzez instytucje centralne posiadają państwa z ekonomicznie najsilniejszego obszaru unijnego, pozostałe natomiast (w tym również my) są ich dopełnieniem. I nie bez kozery polityka fiskalna została pozostawiona w gestii poszczególnych państw członkowskich, gdyż z nią wiąże się cała masa problemów, ciężaru których europejskie elity nie kwapiły się brać na swoje barki. Innymi słowy, biurokratyczne elity brukselskie uznają, że spijanie „śmietanki” z funkcjonowania takiej lub innej polityki monetarnej jest dla zintegrowanej struktury unijnej nader korzystne, podczas gdy tak „niewdzięczne” zagadnienie, jakim jest polityka fiskalna, należy od siebie trzymać na dystans. I teraz, nawet, jeśli z polityką monetarną wiążą się jakieś straty, to da się je „rozpuścić”, przerzucając je na podatników, tj. lokując problem w najtrudniejszej sferze ekonomicznej. Zebe wspomina o tym, gdy pisze, że Decydenci poświęcą wszystko, żeby ratować ten projekt. [Chodzi o euro. – przyp. MF] Oni nie poświęcą Grecji, nie poświęcą Portugalii. To my za to zapłacimy w imię utopijnych idei. Bo właśnie o te idee chodzi. No i o nieomylność nomenklatury brukselskiej. Oni nigdy nie wypiją piwa, które naważyli. Wręcz przeciwnie, zaproszą do kufla kolejnych użytecznych idiotów. Ano ów „kufel” zostanie podsunięty przez cwaniaków „kutych na cztery kopyta” wiedzących, że swoje kariery polityczne i urzędnicze oraz własną stopę życiową, zawdzięczają wcale nie temu, że są oni jacyś wyjątkowi, niepospolici, nietuzinkowi, wybitnymi geniuszami itp. lecz temu, że mają poparcie wśród tych, którzy dysponują ogromnym kapitałem, by ich popierać. Oni uzasadnią każde decyzje nawet takie, które znajdują się dwóch diametralnie różnych biegunach doktrynalnych. Więcej, będą oni twierdzić, że nie widzą w tym żadnej logicznej sprzeczności.

Zebe oczywiście myli się, gdy twierdzi, że Donald Tusk sklei tę rysę na szkle., mając na myśli deklaracje Tuska o jakiejś tam pomocy dla Grecji. Otóż deklaracja ta nie jest jakimkolwiek sklejeniem czegokolwiek, lecz sygnałem dla „reszty cywilizowanej” Europy, „Chłopaki i dziewczyny, ratujmy się!”. Chce się on pokazać w ten sposób w gronie tych, którzy jako pierwsi dostrzegli wyzierającego „trupa” z szafy, by „coś” z tym „trupem” zrobić, gdyż jego wygląd jest nieestetyczny. On zaś ma wyjątkową wrażliwość na estetykę, więc w tym „naszym, wspólnym europejskim domu” nie może być miejsca dla czegoś takiego, jak „trupy w szafach”. Aż dziw, rzecz jasna bierze, że wówczas, gdy nawoływał do wejścia Polski do UE, jak też i do podpisania przez Prezydenta traktatu lizbońskiego, owego „trupa” nie dostrzegał, jednak to ma najmniejsze znaczenie. Dzisiaj, ma się rozumieć, o tym „trupie” można już mówić jawnie i bez zażenowania, nie będąc posądzonym o bycie moherowym beretem. Niestety, ale zarówno dla samego premiera jak i dla Zebego, można mieć nie najlepsze wiadomości, gdyż owa rysa, o której pisze Zebe, miast się zmniejszać z czasem sukcesywnie będzie powiększała się coraz głębiej. Zwyczajnie, są granice absurdu, zaś taką najbardziej widoczną jest Ural, do którego można jeszcze rozszerzać Unię Europejską. Dalej już się nie da, bo poza nim rządzą już Chinczyki. A przecież za cenę wspólnego „tak” nie da się w nieskończoność „uelastyczniać” Europejczyków, nawet gdyby mieli nimi być kozacy naddniestrzańscy. Jaka jest bowiem wspólnotowość Mongoła siedzącego w jurcie na Wyżynie Nadwołżańskiej z potomkiem Wikingów mieszkającym w luksusowej rezydencji gdzieś nad Wielkim Bełtem, to jest to jedynie radosny koncept brukselskich planistów. Samo zaś euro takich absurdów nie zniesie.


Euroland zaczyna trzeszczeć.

16 Luty 2010

No i proszę. Blisko 2,5 m-ca temu napisałem:

(…) cała masa, tzw. Europejczyków został zrobiona w Eurobubla. Dlaczego? Tzn. nie dlaczego została zrobiona, boć to jest oczywiste, lecz dlaczego w Eurobubla.

I spodziewałem się, że:

(…) Dzisiaj coraz lepiej widać pogłębiającą się szczelinę pomiędzy państwami, tzw. „starej Unii” a państwami nowymi w tej strukturze integracyjnej, która jest o wiele głębsza niż wówczas, kiedy do pierwszych państw wspólnotowych dołączały następne. Same zaś państwa, tzw. „starej Unii” mają coraz bardziej narastające problemy wewnętrzne (starzenie się społeczeństw, kolosalna imigracja, wyhamowanie modernizacji i wiele innych), by mogły „przenieść” wstrząs porozszerzeniowy. Wydaje się także, że również „Traktat lizboński” może nie zapobiec temu, by strukturalnie, funkcjonalnie, instytucjonalnie oraz społecznie i gospodarczo Unia Europejska w połowie nie pękła. Zaś jeśli tak się stanie, to pozostałe części zaczną się również rozpadać. Z kolei z samego euro pozostanie wtedy masa zadrukowanych kawałków papieru wartych w cenie makulatury.

Ma się rozumieć, że jeszcze jest za wcześnie, by z euro pozostała masa zadrukowanych kawałków papieru wartych w cenie makulatury. Lecz biorąc po uwagę sytuację w Grecji, Hiszpanii, Portugalii i Irlandii, to zaczyna się tutaj robić coraz ciekawiej. Jednak najweselej jest tutaj:

(podkr. na czerwono moje – MF)

No widzieli Państwo takie buty? O numer przy ciasne lub za luźne. Ja bym się spodziewał Ciemnogrodu wszędzie ale nie w powolterowskiej Francyi. Jeszcze Jean’om Pierre’om wpadnie do głów, by wrocić do starego, dobrego franka, to postępaki  nie będą się mogły posiąść ze zdumienia.

P.S. Jakoś chętnych do pogadania w związku z moim, cytowanym, wpisem, to nie było. Nawet, “na agregatach”. Co jest? To Was nie interesuje?


Zrobieni w Eurobubla.

4 Grudzień 2009

19 lipca 2009 r. na portalu Niepoprawni.pl w notce, pt. (Pogadanki o Stanach Zjednoczonych Europy i Euro – cd. Czyli Moherowy Fighter Jaku’emu.) napisałem m.in.:

Co się zaś tyczy samego euro, to jako twór syntetyczny (bo też i oparty na samym sztucznym fundamencie koncepcyjnym), nie odzwierciedlający w jakimkolwiek stopniu gospodarki narodowej, równie szybko może zniknąć jak się pojawił, zaś poszczególne państwa mogą równie szybko wrócić do walut narodowych. Ma się rozumieć, że po takim „eksperymencie” nie będą to już te same waluty co wcześniej mimo, że ich nazwy mogą być przywrócone.

Dzisiaj otwieramy sobie „Rz” na zielonych stronach i czytamy wypowiedź Marka Cliffe’a (Co ze strefą euro?), głównego ekonomisty ING, mówiącego, że:

(…) w Europie również będzie musiało dojść do istotnych zmian. Z tego właśnie powodu – choć raczej się o tym nie mówi – istnieją obawy dotyczące utrzymania się w dłuższej perspektywie unii walutowej. Mówiąc inaczej: jest presja, by Niemcy przywrócili mocną markę. Dodam, że to akurat nie jest mój pogląd.

Prawda, jakże miło jest takie coś przeczytać? Ale do rzeczy. Cóż bowiem mogłoby doprowadzić do tego, by nastąpiło to co wyżej? Myślę, że odpowiedź na to leży w samej diagnozie Europy jako obszaru zamieszkałego przez około 0,5 mld. ludzi. Diagnoza ta wskazywać musi na coraz mniej korzystne zmiany, które zachodzą na kontynencie. Europa bowiem trawiona „eurosklerozą” ulega przyspieszonej degeneracji i atrofii intelektualnej, które nie mogą w jej organizm tchnąć nowego życia. Dzisiejsza Europa nie jest Europą Adenauera, de Gaulla czy też Churchilla. Ba nie jest to też Europa Kohla, Giscard d’Estaing’a lub Thatcher. To w większości były postaci z charyzmą, pokoleniową wizją i solidnym przygotowaniem do rządzenia. Można powiedzieć, że osobistości te reprezentowały pradawnego ducha wielkich europejskich władców, którzy wiele wieków temu formowali nowoczesne narody i państwa europejskie. Rozumieli ponadto głębokie mechanizmy, które doprowadziły do europejskiej świetności na przestrzeni 1,5 tys. lat. Byli również epigonami rzymskiego republikanizmu. Jednakże wraz z ich odejściem nastąpił zmierzch Europy konserwatywnej, chrześcijańsko-łacińskiej, narodowej i sensu stricte obywatelskiej. W powstałą w ten sposób pustkę z impetem wdarła się kultura bizantyjska – orientalna. To ona wniosła to wszystko, co powoduje uprzedmiotowienie człowieka, jego duchową sekularyzację oraz upadek moralny i etyczny. To ona także wstrzyknęła w starzejący się organizm Europy jady wewnątrz ją rozkładające. Demoralizację. Korupcję. Nieufność. Marnotrawstwo. To jest to wszystko, co niszczy tkankę gospodarczą, społeczną, polityczną, kulturalną społeczeństw i narodów. Nie mówię, rzecz jasna, że to wszystko nie występowało już dawniej. Oczywiście, że tak było. Jednakże w łonie Europy zawsze potrafiły się odrodzić te siły, które takim patologiom przeciwdziałały i to bardzo skutecznie. W końcuż nawet potężni, zdawałoby się, władcy byli detronizowani, wtrącani do lochów, stracani, wyganiani bądź też w jakikolwiek inny sposób karani, jak tylko narody europejskie uznawały, że ci władcy postępują wbrew racji stanu, niemoralnie bądź w sposób zagrażający przetrwaniu tych narodów. Zatem dawniejsze europejskie społeczeństwa posiadały mocniejszy „układ odpornościowy”, który, tak jak każdy organizm żywy, radził sobie z różnymi „toksynami” go atakującymi. Dzisiaj jest jednak inaczej. Co to kogo obchodzi, że jakiś premier zdefraudował środki publiczne? Że jakiś prezydent permanentnie oszukuje? Że jakiś minister, mer, burmistrz uprawia nepotyzm? Że jakiś biskup ma „na boku” kochanka? Że „ryba psuje się od głowy”? Otóż, nic. Nic to nikogo nie obchodzi, ponieważ w umysły ogromnej większości z powyższych 0,5 mld ludzi, jak złośliwy nowotwór, zagnieździła się znieczulica na różnorakie patologie.

Cóż to wszystko, zapytacie się Państwo, ma wspólnego z pieniądzem,. bo to wygląda na jakieś takie puste dykteryjki. Otóż, moim zdaniem, ma i to całkiem sporo. Bo też zatrzymajmy się przez moment i zastanówmy się choć trochę nad tym, czym jest pieniądz. Wiecie Państwo? Już wiecie? Pieniądz, Mości Państwo, jest ucieleśnieniem pewnej umowy. Owo ucieleśnienie przydaje owym brzęczącym blaszkom bądź szeleszczącym papierkom pewnego „ducha”, którego zadaniem fundamentalnym jest mieć pieczę nad wywiązywaniem się przez każdego z zobowiązania, jakie zaciągnął wobec kogoś innego. To z kolei ma gwarantować cały system państwowy, wraz z jego administracją, wymiarem sprawiedliwości i innymi jego instytucjami; i ma to być także wzmacniane przez zdrowy, uczciwy i sprawny system finansowy. Zapytajmy więc, czy to wszystko jest obecne w Europie. I chyba jest to pytanie retoryczne, wszak, jak już wiadomo, „ryba…” itd. itd. Europa jednak, jak panna w późnym wieku balzakowskim, tuszuje swoją brzydotę coraz grubszymi podkładami pomady, pudru, szminki i tuszu oraz operacjami plastycznymi. Czymś takim była, tzw. „Strategia lizbońska”, wg. której już w przyszłym roku Europa miała prześcignąć w rozwoju swoje „dziecię”, tj. Stany Zjednoczone Ameryki. Czymś takim miała być, tzw. „Eurokonstytucja”, gdzie jakby miało być więcej demokracji dla obywatela, lecz gdy ten wypowiedział się trzy razy w referendach, co o tym sądzi, to uznano za „niesłuszne”. Nie jest również wykluczone, że, tzw. „Traktat lizboński”, tj. „Eurokonstytucja” (wersja II, poprawiona), także okaże się niewypałem. Okazuje się również, że, jak zaczynają już przebąkiwać bankowcy, cała masa, tzw. Europejczyków został zrobiona w Eurobubla. Dlaczego? Tzn. nie dlaczego została zrobiona, boć to jest oczywiste, lecz dlaczego w Eurobubla.

By na powyższe odpowiedzieć trzeba zrozumieć, że euro jak też, tzw. „Specjalne Prawa Ciągnienia” (SDR – Special Drawing Rights), są swego rodzaju syntetycznymi znakami monetarnymi. Syntetycznymi, a zatem nie naturalnymi. Jakie bowiem były i są owe naturalne znaki monetarne, które znamy dzisiaj? Otóż są nimi te wszystkie, którymi do dzisiaj obracamy, a do których euro i SDR’y nie należą. Są to jednostki, które wykształciły się samoistnie z tych gospodarek, które reprezentowały. Z ich zasad społecznych, form ustrojowo-politycznych, stopnia i zakresu zorganizowania aparatu gospodarczego, ugruntowanej i zweryfikowanej praktycznie tradycji oraz szeroko rozumianego zaplecza instytucjonalnego i mentalności obywateli współtworzących narodowe bogactwo tych państw, które owe znaki monetarne reprezentują. W dużym skrócie można powiedzieć, że przeciętny Amerykanin znający historię dolara, z nim rodzący się i umierający, wie, że za tym znakiem monetarnym stoi zarówno powstawanie gospodarki amerykańskiej na przestrzeni trzech stuleci, jak i całego aparatu państwowego a także zweryfikowana jego wartość w czasach prosperity, zastoju oraz kryzysu. Wie ponadto skąd się biorą różnice w sile nabywczej owego znaku występujące pomiędzy stanami biedniejszymi a bogatszymi. Rozumie także, że ten sam dolar daje takie same zaufanie w obrocie gospodarczym czy to na Alasce, czy też na Florydzie, czy też w końcu w Main, Kolorado bądź Nowym Meksyku. Oczywiście, że to zaufanie jest permanentnie podkopywane, jednak, tzw. „przeciętny amerykański podatnik” zdaje sobie sprawę z tego, że tenże dolar, jako zmaterializowana wartość współtworzenia całego amerykańskiego bogactwa narodowego, posiada wielopokoleniową tradycję czego efektem jest sam dający się materialnie zidentyfikować rezultat owego współtworzenia bogactwa narodowego. Podobnie zresztą rzecz się ma w innymi znakami monetarnymi, w tym m.in. z najstarszym europejskim pieniądzem, tj. funtem brytyjskim. To są wieki praktyki i doświadczeń robienia ze sobą interesów pomiędzy obywatelami. To jest także okupieniem krwią w przypadku wojny lub potem i nakładem pracy (fizycznej bądź intelektualnej) możliwości robienia takich interesów. Tego wszystkiego ani euro ani równie SDR’y nie są emanacją. Dlaczego?

Ano dlatego, że zarówno euro, którego podstawą była, tzw. „Europejska Jednostka Pieniężna” (ECU – European Currency Unit), jak też i SDR’y, to pewnego typu statystyczno-ekonometryczne zapisy wyznaczające pewien „koszyk” walut, w skład którego wchodziły te, które obejmowały jedna bądź druga jednostka monetarna. Z tym akurat, że choć mówi się o nich „monetarna”, to powinno się to określać raczej mianem „rozrachunkowa”. W olbrzymim skrócie można przedstawić historię euro (ergo – ECU) następująco. Kiedy Schumann i spółka powoływali swoje Wspólnoty (tj. EWG – Europejską Wspólnotę Gospodarczą, EWWiS – Europejską Wspólnotę Węgla i Stali oraz Euroatom), to odbywało się to w formie wielostronnych umów międzynarodowych pomiędzy państwami-sygnatariuszami stosownych traktatów. W celu zapewnienia realizacji zapisów traktatowych w ramach tych trzech Wspólnot tworzono do tego rozrastającą się biurokrację zarówno na poziomie ponadkrajowym jak i wewnętrznym, krajowym. I tak na co dzień, miesiąc w miesiąc, rok w rok, owa biurokracja zarządzając różnorakimi procesami, regulowanymi w tych traktatach (notabene coraz bardziej puchnących i potężniejszych), w coraz większym stopniu zaczęła się gubić w materii jej podporządkowanej. Bo też, gdy należało zbadać zasadność wprowadzenia (bądź nie-) takich lub owych normatywów technicznych, handlowych, produkcyjnych itd. itd. względem jakiegoś towaru w obrębie kilku państw, to należało to przeliczyć zarówno pod kątem ich warunków gospodarczych (społecznych itd.) jak też dokonać ekwilibrystyk pomiędzy zmieniającymi się różnicami kursowymi poszczególnych walut tych państw, których owe procesy dotyczyły. Powiedzmy, że gdy należało przyjąć zasadność wprowadzenia pewnych normatywów dotyczących np. żarówek produkowanych w Wielkiej Brytanii, tak by mogło zostać to zaaprobowane na forum ponadkrajowym (wspólnotowym), to trzeba było określić, na ile poszczególne państwa wchodzące w skład danej Wspólnoty (w tym przypadku, EWG) są zdolne takie „brytyjskie” normatywy zaakceptować, jeśli w zamian za to musiały zgodzić się na takie lub owe określenie normatywów względem takowych lub innych towarów przez siebie produkowanych. I tak wobec tego należało przeliczyć zarówno potencjał gospodarki brytyjskiej, w zakresie produkcji żarówek, jak też i potencjały pozostałych państw w zakresie innych towarów, które brane były pod uwagę w procesie takiego przeliczania. I zrobić to w otoczeniu bezustannie zmieniających się kursów walutowych tych państw. A przecież dotyczyło to tylko „żarówek”. A co z całą masą innych towarów? Co z dobrami konsumpcyjnymi i inwestycyjnymi? Co z usługami? Zaznaczyć trzeba, że, tzw. „zwykły obywatel” nie miał bezpośrednio z tym wszystkim do czynienia, albowiem takie bądź inne ustalanie danych normatywów odbywało się ponad jego głowami, tj. na poziomie ponadkrajowym (tzn. sekretariatów i komisji danej Wspólnoty, agend rządowych, instytucji statystycznych, wreszcie regulacyjnego aparatu finansowego i gospodarczego). Tym się zajmowały wyspecjalizowane biurokracje. Biurokracja wspólnotowa jak również agendy rządowe coraz trudniej radzące sobie w zarządzaniu powyższymi procesami musiały znaleźć sposób na to, by jakoś skrócić sobie tą kalkulacyjną mitręgę, zaś jedynym wydawało się najbardziej rozsądnym elementem, nad którym należało „zapanować”, to były owe bezustannie zmieniające się kursy walutowe. Bo też po co wszystko przeliczać przez kursy funta do marki, funta do franka, franka do marki, marki do lira, lira, do franka itd. itd., skoro można to wszystko zrobić lepiej i przeliczać do jakieś ważonego indeksu (koszyka) tych walut?

Jak się z powyższym problemem uporano? Ano w gruncie rzeczy bardzo prosto. Zaangażowano bowiem naukowców (tj. ekonomistów, ekonometrów, matematyków, statystyków i specjalistów od finansów), którzy mieli opracować pewien model ekonometryczno-statystyczny. Do opracowywania tego modelu dołączyły się instytucje finansowe (tj. głównie banki centralne tych państw) oraz ośrodki statystyczne, których zadaniem było dostarczenie odpowiednich danych. I po pewnym czasie sformowany został pewien wspólny indeks (koszyk) walut, który służyć miał zarówno w celach kształtowania takich lub owych normatywów jak i rozrachunków międzypaństwowych. Właściwie „technologia” opracowywania tego indeksu (koszyka) była podobna do tej, która używana była (i jest) przy opracowywaniu, tzw. pochodnych instrumentów finansowych (kontraktów terminowych, opcyjnych i tym podobnych). Na tym się instytucje finansowe bardzo dobrze znają, gdyż robią to od niepamiętnych czasów. W dalszym ciągu, tzw. „zwykłego obywatela” to nie dotyczyło, gdyż on w swoich rozliczeniach stosował swoją walutę krajową. Rządy z kolei używały ECU w celach rozrachunkowy w odniesieniu do swoich wzajemnych zobowiązań, podobnie czyniły to banki centralne poszczególnych państw i pozostałe instytucje finansowe.

Z czasem, rzecz jasna, po ten środek rozrachunkowy zaczęły sięgać inne podmioty gospodarcze, w tym przede wszystkim koncerny transnarodowe. Polegało to na tym, że gdy np. niemiecki producent samochodów chciał z francuskim producentem ogumienia się rozliczyć, to podpisywał kontrakt opiewający na daną kwotę ECU. By móc taki kontrakt podpisać, to musiał mieć zdeponowaną w banku odpowiednią ilość marek, by w momencie realizacji kontraktu móc je „wymienić” na odpowiednią ilość ECU, zgodnie z obowiązującym „kursem” ECU do marki. Dopiero wówczas, gdy dochodziło do transakcji bank ten zgodnie z dyspozycją swojego klienta (tj. producenta samochodów) dokonywał tej „wymiany” i poprzez cały system rozrachunkowy informował bank, którego klientem był francuski producent opon, że dana wielkość ECU została „uwolniona” i można ją przypisać na rachunek dewizowy tamtego klienta banku. Tamten bank dokonywał z kolei „wymiany” ECU po „kursie” ECU do franka i stosowną wielkość waluty krajowej zapisywał na zwykłym rachunku francuskiego producenta opon. Takie operacje, ma się rozumieć, możliwe były jedynie w handlu zagranicznym. Oczywiście, że wraz z rozwojem i wzrostem zagranicznych operacji handlowych nastąpił też wzrost transakcji dewizowych w zakresie ECU. W końcu stało się to tak powszechne, że ECU jako jednostka rozrachunkowa osiągnęła stosunkowo wysoką „płynność” i zaczęła być równolegle używana z walutami krajowymi. Narastająca płynność owej jednostki rozrachunkowej zaczęła jednak tworzyć pewne zatory płatnicze, co skutkowało koniecznością ich „udrożnienia” poprzez jeszcze większe „umasowienie” tej jednostki rozrachunkowej. By to osiągnąć, zdecydowano się na rozpoczęcie jej używania tam, gdzie natężenie transakcji w obrocie masowym było dosyć wysokie. I tak na przykład pojawiać się zaczęły polisy ubezpieczeniowe, w których stosowane były przeliczniki względem ECU, jakieś kategorie lokat i kredytów, opłat za wycieczki zagraniczne itd. itd. W tym momencie można powiedzieć, że ECU „trafiło pod strzechy”, jednak w dalszym ciągu nie jako legalny środek płatniczy.

Nie da się nie zauważyć, że wszystko powyższe działo się w obrębie państw, które miały zbliżony poziom rozwoju gospodarczego, w których ludność miała tożsamą stopę życiową, w których dysproporcje były stosunkowo nieznaczne. Jednak pierwsze zaburzenia miały miejsce wtedy, kiedy następowało rozszerzanie się Wspólnot Europejskich o nowe państwa. Te, które dołączały do postanowień traktowych były zdecydowanie gorzej rozwinięte gospodarczo, społecznie i instytucjonalnie, ludność ich miała gorszą stopę życiową od państw najsilniejszych (tj. Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Włoch), zatem wznosiły one bagaż pewnego zapóźnienia i dysproporcji. To oczywiście rzutować musiało na kształtowanie się wspólnotowych normatywów, skutkując tym samym spowolnieniem rozwoju państw z grupy najsilniejszych. To wtedy zaczęła o sobie dawać znać, wspomniana powyżej „euroskleroza”. Rzecz jasna zaczęło się to także odbijać na „wartości” samego ECU, gdyż do tego koszyka włączone zostały waluty państw słabszych. W celu łagodzenia szoków integracyjnych zaczęto stosować szereg mechanizmów dostosowawczych, które, zgodnie z zasadą „łagodnego strojenia” (fine tuning), miały przede wszystkim wyrównywać dysproporcje gospodarcze. Trwało to aż do czasu, kiedy w 1988 r. na szczycie w Hanowerze padła propozycja ścisłej unii walutowo-gospodarczej. Można powiedzieć, że jest to moment, kiedy zdecydowano się na stopniowe wychodzenie z ECU w celu ukształtowania nowej waluty, nowej jednostki monetarnej. Program zawierał III etapy.

Etap I polegał można powiedzieć na całkowitym „umasowieniu” ECU, tzn. na zniesieniu kontroli wymiany walut, a zatem uwolnieniu w ten sposób potężnej ilości rezerwy kapitału, który miał być powszechnie dostępny. Etap II polegał skrótowo na opracowaniu nowej formuły nowego pieniądza, roboczo nazwanego „euro”, oraz na jego „obudowę” rozwiązaniami instytucjonalno-prawnymi. Etap III polegał przede wszystkim na zamrożeniu kursów walut narodowych do euro, by 1 stycznia 1999 r. zainaugurować jego w transakcjach bezgotówkowych, zaś dwa lata później wprowadzić go w formie gotówkowej do obiegu. Pół roku później nastąpiło całkowite wycofanie 12 walut narodowych, które weszły w skład euro.

Oczywiście w dalszym ciągu pozostaje otwarte pytanie o to, w jakim stopniu euro jest pieniądzem. Chociaż jest to legalny środek płatniczy, wprowadzony metodami administracyjnymi, to do jakiego stopnia odzwierciedla on to, co można by nazwać gospodarką europejską, skoro w trzech krajach europejskich on nie obowiązuje. Można zapytać czy gospodarki takich krajów, jak Wielka Brytania, Dania oraz Szwecja nie odpowiadają warunkom koniecznym do spełnienia, by być w strefie euro? Czyż może takie kraje, jak Cypr, Słowenia lub Słowacja są wobec tamtych lepiej rozwinięte, silniejsze, bardziej ustabilizowane? Rzecz jasna są to pytania retoryczne. Są one takimi tym bardziej, że rozszerzanie Unii Europejskiej (juz tym razem nie Wspólnot Europejskich) pogłębiło strukturalne dysproporcje pomiędzy poszczególnymi krajami na europejskim kontynencie. Tzw. kryzys finansowy mógł to jedynie wzmocnić. Dzisiaj coraz lepiej widać pogłębiającą się szczelinę pomiędzy państwami, tzw. „starej Unii” a państwami nowymi w tej strukturze integracyjnej, która jest o wiele głębsza niż wówczas, kiedy do pierwszych państw wspólnotowych dołączały następne. Same zaś państwa, tzw. „starej Unii” mają coraz bardziej narastające problemy wewnętrzne (starzenie się społeczeństw, kolosalna imigracja, wyhamowanie modernizacji i wiele innych), by mogły „przenieść” wstrząs porozszerzeniowy. Wydaje się także, że również „Traktat lizboński” może nie zapobiec temu, by strukturalnie, funkcjonalnie, instytucjonalnie oraz społecznie i gospodarczo Unia Europejska w połowie nie pękła. Zaś jeśli tak się stanie, to pozostałe części zaczną się również rozpadać. Z kolei z samego euro pozostanie wtedy masa zadrukowanych kawałków papieru wartych w cenie makulatury.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.