FYMie to znowu nie tak.

15 Grudzień 2009

Wspaniały Free Your Mind, kontynuując misję obalenia Ministerstwa Prawdy we wpisie, pt. Kumoch w MMA będącym niejako odniesieniem do notki Jakuba Kumocha, pt. Research jednostronny – broń w rękach “czerskich”, kieruje swoje ostrze publicystyczne w stronę, która z punktu widzenia potęgi owego Ministerstwa jest właściwie drugorzędna, aczkolwiek nie nieważna. Chodzi tutaj o warsztatowe metody, którymi Ministerstwo Prawdy się posługuje. Tak, trzeba FYMowi przyznać rację, że nie są to metody zbyt wyszukane. Można nawet powiedzieć, że są one gruboskórne, jednak nie w tym zasadza się sedno, że one w ogóle są lecz, że padają na podatny grunt. Gawiedź faktycznie takie metody uwielbia. Sam warsztat jest wobec tego dopasowaniem do gustów i potrzeb „klienteli” Ministerstwa Prawdy. Jednak, czy to jest najważniejsze? Można chyba zadać tak zasadne pytanie.

Moim zdaniem nie za bardzo. Dlaczego? Już tłumaczę. Przeciętnie 350 tys. codziennych odbiorców płatnego produktu głównego Ministerstwa Prawdy oraz 420 tys. bezpłatnej jego wersji (dane przybliżone za Związek Kontroli Dystrybucji Prasy), tj. łącznie 770 tys. konsumentów obu produktów sięga po nie, gdyż żadna porównywalna do nich przeciwwaga nie powstała i pewnie długo nie powstanie. Przyjmując, że 1/3 z kolportowanych egzemplarzy trafia do kosza, to do domów zabieranych jest codziennie ponad pół miliona sztuk. Zakładając, że w przeciętnej rodzinie każdy egzemplarz czytany jest przez 2-3 osoby, to daje to liczbę 1-1,5 miliona ludzi stale mających kontakt z agorowymi produktami głównymi. Czy może są to ludzie jacyś szczególni? Nie sądzę. Zresztą wielu z nich kupuje i czyta owe produkty z wielu różnych powodów, ot choćby po to, by przewertować ogłoszenia, kolumnę sportową lub coś podobnego. Rzecz jasna zerkają też i do wiadomości i publicystyki. Dalej. Aczkolwiek w liczbach bezwzględnych konsumenci owych produktów nie są dużą grupą, to treści i to wszystko, co się w tych produktach znajduje, są dodatkowo wzmacniane przez inne media, które na nich się opierają i czerpią z nich cały zasób informacji, komentarzy, publicystyki itp. I to wszystko wielokrotnie i bezustannie powielają. To są przecież inne dzienniki, to są tygodniki, to są także programy telewizyjne i radiowe oraz portale internetowe. W ten sposób docelowa grupa odbiorców tego wszystkiego się gwałtownie rozszerza. I to nie są już setki tysięcy ludzi lecz wiele milionów. Załóżmy ostrożnie, że niemal idealnie pokrywa się to z elektoratem lewicy i Platformy Obywatelskiej, tj. z blisko połową społeczeństwa. Niestety, ale połowa społeczeństwa to nie jest wszakże elita, która mogłaby być świadomie wrażliwa na różnego rodzaju tricki warsztatowe. W ogromnej masie, to nie są też ludzie o wyszukanych gustach, wysokim smaku estetycznym oraz dżentelmeńskich manierach.

Zatem w tym wszystkim, co do nich dociera, chcą się zwyczajnie odnaleźć, potwierdzić swoją tożsamość, jak również jest to sposób na ich samoidentyfikację. Chcą tam znaleźć język, którym na co dzień się posługują oraz różnego rodzaju kody kulturowe, względem których funkcjonują. To natomiast jest uwarunkowane na zwalczanie wszystkiego, co nie jest liberalne, „światowe”, prokonsupmcyjne, hedonistyczne, popkulturowe czy też ujawniające skrywane kompleksy. Towarzyszy temu lęk przed poznaniem własnych wad i słabości, bezustanne dopraszanie się o wyrazy uznania i pochwały i agresja wobec każdego, kto odważa się naruszyć kruchą stabilizację tych ludzi. W zasadzie można powiedzieć, że poza samą funkcją informacyjną, michnikowszczyzna i jej satelity spełniają rolę zarówno wychowawczą jak i terapeutyczną. Komunikat jest prosty, „Przyjdź do nas i gdy będziesz grzeczny, to będzie ci z nami bardzo dobrze.” A któż by tak nie chciał?

Ministerstwo Prawdy, ergo michnikowszczyzna i jej satelity, jest wobec całej masy swojej „klienteli” jak surowy, acz troskliwy, dziadzio. Jednego pogłaszcze po głowie. Innego poklepie protekcjonalnie bądź karząco. Jeszcze innego czymś tam podbechta, zaś innego ofuknie – nawet i profesora. W zasadzie każdy tam czuje się nieomal jak w jednej wielkiej Familii, w której jej głowa jest wyraźnie zaznaczona. Ta zaś pod rygorem całkowitego jej posłuszeństwa swoim „podopiecznym” gwarantuje całkowite bezpieczeństwo. A to każdy poszukuje i pragnie. W związku z czym mając szansę to osiągnąć następuje pełne podporządkowanie się tej swoistej głowie rodziny. W zasadzie to wobec niej ubezwłasnowolnienie. I nieważne czy dotyczy to jakiegoś wziętego adwokata, znakomitego bankowca, wybitnego prof. dra hab. w swojej specjalności, utalentowanego inżyniera, ministra etc. etc. Ci wszyscy ludzie, grzejąc się ciepłem bezpieczeństwa michnikowszczyzny i jej satelitów, czują się w tym jak w nirwanie. Zatem wielu rzeczy nie zauważają, bo albo ów dziadzio im na to nie pozwolił albo nie nauczył ich, że tak można. A nawet, jeśli zauważają, to szybko to wypierają ze świadomości, traktując to, co zauważają, jako obrazoburcze względem tego przybranego dziadzi. Zaś niezależnie od wieku i pozycji społecznej są wobec niego jak bezradne i bezwolne dzieci wymagające bezustannej opieki. Ma się rozumieć, że od czasu do czasu rozrabiają, jednak tenże przybrany dziadzio potrafi ich błyskawicznie wytłumaczyć, tak że permanentnie czują się bezkarni. I to też podnosi ich poczucie bezpieczeństwa. Czując się wprost komfortowo z takim dziadzią wszystko jemu odpuszczają, bo też i on ich hołubi. Stąd też panuje tam atmosfera całkowitej współzależności. Nie ma sposobu, by się na dziadzię obrazili lub pogniewali, bo też nie zostali nauczeni tego, za co mogliby się na niego obrazić lub pogniewać. Zwyczajnie nikt im tego nie powiedział. A nawet, jeśli coś tak do nich trafia, to jednak nie dociera. Oni są w dziadzię zapatrzeni z nieomal religijnym oddaniem. I stąd każde nawet najbardziej negatywne informacje o dziadzi traktują jak jakąś herezję, „świętokradztwo” lub coś podobnego. Coraz bardziej natomiast staje się to pokoleniowe.

Jednak pomijając to wszystko trzeba zapytać o to, w jakim stopniu sama prawica postarała się o takiego własnego dziadzię, który by mógł objąć opieką taką masę dzieci. Z tym jest już gorzej. Bo przez dwadzieścia lat prawica zamiast formułować swoją wielką Familię, zajęta była różnorakimi awanturami pomiędzy swoimi braćmi, siostrami, wujkami, ciotkami itp. W związku z czym straciła szansę na stworzenie takiej wielkiej Familii. Nie dość, że ją straciła, to jeszcze zmarnotrawiła możliwości, by zadbać o swój status materialny, który mógłby jej pomóc w stworzeniu skutecznych narzędzi, za pomocą których mogłaby taką wielką Familię budować. Dzisiaj prawica zaczyna się dopiero co zastanawiać nad tym, czy dożyje sędziwego wieku (mimo iż ciągle jest to „Czas wrzeszczących staruszków) oraz czy zdoła przekazać depozyt następnym pokoleniom. Lewica i Platforma Obywatelska, rozumiane jako środowiska lewicowe i liberalne, mają to zapewnione. Zwyczajnie tamten ich dziadzio się o to postarał. Prawica z kolei dalej po omacku szuka swojej szansy, która ma się rozumieć leży daleko poza blogosferą, gdyż znajduje się wśród społeczeństwa, do którego „wrzeszczący staruszkowie” wyjść się nie kwapią. I co ciekawe siedzą bądź to w mediach michnikowszczyzny, bądź też w jakichś niszach, o których mało kto wie. W tych pierwszych robią z nich permanentnie dziwaków, z kolie z poziomu tych drugich nie mają żadnych szans, by dotrzeć do połowy polskiego społeczeństwa. Tertium non datur?


Proporcje FYMie, proporcje.

15 Grudzień 2009

Free Your Mind we wpisie pt. O konflikcie i wolności słowa kreśli arcymisyjną wizję blogosfery szczególnie w kontekście obalenia dominacji Ministerstwa Prawdy. Co do mechanizmów, za pomocą których elity i establishment trzymają społeczeństwo za twarz, to należy przyznać jemu rację. Faktycznie, im bardziej społeczeństwo daje się warunkować przez socjotechnikę, tym bardziej staje się ono bezwolnym narzędziem w rękach różnych hochsztaplerów politycznych, w tym przede wszystkim tworzącym środowisko michnikowszczyzny i jego satelitów. Diagnoza FYM’a jest w związku z tym poprawna. Jednak, niestety, ale wszystko co jest potem, to Wielce Szanownemu Blogerowi się już rozchodzi.

Szanowny FYM’ie. W politycznej blogosferze, nawet jeśliby ona codziennie docierała do 100-200-400 tys. ludzi, i nawet jeśliby jakimś trafem tak było, że nieomal wszyscy byliby oni sympatykami prawicy, prawicowych blogerów etc., to siła „rażenia” corocznego owsiakowego Przystanku Woodstock jest o wiele potężniejsza niż Twoje, rzecz jasna, niezwykle mądre, doniosłe i światłe teksty. To tam idą potężne środki na machinę propagandową, która każdego młodego człowieka w wieku 15-35 lat wsysa i który daje się uzależnić od wpływów mainstreamu. Później, wszystko, co on łyka, jak indor tuczony metodą tuczu przemysłowego, wchodzi w niego, jak w masło. I jest to powielane na najprzeróżniejsze sposoby z tym samym natężeniem. A przecież nie chodzi tutaj tylko o fanów Owsiaka. Tutaj chodzi również o tych, którzy notorycznie, bezustannie i bezrefleksyjnie mają kontakt z całą masą przeróżnych produktów michnikowszczyzny i jej satelitów, jak, dajmy na to, bezpłatna gazetka „Metro” lub coś podobnego. To chodzi także o miliony ludzi uzależnionych od TVN’u, TVN24, Polsatu, RadiaZet, TOK FM, RFM FM itd. itd. Ci ludzie, jestem nieomal pewien, wcale nie wiedzą o Salonie24, o Blogmediach, o Niepoprawnych, o Polisie i o wielu różnych rzeczach, jak choćby o różnych bardzo ważnych pismach i pisemkach prawicowych. To przecież jest świat Naszej Klasy, Goldeline, Facebook’u, Nocoty, Pudelka, Fotki, Onetu, Wirtualnej Polski, Interii i ogromnej liczby innych mediów, które na trwale mają tą samą „klientelę”. Zatem, warto znać proporcje, jeśli chce się projektować śmiałe wizje.

Właśnie cała rzecz jest w tych proporcjach. Marzyłoby się nam pewnie, by imperium Ministerstwa Prawdy padło. O tak. Jakżeby to było pięknie. Jednak za cholerę ono nie chce upaść. A wiesz dlaczego FYM’ie (i reszta Przezacnych Blogerów) tak się nie dzieje? Ano dlatego, że stamtąd wystarczy jeden, no góra dwa, telefon tam lub ówdzie, by móc uruchomić procesy o takiej skali, której trudno jest nam sobie wyobrazić. I jest to samograj. Szanowny FYM’ie pamiętasz może „Koalicję 21 października”? Cała masa fundacji, stowarzyszeń, ruchów, mediów, zaplecza eksperckiego takiego i owego, a przy tym jeden ogromny ferment środowiskowy skupiony na jednym celu – obalić PiS. I to zadziałało.

Powyższe nasuwa mi taką refleksję, że w obliczu takiego, jak tamte „wojska” nawet najbardziej przenikliwe artykuły, eseje, felietony i wpisy Twoje, FYM’ie, kataryny, Aleksandra Ściosa, Freemana i całej Plejady różnych Przezacnych Blogerów, z całym dla wszystkich wymienionych i pozostałych szacunkiem, to wszystko ma walory bardziej koneserskie niż przeorywujące świadomość społeczeństwa trawiącego popkulturową papkę i informacyjną sieczkę non stop serwowaną przez mainstreamowe media. Jestem już dosyć stary, by nie widzieć, że nie jest inaczej. Uwierzyłbym w tę jakoby wszechpotężną moc blogosfery, gdybym usłyszał na przykład w serwisie informacyjnym w telewizji, że coś się tam stało wskutek dociekań Twoich, FYM’ie, kataryny, Aleksandra Ściosa i/lub wszystkich powyżej. Uwierzyłbym, gdybym tu, gdzie mieszkam, w swoim środowisku, usłyszał od kogoś, że w czymś tam jest tak, jak jest, bo o tym pisze FYM, kataryna itd. itd., a nie Lis, Olejnik, Rymanowski itd. itd. Tak, dopiero wtedy bym uwierzył w tą wszechpoteżną moc blogosfery, a szczególnie Salonu24. Myślę, że długo tak jeszcze nie będzie. Dlaczego?

Ano dlatego, iż cała masa społeczeństwa, no nie tylko ta prosta lecz również i ta bardziej wykształcona, obyta, światła itd. itd., lubi sobie iść po linii najmniejszego oporu, i jej wystarcza „Wyborcza”, „Dziennik” lub coś podobnego oraz „Zawsze po dwudziestej pierwszej”, no… od biedy „Sprawa dla reportera”. Oczywiście przeplatane to wszystko serwisami informacyjnymi w TVN24. Zatem, to nie jest i nie będzie takie proste, by imperium Ministerstwa Prawdy obalić. Zresztą nawet, jeśliby miało tak się stać, to zapewne ono samo szybko przekształciłoby się w coś innego i jako coś nowego znowu byłoby trudne do ruszenia. FYM’ie chcąc osiągnąć to, o czym piszesz, należałoby wyjść poza obręb kameralno-koneserskich dysput kawiarnianych i zacząć budować rozliczne struktury terenowe rozsiane po całej Polsce, by w ten sposób docierać do najdalszych zakątków kraju i przekonywać ludzi do swych racji.

Rewolucję każdą robi się wśród ludzi, a nie przy biurku, nawet jeśli wrzuca się gigabajty najsłuszniejszych tekstów. Cały wic polega na tym, że owo Ministerstwo Prawdy jest w najprzeróżniejszy sposób zakorzenione w owym terenie i tam bezustannie, intensywnie, fachowo i metodycznie oddziałuje na ludzkie umysły. Teren nawet nie wie, co to jest Salon 24, zaś doskonale wie, co to są różnego rodzaju inne portale społecznościowe itp. Dlaczego? Jest tak, ponieważ zostały one im niejako podane „w pakiecie” z całą resztą popkultury i treściami przekazywanymi przez mainstreamowe media. A to jest już domena szeroko rozumianego Ministerstwa Prawdy. Można się rzecz jasna z tym nie zgadzać i przeciwko temu protestować, lecz nie wierzyć w to, że tam są naprawdę bardzo dobrzy fachowcy wspomagani przez równie dobrych fachowców, to „gorzej niż zbrodnia, to głupota”.

Myślę więc FYM’ie, że znaczenie politycznej blogosfery, szczególnie w rozumieniu prawicowym, jest jednak dosyć wyidealizowane, by mogła ona być szczególnym zagrożeniem dla elit, establishmentu i w ogóle dla szeroko rozumianego Ministerstwa Prawdy i michnikowszczyzny z jej satelitami. Tutaj naprawdę wystarczą jeden, no góra dwa, telefony, by odnieść zaplanowany skutek. W końcuż, gdyby ta prawicowa blogosfera miała owym możnym tak bardzo zagrażać, to już dawno zostałaby ścięta równo z glebą. A tak? No, cóż, myślę, że w niektórych gabinetach, to czytający mają niezły ubaw i dobre poletko doświadczalne.

I tak się to kręci.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.