Et tu Kataryna contra me?

9 Wrzesień 2010

Jeśli więc rozpad PiSu, takiego jakim jest dzisiaj, jest i tak nieunikniony, lepiej, żeby to się stało jak najprędzej i jak najmniej boleśnie. Niech Jakubiak, Kluzik, Poncyljusz, Kowal odejdą już teraz, a ci, którzy ich wypychają pod pretekstem nieudanej kampanii, niech w najbliższej kampanii samorządowej pokażą na co ich stać. Jak PiS sobie radzi pozbawiony “obciążeń”. Jeśli PiS polegnie – a polegnie na pewno – do wyborów parlamentarnych pozostanie jeszcze rok, to wystarczająco dużo czasu, żeby sobie wszystko przemyśleć i zdecydować, czy lepiej trzymać krótko partię z 10% poparciem, czy nauczyć się żyć z różnorodnością, i dzielić władzą w partii zbliżającej się do 30%.

(…) Jeśli PiS był atrakcyjny dla takich oszołomów jak ja, to właśnie dlatego, że widzieli w nim połączenie wizji i wybitnego intelektu Jarosława Kaczyńskiego, z ideowością sympatycznych polityków młodszego pokolenia, jak Kowal, Ołdakowski, Jakubiak, Poncyljusz. Taka mieszanka mogła się stać alternatywą dla bezideowej, pozbawionej wizji i sfokusowanej na obsługiwaniu potrzeb Ryśków Platformy. Partia Ziobry, Dery, Błaszczaka i kto tam się jeszcze włączył do wykopywania “liberałów” taką alternatywą nie będzie. Więc jeśli PiS w tym kierunku zmierza – a wszystko na to wskazuje – może lepiej, żeby “liberałowie” się odłączyli na tyle wcześnie, żeby jeszcze mogli w polityce zostać. Dla tych, którzy chcieliby ją poznawać opisywaną tak, jak ją opisywał Ołdakowski.

- kataryna, PiSowscy liberałowie muszą odejść


L. Iacocca odpowiada Rebeliantce.

8 Wrzesień 2010

Rebelianta zrobiła notkę pt. Pożytki z wyrzucania ludzi z partii. W której to notce stawia fundamentalne pytanie (właściwie prośbę):

Czy moglibyście pomóc mi we wskazaniu zalet tego stanu rzeczy, bo ja widzę przede wszystkim wady?

Ponieważ już wcześniej przypominałem postać Lee Iacocca’i, b. prezesa Chryslera, który korporację tę wyciągnął za uszy, to pozwolę sobie dalej posiłkować się tym przykładem. Szef koncernu w „Autobiografii” wspomina (podkr. moje – MF):

(…) Wkrótce dokonałem pierwszego poważniejszego odkrycia: Chrysler w gruncie rzeczy w ogóle nie funkcjonował jako spółka. W 1978 r. Chrysler przypominał Włochy przed zjednoczeniem – spółka składała się z wielu małych księstw, a każdym z nich rządziła… primadonna. Był to zbiór mini-imperiów, z których żadne nie dbało ani trochę o pozostałe.

Zastałem u Chryslera trzydziestu pięciu wiceprezesów, a każdy z nich prowadził własną politykę. Nie było żadnych wspólnych gremiów, brakło ogniw spajających organizacyjnie całość, nie zwoływano wspólnych narad, na których ludzie mogliby się ze sobą porozumieć. Nie mogłem np. pojąć, dlaczego facet stojący na czele wydziału konstrukcyjnego nie jest w ciągłym kontakcie ze swoim kolegą – zajmującym takie samo stanowisko w wydziale produkcji. Tymczasem tak się właśnie rzeczy miały. Każdy działał oddzielnie. Przyjrzałem się dobrze temu systemowi – byłem zszokowany. Wtedy uświadomiłem sobie, że naprawdę znalazłem się w tarapatach.

Wszystko wskazywało na to, że ci ludzie nie znają trzeciego prawa dynamiki Newtona: każdemu działaniu towarzyszy równe przeciwdziałanie. Wszyscy działali w próżni. Było to takie dno, że trudno je nawet opisać.

(…) Wszystkie problemy Chryslera sprowadzały się właściwie do jednego: nikt nie wiedział, kto ma wykonać pierwszy ruch. Nie było to drużyna, lecz zbiorowisko niezależnych graczy, z których wielu nie opanowało zasad gry na swojej pozycji.

(…) Z Chryslerem było jednak jeszcze gorzej. Winą za stan firmy trudno było obciążać jej założyciela, który wywodził się z innej epoki. Do fiaska Chryslera doszło po trzydziestu latach powojennego, „naukowego” zarządzania. To wręcz niepojęte, że w 1978 r. ogromnym koncernem kierowało się jak sklepikiem spożywczym.

Te problemy nie pojawiły się z dnia na dzień. W branży samochodowej w Detroit reputacja Chryslera pogarszała się już od lat. Ta firma zaczęła uchodzić za ostatnią szansę: jeśli ktoś nie dawał sobie rady gdzie indziej, zawsze mógł iść do Chryslera, a członkowie jego kadry kierowniczej znali się raczej na grze w golfa niż na samochodach.

(…) Tyle było do zrobienia, a tak mało czasu! Musiałem zlikwidować te trzydzieści pięć oddzielnych księstewek, by zapewnić spółce większą jednolitość i zwartość. Musiałem pozbyć się pracowników, którzy nie wiedzieli, na czym polegają ich obowiązki. Trzeba było na ich miejsce znaleźć ludzi z doświadczeniem, operatywnych, sprawnych w działaniu. … Były to palące problemy, a ich rozwiązanie mogło być tylko jedno. Potrzebny był mi zespół doświadczonych ludzi, którzy mogliby współdziałać ze mną przy zawracaniu firmy z dotychczasowej drogi, póki jeszcze nie doszło do kompletnej ruiny. Moim priorytetowym zadaniem było utworzenie takiego zespołu, zanim będzie za późno.

(…) Jednym z luksusów, domagających się wręcz ograniczenia, był liczny sztab. Od czasów objęcia prezesury General Motors przez Alfreda P. Sloana wszystkie funkcje kierownicze w naszym przemyśle – tak jak w armii – dzielą się na sztabowe i liniowe. Liniowcy tkwią w produkcji: mają konkretne zadania i określony zakres odpowiedzialności – za technologię, za produkcję, za zaopatrzenie. Sztabowcy zajmują się planowaniem ogólnym; to oni scalają pracę liniowców w skutecznie działający system. Taki sztabowiec może być skuteczny w działaniu tylko wtedy, gdy ma za sobą praktykę na stanowiskach liniowych. Tymczasem, zwłaszcza u Forda, panowała tendencja do zatrudniania w sztabie firmy faceta po harwardzkiej Business School, który nie potrafił odróżnić własnego tyłka od łokcia; i to on miał pouczać człowieka z trzydziestoletnią praktyką w produkcji, jak i co ma robić, żeby było dobrze. W swojej karierze straciłem zbyt wiele czasu jako arbiter w sporach – do których w ogóle nie powinno było dojść – między pracownikami sztabowymi a liniowymi.

Sztab jest niewątpliwie potrzebny, ale w granicach rozsądku. Kiedy Henry próbował pozbyć się mnie, zaangażował biuro konsultacyjne McKinsey and Company, które – oprócz zorganizowania biura przewodniczącego rady nadzorczej – utworzyło jeszcze supersztab złożony z osiemdziesięciu chyba ludzi tylko po to, żeby kontrolować, czy wszyscy pracownicy sztabowi i liniowi wykonują swoje obowiązki. Z biegiem czasu grupa ta stała się jakby drugą, niezależną władzą – firmą dla siebie.

Gdy Chrysler znalazł się w krytycznej sytuacji, musiałem zwolnić większość personelu sztabowego. Przez całe życie byłem na linii i tym łatwiej było mi pozbyć się sztabowców. Moje rozumowanie było proste – potrzebowałem ludzi, którzy budują samochody i je sprzedają. Nie stać mnie było na utrzymywanie facetów, którzy powiedzą, że jeżeli zrobimy to czy tamto, samochód będzie może nieco lepszy. Nawet gdyby taki mędrek miał czasami rację, zastanawianie się nad tym było w naszych warunkach nazbyt kosztownym luksusem, Kiedy na froncie zaczynają gwizdać kule, sztab i tak zmywa się pierwszy.

Po wszystkich redukcjach spłaszczyliśmy strukturę zarządzania i zmniejszyliśmy liczbę ludzi uprawnionych do podejmowania ważnych decyzji. Początkowo chodziło tylko o możliwość przetrwania, ale z biegiem czasu przekonaliśmy się, że ten manewr ma niebagatelną zaletę: kierowanie wielką firmą w mniejszym zespole jest łatwiejsze! Dzisiaj, po latach widzę wyraźnie, iż Chrysler miał niezwykle rozbudowaną strukturę zarządzania, ze szkodą dla firmy. To jest lekcja, której nasi konkurenci muszą się dopiero nauczyć – a mam nadzieję, że tego nigdy nie zrobią!

Mam nadzieję, Rebeliantko, że Lee Iacocca wystarczająco dobrze odpowiedział na Twoje pytanie.


Kaczyński sięgną po „model” Iacocci.

5 Wrzesień 2010

Serwis Blogmedia24.pl zamieścił List Jarosława Kaczyńskiego do ludzi z PiS. List, jak się należało tego spodziewać, całkowicie zamilczany przez media, tzw. „głównego nurtu”. Pozwolę sobie wtrącić nieco swoje „trzy grosze”.

Osobiście uważam, że jednym z poważniejszych błędów, które Jarosław Kaczyński popełnia, jest to, że niezwykle rzadko ujawnia i demistyfikuje wszystkie te „manewry”, które są robione wokół partii mające na celu sianie w niej zamętu. Oczywiście ktoś mógłby, rzecz jasna, powiedzieć, że on to robi lecz to się nie „przebija”. Jednak daje się to sfalsyfikować poprzez to, że skoro w samym kierownictwie PiS jest świadomość tego, że (cytuję): … niemal zawsze jesteśmy traktowani przez większość mediów, a zwłaszcza przez te tworzące tzw. główny nurt, z wielkim dystansem i jednostronnym krytycyzmem…, to siłą rzeczy ono liczy się z tym, że głos „z wewnątrz” partii będzie filtrowany. A przecież Jarosław Kaczyński w powyższym liście precyzyjnie zakreśla ramy czasowe, kiedy on, jego brat i partia byli i są (i zapewnie będą dalej) „glanowani” przez media głównego nurtu. W związku z tym, jeśli tak jest, a przy tym dysponuje się ograniczonymi możliwościami „kontr-glanowania”, to tym samym zawsze palącą potrzebą jest to, by właśnie jak najintensywniej komunikować się w formie takich to właśnie listów, jak powyższy. Zaś ta forma była i jest stosowana niezwykle rzadko. Tak rzadko, że prawie wcale. Potwierdza to zresztą sam Jarosław Kaczyński piszący: Postanowiłem powrócić do stosowanego kiedyś w mojej poprzedniej partii – Porozumienie Centrum – obyczaju pisania listów prezesa partii do jej członków. Zarówno wtedy, w latach 90., jak i dziś, chodzi o bezpośredni przekaz pewnych informacji i interpretacji wydarzeń, które albo nie docierają do Koleżanek i Kolegów za pośrednictwem mediów, albo też docierają, ale w formie mocno zniekształconej, niekiedy całkowicie opacznej, przekręconej, i to intencjonalnie. Widać w tej zapowiedzi pewien prognostyk „odświeżenia” i „udrożnienia” kanałów wewnętrznej komunikacji, służących nie tylko samej partii lecz również wyborcom obecnym i przyszłym.

Można się bowiem zastanawiać nad tym, że wśród sympatyków/wyborców partii Jarosława Kaczyńskiego może istnieć pewna dezorientacja odnośnie do tego, co sam szef partii jak i jej kierownictwo postrzega, jako coś zagrażającego, a na co brak jest jakichś sygnałów zwrotnych. Przyznam się, że nieraz sam odczuwałem w takiej sytuacji pewien niedosyt. Widzę jednak, że prezes PiS’u sięga po „model” Iacocca’i.

Zrobię w tym miejscu pewną odskocznię i wspomnę osobę Lee Iacocca’i, byłego prezesa koncernu Chrysler, który uratował go od niemal pewnego bankructwa. Jeśli sympatyka/wyborcę można potraktować jako potencjalnego klienta danej firmy, to jak to odnieść do wyznania Iacocca’i w swojej „Autobiografii” (str. 221-222), który pisze: Ralph Nader twierdzi, że Iacocca jest takim magikiem marketingu, iż potrafi skłonić ludzi do zakupu samochodów, nawet gdy ich nie potrzebują. Utrzymywał, że gigantyczna „Wielka Trójka”, dzięki swej potędze i zasięgowi oddziaływania, umie ludziom tak prać mózgi, iż kupuje wszystko, co im każemy. Jeśli była to prawda, to gdzie podziała się owa szczególna moc, właśnie wtedy, gdy tak bardzo jej potrzebowałem? Gdzie podział się mój geniusz marketingowy, bo przecież nikt nie kupował naszych samochodów? Jakże przydałyby się takie magiczne sztuczki wówczas, w 1979 r., kiedy miałem potworne trudności ze sprzedaniem czegokolwiek! To zaś można sparafrazować do następującego stwierdzenia, że Jarosław Kaczyński jest takim geniuszem marketingu politycznego, który po 2007 r. posiada problem ze „zbyciem” swojej oferty politycznej, programowej. Dalej, jakże „wypisz, wymaluj”, niniejszy opis wiernie koresponduje z „Listem prezesa”: Z biegiem czasu kłopoty finansowe Chryslera stały się tak poważne, że naszej niepewnej sytuacji nie dało się ukryć. Na domiar złego musieliśmy przeciwdziałać paskudnym plotkom o grożącym nam niechybnie upadku. Kiedy ktoś wykłada osiem czy dziesięć tysięcy dolarów na nowy samochód [Można to powiedzieć inaczej, „Kiedy ktoś decyduje się głosować za nowym programem politycznym.” – przyp. M.F.], a jest to spora inwestycja [Podobnie jest z głosowaniem. – przyp. MF], i usłyszy, że za parę lat firmy może nie być [Sympatyk/wyborca od lat słyszy, że PiS może nie być. – przyp. MF], to z pewnością zastanowi się, gdzie znajdzie serwis i części zamienne [To z pewnością zastanowi się, kto będzie realizował program polityczny, za którym głosuje. – przyp. MF] Jeśli ponadto gazety zapowiadają bez przerwy rychłe bankructwo Chryslera [Jeśli ponadto gazety zapowiadają bez przerwy rychły upadek PiS’u. – przyp. MF], to z pewnością nie śpieszno nikomu kupić u niego nowy samochód [To z pewnością nie śpieszno nikomu na PiS głosować. – przyp. MF] Wkrótce doszło do tego, że Chrysler stał się tematem niewybrednych dowcipów. [Czegoś nam to przypomina? – MF] Najbardziej wzięci satyrycy mieli obfite żniwa. [„Szkło kontaktowe” i cała reszta…. – MF] Itd., itd. W związku z tym warte wydaje się właśnie zaczerpnięcie wiedzy o tym, jak szef Chryslera dał sobie radę z tym wszystkim, i koncern ten odrodził, jak Feniksa z popiołów. Zaś tutaj pojawia się pewna niespodzianka, z której, jak widać, Jarosław Kaczyński skorzystał. Przytoczę pewien opis z niewielkimi skrótami i pewnym komentarzem.

Tutaj dygresja. Rzecz mniej więcej polegała na tym, że Chrysler znajdując się z zapaści finansowej zaczął zwracać się do banków o gwarantowane linie kredytowe jak również do Kongresu o pomoc finansową w celu ratowania koncernu, którego upadek oznaczałby katastrofę w amerykańskim przemyśle samochodowym i wstrząsnął by całą gospodarką. Linia rozumowania polegała na tym, że Chrysler był za duży, by upaść. Oczywiście negocjacje z bankami jak i rokowania oraz przesłuchania w Kongresie były piekielnie trudne tym bardziej, że w prasie bezustannie ukazywały się miażdżące artykuły wskazujące wręcz na rychły upadek koncernu. Dla Iacocci najistotniejsze było, by u Amerykanów podtrzymywać przekonanie, że Chrysler warty jest ratunku. Oddajmy zatem jemu głos. (Podkreślenia moje.)

W tym czasie priorytetową dla nas sprawą było utrzymywanie zaufania nabywców. [Ergo, sympatyków/elektoratu PiS – MF] Przesłuchania ciągnęły się, a nasz zbyt skurczył się dramatycznie. Nikt nie chciał kupować samochodu od spółki, która miała wkrótce wypłynąć brzuchem do góry. [Nikt nie chce głosować na PiS, kiedy ma on wkrótce upaść. – MF] Odsetek tych, którzy byli skłonni choćby tylko wziąć pod uwagę kupno samochodu Chryslera, spadł z dnia na dzień z 30 do 13 proc. [Czegoś nam to nie przypomina? – MF]

W kwestii, jak powinniśmy reagować na ten kryzys, były dwie szkoły myślenia. Na ogół nasi fachowcy od spraw informacji i reklamy byli zdania, że najlepszą polityką jest milczenie. [Czegoś nam to nie przypomina? – MF] „Siedźcie cicho – radzili – To wszystko się unormuje. Ostatnią rzeczą, na jakiej by nam mogło zależeć, jest zwracanie uwagi na naszą marną sytuację.” Jednakże nasza agencja reklamowa… kategorycznie się z tym nie zgadzała. „Sytuacja jest krytyczna – powiedzieli – stoicie wobec wyboru. Możecie umrzeć po cichu albo możecie umrzeć krzycząc. Radzimy, abyście umierali krzycząc – zawsze istnieje szansa, że ktoś was usłyszy.”

Posłuchaliśmy ich rady. Zleciliśmy agencji opracowanie kampanii reklamowej, która przekonałaby opinię publiczną, że mamy jeszcze przyszłość przed sobą. Musieliśmy uświadomić ludziom dwie sprawy: po pierwsze, że nie mamy najmniejszego zamiaru zwinąć interesu; po drugie, że produkujemy takie właśnie samochody, jakich naprawdę potrzebuje Ameryka. [podkr. moje – MF]

Nasze regularnie ukazujące się ogłoszenia, które zawierały zdjęcia nowych modeli i ich opis, zastąpiliśmy seria tekstów przedstawiających nasz punkt widzenia na sprawę gwarantowanych kredytów oraz dalekosiężne plany Chryslera. Zamiast promocją naszych produktów, zajęliśmy się promocją samej firmy i jej przyszłości. Nie mogliśmy się przebić normalnymi kanałami z tym co mieliśmy do powiedzenia – przyszedł więc czas, aby reklamować naszą sprawę – zamiast naszych samochodów.

Ron DeLuca z nowojorskiego biura… przygotował serię całostronicowych ogłoszeń przedstawiających nasze stanowisko. [Aż dziw bierze, że PiS jeszcze na to nie wpadło. – MF] Przed napisaniem każdego z tych tekstów przychodził zwykle do mnie do biura na godzinę lub dwie, by omówić szczegóły. [A gdzie są spin doktorzy, „muzealnicy” PiS’u? – MF] Potem ja poprawiałem jego projekt i doszlifowywaliśmy go wspólnie tak długo, aż obaj byliśmy zadowoleni.

W tych ogłoszeniach, które agencja zaczęła określać mianem „płatnych ogłoszeń”, prostowaliśmy wiele mylnych poglądów. Dementowaliśmy obiegowe opinie o Chryslerze: Nie produkujemy samochodów paliwożernych. Nie prosimy Waszyngtonu o darowiznę. Gwarancje kredytowe dla Chryslera nie stanowią niebezpiecznego precedensu. [Co robią spin doktorzy, „muzealnicy” PiS’u? – MF]

Ogłoszenia były utrzymywane w niezwykle bezpośrednim stylu. Ron przyjął agresywną postawę, która bardzo mi się podobała. [Iluż to chce „ucukrować” PiS aż do mdłości? – MF] Aż za dobrze wiedzieliśmy, co przeciętny Amerykanin myśli o Chryslerze [Aż za dobrze wiadomo, co przeciętny Polak myśli o Kaczyńskim i PiS. – MF], próbowaliśmy więc przyjąć jego punktu widzenia i przewidzieć jego pytania i wątpliwości. [Czy ktokolwiek w PiSie potrafi i chce przyjąć punkt widzenia przeciętnego Polaka o Kaczyńskim i PiS’ie, a tym bardziej przewidywać jego pytania i wątpliwości? – MF] Ignorowanie fatalnej opinii nic nie dawało. Zamiast tego powinniśmy stawić jej czoło i pogłoski zastąpić faktami. [Iluż w PiS’ie jest takich, którzy wyglądają na takich, którzy jakby przepraszali za to, że partia ta istnieje? – MF].

Jedno z tych ogłoszeń miało śmiały tytuł, wyrażający to, co przychodziło już do głowy wielu ludziom: „Czy Ameryce będzie się powodziło lepiej bez Chryslera?” [I tak też można. „Czy Polsce będzie powodziło się lepiej bez PiS’u? – MF] (…)

Ogłoszenia były niezwykłe jeszcze pod innym względem. Postanowiliśmy, że wszystkie będą firmowane moim podpisem. [Fenomenalne. Nie Kurskich, nie Bielanów, nie Kamińskich, nie Kluzik-Rostkowskich, nie Brudzińskich, nie Suskich, nie Karskich, nie Ziobrów, nie Kowali etc. etc., tylko jednym. Jarosława Kaczyńskiego. – MF] Chcieliśmy pokazać potencjalnym klientom, że zaczęła się nowa era. Ostatecznie główny menedżer firmy bliskiej bankructwa ma obowiązek dodać ludziom otuchy. [Ostateczne lider partii bliskiej upadku ma obowiązek dodać sympatykom/wyborcom/członkom otuchy. – MF] Musi oświadczyć: „Jestem tutaj i ponoszę odpowiedzialność za tę firmę. Aby udowodnić, ze traktuję ją poważnie, składam oto swój podpis – tu, na wykropkowanej linii.” [I w ten sposób ucina wszelakie możliwości harcowania wewnątrz różnym takim i owym. – MF]

Nareszcie pojawiła się możliwość pokazania ludziom, że Chrysler jest firmą rzetelną, że można na niej polegać. Umieszczając na tych ogłoszeniach mój podpis, zachęcaliśmy ludzi, by bezpośrednio do mnie kierowali swoje skargi lub zapytania. Obwieszczaliśmy, że na czele tego wielkiego koncernu o skomplikowanej strukturze stoi obecnie człowiek, który kładzie na szalę swe nazwisko i swą reputację. [Jarosław Kaczyński w „Liście” pisze: „…Chcę jednak już tu zapewnić, że wszelkie informacje o mojej „abdykacji” czy dymisji są całkowicie nieprawdziwe.” – MF]

Kampania ogłoszeniowa okazała się zdecydowanym sukcesem. Jestem pewien, że odegrała ona rolę w zbiorowych wysiłkach, mających przekonać Kongres do zaaprobowania gwarancji kredytowych. Zamieszczanie ogłoszeń jest oczywiście frustrujące, bo nigdy nie wiadomo, jaki argument chwycił w bitwie o klienta. [Parafrazując, zamieszczanie ogłoszeń jest oczywiście frustrujące, bo nigdy nie wiadomo, jaki argument chwycił w bitwie o sympatyka/wyborcę. – MF] Opowiadano nam, że w administracji Cartera i Kongresie ludzie biegali z pokoju do pokoju, wymachując gazetami i pokazując te ogłoszenia – ze złością lub z satysfakcją. [Czegoś to nie podpowiada? – MF]

Bez wątpienia ta akcja wywarła istotny wpływ na opinię publiczną. [A PiS się dziwi, że ma złą prasę i jest pokazywane jako obciachowe. – MF] Ludzie rzucali okiem na pierwszą stronę gazety, gdzie donoszono, że wkrótce splajtujemy. Potem zaglądali do środka – i znajdowali tam nasz punkt widzenia.

W związku z tym do kurki wodnej, co robią spin doktorzy, „muzealnicy” itp.? Niechby sobie właśnie przeczytali „Autobiografię” Iacocca’i, to wiedzieli by, jak PiS odrodzić. Ale, z „Listu” Jarosława Kaczyńskiego widać, że jest on tego wszystkiego świadomy, pisząc … wskazane wyżej sprawy stawiają na porządku dziennym zorganizowanie na nowo sposobu komunikowania się kierownictwa PiS i Klubu Parlamentarnego PiS z członkami partii. Zdaję sobie sprawę, że większość z Was nie ma po prostu czasu na dokładne śledzenie wszystkich wydarzeń, nawet tych bezpośrednio związanych z PiS, i siłą rzeczy może się znaleźć pod wpływem przekazów całkowicie lub częściowo zafałszowanych. To mniej więcej odpowiadałoby opisowi Chryslera w listopadzie 1978, kiedy Lee Iacocca został prezesem koncernu.

A może czas najwyższy zacząć traktować Prawo i Sprawiedliwość jak korporację, która wymaga restrukturyzacji i procesów sanacyjnych?


PiS a ciuciubabka przy trzepaku.

16 Lipiec 2010

Wpisem tym nawiążę do mojej wcześniejszej notki, pt. Recepta dla Prawicy (odpowiedź Oszołomowi) oraz dzisiejszego wywiadu w „Rz” z Grzegorzem Napieralskim, pt. Domagamy się demontażu IV RP. W notce tej napisałem m.in.

(…) W związku z tym trzeba wrócić do pytania o to, skąd wziąć taki „urobek”? Od lewicy? Broń Boże, bo tego elektorat prawicy by nie zaakceptował ze względu na tożsamość prawicową, różnice doktrynalne, światopoglądowe i wszystkie inne czynniki różniące. Wzięcie stamtąd poparcia oznaczać musiałoby odpływ elektoratu prawicowego i zasilenie centrum/liberałów. Elektorat lewicowy jest dla prawicy zbyt twardą alternatywą. Wszelako więc, prawica musiałaby „posilić się” częścią elektoratu centrum/liberalnego. Przypuszczalnie taki „transfer” byłby przez prawicę łatwiejszy do zaakceptowania niż lewicowy „desant”. I jest to alternatywa miękka. To tutaj jest ten „target”, po który prawica powinna sięgnąć, by się wzmocnić, i mieć szanse na rządzenie koalicyjne lub samodzielne.

A co dzisiaj mówi szef SLD? Zobaczmy:

Rz: Czy był pan zaskoczony, że 66 proc. pana wyborców zagłosowało na Bronisława Komorowskiego z PO? I odpowiedź. Sam nie poparłem nikogo, ale zaapelowałem do wyborców, aby poszli do urn i zagłosowali zgodnie ze swoim sumieniem. To nie było głosowanie za Komorowskim, ale przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu. I dalej. Są tacy w pana partii, którzy mówią, że jest pan wielkim admiratorem Jarosława Kaczyńskiego i że do PiS jest panu bliżej niż do PO. Lider lewicy mówi, To się bardzo mylą. Nie widzę możliwości zawarcia koalicji rządzącej z PiS. Od tej partii dzieli nas przepaść światopoglądowa i programowa. Ale w parlamencie będziemy popierać dobre ustawy i głosować przeciwko złym, niezależnie od tego, kto je zgłosi.

I chyba wszystko jasne. Nieprawdaż? Bo też jakim to trzeba być naiwnym pięknoduchem, by liczyć na to, że da się wziąć elektorat (a przynajmniej jego znaczną część), który nie po to w 1989 r. dokonał klasycznej ucieczki do przodu w postaci „Magdalenki” i Okrągłego Stołu, by teraz iść w parze z tymi, którzy do niedawna w swojej retoryce werbalizowali potrzebę prania tamtejszych brudów? Jak bardzo trzeba żyć mrzonkami, by będąc posądzanym o bycie partią kościelną naiwnie liczyć na sympatie ze strony tej części społeczeństwa, która sarka i prycha na „watykańczyków”, „klechów” i głosi potrzebę zerwania z „katolibanem”? Jak bardzo trzeba tkwić w oparach marzycielstwa, by sądzić, że opowiadając się przeciwko, tzw. „wolnym związkom”, da się nadawać na tej samej fali z tymi, którzy właśnie uwielbiają żyć na „kocią łapę”? Jak bardzo trzeba nie mieć kontaktu z rzeczywistością, by stojąc naprzeciw tych, którzy reprezentują „odmienne” orientacje seksualne, uważać, że zostanie się przez nich polubionym? Jak bardzo trzeba nie widzieć tego, że samotna matka na zasiłku z trójką dzieci ma literalnie gdzieś kim są i co robią tacy dżentelmeni jak Kuna, Żagiel itp.? Jak bardzo trzeba mieć ograniczoną percepcję, by lekkodusznie ufać, że zwykłą gospodynię domową, dla której „księżna” Jola jest uwielbianym rodzimym ucieleśnieniem Stephanie Forrester z „Mody na sukces”, da się do siebie przekonać, jeśli chodzi się „wokoło” willi „księżnej” w Kazimierzu Dolnym? Jak bardzo trzeba się mylić, by ufać, że jest się „zajefajnym” dla naćpanego nastolatka rokrocznie tarzającego się w Kostrzynie nad Odrą w błocie, skoro za to tarzanie się jest „łojony” w zaprzyjaźnionej rozgłośni toruńskiej? Skąd się również bierze tak zadziwiająca pewność, że da się przekonać do siebie tych, którzy hołdują materialistycznym przyzwyczajeniom, jeśli np. głosi się postulaty ograniczania w niedzielę handlu w obiektach wielkopowierzchniowych? Itd. itd. To nie jest kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy ludzi. To jest kilkaset tysięcy. Dla nich zamiana pisowskich „jastrzębi” na „gołębie” jest (nic, względnie mało znaczącym) zwykłym zabiegiem marketingowym, wskazującym na chęć wzięcia ich „pod włos”. Więc co oni na to? Ano odpowiedź jest prosta. Myślą oni, że jeśli formacja, z którą się utożsamiają, ma w danym momencie mniejszy potencjał polityczny, to trzeba wesprzeć tą, która jest jak najbardziej ideowym, światopoglądowym, programowym i mentalnym „zastępnikiem”. „Zastępnikiem”, który nie będzie podważał tego, skąd i z czego się oni wywodzą oraz jak żyją. Bo też miejmy pewność, że aczkolwiek ich preferencje wyborcze są względnie elastyczne, to jednak postrzeganie przez nich otaczającego ich świata jak też korzystanie z życia są jasno skrystalizowane. W wielu wymiarach pisowska oferta oznacza dla nich rewizję tego, skąd się wywodzą, jak żyją a także zakwestionowanie ich dotychczasowej drogi życiowej. I to zarówno w sferze prywatnej jak i zawodowej. A chętnych na to nie ma.

A teraz spójrzmy na możliwą reakcję elektoratu prawicowego. Czy dla niego, przepełnionego ludowo-obrzędowym katolicyzmem, do przyjęcia jest wiązanie się z tą częścią społeczeństwa, która aż cmoka z zachwytu nad „artystką” umieszczającą genitalia na Krzyżu bądź nad innym, który Papieża-Polaka przywala meteorytem? Czy dla niego, dwóch samców całujących się „z języczkiem” jest do przyjęcia? Czy afirmuje on legalizację, tzw. miękkich narkotyków, jeśli niekiedy grzebał kogoś ze swojej rodziny, który zmarł z przedawkowania? Czy, gdy w stanie wojennym i po oberwał niekiedy pałą od zomowca bądź esbeka, to będzie zadowolony z tego, że ów zomowiec lub esbek ma mieć dzisiaj wyższą emeryturę od niego? Itd. itd. Dla niego „uszminkowanie” PiS’u i umizgi do lewicy oznaczać muszą zaskoczenie. Przecież ta część społeczeństwa ma uzasadnione racje do tego, by popierać partię, która ma być wyrazicielem ich sprzeciwu wobec tego wszystkiego. Nie łudźmy się, że liderzy SLD o tym nie wiedzą. Rzecz jasna „rozmiękczanie” PiS’u jest także na rękę lewicy, gdyż w ten sposób ma ona pewność, że partia Jarosława Kaczyńskiego traci na wyrazistości, jednak nie na tyle, by nie dało się jej zrzucić „odium” prawicowości. Zawsze można przekonywać, że w dalszym ciągu jest to partia Radia Maryja. Dla elektoratu PiS’u jest to, rzecz jasna, powód do dumy i chwały, jednak na lewicę działa to zaporowo. Z kolei zaś, dla antykomunistycznej części wyborców „przeproszenie się” z gierkowszczyzną musi być czymś bulwersującym, gdyż jeszcze dobrze pamiętają oni o tym, że wskutek tamtego otwarcia się na Zachód najlepiej na tym skorzystała partyjna nomenklatura a nie oni. Więcej, ci nieraz musieli zaliczać „ścieżki zdrowia”, jak choćby w Radomiu w 1976 r. Stąd też od razu pojawia się pytanie, „O co tu biega, do cholery?”

Idźmy dalej. Pada pytanie, Był pan niezadowolony, gdy po pierwszej turze wyborów politycy SLD deklarowali poparcie dla Komorowskiego? I odpowiedź, Nie. Każdy mógł dysponować swoim głosem. A jeżeli ktoś chciał demonstrować swoje sympatie, to jest jego sprawa. Co prawda Wojciech Olejniczak oprócz demonstracji poglądów udał się też na wiec wyborczy innej partii, z której kandydatem za chwilę będzie konkurował w wyborach na prezydenta Warszawy. To jest raczej niespotykane. Ale sam tak wybrał i to on będzie miał teraz problem. Ale przecież ja dziewięć miesięcy temu spodziewałem się, że tak będzie. Ta część lewicy wcale nie czuje się dobrze w otoczeniu Kluzik-Rostkowskich, Poncyliuszów, Kowali, lecz raczej Schetynów, Drzewieckich, Niesiołowskich, Chlebowskich, Grabarczyków, Nitrasów itp. Szanowne Siostry i Szanowni Bracia w PiS, a wiecie dlaczego? Ano zwyczajnie, bo w takim otoczeniu przecież można sobie dalej pojeździć po „kaczystach”. Gdy u Majewskiego, w „Szkle kontaktowym”, Superstacji czy gdzie tam nabijają się z „moherów”, to oni mają taką samą radość jak ich platformiani przyjaciele. Podobnie jak ci zacierają ręce, gdy w plaźmie „kaczyści” są „młóceni” przez blondynkę, Grubego i Chudszego, tego, co to miał sobie odgryźć język…. Na „Warto rozmawiać”, „Misję specjalną” czy też „Antysalon” dostają takiej samej szewskiej pasji co ich młodzi platformiani przyjaciele. „Rzeczpospolita”, „Gazeta Polska”, „Nasza Polska” lub „Nasz Dziennik”, to nie są ich gazety. Stąd więc, przepraszam za może irytujące pytanie. Skąd to przekonanie, że jest się ciekawą ofertą dla tej części wyborców? Jaka to kalkulacja za tym stoi? Wszak nowolewicowe młodziaki idealnie się odnajdują w różnych radach nadzorczych i zarządach tego i owego wraz z platformianymi beniaminkami. Razem ze sobą grillują i się bawią. Często mieszkają w tym samym sąsiedztwie. Mają wspólnych przyjaciół i znajomych. Znają się już od czasów studenckich, nierzadko zaś od licealnych. Posyłają swoje dzieci do tych samych szkół i na te same zajęcia pozaszkolne. Leczą się w tych samych prywatnych lecznicach i gabinetach. Spotykają się w drogich knajpach, fitness-klubach, gabinetach odnowy biologicznej, kręgielniach, na squashu, quadach, w multipleksach i galeriach handlowych. Wczasują się w tych samych kurortach, hotelach i ośrodkach wypoczynkowych. Czytają te same lektury. Słuchają tą samą muzykę. Oglądają te same filmy i programy telewizyjne. Razem chodzą na koncerty. Odwiedzają te same wystawy, muzea i wernisaże. Ubierają się w tych samych sklepach i butikach. Tak samo wyposażają swoje mieszkania i domy. Mało? A wy Siostry i Bracia w PiS’ie chcecie im to wszystkiego pomieszać. I to nie tyle dotyczy samych partyjnych aktywistów, co w znacznym stopniu wyborców i sympatyków. Co właściwie oznacza to samo. A tych też jest kilkaset tysięcy.

Tak się zastanawiam, dla której części lewicowego elektoratu PiS może być ciekawą ofertą programową? Dla bezrobotnego od dziesięciu lat pana Kazia, który karierę skończył jako ślusarz w zlikwidowanej fabryce młotków? Pan Kazio myśli tylko o tym, by na zasiłku przeczołgać się na jakąś emeryturę pomostową, zaś propozycje jakiegokolwiek łapania „innowacyjnego” zawodu traktuje jako „z księżyca wzięte”. On nie ma zamiaru robić jakiegokolwiek licencjata, skoro nawet na maturę jest za stary. Przed południem tradycyjnie pod spożywczym spotka się ze swoimi kolegami, „przećwiczą” ćwiartkę z „dopychaczem”, później połazikuje, w domu zje jakiś obiad, a wieczorem obejrzy „Kiepskich” lub coś podobnego. Pan Kazio kupi sobie jakiś tabloid, „Nie” lub „Fakty i Mity” i o PiS wie już wszystko. Zresztą, pan Kazio jest mężem pani Feli, która prowadzi blaszak na straganie i handluje jakimś szmateksem. W swoim biznesie jest już od końca lat 80.tych a wraz ze szwagrem ormowcem przewalali jakąś kontrabandę i im wcale źle nie było. Ona doskonale wie, jak prowadzić swój biznes, bo jej kumy są polokowane tu i ówdzie. A tu ją PiS straszy, że będzie takie interesy prześwietlał. Jej wcale nie jest źle, bo zdążyła wyprowadzić się z zakładowego M3 do swojego domu jednorodzinnego z ogrodem i garażem. Kupić dobry samochód. Pospłacać wszystkie kredyty i ustawić swoje dzieci. Ha…, te poszły do wielkiego miasta, do jakichś Szkółek Wyższych Tego i Owego i są albo w młodzieżówce PO albo są jej sympatykami. To co jej PiS może zaproponować? A „zgredy” jak to „zgredy”. Jak głosowały na PZPR, później na SdRP, to teraz na SLD. I nie zamierzają inaczej. I takich różnych przypadków jest dobre set tysiące. A reszta, to są zbiedniali inteligenci, ludzie ze średnim wykształceniem, cała masa różnych rozbitków życiowych, którzy serdecznie dość już mają prawicy i tylko czekają na jakiegoś lewicowego „dobrego Wujka”. Pamiętacie może Siostry i Bracia w PiS, ile głosów w I turze w 2005 r. zdmuchnął Marek Borowski? To jest przecież jego elektorat. W tym roku to poszedł on sobie do Napieralskiego.

Wobec powyższego, tak się zastanawiam, na czym można budować tak ugruntowane przekonanie, że dla PiS’u rezerwy głosów są po stronie lewicy. Tam wszystko, co choćby trochę kojarzy się z „kaczyzmem” jest traktowane jako coś odpychającego. Więcej, można być nieomal pewnym, że nawet, jeśli dla tamtego elektoratu cokolwiek, co robi Platforma, będzie się nie podobało, to da się przez niego racjonalnie uzasadnić i co najwyżej z niej następować będzie odpływ głosów. Jednak nie na tyle znaczący, by zachwiać jej pozycją. Dlaczego? Wyjaśnienie jest też proste. W czasach dekoniunktury dla lewicy, ma ona osłonę w postaci Platformy (jak wcześniej lewicę osłaniała Unia Demokratyczna/Wolności), zaś w odwrotnej sytuacji tą że ubezpiecza. A że robią to w „białych rękawiczkach”, to przemawia to na niekorzyść PIS’u, gdy nie potrafi tego dostrzec i wejść w to klinem. Nie wygląda to może na ciuciubabkę przy trzepaku?


Unicorn ma koncepta.

14 Lipiec 2010

Unicorn pod notką Franka, Skuteczność – czyli co można zrobić? Skomentował był:

Mnie ciekawi ta połowa, co nie głosowała. Do nich też musimy dotrzeć. Jak nie umieją czytać, to dostaną obrazki. Albo gadżety.

Ot, i są to dobre koncepta, które ja dziewięć miesięcy temu wyłuszczyłem następująco:

(…) By spróbować sobie przybliżyć ów wyznacznik, to moim zdaniem trzeba zastanowić się, gdzie jakkolwiek rozumiana prawica mogłaby wydłubać brakujące jej, do pełni szczęścia, głosy. Tutaj są różne możliwości. (…) Istnieje inny wariant rozszerzenia się prawicy polegający na wyjściu poza dotychczasowe ramy elektoratu, to znaczy zagospodarowujący część, tzw. elektoratu niemego. Tutaj rezerwy są juz dość znaczne. Stąd można sporo czerpać, gdyż tego elektoratu jest blisko 13 mln. uprawnionych do głosowania. Oczywiście, dotarcie do niego jest znacznie trudniejsze, gdyż ten elektorat stanowi w dużym stopniu „odsiew” po poprzednich wyborach, i jest zrażony do polityki jako takiej. To są ogromne masy ludzi, patrzący na świat w kategoriach „my” – „oni”. Prawicę zaś, podobnie jak pozostałe siły polityczne, postrzegający jako częścią „onych”. Z tej racji, że jest to elektorat najtrudniejszy, to kluczowym tutaj czynnikiem, który może (lub wręcz – powinien) być brany pod uwagę, to autentyczność, a więc, prawdziwość, siły starającej się o poparcie. W takiej sytuacji należałoby, tą część elektoratu, długo przekonywać do siebie i za każdym razem potwierdzać każde słowo swoimi czynami. Ta część elektoratu jest bardzo nieufna do świata polityki, wobec czego praca nad jego zagospodarowaniem jest i będzie ciężka. Mimo to można starać się ją pozyskać.

Prawda, że od tamtego czasu to minęło już trochę, by móc pójść kierunkiem wskazywanym przeze mnie? Lecz do 10 kwietnia PiS dalej grał w “salonowca” i dał się zagonić w metodę, którą opisywałem jako:

(…) W związku z tym trzeba wrócić do pytania o to, skąd wziąć taki „urobek”? Od lewicy? Broń Boże, bo tego elektorat prawicy by nie zaakceptował ze względu na tożsamość prawicową, różnice doktrynalne, światopoglądowe i wszystkie inne czynniki różniące. Wzięcie stamtąd poparcia oznaczać musiałoby odpływ elektoratu prawicowego i zasilenie centrum/liberałów. Elektorat lewicowy jest dla prawicy zbyt twardą alternatywą. Wszelako więc, prawica musiałaby „posilić się” częścią elektoratu centrum/liberalnego. Przypuszczalnie taki „transfer” byłby przez prawicę łatwiejszy do zaakceptowania niż lewicowy „desant”. I jest to alternatywa miękka. To tutaj jest ten „target”, po który prawica powinna sięgnąć, by się wzmocnić, i mieć szanse na rządzenie koalicyjne lub samodzielne. Pytanie czy to jest realne. Wydaje się mimo wszystko, że tak. On się może wydawać realny o tyle, o ile prawica stanie się autentyczna oraz silnie tamten elektorat przekonywująca. Zauważ ponadto, że lewica jest siłą zstępującą. Tam się systematycznie wykrusza stary pezetpeerowski beton, z kolei nowolewicowe mołojce zazdroszczą liberalnym beniaminkom dobrej passy, znakomitej prasy i luksusów na wyciągnięcie graby. Sierakowszczyzna nie jest zdolna do skonsolidowania lewicy, i nawet wśród swoich jest traktowana jak folklor przydatny do robienia jakichś rozrób. Z kolei, różne Napieralskie mają za zadanie popezetpeerowskim dinozaurom zasuwać bajeczkę o tym, jak to lewica na nich liczy i o nich dba. Natomiast takie lub inne Olejniczaki, to chciałyby jak najszybciej stamtąd prysnąć i dołączyć do centroliberałów. Nie oszukujmy się. W nowolewicowych dołach panuje ferment, by odrzucić swój peerelowski ogon i dołączyć do tamtej kasty. To z punktu widzenia prawicy jest niezwykle korzystne, ponieważ im bardziej centroliberałowie będą zasysali postkomunistyczne „odpady”, tym bardziej prawe skrzydło tych pierwszych będzie przeciwko temu stawać okoniem. I na to powinna grać prawica, by doszło do starcia pomiędzy Tuskami a Olejniczakami, a z doskoku, by tym dokopywały różne Piskorczaki. Im większa młócka w tej części sceny będzie, tym dla prawicy lepiej. Sami centroliberałowie też podlegają ciśnieniom zewnętrznym i wewnętrznym. Zewnętrznym, bo nie są do końca pewni tego, gdzie w tej konstelacji (SLD/SDPl/SD/PO) środowiska decydenckie przerzucą swoje aktywa i poparcie. Zaś wewnętrznym, gdyż centroliberałowie ściskani w lewym narożniku tracą swoją wyrazistość jako siła stricte centrowa. To też dołom może się zacząć nie podobać. Na to tamten elektorat jest bardzo wrażliwy Nie każdy tam chciałby być drugim Celińskim. W związku z tym, dla tych, którym bliżej jest do centroprawicy niż centrolewicy może zacząć nie odpowiadać bycie w jednej „paczce” z jakimiś Olejniczakami, Celińszczakami czy tymi podobnymi. Dlatego dopóki nie dojdzie do zwarcia pomiędzy Olejniczakiem a Tuskiem dopóty tego ostatniego będą wspierać. Jeśli Olejniczak przejmie w tym „segmencie” kontrolę, to część centroprawicowa może się wykruszyć. I na to prawica musi grać. A co zrobić, by na to grać? Odpowiedź prosta. Nie tracąc nic ze swojej tożsamości ideowej, światopoglądowej i programowej z jednej strony pilnować swoich trzech podstawowych „flanek”, tzn. skrzydeł prawego i lewego oraz środka, z drugiej natomiast, systematycznie, stopniowo, konsekwentnie i przemyślanie zmiękczać swój wizerunek, by był on do zaakceptowania przez centroprawicowe skrzydło elektoratu centroliberalnego. Stąd prawica musi zassać jak najwięcej poparcia. Z tym oczywiście, że nie powinna tego robić teraz lecz wtedy, gdy doszłoby do zwarcia w „trójkącie” Tusk-Olejniczak-Piskorski. Wtedy powstanie zamieszanie, które prawica powinna wykorzystać. Do tego czasu powinna też pozwolić na to, by pryszczata miłość tamtego nieopierzonego elektoratu się wypaliła, i by zaczął działać najzwyklejszy dysonans poznawczy. Prawica na to powinna czekać i się merytorycznie, kompetencyjnie, wizerunkowo, socjotechnicznie przygotowywać, by w stosownym momencie móc się pojawić jako jedyna rozsądna alternatywa dla tamtej części elektoratu. Tutaj nie chodzi o wrogie lecz przyjazne przejęcie.

Lecz ta droga, to było tak w zasadzie pójście na łatwiznę.  Ta zaś nie okazała się wcale taka pewna, gdyż pryszczata miłość tamtego nieopierzonego elektoratu wcale się wypaliła, i nie zaczął działać najzwyklejszy dysonans poznawczy. Zwyczajnie. “Tamci” wiedzą doskonale dlaczego trzymają się razem. A przyczyn tego jest cała masa i żadne “uszminkowanie” Kaczyńskiego ich nie zauroczy. To są przecież różnorakie więzy towarzyskie, biznesowe, rodzinne itp. motane przez dekady wśród różnorakich grup zawodowych, by oni mogli (i chcieli) z tego łatwo zrezygnować. Przecież to, co robi Platforma jest dla tamtego elektoratu całkowicie naturalne i autentyczne. A o tym pisałem, że:

Autentyzm, a więc prawdziwość, produktu leberałów opiera się na zasadzie „róbta co chceta”, anarchizowaniu (słynne tuskowe proklamowanie obywatelskiego nieposłuszeństwa) oraz dezynwoltury. I co do joty się to potwierdza. Prawica nie może mieć o to pretensji do liberałów, że ich elektorat postępuje tak jak jego przywódcy, z czym się zbytnio nie kryli przed wyborami. Zwyczajnie, „jak obiecali, tak robią.” I dlatego są w oczach ich elektoratu wiarygodni. Z kolei, stronniczość mediów polegała wyłącznie na zręcznym tonowaniu tego wizerunku. Takie („w kontrakcie”) jest propagandowe zamówienie klienta, to działa się zgodnie z jego wolą. I tutaj się odzywa problem kadr oraz „kapuchy”. Dobre kadry za przyzwoitą „kapuchę” robiły produkt „pod klucz”, to dobry, bo wizerunkowo wiarygodny, produkt dostał zamawiający. Jak prawica nie może się w tym połapać, to jej strata, gdyż to oznacza, że jest intelektualnie słaba i niekompetentna. Wobec czego, skoro dalej do sprzedaży miała być oferta „gołąbka pokoju i miłości”, to zwyczajnie był na nią popyt. Jakby prawica była intelektualnie sprawna i kompetentna, to potrafiłaby wykreować popyt na Tuska z rogami i tym odstraszyć lwią część aksamitnego elektoratu. Jak prawica nie potrafi zarządzać popytem, tj oczekiwaniami, elektoratu, to jest to dowód na słabość intelektualną i niekompetencję. Na nic innego. I dalej, a cóżesz to w sferze socjotechniki zrobili Kaczyńscy, by nie przyprawiono im „buzi” „kartofli, poza samym wykrzykiwaniem, że to jest „brzydkie”, „fe” i „nieładne”? Elektorat leberałów tylko na takie reakcje czekał, by potwierdzić swoje przekonanie. Nic więcej. Do kogoś, kto stoi z bejzbolem w grabie nie wychodzi się z umoralniająco-pedagogiczną gadką szkolną lecz z innymi argumentami. Tylko, że w takiej sytuacji trzeba dysponować fenomenalną socjotechniką.

W czymkolwiek się po 10 kwietnia zmienili? A to, że Polacy (aczkolwiek nie wiem czy aż tak tłumnie) zareagowali na 10 kwietnia, to był, myślę, pewien epizodyczny impuls podobny do tego, który miał miejsce po śmierci Papieża. Wszystko, a więc prozaiczna bieżączka, wróciło już w swoje koleiny. Zaś entuzjazm się wypalił. Za pół roku, rok stanie się to już tak odległe jak “lewy czerwcowy”. Polacy przecież chcą mieć k***a “święty spokój”, a nie koktajle Mołotowa wybuchające na ulicach.


Platforma emocjonalnie mocniejsza.

14 Lipiec 2010

Piszę po pewnej przerwie, gdyż na to złożyło się szereg okoliczności. Jakich? To nie za bardzo chce mi się wyjaśniać. Wrócę tym wpisem do tego, co napisałem 19 maja w tekście, pt. Wybory wygra inteligencja emocjonalna”. Chociaż jest już po nich, to zapewne jeszcze przed dłuższy czas będą one przedmiotem różnorakich analiz. Niniejszy wpis ma ambicję być jedną z nich.

W przytoczonym tekście napisałem m.in., że Te wybory wygra przede wszystkim inteligencja emocjonalna. I oczywiście tak się stało. Bo też merytorycznie kampania zarówno przed I turą jak i po niej była właściwie bezbarwna, jałowa, bez wyrazu i to po obu stronach. Nawet konflikt wokół prywatyzacji służby zdrowia wyglądał jakby wywołany był bez większej pewności na wygranie swoich racji. Dało się jednak zauważyć coś, co było echem wcześniejszych trzykrotnych przegranych Prawa i Sprawiedliwości – wybory samorządowe w 2006 r., parlamentarne w 2007 r. i do Europarlamentu w 2009 r. Tym czymś było tkwienie w usypiającym samozadowoleniu zarówno aktywistów PiS’u (szczególnie jego sztabu wyborczego) jak i sympatyków, że wygrana jest na wyciągnięcie ręki, a w zasadzie, że jest czymś tak naturalnym jak czynności fizjologiczne. Ba, właściwie, formalność. Bo…? Bo jesteśmy tego absolutnie pewni. I co? I nic takiego się nie stało.

Dlaczego? Zapytajmy. Czy może jest to funkcją pospolitego ogłupienia elektoratu, że nie dostrzegł on czegoś tak nadzwyczajnego jak i PiS, a tak właściwie jego lidera kandydującego na urząd prezydenta? A może jest to efekt masowego ruszenia się platformianego elektoratu do urn? A może, plam na słońcu? Czego jeszcze? Nic z tych rzeczy. Bo też platformiany elektorat tak wcale się nie zmienił. Pojechał na wakacyjną labę, zaś pisowski aż tak bardzo się nie ruszył, a plamy… to zagadnienie dla astrofizyków. Nawet żałoba narodowa i powódź nie wpłynęła zanadto na to, by w wymiarze masowym tendencja polityczna miała się odwrócić z korzyścią dla Prawa i Sprawiedliwości. Co miało zatem znaczenie? Ano to, co napisałem prawie dwa miesiące temu, że (…) niezwykle ważne są jasność umysłu, samodyscyplina, spokój wewnętrzny, samokontrola i umiejętność odczytywania symptomów świadczących o popełnianych przez siebie błędach. Tylko taki ktoś potrafi wpływać na innych, kompetentnie oceniać zagrożenia i szukać właściwych środków im zapobiegających. O kimś takim można powiedzieć, że posiada kwalifikacje przywódcze o najwyższym współczynniku inteligencji emocjonalnej. I to wszystko po stronie Platformy było. Nic jej nie było w stanie zagrozić. Ani lapsusy bądź wpadki Bronisława Komorowskiego, ani odciąganie uwagi elektoratu na sprawy fundamentalne, jak choćby rosnący dług publiczny, kwestia katastrofy w Smoleńsku, nieprzygotowanie państwa na nadciągającą powódź, niespełnianie przez Platformę obietnic z 2007 r. itd. itd. Tamta drużyna ciągle wykonywała plan maksimum polegający na tym, by owym białym charakterem miał się stać Bronisław Komorowski i jego formacja polityczna w zakresie wynikającym z pierwszorzędnych umiejętności zarządzania inteligencją emocjonalną przy stałych racjach programowych właściwych tej formacji. Prawda, że wygląda to na paradoks? A jakie są to „stałe racje programowe właściwe tej formacji”? Daje się to streścić jako co najwyżej utrzymywanie PiS’u w stanie permanentnej opozycji. Wszak czymś tą demokrację trzeba uzasadniać.

No i nie mogło być inaczej, gdyż proszę uważnie sobie przeczytać, co napisałem pół roku wcześniej. Tutaj autocytat:

„Zmiennik” będzie traktowany jako coś wyjątkowego, nadzwyczajnego, z misją i wizją. Jako coś nowego, świeżego, mimo że realnie tak wcale być nie musi. W zasadzie można by się spodziewać tego całego arsenału tricków, gagów, technik, metod, scenariuszy itp., które zostały użyte w dwóch kampaniach Kwaśniewskiego. Według sztampy, „Dla każdego coś miłego” (oferta dla feministek, kochających „inaczej”, budżetówki, biznesmenów, gospodyń domowych, różnych grup zawodowych, pracowników najemnych). Jest nieomal oczywiste, że będzie to zmodyfikowane i przykrojone do dzisiejszych realiów. Odwoływać się to będzie do dzisiejszych obaw, pragnień i dążeń Polaków. Dystansować się to będzie od skompromitowanych rządów Platformy, by w ten sposób propagandowo zapewnić „neutralność” nowemu projektowi przy jednoczesnym zwalczaniu „kaczyzmu”. Sądzę, że Salon, Układ, neopeerel będzie chciał „zmiennikowi” zapewnić kampanię będącą pewną syntezą kwaśniewskomanii, obamomani i tuskomanii z czasów wcześniejszych. Ma się rozumieć, że będzie rąbana melodia na nowoczesność, „europejskość”, demokratyzm, wybierania przyszłości, reformizm i ogólnie „kochajmy się”. Kampania na „zmiennika” dostanie całą masę czasu antenowego (w telewizjach i radio), szpalt w gazetach, promocji na portalach internetowych, wsparcia bezliku grup wolontariuszy etc. etc. Właściwie, to wszystko jest znane.

Czy Komorowski był traktowany jako ktoś wyjątkowy, nadzwyczajny, z misją i wizją? Był.

Przedstawiany jako ktoś nowy, świeży, mimo że wcale tak być nie musiało? Tak.

Czy skorzystano z całego arsenału tricków, gagów, technik, metod, scenariuszy itp., które zostały użyte w dwóch kampaniach Kwaśniewskiego? Tak.

Czy było to według sztampy, „Dla każdego coś miłego”? Tak.

Czy zostało to zmodyfikowane i przykrojone do dzisiejszych realiów oraz odwoływało się to do dzisiejszych obaw, pragnień i dążeń Polaków? Oczywiście, przecież „zgoda buduje”.

Czy dystansowano się od skompromitowanych rządów Platformy, by w ten sposób propagandowo zapewnić „neutralność” nowemu projektowi przy jednoczesnym zwalczaniu „kaczyzmu”? Jak najbardziej.

Czy platformiana kampania była pewną syntezą kwaśniewskomanii, obamomani i tuskomanii z czasów wcześniejszych? A było inaczej?

Czy rąbana była melodia na nowoczesność, „europejskość”, demokratyzm, wybierania przyszłości, reformizm i ogólnie „kochajmy się”. Oczywiście, że tak, boć to nowy prezydent nie ma przeszkadzać rządowi w rządzeniu.

Czy kampania Komorowskiego nie dostała całej masy czasu antenowego (w telewizjach i radio), szpalt w gazetach, promocji na portalach internetowych, wsparcia bezliku grup wolontariuszy etc. etc? Wszak pytanie to retoryczne.

I teraz, kto z PiS’u i jego sympatyków może powiedzieć, że jest zaskoczony? Zwyczajnie, Platforma bezustannie „robi swoje”. A co PiS? Tenże wydaje się być zapędzonym w kozi róg. Właściwie, to może zbyt pochopna ocena, bo też PiS także „robi swoje”, tzn. tyle by dalej tkwić w opozycji. I żyć złudzeniem, że Polacy go masowo i żarliwie pokochają, by w ten sposób mieć zagwarantowaną pewność rządzenia. Przykro mi to powiedzieć, lecz jak „kaczyzm” był obciachem, to jest nim nadal i jeszcze czas jakiś będzie. Nawet tricki propagandowe w rodzaju „Aniołków Jarka”, umizgiwanie się do lewicy, jakieś intelektualizujące „nowe otwarcia” czy tym podobne mają (lub nie mają go wcale) wpływ na zmianę politycznego trendu. Po 10 kwietnia można jedynie dostrzec, że na plakatach Jarosława Kaczyńskiego jakby wcale nie było jakichś „domalunków”, będących formą uzewnętrzniania swojej wrogości. Dlaczego? Ano chyba dlatego, że i tak większość uznała, że Kaczor jest niegroźny, wobec czego nie ma potrzeby robienia czegoś takiego. A społeczeństwo?

Moim zdaniem Szanowne Siostry i Szanowni Bracia w PiSie zbytnio przeceniają społeczną samoświadomość i kierowanie się przez naród jakąś dalekosiężną wizją i misją. Myślę, że Polacy, zorientowani na życie w rytmie trywialnej bieżączki, zajęci sprawami dnia codziennego i formułujący swoje poglądy poprzez pryzmat telewizyjnych tasiemców („Klan”, „Ranczo”, „Plebania”, „M jak miłość” itp.) bądź też kolorowych pisemek, dalecy są od jakichś intelektualnych egzegez wielkich filozoficznych doktryn, historii idei lub politologicznej głębi. Wszak to nawet w inteligenckich kręgach da się znaleźć całą masę powierzchowności w myśleniu, tkwienia przy stereotypach, posiłkowania się publicystycznymi komunałami i frazesami. To jest tym wszystkim, co jest intelektualnie jałowe, odtwórcze i letnie. Wprawdzie retoryka i erystyka w takich przypadkach dystansuje się od „gminnej” formy werbalizowania swoich (?) poglądów, jednak w swoim sednie jest zbliżona do tamtej. Sama zaś jako-taka stopa życiowa wystarczająco kompensuje braki w tamtejszych obszarach. Jest też i inny powód – mianowicie, że w ogromnym stopniu Polacy zbrzydzili się jakąkolwiek polityką, zaś, jeśli dokonują w tym zakresie jakichś wyborów, to jest to podbudowane pójściem po linii najmniejszego oporu. I dla, tzw. „świętego spokoju” wybierają tę opcję, która gwarantuje im mniejsze szarpanie ich nerwów. To natomiast, co stało się w 2005 r., było raczej wyjątkiem – zaś ten, jak wiadomo, potwierdza regułę.

Zobaczmy, co o powyższej kwestii mówi politolog i filozof społeczny, Carl Schmitt („Teologia polityczna…”), który konserwatystom spod znaku PiS powinien być doskonale znany. Cytuję. Użycie określenia „polityczny” jest na trwałe zdeterminowane przez polemiczny charakter. Jest tak niezależne od tego, czy przeciwnik został określony jako „apolityczny” (a więc ktoś oderwany od życia lub niezaangażowany) czy też odwrotnie – jako „polityczny”, po to, by zdyskredytować go i podważyć jego wiarygodność, a jednocześnie, by w lepszym świetle postawić własną „niepolityczną” postawę (w sensie bardziej rzeczowej, naukowej, moralnej, etycznej, zgodnej z zasadami prawa i ekonomii.) I proszę bardzo. Platforma Obywatelska i środowiska za nią stojące zawsze starają przedstawiać siebie jako „apolityczne”, co wśród społeczeństwa ma w rezultacie wzbudzać do niej sympatię i zaufanie, z kolei zaś PiS jest zawsze odziewany „w buty” polityczności, to jest czegoś, co ze swej natury nie jest neutralne, oderwane od jakichkolwiek interesów i niedążące do uzyskania własnych korzyści. A przy tym wszystkim wywołujące spory, kłótnie, zadrażnienia i konflikty. To wystarcza, by dla kogoś uwielbiającego atmosferę sielskiego grillowania (bo kto by tak nie chciał?) jasne było, kto jemu w takiej przyjemności chce przeszkadzać i będzie przeszkadzał.

Dalej Schmitt, jakby pisząc „Abecadło marketingu politycznego”, blisko sto lat temu, stwierdza Po drugie, w codziennych sporach wewnątrz państwa często posługujemy się pojęciem „polityczny”, chociaż w rzeczywistości na ogół chodzi nam o zjawiska, które mają charakter ewidentnie „partyjno-polityczny”. W nieunikniony sposób wszystkie takie decyzje polityczne są „nierzeczowe”; są jedynie słabym odbiciem różnicy między przyjacielem a wrogiem, właściwej dla wszelkich zachowań. W przypadku partii decyzje polityczne są zdegenerowane do prostych form decyzji personalnych, dotyczących obsadzania stanowisk i poszukiwania intratnych urzędów. Jakże te słowa wiernie odzwierciedlają to, co w Polsce ma miejsce od 1989 r. w ogóle, zaś po 2005 r. w szczególności. Tutaj przecież chodzi o „klasyczny” schemat „kto, kogo”, który rozciąga się wewnątrz różnych formacji politycznych oraz w takich lub owych rozkładach koalicyjnych. Jak na to patrzy, tzw. „statystyczny” Polak? Ano on doskonale to rozumie, lecz mimo, że niekiedy przeciwko temu protestuje, to przeważnie uważa, że „na układy, nie ma rady”. W systemie, tzw. „podziału łupów”, popiera tego, który wykazuje się większą sprawnością niż pozostali. Dla niego „pisowska” wizja Polski bez sitw, koterii, klik i układów ma posmak baśniowości, szczególnie wtedy, kiedy dowiaduje się, że samo Prawo i Sprawiedliwość również uczestniczy w tej grze. Myśli wtedy, „Znowu się żrą o stołki. To ja już wolę tych, którzy potrafią to robić lepiej.” Tak, tak, Szanowne Siostry i Szanowni Bracia w PiS, wizja, że społeczeństwo ma awersję na punkcie pewnych „współzależności” jest, lekko mówiąc, wyidealizowana. Szczególnie, jeśli „po znajomości” da się niejedno „załatwić”. Zresztą, każdy system społeczny, gospodarczy czy jakikolwiek inny jest funkcją różnych współzależności i układów, które determinują ludzkie zachowania, poglądy i postawy. Nie łudźmy się, że w, tzw. „cywilizowanych” krajach, jest inaczej. Różnica jakościowa polega na tym, że owa labilność przechodzenia systemów pomiędzy stanami skrajnymi jest znacznie płynniejsza i łagodniejsza. W oczach polskiego wyborcy w tym zakresie Platforma potrafi lepiej niż PiS zarządzać takimi emocjami, co uzewnętrzniło się w fakcie „odbijania” po 10 kwietnia instytucji i urzędów, które PiS miał w swoim „stanie posiadania”. Polacy, jak widać, przeszli nad tym do porządku dziennego. Dlaczego?

Wyjaśnia to Schmitt, pisząc Postulat „odpolitycznienia”, który pojawia się w tym kontekście, oznacza w istocie chęć przezwyciężenia skutków partyjnej polityki. Czy Szanowne Siostry i Szanowni Bracia w PiS nie słyszycie w tym pobrzękiwania echa platformianej retoryki? BBN, IPN, NBP, RPO, KRRiT, TVP (co tam jeszcze?) miały być upolitycznione przez PiS właśnie dlatego, że dało się wykreować wrażenie, iż decyzje personalne dotyczące tych instytucji i urzędów są właśnie skutkiem partyjnej (w domyśle – „pisowskiej”) polityki. Co z tego, że zarówno przed jak i po katastrofie w Smoleńsku szereg innych instytucji i urzędów było i jest obsadzonych przez bądź to dawnych polityków bądź jawnych sympatyków takich formacji jak PO, SLD i z tej strony, skoro wystarczy ogłosić ich „niezależność” i „apolityczność” i po sprawie? Znowuż PiS jest słabszy emocjonalnie, by tego typu przekłamania obalać. A dlaczego, to jest to już ezoteryczna wiedza formacji Jarosława Kaczyńskiego.

Na pytanie, jak udało się PiS’owi jak też i samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu w taki sposób „przyprawić gębę”, Schmitt odpowiada następująco Utożsamienie polityczności z partyjną polityką jest możliwe dopiero wtedy, kiedy państwo traci znaczenie jako jedność polityczna, obejmująca wszystkie wewnętrzne polityczne stronnictwa i łagodząca ich przeciwieństwa. Wówczas różnice wewnątrz państwa zyskują na intensywności… Jeżeli sprzeczności o charakterze partyjno-politycznym stają się w państwie stricte polityczne, wówczas osiągnięty zostaje najwyższy stopień napięć „wewnątrzpolitycznych” i wewnątrz państwa powstają ugrupowania, które formują się według kryterium przyjaciela i wroga. Proste. Otóż, by na Platformie Obywatelskiej nie ciążyło odium polityczności, to musi ona mieć – nomen omen – „chłopca do bicia”, któremu da się dosztukować pejoratywną łatkę „polityczności”, jako czegoś nieestetycznego. Dziwi jedynie to, że ani Jarosław Kaczyński ani czołówka PiS’u jakoś w porę się przeciwko temu nie ustrzegli, zaś dali sobie narzucić kompromitujący styl permanentnego udowadniania nie bycia wielbłądem. Gdzie się podziała ta formacja szeryfów sprzed (i w trakcie) kampanii z 2005 r.? Czy ci szeryfowie w kaburach mieli „małe pistoleciki” nabite ślepakami?

Cóż, właściwie, opierając się na lekturze Schmitta można dalej prowadzić rozważania nad czwartą już porażką PiS’u, lecz tak w zasadzie, to centralną osią tego wszystkiego jest to, że w zakresie kompetencji emocjonalnych Platforma jest od Prawa i Sprawiedliwości mocniejsza. Gdyby bowiem wszystko to, co się w Polsce dzieje od 2005 r. (a szczególnie po 2007 r.), miało miejsce w innym kraju, w innym społeczeństwie, które ma wyższą samoświadomość, samoocenę i samoregulację, to po pierwszym skandalu lub kryzysie w łonie rządu takie ugrupowanie jak PiS „w cuglach” by przejęło władzę i zapewne długo by się nią cieszyło. Ba, takie wydarzenia, jak katastrofa w Smoleńsku i podwójna powódź, bezwątpienia spowodowały by polityczne trzęsienie ziemi, zaś rządząca formacja po tygodniu nie utrzymałaby się przy władzy. W PiS w dalszym ciągu pokutuje przeświadczenie, że „już za chwileczkę, już za momencik” powrót do rządzenia wpadnie w rękę jak dojrzałe jabłko. Wystarczy tylko poczekać.


Triarius mówi o wrestlingu politycznym.

20 Maj 2010

Szanowny bloger Triarius, w komentarzu do mojego wpisu, pt. Wybory wygra inteligencja emocjonalna, napisał był:

Swoją drogą, to oni odnieśli wielki sukces, mordując nam Prezydenta i połowę PiS, a potem pakując nas w kanał mało w sumie istotnych wyborów prezydenckich, którymi się jak głupki będziemy zajmować przez 2 miesiące (w sumie znacznie dłużej), i przez ten czas nic im naprawdę poważnego nie grozi.

Nawet jak JK zostanie tym Prezydentem – co się istotnie zmieni?

Jedyne co moim zdaniem ma tu realne znaczenie to pewne budzenie się tego nieszczęsnego, ogłupionego i skurwionego ludu. Zobaczymy, czy z TEGO cokolwiek będzie.

I o czym mówi jego komentarz? Ano o wrestlingu politycznym, który scharakteryzowałem następująco.

Ha, fajne, nie? No, kto by pomyślał? Pana się chyba jakieś żarty trzymają, że Pan w ten sposób. Nooooooo nieeeeee, to już przesada. Ludzie, czy on zwariował? Czyż nie mam racji, że niejeden tak zareagował, gdy przeczytał tytuł poniższego wpisu? Noooooo, oczywizda, że mam. Już widzę na swojej plazmie kwaśne miny Wytrawnych Analityków Politycznych. Grymasy konfuzji sympatyków tego lub owego. Szyderczy wykrzyw co łebskich gości. I osłupienie zdezorientowanych. No widziała Pani, czego ten Moherowy Fighter nie wymyśli!?  A ja tak sobie siedzę w ciepłym domku przed plazmą, i coraz bardziej widzę, że ten trwający już dwadzieścia lat polityczny kociokwik jest swego rodzaju mieszaniną klimatów kafkowskich i przygód Dobrego Wojaka Szwejka. Z tego jest taki pure nonsense, że nasi krajanie, im bardziej…, tym bardziej… A im bardziej się starają, tym bardziej im coś nie wychodzi. Dlaczego? Moim zdaniem dlatego, że znakomita ich część jest pasjonatami jedynej w swoim rodzaju grze, którą określam jako „wrestling polityczny”. Dlaczego wrestling i dlaczego polityczny?

Co to jest wrestling? Pewnie wielu z Państwa o tym wie, ja jednak przypomnę. To jest taki rodzaj zapasów amerykańskich, w których dwóch zawodników na ringu używa „morderczych” ciosów, kopnięć, bloków i chwytów, by pokonać przeciwnika. Jest to przeważnie efekciarskie, kiczowate, tandetne i zadowalające poślednie gusta tłuszczy, która kibicując jednemu bądź drugiemu zawodnikowi reaguje nieomal atawistycznie. Różni się to jednak od starożytnych igrzysk tym, że o ile wtedy zwycięzca musiał rzeczywiście zabić pokonanego, to w tym przypadku pokonany jest co najwyżej sprowadzany na noszach, by za jakiś czas znowu stanąć do „walki”. Nie mówię, rzecz jasna, że wypadki się nie zdarzają, i są przy tym ofiary śmiertelne, lecz mimo to są to wyjątki. Napisałem „walki” w cudzysłowie, bo też i na tym polega sedno tej gry. Mianowicie, mimo że owe ciosy, kopnięcia, bloki i chwyty wyglądają na mrożące krew w żyłach, to są one perfekcyjnie markowane przez zawodników. Tysiące godzin ćwiczeń, by móc tak naturalistycznie wyprowadzić i przyjąć cios, kopnięcie, zastosować blok bądź trzymanie, pozwalają na to, by laik nie dostrzegł tego, że jest to wszystko dla picu. Że jest oszukiwany. Eksperci się zbytnio nie kwapią do tego, by temu laikowi wyjaśnić, gdzie jest robiony w bambuko, bo też nie zamierzają podcinać gałęzi, na której siedzą. A są nią krociowe kontrakty, w których sztabom takich lub owych zawodników doradzają jak zainscenizować najlepiej sprzedające się „mordercze” sceny. To jest całe misterium obrazu, dźwięku i ruchu, w którym każdy element jest precyzyjnie planowany, rozpisane jest to na różne scenariusze, zaś sędzia pilnuje wiernego tego trzymania się. Owe wypadki śmiertelne są właśnie rezultatem nie dopilnowania przestrzegania scenariusza. Powiedzmy, że są to błędy systemowe. Zapewne, gdy się chce obejrzeć stan terminalny jakiegoś zawodnika, to wybiera się pełno kontaktowy boks, kick-boxing bądź jakąś inną z wschodnich sztuk walki, gdzie reguły dopuszczają unicestwienie przeciwnika, a nie wrestling, który jest w swoim sednie kuglarski i hochsztaplerski.

Ważne jest co innego. Mianowicie, by widz oglądający walkę miał uczucie grozy, dramatu, heroizmu oraz trwogi. Bo też weźmy sobie to, że taki widz domyśla się tego, co by się z nim działo, gdyby to on był na ringu, i na tą myśl skóra jemu cierpnie. Więc woli ten swój strach przenieść na któregoś z zawodników, by jeden z nich za niego „zbierał baty”. Za to ten widz płaci i tego wymaga. Wrestling działa zatem terapeutycznie w ten sposób, że obserwator może zlikwidować swoje napięcie poprzez uczestnictwo w kontrolowanym starciu dwóch osobników, z których jeden zostaje pozornie pokonany. Z punktu widzenia obserwatora takie odreagowanie jest bardzo ważne, gdyż siedząc na widowni ma doskonałą okazję do skanalizowania swojej agresji, furii, wściekłości, napięcia, frustracji i gniewu, zamiast na członkach swojej rodziny, sąsiadach, znajomych, kolegach z pracy czy innych członkach społeczności… np. psach i kotach. Nie ma to rzecz jasna żadnego później znaczenia, że po starciu obaj osobnicy mogą się razem gdzieś spotkać, i razem opić udane widowisko. Obserwator jest zaspokojony, i to jest wliczone w cenę biletu.

Podobnie ma się rzecz z, tzw. demokracją parlamentarną (zaś w moim ujęciu wrestlingiem politycznym), którą ktoś wykoncypował po to, by cała masa ludzi, mających do siebie wąty, miast na ulicach naparzać się „na zabój”, wyłaniała z siebie takich „wrestlerów”, którzy w eleganckim świecie dostojnego parlamentaryzmu mają ze sobą się ścierać, zaś to nazywa się „debatą publiczną”. Kiedyś w czasach przedtelewizyjnych areną takiej „walki” był gmach parlamentu, zaś po wynalezieniu telewizji ów „ring” zaczął coraz bardziej przesuwać się w to miejsce. W dalszym jednak ciągu ów gmach parlamentu ma służyć odbywaniu takowych widowisk lecz coraz bardziej mają one charakter pewnej „rozgrzewki” przed tym, co tłuszcza ma dostać na ekrany telewizorów, jako turnieje główne.

Według tego paradygmatu, przed kolejną zmianą parlamentarnego „sezonu” wyznaczani są zawodnik pozytywny (tzw. „face”) i negatywny (tzw. „heel”). Wokół jednego i drugiego coraz bardziej narasta wrzawa, rozkręca się „publicity” w formie tysięcy artykułów prasowych, setek wywiadów telewizyjnych i radiowych samych zawodników i ich otoczenia, wydawana jest o nich literatura (zarówno poważna jak i nieco swobodniejsza), błyskawicznie powstają ich fankluby, organizowane są spotkania z kibicami…, no generalnie cały ten polityczny parlamentarno-medialny „szoł biznes” ma zapewnioną prosperity i żniwa. A są tego olbrzymie kadry – redaktorzy, dziennikarze i publicyści; zapewniający cały „know-how” politolodzy, psycholodzy społeczni, socjolodzy, prawnicy, ekonomiści i historycy; spece od reklamy politycznej, mowy ciała, wizażyści, logopedzi i psychoterapeuci; fachowcy od finansów, organizacji, zarządzania i doboru kadr; właściciele i wydawcy mediów wszelakich; kadry partyjne i ich pomocnicy… No całe bataliony pracujące na rzecz jednego zawodnika lub drugiego. Z tym, że nimi mogą być większe zbiorowości, tzn. zorganizowane formacje partyjne, a niekoniecznie pojedynczy ludzie. Zaś na zapleczu obaj zawodnicy są bezustannie trenowani. Ćwiczona są ich gestykulacja, postawa, wysławianie się, spojrzenie, dobieranie argumentów, umiejętność logicznego wypowiadania się w warunkach stresu, kontrargumentowania, znajdowania lub tworzenia bon motów, przejmowania inicjatywy, opanowywania się, prowokowania, znajdowania słabych i mocnych stron przeciwnika, żartowania, znajdowania się i poruszania się w różnych środowiskach…. Całe długie godziny treningu. Od czasu do czasu następuje wyjście jednego i drugiego zawodnika do kibiców, by permanentnie podtrzymywać u nich do siebie sympatie.

W czasie po zmianie parlamentarnego „sezonu” obaj zawodnicy trafiają na ów „ring” parlamentarny, by ze sobą toczyć „zażartą” walkę, jakby była ona „na śmierć i życie”. Całe te bataliony zaplecza wiedzą doskonale o tym, jakie „ciosy”, „chwyty”, „bloki”, „uniki” i „kopnięcia” będą stosowane. Że będą „kwity” i inne brudy jako swego rodzaju „ciosy” i „kopnięcia”. Że będzie obstrukcja jako swego rodzaju „bloki” i „chwyty”. Że będą konferencje, briefingi i szybkie wypowiedzi dawane w przelocie do kamer i mikrofonów jako swego rodzaju „uniki”. Jednakże to wszystko odbywać się musi w scenerii gmachu parlamentarnego, w której „rundy” takiej walki służą zasadniczej rozgrzewce przed starciem głównym, mającym miejsce w studiach telewizyjnych i radiowych oraz redakcjach prasowych. Wszelako właśnie to w tym miejscu „face” i „heel” mają swoją zasadniczą „arenę” walki, gdzie odbywać się mają “zakontraktowane” pojedynki przed pałającą morderczą żądzą widownią. Nie wiem z czego to wynika, lecz mogę się domyślać, iż stoją za tym jakieś racje, z których być może polityczne nie muszą należeć do najważniejszych. Jakieś może to są „przenikania” pomiędzy zapleczem jednym a drugim, nie wyjawiona wiedza, wpływy jakichś sponsorów….? A może zwyczajny narcyzm, próżność i pycha? Nie wiem. Wiem natomiast, że ani jeden polityczny zawodnik ani drugi nie może zrezygnować z tego, by codziennie nie odbyć telewizyjnego (rzadziej radiowego bądź prasowego) starcia na oczach (bądź uszach) milionów. Ich werdykt jest ogłaszany w formie cotygodniowych (lub coraz częściej, codziennych) wyników sondażowych, z których zaplecze obu wyciąga stosowne wnioski i pod ich kątem modyfikuje taktykę oraz strategię.

Mimo, iż permanentnie na oczach i uszach milionów widzów i słuchaczy dochodzi do medialnej „jatki”, to jednak obaj zawodnicy wyglądają jakby nawet nie poczynili większego wysiłku, dalej wykazują żywotność i realizują swoje interesy, prowadzą życie prywatne i wyglądają na niezagrożonych. Rzecz jasna, ktoś tam z ich otoczenia może zostać znaleziony w dramatycznych okolicznościach, jednak takie sytuacje są bardzo szybko przez zaplecze wyciszane i nie znajdują wyjaśnienia. Podobnie, jak ma to miejsce w przypadku zapasów amerykańskich. Sami zaś „face” i „heel” starają się od takich zdarzeń uciekać.

I teraz, tak się nad tym wszystkim zastanawiając, to czy nas, obserwatorów tego tandetnego widowiska owego wrestlingu politycznego, nie zaczyna mdlić ów pozór „zażartej walki” jednej i drugiej strony, z której to „walki” dosłownie nic nie wynika, scenariusz jest oklepany, facjaty się opatrzyły, wszystkie chwyty zostały po wielokroć pokazane, zaś ogłuszający ryk megafonów i kibiców do złudzenia przypomina pandemonium. Szanowni Państwo, ci zawodnicy, to już dawno zakasowali sutą gażę, a po wyjściu z „hall” spotykają się gdzieś, by opić kolejny sukces w postaci zrobienia w bambuko wszystkich na widowni. Całość natomiast jest tylko medialną i wirtualną naparzanką.

Wrestling polityczny – (wpis zarchiwizowany z S24)

Wrestling polityczny – (wpis na Niepoprawnych.pl)

Tylko, czy to naprawdę o to chodzi, Szanowny Triariusie?


Wybory wygra inteligencja emocjonalna.

19 Maj 2010

29 stycznia we wpisie, pt. Las widzicie a drzew nie dostrzegacie napisałem m.in.:

Cóż zatem powinno robić PiS i jego sympatycy? Moim zdaniem powinni przebudować proporcje zainteresowania tym, jaki obecnie jest stan po stronie Salonu, Układu, neopeerelu etc. etc., w kierunku zwiększenia obecności na własnym polu. Nie mówię, rzecz jasna, by tamten obszar porzucić i przestać się nim zajmować. Oczywiście dalej należy go „monitorować”…. (…) PiS oraz jego sympatycy powinni więc więcej czasu, którego coraz mniej, poświęcać na promowaniu naturalnego kandydata tego ugrupowania i/lub jego ewentualnego „zmiennika”. Najistotniejsze jest w związku z tym jak najintensywniejsze uprawianie własnego „ogródka”, gdzie i jak się da go powiększanie, by prowadząc kampanię pozytywną nie dać się wciągnąć w kampanię negatywną, w prowadzeniu której obóz przeciwny jest znacznie lepszy. Jest to bowiem narzucenie sobie stylu dyktowanego przez przeciwnika. Skutkiem tego może być zamotanie się we własne nogi i potknięcie się, co bezlitośnie będzie przez niego wykorzystane. PiS oraz jego sympatycy powinni przyjąć postawę, „Problemy tamtych, to ich problemy. My mamy własne sprawy.” i te ostatnie konsekwentnie, metodycznie, systematycznie, logicznie i w sposób zorganizowany rozwiązywać. To moim zdaniem oznacza to „przebudowanie proporcji”. (…)

To, co powyżej stanowi część „arsenału”, tzw. inteligencji emocjonalnej. Jak pisze Jörg Wurzer w „30 minut z inteligencją emocjonalną” (Wyd. KOS, Katowice), Tylko 20 proc. sukcesu warunkowane jest naszym współczynnikiem IQ. Pozostałe 80 proc. w znacznej mierze zależy od inteligencji emocjonalnej. Wielu ludzi z wykształceniem akademickim i wysoko rozwiniętymi zdolnościami analitycznymi pracuje później w prostych zawodach lub pełni funkcje przełożonych, którzy wykorzystują swój IQ tylko w niewielkim stopniu. Nie dzieje się to przypadkiem – sama inteligencja poznawcza nie wystarczy bowiem do osiągnięcia sukcesu w życiu zawodowym – co najmniej tak samo ważna jest inteligencja emocjonalna. A przecież czymże innym jest dać się wciągnąć w kampanię negatywną i narzucenie stylu podyktowanego przez przeciwnika, jak nie brakiem kompetencji w zakresie inteligencji emocjonalnej? Opinię autora można poszerzyć również o to, że inteligencja emocjonalna rzutuje nie tylko na sukces zawodowy lecz m.in. również na wyborczy. To się wszystko rozgrywa na poziomie emocji, które łatwiej docierają do potencjalnego odbiorcy niż merytoryczność w wielu aspektach życia. Wurzer pisze także, że Oznaką inteligencji emocjonalnej jest wysoka zdolność panowania nad samym sobą oraz intuicyjna umiejętność okazywania swoich uczuć i poddawania się ich wpływowi we właściwym czasie. Nie oznacza to wcale konieczności tłumienia, powstrzymywania czy ukrywania swojej impulsywności czy uczuć. Stan ten można porównać do rzeki, która pomimo wartkiego prądu nie spiętrza się ani nie występuje z brzegów, lecz trzyma się swojej drogi w korycie. Jeśli niepodziewanie pojawi się w niej zbyt dużo wody, rzeka próbuje ją pochłonąć i powrócić do stanu równowagi. Wiedzmy zatem, że wciąganie w kampanię negatywną i narzucenie stylu podyktowanego przez przeciwnika są właśnie działaniami mającymi na celu wybicie wody z równej drogi w korycie. Wstrząśnięci smoleńskim szokiem wyborcy będą i są bardzo wrażliwi na to, kto, w jakich okolicznościach i w jakiej sytuacji będzie chciał tę wodę wybić z biegu. I ten zostanie przez nich surowo oceniony w ostatecznej rozgrywce w walce o prezydenturę. Dlaczego? Ano dlatego, że społeczeństwo będzie oczekiwało i oczekuje na tego, któremu uda się przywrócić bieg tej rozszalałej rzeki. I piszę to jak na ironię w tych dniach, gdy na południu Polski rozgrywa się następny dramat w ciągu ostatniego półtora miesiąca. Owa „siła spokoju” oznaczać będzie dla społeczeństwa ten właściwy probierz nazywany nieraz jako zdolności przywódcze.

Wiedzmy również, że sytuacja w Polsce po katastrofie smoleńskiej stała się niezwykle poważna. I to w wielu aspektach, które wielu blogerów opisuje niezwykle wyraziście. Stała się ona o tyle poważna, że podczas trwania żałoby narodowej przymuszone ogromem tragedii media musiały zsynchronizować się z odczuciami wielu milionów rodaków, którzy w tamtych dniach przeżywali ból, rozpacz, gniew, strach przed przyszłością a nade wszystko szok i smutek. Media zrozumiały, że gdy „tradycyjnie” zaczną „jechać” po Kaczyńskich to skompromitują się na oczach zagranicznych korespondentów, którzy przyjechali z całego świata, by obserwować sytuację na miejscu. Bo przecież w takiej sytuacji ich przekaz brzmiałby niewiarygodnie, co momentalnie zostałoby wyłapane przez zagraniczne ekipy dziennikarskie i taki komunikat poszedłby w świat. Sądzę, że to poza nielicznymi wyjątkami zdecydowało o tym, by w archiwach odkopać sympatyczne zdjęcia pary prezydenckiej i tych, którzy zginęli pod Smoleńskiem a także niezliczoną ilość miłych, ciepłych, serdecznych i dobrych wspomnień o tych osobach. Dlaczego? Ano dlatego, że swego rodzaju bycie „pilnowanym” i kontrolowanym przez zagraniczne ekipy wyzwoliło wśród decydentów wystarczającą ilość woli, by tak a nie inaczej postąpić. Bo też zadziałało sprzężenie zwrotne i zwielokrotnienie pomiędzy tym, co masy, stojące na Krakowskim Przedmieściu, i wzdłuż tras konduktów żałobnych oraz modlące się kościołach, odczuwały a tym co w polskich mediach spodziewały się znaleźć zagraniczne ekipy telewizyjne. Elity Salonu, Układu, neopeerelu (właściwe podkreślić) musiały w takiej sytuacji się wycofać i znaleźć się w cieniu. Nawet próba zakłócenia żałoby hucpą na Franciszkańskiej musiała zostać zatrzymana, gdyż elity tak wrażliwe i drażliwe na swoim punkcie wyczuły, że dalsza jej eskalacja może przynieść szkody wizerunkowe, polegające na tym, że Europejczycy mogli ją ocenić jako urąganie ceremonii pochówku. Myślę więc, że to stało za decyzją szybkiego wycofania zadymiarzy z hucpy na Franciszkańskiej. Mimo to pokazało to również do jakiego stopnia elity gotowe są do obrony swoich pozycji i gruntu usuwającego się spod ich nóg. Zwyczajnie, znowu chciały sięgnąć po którąś z pałek, by w ten sposób wygrać swoją przewagę nad społeczeństwem. Nie uwzględniły jednak tego, że nie da się ono sprowokować. To właśnie oznacza kompetentne posługiwanie się inteligencją emocjonalną. Streszczeniem tego jest „Róbmy swoje”, do czego nawoływał Wojciech Młynarski.

I taką właśnie Jarosław Kaczyński oraz PiS i ich wyborcy/sympatycy muszą przyjmować taktykę, by nie dając się prowokować zajmować się swoimi sprawami. A to z kolei polega na pozbawionym emocji, merytorycznym, wskazującym na najwyższe kompetencje przywódcze, zdroworozsądkowym prezentowaniu swoich racji programowych oraz swojej wizji politycznej. Można także doradzić, by np. będąc przez MO atakowanym powiedzieć jej sympatycznie, ciepło i jowialnie „Wie pani, a ja panią bardzo lubię.” Bo coś takiego mogłoby ją wytrącić z zacietrzewienia i postawić ją na gruncie przez nią nieznanym. Trzeba zatem nie tylko nie dawać się wytrącać z równowagi, nie dawać się wmanewrować w pyskówki, jałowe gadulstwo lecz również nie pozwalać sobie na niekontrolowane reakcje czy też odpowiadać agresją na cynizm, zaczepki lub wycieczki osobiste. Chodzi o to, by z agresora uczynić bezradnego osiłka potrafiącego nic innego niż tylko naparzać i młócić bezproduktywnie powietrze. To bywa bardzo często niezwykle skuteczną taktyką. Nic i nikt tak skutecznie nie kompromituje przeciwnika jak on sam siebie. Te wybory wygra przede wszystkim inteligencja emocjonalna. To należy sobie zaprogramować do pamięci, jak „Ojcze nasz”.

Kojarzycie sobie Państwo różne amerykańskie filmy katastroficzne bądź thrillery polityczne? No pewnie, że tak. Co w nich jest wspólnego? Ano to, że z reguły ich fabuła jest tak schematyczna, że aż zęby bolą. Prosta narracja i cała masa efektów specjalnych. Z tego właśnie powodu filmy takie dostają dwie, góra trzy, gwiazdki od krytyków. A przecież w całej swojej masie Polacy takie filmy uwielbiają bardziej niż przepełnione filozoficzną głębią produkcje europejskie. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że Polacy są narodem bardzo wrażliwym emocjonalnie i właśnie w takich filmach znajdują ujście swoim emocjom. Jednak nie tylko. Innym tego powodem jest to, że w tych filmach na ostro ujęta jest walka dobra ze złem, ścieranie się charakterów białego z czarnym oraz szukanie dróg wyjścia z chaosu. A ponieważ wokół siebie Polacy widzą całą masę zła, czarnych charakterów i chaosu, stąd więc filmy takie pełnią dla Polaków funkcję terapeutyczną. Po ich obejrzeniu Polak czuje, że znowu zatriumfowało dobro, ład został przywrócony, jest bezpiecznie, tzn. jest to, za czym on tęskni, czego pragnie i chciałby by tak było zawsze. Wprawdzie to wszystko okupione jest olbrzymimi kosztami, nieraz tragediami, jednak doświadczony przez Historię Polak dawno nauczył się z tym żyć. On wie, że to do czego w całej swojej masie dąży kosztować może nieraz cenę najwyższą. A Polacy często właśnie takową płacili. I zawsze potrafili się podnieść z gruzów. W tych filmach to jest stale obecne. Przecież zawsze po wielkiej burzy niebo się rozjaśnia i wychodzi słońce. Lubimy to. Inaczej jest natomiast, jeśli chodzi o europejskie produkcje. Tu jest znacznie więcej refleksji, intelektualizmu, dylematów egzystencjonalnych, realizmu a nade wszystko mroczności. Tego wszystkiego z reguły Polak niezbyt lubi, gdyż w czymś takim odnajduje to, co nieraz stanowi o jego słabościach, przed którymi pragnie uciec. Mniej jest również tutaj baśniowości, widowiskowości, idealizmu, emocjonalności i prostoty. To jest tego wszystkiego, w czym Polacy najlepiej się czują. W tym wszystkim jest pewna ironia losu, gdyż Polacy będący przecież Europejczykami znajdują większą samoidentyfikację w amerykańskich bardziej niż europejskich produkcjach filmowych, chociaż logiczniej rzecz biorąc powinni raczej w tych ostatnich.

Dlaczego piszę o amerykańskich i europejskich produkcjach filmowych i jaki jest tego polityczny kontekst w świetle przyszłych wyborów? Powiem tak. Elity Salonu, Układu, neopeerelu (właściwie podkreślić) wykreowały byt polityczny, któremu przypisali wszystkie atrybuty amerykańskiego kina akcji. Platforma Obywatelska, bo o niej mowa, odwołuje się do prostych (właściwie – populistycznych) emocji, jest programowo jałowa, wykorzystuje cały „arsenał” widowiskowych tricków specjalnych, jej przesłanie nie jest zbytnio wyrafinowane, potrafi roztaczać baśniowe wizje, grana przez nią rola idealistycznie dąży do happy-endu. Stąd właśnie sztabowcy Platformy dużą wagę przywiązują do naturalizmu, charakteryzacji i sztuki aktorskiej. Chociaż sporo tam czarnych charakterów to czynione jest wszystko, by widza przekonać o tym, że w „obsadzie” występują wyłącznie biali. Na drugim biegunie jest to, co powstało jako forma sprzeciwu wobec elit, tj. mam na myśli Prawo i Sprawiedliwość. PiS jest jakby formą sztuki europejskiej, w której liczy się refleksja nad miejscem Polski w Europie i świecie, intelektualizm co do misji i wizji państwa, charakteru i kształtu gospodarki, społeczeństwa, kultury i dziedzictwa historycznego, wrażliwość dylematów egzystencjonalnych, realizm dążenia do zakładanych celów oraz jednoznaczność mrocznych postaw Polaków w historii dawniejszej i najnowszej. Sztabowcy PiS’u stawiają bardziej na prawdziwość przesłania niż jego widowiskowość.

W 2005 r. stała się rzecz trudna do wytłumaczenia, gdyż w znaczącym stopniu Polacy zapragnęli oglądać europejską produkcję w „wykonaniu” Prawa i Sprawiedliwości (czy mówiąc oględnie, tzw. „obozu IV RP”), przy czym niezbyt zdawali sobie sprawę z braku przygotowania własnej percepcji na tak różniący się charakter sztuki. Nie, nie zostali oni wprowadzeni w błąd. Raczej można powiedzieć, że chcieli oni spróbować czegoś jakościowo różnego i nowego. Polacy lubią ryzykować i eksperymentować. Czegoś, co byłoby pewną odtrutką na kiczowatość kina amerykańskiego, jaskrawo kłócącego się z tym, w czym wówczas żyli. Ponieważ to, czym się zainteresowali, stanowiło kontrpropozycję do tego, co oferowały im elity Salonu, Układu, neopeerelu (właściwie podkreślić), to te w związku z tym faktem poczuły się zagrożone, gdyż zainteresowanie to pośrednio i bezpośrednio godziło w ich rację bytu, w ich status quo. A trzeba również przyznać, że PO to produkcja wysokobudżetowa. I to nie tylko w wymiarze wyłącznie finansowym lecz również (o ile nie przede wszystkim) różnych relacji i powiązań wewnątrzśrodowiskowych. Szybko zatem dokonały wewnętrznego przegrupowania, szukania technik marketingowych i podporządkowania wszystkiego zarządzaniu inteligencją emocjonalną. Odnosiło się to w przeważającym stopniu do sposobów grania przez liderów i aktywistów przypisanych im ról, metod unikania drażliwych tematów, rozbudzania wśród tłumu pożądanych emocji, ukrywania potknięć oraz dyskredytowania przesłania towarzyszącego konkurencyjnej „produkcji”. Chodziło wyłącznie o to, by publikę zniechęcić do innego typu „twórczości” filmowej, by powróciła ona do najpowszechniej lansowanego kanonu „sztuki”.

I to się udało w 2007 r. PiS (i rozbity „obóz IV RP”) znowu stał się formą niszową, mającą amatorów wśród koneserów, rzadko kiedy trafiającą do odbioru masowego, a jeśli w ogóle to jako ilustracja twórczości estetycznie i warsztatowo niechcianej. Cóż z tego, że jego publiczność (wyborcy/sympatycy) bezustannie masowej widowni podpowiadali, że proponowany tejże rodzaj „sztuki”, to kicz, sztampa, pustka i tragifarsa, skoro to nijak nie mogło się przebić przez zgiełk medialny? Zwyczajnie liderzy i aktywiści PiS’u byli słabsi, jeśli chodzi o zarządzanie inteligencją emocjonalną. Smoleńska tragedia spowodowała jednak coś, czego producenci elit Salonu, Układu, neopeerelu (właściwie podkreślić), wydaje się, nie ujmowali w swoich planach promocyjnych. Oto katastroficzna groza zeszła z wielkich ekranów i w najpełniejszej postaci ukazała się na lotnisku Siewiernyj, fikcja stała się rzeczywistością, fabuła nie skończyła się happy-endem, ofiary są prawdziwe, szczątki Tu154M to nie scenografia studyjna, Polacy przed Pałacem Prezydenckim i Rosjanie w Smoleńsku to nie statyści, zaś ból i łzy też były autentyczne. I nagle to wszystko elity Salonu, Układu, neopeerelu (właściwie podkreślić) pozostawiło w pustce, gdyż widownia zwróciła się w kierunku owej pogardzanej niszy. Co więcej razem z tą niszą współodczuwając ból i cierpienie. Widząc w niej także sens jej przesłania. Tego zaś elity Salonu, Układu, neopeerelu (właściwie podkreślić) „tradycyjnie” zdzierżyć nie mogły i nie mogą.

Czyż wobec tego dziwić może, że na liście „komitetu honorowego” ich kandydata aż tak zaroiło się od słynnych gwiazd i gwiazdeczek kultury, sztuki, sportu itp., to jest tych, którzy błyszcząc i lansując się w światłach jupiterów, żurnalach, magazynach, „zaprzyjaźnionych telewizjach”, na estradzie i gdzie się da, „od zawsze” pełnili usługowe funkcje promocyjne w odniesieniu do wysokobudżetowej „produkcji” w postaci PO? Waszak oni mają teraz za zadanie znowu przyciągnąć uwagę masowej publiczności do od lat lansowanego kiczu, tandety, pustki i tragifarsy. Ich hałaśliwy, natarczywy i natrętny przekaz brzmi, „Wyborco/sympatyku, to my, gwiazdorzy, giganty, obsypywane nagrodami, wyróżnieniami, zaszczytami, tytułami znowu ciebie potrzebujemy. Tamci są nic nie warci. Bądź z nami, bo w przeciwnym razie uznamy, że dzielisz społeczeństwo na złych i dobrych. A my zaręczamy swoją wielkością, że nie ma ani jednych ani drugich.” Starają się w związku z tym przejąć inicjatywę nad zarządzaniem inteligencją emocjonalną, mając do dyspozycji „bataliony” psychologów, socjologów, politologów i marketingowców. W tym sensie ciągle aktualne jest to, co napisałem 29 stycznia, by ten obszar „monitorować”. Elity Salonu, Układu, neopeerelu (właściwe podkreślić) widzą, że ich autorytatywność i prestiż w polskim społeczeństwie uległy radykalnej dewaluacji, stąd też rosnąca w nich frustracja i rozpaczliwa potrzeba „odwojowania” swojej pozycji bez względu na koszty, jakie społeczeństwo będzie musiało w takiej sytuacji ponieść. Temu właśnie ma służyć jątrzenie, judzenie, prowokowanie i cyniczne dzielenie Polaków na lepszych i gorszych oraz świętoszkowate obciążanie tym wszystkim „pisowskiej” konkurencji. Prawdę rzekłszy ileż tupetu trzeba mieć, by od Jarosława Kaczyńskiego (czy w ogóle PiS) żądać potwierdzenia zmiany wizerunku, zaś siebie samego od tego zwalniać? Oni wiedzą, że część „kaczyzmu” zginęła na lotnisku Siewiernyj, że „antykaczyzm” (jak zdarta płyta) zaczyna być passé, że Platforma Obywatelska notuje kompromitację za kompromitacją, że baśniowość, widowiskowość, idealizm, i prostota przegrywają z każdą ratą kredytu bądź pożyczki do spłacenia, każdym rachunkiem za prąd, gaz, usługi komunalne, żywność, paliwo itp., że wibratory, sztuczne penisy, świńskie ryje, polska flaga wsadzana w psią kupę już tak bardzo nie rajcują, nie podniecają. Zaś dotychczasowa publiczność zaczyna z nudów ziewać, nerwowo kręcić się w fotelu, rzucać popcornem w ekran, kręcić się po sali projekcyjnej, rozmawiać przez telefony i w ogóle przeglądać repertuary innych kin. Scenarzysta, producent, reżyser, aktorzy, statyści i ekipa techniczna kiczu, tandety i tragifarsy intuicyjnie przeczuwają więc nadciągającą klapę. I to rodzi niepokój. Stąd właśnie bierze się ta śpiewka na powszechne „kochajmy się”, na „tradycyjne” podważanie jakości innej „produkcji”, wreszcie na rozpaczliwe poszukiwanie innego wizerunku. A widownia coraz bardziej to widzi.

Trzymając się dalej filmowej konwencji można starać się doradzić PiS, by ten trzymając się swojego „europejskiego” standardu artystycznego starał się wzbogacić go o pewne środki właściwe amerykańskiemu kinowi akcji – filmu katastroficznego, względnie thrillera politycznego. Dziwne? Nie, jeśli przyjrzymy się temu, co dobrego można wyciągnąć z tego schematu. I wcale nie chodzi tutaj bynajmniej o tworzenie swego rodzaju „klona” platformianej narracji. Zobaczmy. Schemat ten zbudowany jest według następującej konstrukcji. Wraz z toczącą się fabułą napięcie jest stopniowane, względnie od samego początku jest ono najwyższe. Gdzieś tam, najpewniej w najbardziej zaludnionym miejscu, wydarza się katastrofa lub ma się ona wydarzyć. Pojawia się dwóch bohaterów, z których jeden ma być wybawcą zaś drugi jest szwarccharakterem. Katastrofa wywołuje chaos, panikę, przerażenie ludzi, względnie to wszystko ma wywołać. Napięcie, groza i walka obu bohaterów mieszają się ze sobą, powodując zwroty akcji, kiedy jeden bądź drugi bohater osiąga chwilowe zwycięstwo. Oba charaktery otaczają się swoimi zwolennikami, zaś decydującą siłę osiąga ten, który na swoją stronę przeciągnie ich większość. Oczywiście, „klasycznie” ów wybawca w konsekwencji swoich działań tych zwolenników ma coraz więcej. To zaś oznacza, że posiada nie tylko kompetencje merytoryczne odnośnie problemu, z którymi musi się zmierzyć, lecz również umiejętnie zarządza zarówno swoją jak i tłumu inteligencją emocjonalną. Jak to robi? Ano chłodno ocenia sytuację, ma dystans do samego siebie, jest zdolny do prawidłowej oceny informacji zwrotnej o podejmowanych przez siebie działaniach, potrafi posługiwać się argumentacją, nie daje się wyprowadzić z równowagi przez przeciwnika, zna swoje i konkurenta słabości i mocne strony, jest asertywny i łatwo zjednuje ludzi. Biały charakter nie staje się wybawcą dlatego, że przypisuje sobie takie znaczenie, lecz dlatego że wzbudza zaufanie wśród tych, którzy są bezradni w obliczu katastrofy bądź tych, którzy w wypadku niej mogliby być bezradnymi. A przecież naturalną potrzebą każdego człowieka jest w takich okolicznościach szukanie pomocy, zaś może ją uzyskać wyłącznie u tego, kto sam wykazuje najwyższe opanowanie siebie i to opanowanie umie przekazać otoczeniu. Stąd właśnie niezwykle ważne są jasność umysłu, samodyscyplina, spokój wewnętrzny, samokontrola i umiejętność odczytywania symptomów świadczących o popełnianych przez siebie błędach. Tylko taki ktoś potrafi wpływać na innych, kompetentnie oceniać zagrożenia i szukać właściwych środków im zapobiegających. O kimś takim można powiedzieć, że posiada kwalifikacje przywódcze o najwyższym współczynniku inteligencji emocjonalnej. W końcu, po wielu perypetiach amerykańskiemu białemu charakterowi udaje się zapobiec katastrofie (bądź uratować ludzi, jeśli ona miała miejsce), pokonać szwarccharakter i wreszcie zatriumfować. Dalej lecą napisy końcowe. I tak, jak w amerykańskim kinie akcji, Polacy kogoś takiego potrzebują, gdyż widzą, że sytuacja zaczyna być coraz bardziej chaotyczna. W tym zatem sensie twierdzę, że PiS swoje tradycyjne przesłanie mogłoby wzbogacić o środki wyrazu, z których wyrasta Platforma Obywatelska. Chodzi o to, by owym białym charakterem miał się stać Jarosław Kaczyński i jego formacja polityczna w zakresie wynikającym z pierwszorzędnych umiejętności zarządzania inteligencją emocjonalną przy stałych racjach programowych właściwych tej formacji. To ostatnie oznacza postulowane przeze mnie 29 stycznia bezustanne uprawianie własnego „ogródka”, jednak tym razem wzbogacone o nowe umiejętności. Myślę, że się opłaci.


I po katharsis.

10 Maj 2010

Przyznam się, że nie spodziewałem się, iż tak szybko życie zweryfikuje moją koncepcję. Chodzi mi o dwa moje poprzednie teksty (Czas katharsis dla prawicy oraz Czas katharsis dla prawicy – cd.) W obu nawoływałem, by liderzy prawicowych formacji porozumieli się pomiędzy sobą w sprawach rzeczywiście ważnych.

Na dzisiaj taką sprawą jest odtworzenie prawicowego stanu posiadania w różnych instytucjach, gdyż, jak pisałem Została ona pozbawiona dotychczasowego dorobku. Pisałem także, że prawica na własne życzenie spycha się do narożnika, oraz że (…) później lament, że zostaliśmy sami otoczeni wrogami. I nie ma nikogo, kto by nam pomógł. A kto ma pomóc, jeśli soliści i wirtuozi permanentnie grają w „Zosię-samosię”? Ratunku! A zrobić może ukłon wobec drugiego i starać się znaleźć wspólny „język”, to już nie ma ani chęci ani woli. Bo prawda, że tak miło jest czuć się czempionem. Co tam inny sojusznik na prawicy, skoro to do mnie gnają z kamerami i lasem mikrofonów?

Są tacy liderzy na polskiej prawicy, jak choćby Ludwik Dorn, którzy czują się dosyć dobrze właśnie w otoczeniu tych kamer i lasu mikrofonów. Niekiedy można odnieść wrażenie, że są oni zadziwiająco „kompatybilni” ze studiami komercyjnych stacji telewizyjnych i radiowych. Mimo to, by być sprawiedliwym przytoczę swoją opinię, którą wyraziłem na partyjnej stronie partii L. Dorna, we wpisie jego kolegi partyjnego, posła J.F.Libickiego. Umieszczam ją w całości:

Moherowy Fighter: Pisze Pan, „(…) Dziś elektorat PiS, bardziej w sposób emocjonalny niż rozumowy, konsoliduje się wokół Jarosława Kaczyńskiego.” Cóż kiedyś byłem elektoratem „różowym”, później AWSowym, następnie LPR (w czasach macierowiczowskich), obecnie zaś pisowym. I powiem tak. O ile mnie drażnił sposób, w jaki rozstali się panowie Dorn i Kaczyński, to zawsze u tego pierwszego ceniłem rozsądek polityczny i propaństwowy. Ba, jako propisowiec zgadzałem się nieraz z krytycznymi ocenami Dorna pod adresem Jarosława Kaczyńskiego (i jego zmarłego brata). Cały czas liczyłem (i dalej liczę) na pojednanie się obu liderów, i na to, że te dwa rozdzielone nurty kiedyś się znowu zejdą. Mam również taką samą nadzieję, jeśli chodzi o pana Marka Jurka. I to wszystko w warunkach względnej stabilizacji, zwykłej współpracy dwóch (lub więcej) formacji prawicowych. Dzisiaj jednak sytuacja jest zgoła odmienna. Dzisiaj, po katastrofie smoleńskiej, jest ogromna wyrwa po prawicowej stronie, która prawicy ogromnie zagraża. To jest stan kryzysu, trzęsienia ziemi, właściwie masakry. I choć mogłem się kiedyś wahać, czy w zwykłych trybach reelekcji L. Kaczyńskiego na niego głosować (lub oddać głos nieważny), to dzisiaj stoję przy jego bracie z powodów właśnie rozumowych. Po prostu, nie zmienia się koni w trakcie przeprawy. Jeśliby stało się tak, że L. Kaczyński przegrałby reelekcję, w kierownictwie PiSu nastąpiło w takiej sytuacji trzęsienie ziemi, zaś L. Dorn zgłosiłby akces do poprowadzenia PiSu i zostałby przez tamtą partię zaakceptowany w tej roli, to niewykluczone, że rozważałbym głosowanie na Dorna. I dałbym jemu szansę na wyciągnięcie PiSu z takiej katastrofy. Oczywiście byłyby to inne realia. Ja natomiast uwielbiam real politik, a nie bezsensowne szarżowanie. Zresztą, proszę w sieci znaleźć moje poglądy w tych sprawach. (2010.05.07 18:27)

I przez moment, tj. wtedy, kiedy L. Dorn wycofał swoją kandydaturę w kampanii prezydenckiej, urósł mi niepomiernie w moich oczach. Pomyślałem sobie, że w świetle tak dramatycznej sytuacji, w jakiej znalazła się polska prawica, jest w stanie wznieść się ponad odium zadrażnień z Jarosławem Kaczyńskim, by jemu podać braterską – nomen omen – prawicę. I pomóc gasić wspólny prawicowy dom, w którym gore. Dzisiaj niestety czytam warunki (celowo nie linkuję), na jakich zgodzi się tamtemu podawać środki gaśnicze, ratować dobra z pogorzeliska czy też w ogóle pomagać sprzątać po ugaszeniu pożaru. Od tego uzależnia to, czy weźmie udział w akcji gaśniczej. Stawia też ultimatum, że gdy ten „pogorzelec” nie zgodzi się na nie, to pójdzie i pomoże innemu obok, który wraz ze swoim domkiem letniskowym chce wystartować w konkursie na ładniejszy obiekt architektoniczny. I przyznam się, że taka postawa wywołuje zgrozę. Na szczęście w porę połapali się jego koledzy partyjni, którzy uratowali honor swojej formacji politycznej. Wielki szacunek dla nich.

Ano. Kiedyś myślałem, że Jarosław Kaczyński wyrzucając Dorna z PiS’u postąpił, delikatnie mówiąc, niestosownie. Bo w końcu, Dorn w PiS’ie to nie był byle kto („trzeci bliźniak”). To również ten, który wraz z oboma braćmi (a także i niektórymi innymi ważnymi osobami) przyczynił się do wzrostu Prawa i Sprawiedliwości. PiS jest m.in. również jego sukcesem. Bo wniósł do niego swoją charyzmę, solidny kapitał intelektualny, rozpoznawalność swojej osoby, swoje wpływy środowiskowe, doświadczenie polityczne. Swój indywidualizm. Zdrowy rozsądek. Pryncypialność. I tym podobne atuty. Bez wątpienia był pisowską „kosą”, która partii tej przydawała ikry, barwności i wyrazistości. Coś się jednak „zatarło” pomiędzy Jarosławem Kaczyńskim a Ludwikiem Dornem. A skończyło się później walką na salach sądowych. Nie znając kulis rozpadu sojuszu pomiędzy oboma liderami sądziłem, że to bardziej Jarosław Kaczyński pobłądził niż ten drugi. Szczególnie raził mnie styl, z jakim prezes PiSu podziękował ówczesnemu wiceprezesowi. Pomyślałem sobie, „No panie prezesie, tym razem, to chyba przegiąłeś.” O ile mogłem nie mieć wątpliwości, że z pozostałymi liderami Prawa i Sprawiedliwości, w tym również z tymi, którzy dzisiaj jako Polska Plus popierają prezesa PiS’u, rozejście się nastąpiło wskutek rozdźwięków programowych, to w przypadku konfliktu na linii Kaczyński-Dorn widziałem urazę osobistą. Taka jest oczywiście najtrudniejsza do usunięcia. Nie mi to rozstrzygać po czyjej stronie stoi słuszność. Dzisiejsze dornowe „Warunki poparcia” przekreślają w moich oczach domyślanie się faktycznych przesłanek tego dylematu. A przecież, gdy wysunąłem koncepcję „Międzypartyjnego Zespołu Negocjacyjno-Mediacyjnego” napisałem:

Jest w tym wszystkim jeden warunek graniczny, który musiałby zostać spełniony zanim przystąpiono by do formowania się Międzypartyjnego Zespołu Negocjacyjno-Mediacyjnego. Tym czymś jest to, by otwarcie, na oczach prawicowych wyborców/sympatyków, przedstawić i wyjaśnić wszystkie okoliczności i zdarzenia, które w przeszłości towarzyszyły poróżnieniu się liderów poszczególnych formacji prawicowych, tym samym doprowadzając do różnych wojen międzyformacyjnych. W tym aspekcie należałoby przyjąć niejako opcję „zerową”, która wyczyściłaby grunt do dalszej współpracy polityczno-programowej. Jeśli za konfliktami w łonie prawicowego obozu stoją wyłącznie rozbieżności polityczne i programowe, to na drodze negocjacyjno-mediacyjnej można by znaleźć przestrzeń do współpracy, która zadowoliłaby wyborców/sympatyków poszczególnych formacji. Jeśli natomiast rozdźwięki mają podłoże emocjonalno-psychologicznych animozji i niesnasek, to dalsze ich ukrywanie przed opinią publiczną (w tym także potencjalnymi wyborcami/sympatykami) stać będzie zawsze na przeszkodzie ku wspólnemu kształtowaniu i poszerzaniu przestrzeni polskiej prawicowości.

Dzisiaj jednak stwierdzam, że wraz z dornowymi „Warunkami poparcia” czas na katharsis dla prawicy właśnie miął. Soliści i wirtuozi znowu zaczynają rżnąć swoje kawałki aż uszy puchną. Widać Wielki Obóz Prawicy musi powstać oddolnie. Ogień szaleje we wspólnym domu, a tu się dywaguje nad przyjęciem instrukcji gaszenia. A na około grasują podpalacze. Cóż pozycja eksperta od gaszenia pożarów zajmowana w komercyjnych studiach telewizyjnych i radiowych, to trzeba przyznać wyjątkowy luksus złapania 81696 (słownie: osiemdziesiąt jeden tysięcy sześćset dziewięćdziesięciu sześciu) głosów.


Panie Prezydencie Lechu Kaczyński przepraszam.

14 Kwiecień 2010

Tak. Przepraszam za tę notkę Krótkie oświadczenie. Również przepraszam osoby, które w niej wymieniłem. Jedyne, co mogę teraz powiedzieć to, to że niewystarczająco dobrze odczytywałem wizję, która Panu przyświecała. I chyba to był ten niepotrzebny impuls, którym się kierowałem, kiedy pisałem tamtą notkę. Przepraszam, że nie dałem sobie wówczas okazji, by móc nabrać większego dystansu do Pańskiej decyzji. Rzeczywiście, napisałem ileś słów za dużo.

W tym miejscu chciałbym także przeprosić Pańskiego Brata, pana Jarosława i te osoby, z którymi Pan i pan Jarosław byli związani, za moje zbyt surowe, a może nawet czasami niesprawiedliwe oceny ich działań. Jedno, co mogę powiedzieć to, powtórzyć bardzo trafną ocenę wyrażoną przez ClarkNova:

Daliśmy sobie narzucić tę narrację. Wielu z tych, którzy Go szanowali i na Niego głosowali, zwatpiło. Bezustanny jazgot, obśmiewanie, totalna manipulacja jego słowami i czynami zrobiły swoje.

Lepiej nie można inaczej. O jednym mogę zapewnić. Moja postawa, aczkolwiek zdecydowanie krytyczna i pewnie warunkowana gorącą temperaturą wydarzeń, nie była jednak wroga ani wobec Pana, Panie Prezydencie, ani Pańskiego Brata, ani Prawa i Sprawiedliwości jak też i osobom związanym z tą stroną sceny politycznej.

+ Requiescat In Pace +


W chorej wyobraźni.

8 Marzec 2010

Jeden coś bąknął, drugi to zjechał, jeszcze inny sobie nad tym podywagował, zaś przez cały dzień funkcjonariusze na odcinku propagandy mieli pole do swoich tańców św. Wita. Chodzi mianowicie o humbug w postaci o przyszłej koalicji SLD-PiS. Co z jednej strony ma osłabić tę pierwszą w jej elektoracie, dając Platformie znacznie lepsze szanse wyborcze, zaś wśród tej drugiej (PiS) ma wywołać popłoch i rozprzężenie. Nawet szanowny Free Your Mind we wpisie W kącie? z należytą powagą pochylił się nad tą swoistą „kaczką dziennikarską”. Jaka to kolejna burza w szklance wody z tego wszystkiego wyszła, niech świadczy to, że artefakt na taką koalicję został zdementowany przez prezesa Kaczyńskiego. Tu zaś wydaje się, że bez jego „tak”, to w ogóle nie ma o niczym mowy, przynajmniej w tej kwestii. Ja się pozwolę jednak odnieść do FYM’owych tez, przypominając mój wpis sprzed prawie pół roku, pt. Recepta dla Prawicy (odpowiedź Oszołomowi). Jak to super, że gdy się już człowiek „wymeldował” z S24, to jednak może sięgnąć do swoich klamotów. Otóż FYM’ie nie „w kącie” lecz w chorej wyobraźni. Wróćmy jednak do mojego tekstu, który pozwolę sobie nieco (kosmetycznie) zmodyfikować. Oto skrócone tezy z niego. (Polecam również zapoznać się z dyskusją pod nim.)

(…) w latach 1991-2007, tj. w trakcie krystalizowania się sceny politycznej, średnia frekwencja wynosiła ok. 47 proc, zaś średnia głosów ważnych, to ok. 96 proc. To oznacza, że blisko połowa społeczeństwa oddawała świadomie głosy ważne. Myślę też, że były to głosy świadome, tzn. podyktowane takim a nie innym wyborem. Formowanie się elektoratu w tym okresie dało średni wynik w postaci równowagi sił pomiędzy prawicą a lewicą (na korzyść tej ostatniej) i dopełnieniem w postaci centrum/liberałów, pokazuje to tabela pierwsza.

Jednak, rzecz jasna, jest to konstatacja statyczna, dosyć niewiele mówiąca o rzeczywistych preferencjach elektoratu, aczkolwiek dająca pewien wyznacznik na przyszłość.

By spróbować sobie przybliżyć ów wyznacznik, to moim zdaniem trzeba zastanowić się, gdzie PiS mogłoby wydłubać brakujące jej, do pełni szczęścia, głosy. Tutaj są różne możliwości. Zatrzymam się przy tym, co pokazuje obraz trwałości elektoratu, który, jak już wspomniałem, obejmuje połowę społeczeństwa (tj. ok. 13,5 mln ludzi). Ile tych głosów brakuje PiS, by mogło rządzić w koalicji, zakładając, że to ono będzie głównym podmiotem? W gruncie rzeczy niewiele, gdyż wystarczyłoby uzyskać próg ok. 40 proc. poparcia, by w sejmie mieć ok. 180 mandatów (lub może nieco więcej). (…) Jeśli zaś PiS zamyślałoby sobie rządzić samodzielnie, to potrzeba jemu znacznie więcej. Minimum minimorum stanowi to blisko (lub ponad) 50 proc. poparcia. Porachujmy. PiS średnio z ok. 13 mln. głosów ważnych bierze 23 proc. (wybory – 2001, 2005 i 2007), co w liczbach bezwzględnych stanowi ok. 3 mln. głosów. I to można nazwać twardym elektoratem. Do rządzenia w koalicji brakuje jej wobec tego, ca. 2,2 mln., by mogła się w sejmie rozsiąść w mniej więcej 180 miejscach. Taka siła, to podmiot koalicyjny. Z kolei, by mogła rządzić samodzielnie, to brakuje jej jakieś 3,5 mln. głosów. Z tym, rzecz jasna, jest trudniej.

W związku z tym trzeba wrócić do pytania o to, skąd wziąć taki „urobek”? Od lewicy? Broń Boże, bo tego elektorat pisowski nie zaakceptował by ze względu na tożsamość prawicową, różnice doktrynalne, światopoglądowe i wszystkie inne czynniki różniące. Na co Free Your Mind ostro zwraca uwagę. Wzięcie stamtąd poparcia, w tym również koalicyjnego, oznaczać musiałoby odpływ elektoratu pisowskiego i zasilenie Platformy. Elektorat SLD jest dla pisowskiego zbyt twardą alternatywą. Wszelako więc, PiS musiałoby „posilić się” częścią elektoratu Platformy. Przypuszczalnie taki „transfer” byłby przez elektorat pisowski łatwiejszy do zaakceptowania niż lewicowy „desant”. I jest to alternatywa miękka. To tutaj jest ten „target”, po który PiS powinno sięgnąć, by się wzmocnić, i mieć szanse na rządzenie koalicyjne lub samodzielne. Pytanie czy to jest realne. Wydaje się mimo wszystko, że tak. On się może wydawać realny o tyle, o ile PiS stanie się autentyczne oraz silnie tamten elektorat przekonywujące. Zauważ ponadto, że SLD jest siłą zstępującą. Tam się systematycznie wykrusza stary pezetpeerowski beton, z kolei nowolewicowe mołojce zazdroszczą platfusianym beniaminkom dobrej passy, znakomitej prasy i luksusów na wyciągnięcie graby. Sierakowszczyzna nie jest zdolna do skonsolidowania lewicy, i nawet wśród swoich jest traktowana jak folklor przydatny do robienia jakichś rozrób. Z kolei, różne Napieralskie mają za zadanie popezetpeerowskim dinozaurom zasuwać bajeczkę o tym, jak to SLD na nich liczy i o nich dba. Natomiast takie lub inne Olejniczaki, to chciałyby jak najszybciej stamtąd prysnąć i dołączyć do platfusiarni. Nie oszukujmy się. W nowolewicowych dołach panuje ferment, by odrzucić swój peerelowski ogon i dołączyć do tamtej kasty. To z punktu widzenia PiS jest niezwykle korzystne, ponieważ im bardziej Platforma będą zasysała postkomunistyczne „odpady”, tym bardziej jej prawe skrzydło będzie przeciwko temu stawało okoniem. I na to powinno grać PiS, by doszło do starcia pomiędzy Tuskami a Olejniczakami, a z doskoku, by tym dokopywały różne Piskorczaki. Im większa młócka w tej części sceny będzie, tym dla PiS lepiej. Sama PO też podlega ciśnieniom zewnętrznym i wewnętrznym. Zewnętrznym, bo nie są do końca pewni tego, gdzie w tej konstelacji (SLD/SDPl/SD/PO) środowiska decydenckie przerzucą swoje aktywa i poparcie. Zaś wewnętrznym, gdyż Platforma ściskana w lewym narożniku traci swoją wyrazistość jako siła stricte centrowa. To też dołom może się zacząć nie podobać. Na to tamten elektorat jest bardzo wrażliwy Nie każdy tam chciałby być drugim Celińskim. W związku z tym, dla tych, którym bliżej jest do centroprawicy niż centrolewicy może zacząć nie odpowiadać bycie w jednej „paczce” z jakimiś Olejniczakami, Celińszczakami czy tymi podobnymi. Dlatego dopóki nie dojdzie do zwarcia pomiędzy Olejniczakiem a Tuskiem dopóty tego ostatniego będą wspierać. Jeśli Olejniczak przejmie w tym „segmencie” kontrolę, to część centroprawicowa może się wykruszyć. I na to PiS musi grać.

A co zrobić, by na to grać? Odpowiedź prosta. Nie tracąc nic ze swojej tożsamości ideowej, światopoglądowej i programowej z jednej strony pilnować swoich trzech podstawowych „flanek”, tzn. skrzydeł prawego i lewego oraz środka, z drugiej natomiast, systematycznie, stopniowo, konsekwentnie i przemyślanie zmiękczać swój wizerunek, by był on do zaakceptowania przez centroprawicowe skrzydło platfusianego elektoratu. Stąd PiS musi zassać jak najwięcej poparcia. Z tym oczywiście, że nie powinno tego robić teraz lecz wtedy, gdy doszłoby do zwarcia w „trójkącie” Tusk-Olejniczak-Piskorski. Wtedy powstanie zamieszanie, które PiS powinno wykorzystać. Do tego czasu powinno też pozwolić na to, by pryszczata miłość tamtego nieopierzonego elektoratu się wypaliła, i by zaczął działać najzwyklejszy dysonans poznawczy. PiS na to powinno czekać i się merytorycznie, kompetencyjnie, wizerunkowo, socjotechnicznie przygotowywać, by w stosownym momencie móc się pojawić jako jedyna rozsądna alternatywa dla tamtej części elektoratu. Tutaj nie chodzi o wrogie lecz przyjazne przejęcie.

Istnieje inny wariant rozszerzenia się PiS polegający na wyjściu poza dotychczasowe ramy elektoratu, to znaczy zagospodarowujący część, tzw. elektoratu niemego. Tutaj rezerwy są juz dość znaczne. Stąd można sporo czerpać, gdyż tego elektoratu jest blisko 13 mln. uprawnionych do głosowania. Oczywiście, dotarcie do niego jest znacznie trudniejsze, gdyż ten elektorat stanowi w dużym stopniu „odsiew” po poprzednich wyborach, i jest zrażony do polityki jako takiej. To są ogromne masy ludzi, patrzący na świat w kategoriach „my” – „oni”. Prawo i Sprawiedliwość zaś, podobnie jak pozostałe siły polityczne, postrzegający jako częścią „onych”. Z tej racji, że jest to elektorat najtrudniejszy, to kluczowym tutaj czynnikiem, który może (lub wręcz – powinien) być brany pod uwagę, to autentyczność, a więc, prawdziwość, siły starającej się o poparcie. W takiej sytuacji należałoby, tą część elektoratu, długo przekonywać do siebie i za każdym razem potwierdzać każde słowo swoimi czynami. Ta część elektoratu jest bardzo nieufna do świata polityki, wobec czego praca nad jego zagospodarowaniem jest i będzie ciężka. Mimo to można starać się ją pozyskać.

Jedno można też dodać. Mianowicie to, że stosowanie jednej strategii nie wyklucza stosowania drugiej.

Kończy FYM swój wpis spostrzeżeniami, Mamy więc ewidentny dwugłos w samym PiS-ie i ten dwugłos narasta. Aż się prosi więc, by sytuację ostatecznie rozstrzygnął prezes partii, w przeciwnym razie zamęt się będzie pogłębiał, a najwięcej straci na tym sam PiS. No i prezes, jakby czytając zacnego blogera, sprawę wyjaśnił wskazując również niejako, że są to pomysły rodem z chorej wyobraźni.

Od siebie skromnie dodam, że rad jestem potwierdzenia w FYM’owym wpisie moich wcześniejszych dywagacji.

P.S Mam tą skromną nadzieję, że któryś z Salonowiczów moje skromne spostrzeżenia upowszechni na forum S24, oraz że się do nich odniesie w swoim wpisie. Może nawet i FYM?


Dwa okresy – dwa światy

16 Luty 2010

Co się stało przed wyborami w 2005 r. a w kadencji po 2001 r.? Moim zdaniem tyle, że wskutek działania sejmowych komisji śledczych (Rywina, Orlenu, PZU), większego ujawniania draństw przez IPN, oraz wzrastającego bezrobocia, cen i pogłębiającej się degrengolady, tzw. elity i establishment znalazły się w defensywie. A szczególnie, gdy chodzi o to, że wyniki tropienia różnych afer elit pokazały ich odrażającą twarz. I to był błąd systemowy. Wówczas Kaczyński mógł powiedzieć społeczeństwu, „A co? Od zawsze o tym mówiłem, a wy mi nie wierzyliście. Tym razem też mi nie wierzycie? Macie tego sprawozdanie na żywo w telewizorze, podczas przesłuchań przed sejmowymi komisjami śledczymi. Bo to już nie są jakieś opowiastki czy też dykteryjki, które opowiada się w mediach. To są twarde kwity i zeznania podpisywane pod rygorem odpowiedzialności karnej.”. Zwyczajnie, ten błąd bezkompromisowo wykorzystał. Jednocześnie media masowego ogłupiania straciły sporo pola, gdyż to one całe długie lata przekonywały Polaków, że żadnych draństw nie ma, żadnej bandytki i gangsterki, że wszystko jest cacy. A ujawnienia owej bandytki, gangsterki itp. tym mediom odebrały na pewien czas wiarygodność. One znalazły się w pewnym popłochu, bo widać było, że takie lub inne afery pokazują również ich uwikłania. Media masowego ogłupiania musiały się zająć sobą i nie były w stanie wystarczająco dobrze rozwinąć ofensywy, by być atrakcyjnymi szczególnie dla tłuszczy, która widziała w telewizorze taśmowo kompromitujące się elity. Z tego m.in. powodu nie były w stanie owe media masowego ogłupiania opracować dostatecznie dobrej oferty, która byłaby wystarczająco atrakcyjna dla roszczeniowo-zabawowej pryszczaterii, czyli tam, gdzie można było znaleźć wyborcze punkty zaczepienia.

Skutkiem powyższego była na chwilę utrata przez elity i establishment części naturalnego elektoratu, który polityką przestał się interesować. I to był te brakujące głosy, które nie dotarły na czas do lokali wyborczych, i nie przeważyły szali na korzyść PO. Zresztą, naturalna aobywatelskość tego elektoratu podpowiadała wtedy, że kupa jest tak spora, że pewnie wynik się przeważy, podczas gdy leniwa pryszczateria siedziała sobie wtedy na działkach grillując i zalewając pałę browarem. Tak więc nie pokwapiła się, by ruszyć się do urn oraz chronić własne partykularne interesy indywidualne i grupowe. Stąd było wielkie zaskoczenie, że przy urnach stanął w większość elektorat świadomy zababranego państwa, gospodarki i wielu innych rzeczy. I taki, który chciał elitom i establishmentowi wystawić rachunek za ujawniony bandytyzm, gangsterkę i inne draństwa. To właśnie było przyczyną tego zdębienia i osłupienia pryszczaterii, która nie mogła długo dojść do siebie i uwierzyć, że taka światła i obyta tak koncertowo dała ciała.

A co się stało przed 2007 i po 2005? Ano, ośrodki dyspozycyjne w mediach masowego ogłupiania i na Wiejskiej wydały błyskawicznie rozkaz przejścia do kontrataku. Zmasowania nagonki i hucpy na PiS i koalicjantów; robienia wewnątrz nich roboty odśrodkowej; błyskawicznego docierania do elektoratu najmniej doświadczonego i wyrobionego polityczne zaś najbardziej prymitywnego i infantylnego, który za pomocą różnych tricków socjotechnicznych, coraz bardziej nasilającej się akcji marketingowej (docierającej do najdalej wysuniętych części tego elektoratu), ogniskowania go w obrębie różnorakich imprez (przeważnie o charakterze masowym i konsumpcyjno-ideologicznym) musiał zostać jak najszybciej, najintensywniej i najwięcej przeciągnięty na stronę ancient regime’u. Chodziło o to, by wśród tego elektoratu wyzwolić totalną inercję, szczególnie żerując na świeżych 18-20.latkach bez kręgosłupa politycznego i wyrobienia światopoglądowego; bez znajomości procesów politycznych, historycznych, społecznych; podatnego na ogłupiającą propagandę antyrządowo-koalicyjną – a więc takiego, w którym można było wytworzyć odruch warunkowy reagowania na poszczególne osoby, grupy polityczne itp. Chodziło więc tutaj, by w zmasowany sposób sformatować jak najbardziej podatnego na sugestywny przekaz cyborga wyborczego, działającego podświadomie instynktownie wskutek zaprogramowanych w nim kodów znaczeń, klisz pojęciowych, sygnałów treściowych. Cyborga, który w danym momencie stadnie pójdzie do urn i mechanicznie dokona skreśleń na kartach wyborczych.

W gruncie rzeczy, po 2005 r. elity oraz establishment spostrzegły, że jedyną dla nich drogą ratunku jest wykreowanie sobie wielkiej quasi-sekciarskiej armii wyborczej. Jako doskonały materiał posłużyły tutaj nieopierzone nastolatki, w których perfidnie, cynicznie, z premedytacją i cwaniacko wykorzystano naturalny dla okresu adolescencji okres i mechanizm buntu przeciwko światu dorosłych. Podsunięto zatem im jako ich bezpośredniego wroga (reprezentującego ów świat dorosłych) właśnie te stare, wstrętne mohery, zniedołężniałe zgredy głosujące na PiS, LPR i Samoobronę, te dądrające i upierdliwe mohery tkwiące z przygłuchym uchem przy tym radioodbiorniku (jakby sama ta pryszczateria nie była kompatybilna z empetrójkami?), z którego rozlega się to zawodzenie tych kościelnych z Radia Maryja. Również innym wrogiem dla coraz bardziej panoszącej się pryszczaterii stali się bezrobotni, ci, którzy są za starzy, by się przekwalifikowywać oraz ci, którzy z różnych powodów nie są wystarczająco silni w walce konkurencyjnej. Innymi słowy za wroga tej pryszczaterii uczyniono tych, którzy w PiSie, LPRze i Samoobronie mieli jakieś oparcie, jakąś ochronę przed rozpasanym neoliberalizmem. Media masowego ogłupiania bezustannie wbijając klina pomiędzy tymi ludźmi a ich reprezentacjami partyjnymi dążyły do osłabienia bazy wyborczej tych ostatnich. A zatem, chodziło tutaj o sformowanie metodą intensywnie, ustawicznie, metodycznie uprawianych seansów prania mózgu coś na kształt sekty, która ruszy się ławą i zagłosuje przeciwko tych parszywym, wstrętnym i ohydnym moherom, stojącym na drodze rozkiełznanego, rozpasanego konsumpcjonizmu, hedonizmu, anarchii itd. itd.

I się ta ława ruszyła, zaś do dnia dzisiejszego straszy jak zombies.


Zaplątać się we własne nogi.

9 Luty 2010

Jest rok 2004. W kraju narasta coraz większy kryzys polityczny, gdyż rządzące ugrupowanie (SLD) zaczyna „konsumować owoce” rozlicznych afer, które coraz częściej zaczynają wybuchać. Zanim jednak do owej „konsumpcji” dochodzi, to rządząca ekipa jest po pierwszym ważniejszym kryzysie rządowym, tzn. po opuszczeniu w maju 2003 koalicji przez PSL. W I kwartale 2004 r. dochodzi do załamania gospodarczego, które stopniowo zaczyna tworzyć wir wciągający rządzący obóz w szereg chaotycznych działań. Jednym z nich jest, tzw. „plan Hausnera” przyjęty przez Radę Ministrów w dniu 27 stycznia. Plan ten zakładał reformę finansów publicznych, i jako całość nie został zrealizowany. W zasadzie, okazał się fiaskiem. Z miesiąca na miesiąc nastroje społeczne ulegają coraz wyraźniejszemu pogorszeniu. Rządząca ekipa zaczyna wpadać w bezwolny dryf. Dochodzi do tego również upadek żelaznego lewicowego mitu o jedności formacyjnej, gdy w marcu od SLD odłącza się część działaczy, powołując nową formację, z kolei, część innych odeszła do innego lewicowego ugrupowania, będącego opozycją pozaparlamentarną. Właściwie, aż do końca kadencji parlamentu na szczytach władzy dochodzi do degrengolady. Wzmacniało ją ponadto uruchomienie sejmowych komisji śledczych oraz brak wspólnego kandydata w zbliżających się wyborach prezydenckich. Poparcie dla głównej postkomunistycznej formacji w chwili oddawania władzy skurczyło się czterokrotnie. Jak nigdy wcześniej nie była ona tak osłabiona.

Tymczasem wraz z biegiem wydarzeń zmienia się sytuacja po stronie opozycji. Wyrosłe w 2001 r. dwie postsolidarnościowe „supernowe” (Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska) jak dwie dywizje posuwają się po coraz większych zgliszczach postkomunistycznej koalicji. Piszę „supernowe” w cudzysłowiu, gdyż tak naprawdę były to odrestaurowane partyjne „zabytki” takich formacji jak Porozumienie Centrum i Kongres Liberalno-Demokratyczny, względnie późniejszych Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności. Obok tych „supernowych” w siłę rosną pozostałe trzy mniejsze formacje (PSL, Samoobrona i LPR). Coraz bardziej zbliżały się dwa rozdania wyborcze, tj. parlamentarne i prezydenckie. Było jasne, że w obu rozdaniach całą wygraną zgarną PiS i Platforma, pozostawała tylko kwestia tego, na które z tych ugrupowań przypadnie większy udział w wygranej. Było również wiadome, że o ile w wyborach prezydenckich pozostałe trzy ugrupowania nie mają żadnych szans, to jednak należało się spodziewać, że w nowym parlamencie obejmą mandaty poselskie. Potwierdzeniem tego były I w Polsce wybory do Parlamentu Europejskiego (przeprowadzone na podobnych zasadach co do parlamentu krajowego), w których LPR osiągnęła drugi wynik po Platformie Obywatelskiej uzyskując 15,92 proc. głosów, z kolei Samoobrona – 10,78, zaś PSL – 6,34. Łącznie LPR i Samoobrona otrzymały 26,7 proc., natomiast PiS i Platforma – 36,77 proc. Biorąc pod uwagę bardzo niską frekwencję (ok. 21 proc. – ok. dwukrotnie niższą niż w wyborach do parlamentu krajowego w 2001 r.) wynik Ligii Polskich Rodzin i Samoobrony musiał dla elit i establishmentu być wyraźnym ostrzeżeniem, tym bardziej, że oba te ugrupowania łącznie w wyborach w 2001 r. uzyskały ok. 18 proc. poparcie (LPR – 7,87, Samoobrona – 10,20). Trzeba też zaznaczyć, że zarówno PiS jak i Platforma to ugrupowania wyrosłe na fundamencie elit i establishmentu III RP.

Elity i establishment zaskoczone utrzymującym się wysokim poparciem LPR’u i Samoobrony (szczególnie tej pierwszej) nagłośniły wcześniej pojawiające się poza głównym obiegiem hasło budowy, tzw. „IV RP”, która miała być zdecydowanym odcięciem się od błędów popełnionych zarówno przez koalicję AWS-UW jak i SLD-UP, przy jednoczesnym zachowaniu status quo zawierającym się w porozumieniach okrągłostołowych. Temu celowi służyć miało forsowanie pomysłu na koalicję programową Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości, która odwoływać się miała do całej postsolidarnościowej spuścizny po 1989 r. Czyż można było zakładać cokolwiek innego? Raczej nie. Głównymi konstruktorami rodzącego się PO-PiSu zostali liderzy obu ugrupowań, tj. Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Na rzecz tego projektu zaczęły pracować wszystkie najważniejsze w kraju ośrodki opiniotwórcze, których zadanie polegało na doprowadzeniu do zawarcia powyższej koalicji programowej oraz obsadzenie urzędu głowy państwa przez kandydata zbliżonego do elit i establishmentu III RP. Przypatrzmy się wobec tego, w jaki sposób na przestrzeni czasu, prezes Jarosław Kaczyński był temu projektowi wierny, i jak później, można powiedzieć, „zaplątał się we własne nogi”.

W wywiadzie udzielonym w dniu 04.02.2004 (Wywiad z Jarosławem Kaczyńskim) na pytanie, dlaczego w powszechnym odczuciu Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości są dla siebie naturalnymi koalicjantami? prezes Kaczyński odpowiada, Tak się ułożyła scena polityczna…. Zatem to, że pewne sprawy widzimy inaczej, nie zamyka nam drogi do koalicji…Nie oznacza to, byśmy odmawiali sojuszu z Platformą Obywatelską. Ale nasze partie są różne i społeczeństwo powinno o tym wiedzieć.

W innym z kolei (17.02.2004, Kaczyński: Postkomunizm w Polsce musi być odrzucony) na pytanie … Czy Prawo i Sprawiedliwość wolałoby w przyszłości tworzyć koalicję rządową z Platformą Obywatelską, czy szuka raczej innych sojuszników, takich jak Polskie Stronnictwo Ludowe czy Liga Polskich Rodzin? Kaczyński odpowiada kategorycznie Zdecydowanie odrzucam twierdzenie, że Platforma jest naszym głównym przeciwnikiem. … bardzo poważnie bierzemy pod uwagę sojusz z Platformą Obywatelską. Na temat z kolei przyszłości rządów Samoobrony stwierdza, … My nie mamy zamiaru uczestniczyć w rządach, po których 40 proc. uzyska już nie SLD, lecz Samoobrona. Bo to będzie tragedia narodowa. My walczymy teraz o to, by tragedii narodowej nie było…. Wypowiedź ta zapewne została przez Samoobronę odnotowana i uznana za nieprzyjazną wskazówkę na przyszłość, tym bardziej, że potwierdza to odpowiedź na kolejne pytanie Jakie są najważniejsze sprawy, które was łączą z Platformą Obywatelską?, odpowiada Nasze partie nie są takie same. Odwołują się do innych tradycji, są różne mentalnie. Dotychczas wydawało nam się, że łączy nas wola bardzo głębokiej przebudowy kraju, świadomość, że tak dalej polskich spraw prowadzić się nie da, a postkomunizm musi być w Polsce odrzucony w sposób możliwie radykalny. Proponujemy bardzo daleko idące zmiany. I mam wrażenie, że to jest sposób myślenia bardzo wielu znaczących postaci Platformy Obywatelskiej. Proszę zauważyć, że w kolejnym wywiadzie prezes Kaczyński wzmacnia wizję wspólnych rządów z Platformą.

Po zaskoczeniu, jakie przyniosły wybory do Parlamentu Europejskiego, w wywiadzie z 03.08.2004, (Wywiad z Jarosławem Kaczyńskim) na pytanie, Jeszcze jakiś czas temu wydawało się, że to właśnie PiS i PO kontrolują prawą stronę sceny politycznej i w przyszłości będą wspólnie tworzyć rząd. Nagle, jako jeden z głównych faworytów do zwycięstwa w przyszłych wyborach parlamentarnych pojawiła się LPR. Co się zmieniło? Kaczyński odpowiada: Liga buduje całą swoją tożsamość na stosunku do UE. Trudno jest teraz ocenić, czy mamy do czynienia z systematycznym wzrostem poparcia dla tego ugrupowanie, czy tylko jednorazowym sukcesem w wyborach do PE. Natomiast o ewentualnych koalicjach podyskutujemy dopiero po wyborach…. Nie sposób nie zauważyć, że Kaczyński już do drugiego ugrupowania podchodzi z dystansem, zaś Platformę Obywatelską mimo pewnych zgrzytów i nieporozumień w dalszym ciągu uznaje za głównego partnera koalicyjnego.

09.09.2004 (Jarosław Kaczyński w „Gościu Radia ZET”) Monika Olejnik pyta Kaczyńskiego: … Czy możliwy jest taki scenariusz: nasz prezydent, wasz premier, czyli wasz prezydent: Donald Tusk, a premier z Prawa i Sprawiedliwości? Na co uzyskuje odpowiedź Myślę, że tego rodzaju scenariusze należy rozważać po wyborach, przynajmniej tych parlamentarnych. Wtedy będzie do tego podstawa. Dzisiaj podstawą są sondaże, które dzisiaj nie dają większości tym dwóm partiom. Trzeba by szukać trzeciej. Zostańmy dlatego z tego rodzaju problemami do momentu, gdy nabiorą one charakteru praktycznego. Różne rzeczy są możliwe. Przy całym szacunku i wielkiej sympatii dla Donalda Tuska, także dla jego życiorysu, takiego bardzo konsekwentnego…

Monika Olejnik (29.03.2005, Prezes PiS Jarosław Kaczyński gościem Radia „Zet”) mniej więcej pół roku później wraca do sprawy kandydatury prezydenckiej i pyta Kaczyńskiego No właśnie, Donaldowi Tuskowi jest przykro, że nie ma wspólnego kandydata prawicy, że Lech Kaczyński tak się pospieszył i Donald Tusk mówi: trudno, będziemy stawali na polu bitwy. I słyszy w odpowiedzi: Wybaczy pani, ale tutaj mamy do czynienie z sytuacją dosyć trudną dla mnie, bo ja naprawdę dbam o to, żeby nasze stosunki z Platformą były dobre, ale tutaj już muszę powiedzieć o nadużyciu. Nigdy nie było żadnych rozmów, powtarzam, żadnych, niezależnie od tego, co wypisywała prasa na temat wspólnego kandydata. Nigdy nie toczyliśmy nawet na poziomie prywatnym tego rodzaju dyskusji. Jeżeli wybory będą we wrześniu, a wszystko na to wskazuje, to szanse na to, żeby byli wspólni kandydaci jest minimalna. Jeżeli Platforma Obywatelska chciałaby doprowadzić do wspólnego kandydata, to droga jest otwarta. Natomiast, tu używam cudzysłowu, „usprawiedliwiania” własnego kandydowania tym, że kandyduje ktoś inny, o kim wiadomo było, że będzie kandydować, to jest właśnie sposób uprawiania dyskursu politycznego może nie najlepszy. Prowadząca program dociska dalej: No to jaka to będzie koalicja, skoro już państwo się kłócą ? Zaś Kaczyński odpowiada: Pani redaktor, AWS kłócił się z Unią Wolności niezwykle intensywnie w czasie kampanii, panowie Balcerowicz i Krzaklewski sobie wręcz wymyślali i to w taki bardzo agresywny sposób, a potem zawiązali koalicje, to po pierwsze. Przypominając historię AWS-UW, w kontekście powyborczych rozstrzygnięć, Kaczyński wkłada naładowaną broń do ręki Lepperowi i Giertychowi. Olejnik zaostrzając atmosferę stwierdza: A po drugie, Jan Rokita jest tak radykalny, że nie różnią się państwo od siebie. Kaczyński wyczuwając pułapkę odpowiada: My ze sobą nie walczymy, a już na pewno ja tej walki nie chce prowadzić. To, że wysunęliśmy kandydata, to nie jest żaden akt walki z PO. Natomiast ja z niepokojem obserwuje to, co się dzieje w znacznej części mediów, gdzie się pewne rzeczy próbuje wmawiać, właśnie budować tą wojnę, twierdzić, że Lech Kaczyński uważa, że jego głównym przeciwnikiem jest Donald Tusk, to jest wszystko całkowite kłamstwo. Krótko mówiąc, nie ma żadnej politycznej wojny, a jest normalna polityczna konkurencja.

Na trzy miesiące przed wyborami parlamentarnymi (13.06.2005, Lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński gościem Moniki Olejnik w Radiu ZET) Jarosław Kaczyński słusznie przewiduje mówiąc, że: … jest prawdopodobne, że Lech Kaczyński zostanie prezydentem, a my wygramy, albo przynajmniej zremisujemy wybory parlamentarne z Platformą.

Pomiędzy przyszłymi koalicjantami dochodzi jednak do nasilających się konfliktów w toku kampanii wyborczej, co zaczyna niepokoić elity i establishment III RP, czego wyrazem może być dociskanie obu liderów przez Monikę Olejnik (28.06.2005, Prezes PiS Jarosław Kaczyński oraz Donald Tusk byli gośćmi Moniki Olejnik w programie “Prosto w oczy”):  … Do tej pory się wydawało, że Platforma i PiS to są zgodni koalicjanci, a tymczasem Panów drogi zaczynają się rozchodzić. Ostatnio Platforma Obywatelska mówiła, że PiS recydywę socjalizmu narzuca, kaganiec obywatelom, zatrzymuje inwestycje w mieście Lech Kaczyński i tak dalej, i tak dalej. Lider PiSu czując słabszą pozycję w oczach elektoratu dokonuje samowzmocnienia stwierdzając, że Jarosław Kaczyński My to przyjmujemy z wielkim bólem i zaskoczeniem, chociaż wiemy o co chodzi. Chodzi o to, żeby przejąć ten elektorat, który się PiS-u boi. Który uważa, że rządy PiS-u będą czymś strasznym, przy czym z jednej strony – są to ludzie zdezorientowani, którym wmówiono, że PiS chce ograniczać demokrację. Chce wprowadzać kaczyzm lub zgoła faszyzm, etc., etc. Prowadząca program to dostrzega i w obecności drugiego politycznego partnera postanawia go skonfrontować: Tak… Czy to Platforma Obywatelska mówi? Jarosław Kaczyński zauważa tę konfrontację, czego rezultatem jest wycofanie się na pozycje obronne: Nie, nie. Tego nie mówi. Ale z drugiej strony, są to ludzie, którzy boją się normalnie funkcjonującego państwa, normalnej demokracji. Boją się dlatego, że znakomicie się czują w tej patologii, która funkcjonuje dzisiaj. I odwoływanie się do nich jest pewnym chwytem wyborczym. Ale muszę się przyznać, że jestem tym jednak zaskoczony, ale rozumiem motywy i uważam, że jest to podejście niesłychane, wręcz ryzykowne z punktu widzenie Polski, rządzenia. To może prowadzić, nawet w sposób niezmierzony do takiej eskalacji konfliktu, mimo że my naprawdę zachowujemy się skrajnie wstrzemięźliwie i próbujemy nie odpowiadać na te ataki i później będą różnego rodzaju kłopoty…. Na uwagę zasługuje wzmianka o patologii, gdyż użycie jej służy wzmocnieniu pozycji Kaczyńskiego w swoim naturalnym elektoracie oraz ruch w stronę elektoratów Ligi i Samoobrony wyczulonych na patologie III RP.

W trakcie kampanii wyborczej pomiędzy przyszłymi koalicjantami dochodzi do bardzo poważnego konfliktu na tle relacji Platformy ze środowiskiem postkomunistów. W wywiadzie z dnia 05.09.2005, (Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński gościem Krzysztofa Grzesiowskiego w „Sygnałach dnia”) prezes Kaczyński zapytany przez prowadzącego program: Panie prezesie, dwadzieścia dni do wyborów, a tymczasem pan domaga się odpowiedzi na pytanie, czy rzeczywiście z Platformą Obywatelską można Polskę przebudować. odpowiada: Uzyskaliśmy wczoraj, przedwczoraj informację dość z naszego punktu widzenia i sądzę, że to jest z punktu widzenia także wielu innych bulwersującą, mianowicie okazuje się, że polityk Platformy Obywatelskiej jest jednocześnie doradcą pana Barcikowskiego, szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. I ja chciałem powiedzieć tyle – my nie zgadzamy się na taką sytuację, którą można porównać z tą, która swego czasu miała miejsce, tylko w innej sferze życia. Otóż AWS był w Sojuszu z Unią Demokratyczną, ale jednocześnie Unia Demokratyczna w telewizji, w Radzie Radiofonii i Telewizji była w sojuszu z SLD. Otóż my się – jeszcze raz powtarzam – nie zgadzamy na to, żeby być w Sojuszu z Platformą Obywatelską, ale w służbach specjalnych Platforma Obywatelska ma być też w Sojuszu z SLD, no bo pan Barcikowski jest przecież w oczywisty sposób przedstawicielem SLD i trudno sądzić, żeby jego doradcy to byli ludzie, którzy są tam zupełnie przypadkowo. To dla nas jest rzecz niesłychanie istotna z tego względu, że sprawa służb specjalnych to jest jedna z podstawowych spraw, które trzeba załatwić, jeżeli polskie państwo ma być naprawdę przebudowane, jeżeli różnego rodzaju patologiczne, więcej – skrajnie patologiczne mechanizmy naszego życia publicznego, ale także i gospodarczego mają być zlikwidowane. Stąd to publicznie zadane pytanie i stąd wielka waga, jaką do tej kwestii przywiązujemy. Prowadzący zadaje więc pytania precyzujące: Musimy wiedzieć, jakie są związki między Platformą a służbami specjalnymi? To pan ma na myśli? W zamian dostaje odpowiedź: Nie, poprzedziło to pytanie złożenie przeze mnie bardzo wyraźnej deklaracji, że my tego sojuszu chcemy i że ten sojusz musi powstać. Tutaj prezes Kaczyński wykazuje determinację do powołania koalicji pomiędzy PiS’em a Platformą.

Na pięć dni przed wyborami parlamentarnymi Monika Olejnik (20.09.2005, Lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński gościem Moniki Olejnik w Radiu ZET) szuka wspólnej płaszczyzny porozumienia pomiędzy oboma ugrupowaniami: Ja się tak zastanawiam, co łączy Prawo i Sprawiedliwość z Platformą Obywatelską, bo tak: państwo są za wolniejsza prywatyzacją, Platforma za szybką prywatyzacją, Platforma jest za likwidacją Senatu, państwo przeciwko likwidacji Senatu, PiS jest za likwidacją Rady Polityki Pieniężnej, a Platforma za utrzymaniem rady Polityki Pieniężnej, tam są podatki “3 x 15”, tutaj inne progi podatkowe. To co was łączy właściwie? I ją znajduje (Jarosław Kaczyński): Łączy nas wola naprawy Rzeczpospolitej, to jest bardzo, bardzo ważne, natomiast różnimy się w różnych sprawach charakterze szczegółowym. Chociaż sprawa podatków już jest ważna, bo to jest cała koncepcja społeczeństwa – solidarne, albo takie skrajnie liberalne, gdzie najubożsi tracą, a ci bogatsi zyskują. Mimo istotnych różnic jej rozmówca dąży do rozwiązania koalicyjnego z partią mającą odmienne wizje systemowe.

Niedługo po tym Kaczyński (22.09.2005, Lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński i Przewodniczący SLD Wojciech Olejniczak gośćmi Krzysztofa Grzesiowskiego w „Debacie przedwyborczej” w Polskim Radiu) precyzuje, który program wyborczy będzie miał pierwszeństwo w realizacji, gdy PiS i Platforma będą miały zbliżony wynik wyborczy: …a druga strona będzie mogła co najwyżej zaprotestować, jeżeliby znalazła tam jakieś osoby całkowicie nie do zaakceptowania, to to rzeczywiście jest niedobre, tyle tylko, że to w żadnym razie nie pada z naszej strony. My przecież mówimy, że będzie tak jak jest normalnie w europejskich demokracjach i nie tylko europejskich. Jeżeli dwie partie mają rządzić, mają zbliżone wyniki, to podejmują rokowania, ustalają skład rządu i szukają jakiegoś kompromisu programowego. I to jest jedyne wyjście, które jest uczciwe wobec wyborców, bo w przeciwnym razie to byłoby tak, że wyborcy PiS (a program nasz rzeczywiście się różni pod niejednym względem od programu PO) w istocie głosowaliby na PO, jeśli na PO padnie, nie wiem… tysiąc pięćset głosów więcej niż na PiS. To jest coś, co jest całkowicie sprzeczne z zasadami demokracji i w związku z tym na to my się nie zgadzamy i proszę nam tego rodzaju myślenia nie przypisywać, bo my tak nie myślimy. Jeżeli z kolei my wygramy i to nawet więcej niż o tysiąc pięćset głosów, to na pewno będziemy z Platformą Obywatelską dyskutować i będziemy dążyć do takiego programu, który będzie odnosił się jakoś także do elektoratu Platformy Obywatelskiej.

W tym samym dniu, w innej stacji radiowej (22.09.2005, Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński gościem w Kontrwywiadzie Kamila Durczoka w RMF FM), Jarosław Kaczyński słyszy pytanie: Jarosław Kaczyński premierem, Roman Giertych wicepremierem, Andrzej Lepper ministrem rolnictwa. Dopuszcza pan taki rząd? Można je interpretować jako sprawdzenie determinacji Kaczyńskiego do zawarcia koalicji z Platformą. Lider PiS’u odpowiada: To są te objawy zdenerwowania naszych kolegów. Oni świetnie wiedzą, że taki rząd nie może powstać. To PO prowadziła rozmowy z LPR w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, po wyborach europejskich. My żadnych rozmów nie prowadziliśmy z LPR. Byliśmy także równie mocno atakowani przez Samoobronę jak PO, a w konkurencji personalnej ja wygrałbym – byłem nieustannym bohaterem różnych pomówień i wściekłych ataków. PO – PiS to jest jedyna w tej chwili realna koalicja. Na uwagę zasługuje użycie sformułowania „w tej chwili”, w którym zawiera się istnienie jakiejś innej alternatywy.

Tuż przed ciszą wyborczą (23.09.2005, Jarosław Kaczyński gościem Jolanty Pieńkowskiej w “Salonie politycznym” Trójki) Jarosław Kaczyński rozgrywa ostatnie rozdanie, gdy po stwierdzeniu: No tak, ale jak słucham pana teraz to tak sobie nie bardzo wyobrażam, że państwo w poniedziałek po wyborach usiądziecie wspólnie do stołu i będziecie rozmawiać jak stworzyć wspólny rząd. odpowiada: Proszę się nie obawiać, proszę sobie przypomnieć to co się działo między AWS-em, a Unią Wolności, w 97 roku działy się rzeczy bardziej drastyczne, a mimo wszystko się porozumiano. Red. Pieńkowska szukając zapewnienia wzmacnia wizję przyszłego rządu PiS’u i Platformy w pytaniu: Czyli pan to sobie wyobraża, że usiądzie pan z Janem Rokitą i Donaldem Tuskiem i z uśmiechem podacie sobie ręce i będziecie prowadzić merytoryczną dyskusję o przyszłym rządzie?, by uzyskać zadowalającą elity i establishment III RP odpowiedź: Ale oczywiście, że sobie wyobrażam ja nie wiem czy pani zadaje takie pytania także w drugą stronę, bo to byłoby jak sądzę zupełnie uzasadnione.

Skoro Jarosław Kaczyński czuł tak wielką potrzebę utworzenia z PO koalicji rządowej, to ani Liga ani tym bardziej Samoobrona (uznająca, że PiS i Platforma są tymi samymi AWS’em i Unią Wolności) nie zamierzały PiSowi rozwiewać marzeń o takim rozstrzygnięciu. Łączny ich wynik w wyborach wyniósł 19,38 proc., co zostało przez nie uznane za potwierdzenie woli wyborców wyrażonej w wyborach do Parlamentu Europejskiego, biorąc poprawkę na większą popularność wyborów do parlamentu krajowego oraz zmasowaną przeciwko nim kampanię negatywną. Liga otrzymała porównywalną ilość głosów w liczbach bezwzględnych (ok. 940 tys. wobec ok. 970 tys. w wyborach do Parlamentu Europejskiego), ogromnym zaś zaskoczeniem był ponad dwukrotny wzrost liczby głosów na Samoobronę (ok. 1,3 mln wobec ok. 660 tys.). Wydawałoby się, że Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska uzyskujące łącznie 62,6 proc. mandatów w Sejmie szybko zawrą koalicję zgodnie z deklaracjami przedwyborczymi obu formacji. Rzeczywiście, zgodnie z tym, co Jarosław Kaczyński odpowiedział red. Pieńkowskiej, cztery dni po wyborach doszło do I rundy rozmów. Runda ta skończyła się fiaskiem. Kolejne rozmowy obu niedoszłych koalicjantów coraz bardziej grzęzły, aż do 31 października.

Skąd się wziął impas w rokowaniach pomiędzy PiSem a Platformą. Były tego właściwie trzy przyczyny. Pierwsza polegała na tym, że Jarosław Kaczyński ogromnie pragnął prezydentury dla swojego brata. By to osiągnąć, to musiał mieć głosy całego narodowo-katolickiego elektoratu, który w dużym stopniu znajdował się w elektoracie Ligii oraz Samoobrony. Elektoraty te bardzo uważnie obserwowały poczynania Jarosława Kaczyńskiego i nie zamierzały poprzeć kandydata, który firmowałby swoim nazwiskiem zawieranie koalicji z ugrupowaniem o inklinacjach liberalnych i kojarzonego z, tzw. „aferałami”. Jarosław Kaczyński dostał tutaj wyraźne ostrzeżenie w postaci wyników I tury (9 października) wyborów, gdy jego brat otrzymał 33.10 proc. głosów zaś jego konkurent – 36.33 proc. Lider PiS’u wiedział więc, że zawarcie koalicji z Platformą może kosztować głosy tej części elektoratu, która była jakby „dopełnieniem” do głosów pochodzących spośród wyborców PiS’u. Kaczyński nie mógł zlekceważyć ponad miliona głosów elektoratu Samoobrony i ponad pół miliona Ligii. Drugą przyczyną była ogromna porażka wizerunkowa Donalda Tuska w II turze (23 października) wyborów prezydenckich, którą względem Lecha Kaczyńskiego przegrał stosunkiem ok. 8 pkt. proc. To niewątpliwie osłabiło jego pozycję negocjacyjną oraz spowodowało rozprzężenie w jego sztabie. Trzecim powodem było wysunięcie podczas rokowań przez Platformę żądań niewspółmiernych do jej pozycji negocjacyjnej. Coraz szybciej również ubiegał czas, w którym prezydent powinien powołać nowego premiera wraz z gabinetem. Konieczne to było m.in. po to, by móc rozpocząć prace nad budżetem na rok następny. W efekcie tej wojny nerwów rokowania koalicyjne zakończyły się fiaskiem.

W tym samym czasie LPR (w dniu 5 października) wystąpiła z apelem do PSL’u i Samoobrony o ustosunkowanie się do propozycji programowych LPR i propozycję poparcia dla tworzącego się rządu PiS. (List Romana Giertycha do PSL i Samoobrony) Z kolei kilka dni wcześniej Andrzej Lepper w wywiadzie radiowym (Prawo i Sprawiedliwość nie ma wyjścia) powiedział, że: … PiS innego wyjścia nie ma, jak tylko spotkać się z Ligą, z PSL-em i zadbać o poparcie naszej partii… Mimo zgłaszanych zastrzeżeń Liga oraz Samoobrona ostatecznie poparły mniejszościowy rząd Kazimierza Marcinkiewicza. Tuż po jego udzieleniu obie formacje zgłosiły swój akces do rządu, uznając, że koncepcja utworzenia koalicji pomiędzy PiS’em a Platformą ostatecznie upadła, zaś popierany przez nich prezydent-elekt będzie gwarantem stabilności szerokiego gabinetu koalicyjnego realizującego zbliżony program wyborczy trzech ugrupowań. Taka konstelacja mogła być istotnie silna od dnia zaprzysiężenia brata prezesa PiSu na urząd prezydenta. W ostateczności Jarosławowi Kaczyńskiemu brakowało min. 77 mandatów do bezwzględnej większości. Nie chcąc ich ze strony LPR’u i Samoobrony mógł mieć ich nadwyżkę w liczbie 57 ze strony Platformy.

Niestety, lecz szybko te „klocki” zaczęły się rozsypywać. We wpisie pt. Gdy słabszy pokonuje silniejszego – paradoks, napisałem, że: fiasko rozmów koalicyjnych z Platformą Obywatelską było dla Jarosława Kaczyńskiego tym samym, czym dla gen. Douglas’a MacArthur’a było przełamanie frontu na Półwyspie Koreańskim w, tzw. „worku pasuańskim”. Platforma i jej sojusznicy zostali zmuszeni do odwrotu. Jarosław Kaczyński miał oczyszczone przedpole. Myślę, że stosując tutaj umiejętną taktykę udało się jemu zdobyć pozycję do rozwinięcia kontrataku, by idąc jak VIII Armia Stanów Zjednoczonych, gen. Douglas’a McArthur’a, wspomagana wojskami południowokoreańskimi nacierać na, tzw. „obóz III RP”. Kaczyński jednak inaczej niż ów amerykański generał pragnął przekroczyć „38. równoleżnik”, tj. pokonać Układ, szarą sieć, zielony stolik, sam posuwając się po niebywale trudnym terenie. Tutaj go czekały niemiłe niespodzianki. Co tak naprawdę zdecydowało o tym, że rozwijająca się kontrofensywa Kaczyńskiego zamieniła się w działania defensywne?

Pewien rys tego daje porównanie do działań wojennych, które miały miejsce podczas wojny koreańskiej od momentu zajęcia praktycznie rzecz biorąc całej Korei przez aliantów. Doskonały tego opis przedstawia M. Jabłoński, „Zapomniana Wojna. Konflikt koreański w latach 1950-1953”. Czytamy w nim, że: (…) ONZ podobnie jak Truman i Połączony Komitet Szefów Sztabów uległy euforii. Powszechnie wierzono, że kraj zostanie zjednoczony. Spektakularny sukces Inczon zdawał się nie mieć końca. (…) Wszystko wskazywało na to że „chłopcy wrócą do domu na Gwiazdkę”. Doskonale zapowiadająca się ofensywa nagle zamieniła się w klęskę. (…) Wina spoczywa tu przede wszystkim na dowódcy w polu – Walkerze, ale i w pewnej mierze na Mac Arthurze. Jednakże zmiana pogody nie wyjaśnia wszystkiego, a złe warunki mogły żołnierzy alianckich bardziej motywować. Zaskoczenie atakiem chińskim wynikało z błędnych ocen popełnionych zarówno przez polityków (Truman), jak wojskowych (Mac Arthur, Bradley). Nie doceniali oni wojowniczości przywódców chińskich – Mao i Czou En Laia – dążących do „niesienia światła rewolucji innym ludom Azji” (równolegle próbowali to robić w Wietnamie). (…) 1 października Mao oświadczył, że „Chiny wesprą zagrożoną agresją KRLD”. Alianci zignorowali te groźby choć były one przedmiotem spotkania między Trumanem, a Mac Arthurem na Wake 15 października 1950 r. Mac Arthur zapewnił Trumana, że groźby Chińczyków to blef. Truman skwapliwie uwierzył. Później krytycy generała zarzucali mu, że wprowadził prezydenta w błąd. Nie była to prawda. Mac Arthur po prostu sam nie wierzył, że odpowiednie skoncentrowanie oddziałów przed zniszczeniem armii Północny jest możliwe. Nie docenił mobilizacji Chińczyków i ich umiejętności walki przy minimalnym zaopatrzeniu (wojskowi alianccy, a zwłaszcza amerykańscy, nie doceniali wytrwałości chińskiego żołnierza i możliwości walki w skrajnie ekstremalnych warunkach, przy minimalnym zaopatrzeniu i bez większości dóbr, których dostępność żołnierze amerykańscy uważali za nieodzowną dla egzystencji). Wydaje się, że podobnie, jak McArthur, postąpił Kaczyński. Kiedy już zdał sobie sprawę, że bez wsparcia Ligi i Samoobrony („Pakt Stabilizacyjny”, a później koalicja) nie będzie mógł zwyciężać, to było już zdecydowanie za późno na to, by się mógł przygotować na kontrofensywę Układu, Salonu etc. etc. Zresztą można było odnieść wrażenie, że takiej kontrofensywy się nie spodziewa.

Właściwie, po co ja o tym wszystkim piszę? Otóż dlatego, by podkreślić, że Jarosław Kaczyński, jeśli kiedykolwiek odniesie znaczące zwycięstwo, to będzie musiał, chcąc realizować swoje wizje polityczne, bądź to czynić własną silną armią. O co może być trudno. Bądź też w ramach silniejszej koalicji z jakimś podmiotem bądź podmiotami. O co będzie chyba jeszcze trudniej. I albo to się dla niego skończy tak jak “Operacja Glory” w wojnie koreańskiej, albo jak “Kampania Ho Chi Minh’a” w wojnie wietnamskiej.


Gdy słabszy pokonuje silniejszego – paradoks

4 Luty 2010

Wpis ten poświęcam krótkiej analizie taktyk, które w latach 2005-07 zastosował Jarosław Kaczyński, porównując je do wojen koreańskiej i wietnamskiej. Zastrzegam od razu, że zastosowane przeze mnie analogie należy odczytywać jako osadzone na dość wysokim stopniu ogólności (i uproszczeń) jak również zachowując stosowne proporcje. Moim celem jest pokazanie działania pewnych mechanizmów.

Pamiętacie może Państwo wojnę wietnamską? Trwała ona osiem lat i zakończyła się miażdżącym sukcesem sił komunistycznych. Stosunek sił koalicji antykomunistycznej do komunistycznej wynosił ok. 2:1. Obie strony używały jednak innych rodzajów broni i zbliżoną taktykę. Koalicja antykomunistyczna, w której siły amerykańskie stanowiły ok. 46 proc., w przeważającym stopniu opierała się na dominacji w powietrzu i przytłaczającej sile ognia (w której zaangażowane były siły pancerne i artyleria) pozwalającej na przeprowadzanie operacji typu „znajdź i zniszcz” (search and destroy). Zastosowana przez amerykańskie oddziały taktyka była oparta na bazie doświadczeń z II w. św. i polegała na zasadzie „wyczyść i utrzymaj” (clear and hold) lub „wyczyść i zabezpiecz” (clear and secure). Działaniami wspomagającymi ją było odcinanie dostaw zaopatrzenia zarówno drogami morską jak i lądową dla sił koalicji komunistycznej. O co chodziło w taktyce „wyczyść i utrzymaj” (względnie – „wyczyść i zabezpiecz”)? W pierwszym rzędzie celem podstawowym było sparaliżowanie wroga w efekcie pozbawienia go centrów dowodzenia i łączności, sprzętu, amunicji, żywności, paliwa, logistyki oraz pozostałych środków potrzebnych do walki. Następnie, chodziło o racjonalne wykorzystywanie środków własnych. Dalej, taktyka taka miała ograniczać straty ludzkie i materialne wśród ludności cywilnej. Miała ona także na celu utrzymanie zdobytej pozycji aż do wzmocnienia jej przez posiłki. Trzeba dodać, że Amerykanie mieli olbrzymie problemy w walkach z oddziałami partyzanckimi (wspomaganymi regularnymi armiami chińską i sowiecką), gdyż te doskonale ukrywały się w dżungli i terenach górskich. Z kolei strona komunistyczna podczas przeprowadzania zmasowanych ataków wykorzystywała przeważnie konwencjonalne związki operacyjne (głównie piechotę wspieraną przez wojska pancerne i artylerię), zaś w działaniach zaczepno-dywersyjnych, oddziały partyzanckie. Cóż było takiego decydującego, jeśli chodzi o zwycięstwo w tej wojnie? Innymi słowy, co spowodowało, że siły relatywnie słabsze (liczebnie i technicznie) wojnę tą ostatecznie wygrały. Zadecydowały tutaj dwa czynniki. Pierwszy, to niezwykle trudny dla antykomunistycznych sił teren (dżungla, mokradła, wąwozy, tereny górzyste) zaś drugi, to wciągnięcie ich w wyczerpujące kampanie pochłaniające ogromną masę zasobów (ludzkich, uzbrojenia, aprowizacji itp.). Jedno i drugie spowodowało załamanie morale, szczególnie wśród wojsk amerykańskich, ich kryminalizację oraz ogólnie obniżenie się wartości bojowej. Ostatecznie przewaga amerykańska zaczęła się załamywać kiedy siły komunistyczne w ostatnim dniu stycznia 1968 r. rozwinęły, tzw. „Ofensywę Tet” (genialny jej opis znajduje się tutaj).

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Otóż panuje powszechne przekonanie wśród PiSu i jego sympatyków, że przegrana w 2007 r. była rezultatem zmasowanego ataku całego „Salonu” na „obóz IV RP” w ogóle, zaś na PiS w szczególności. Jeśliby zatem miało tak być, to patrząc przez pryzmat wojny wietnamskiej, siły dowodzone przez gen. Frederick’a Carlton’a Weyand’a (ostatniego dowódcę wojsk amerykańskich) i gen. Duong’a Van Minh’a (dowódcę wojsk Wietnamu Południowego, w takich warunkach nie miałyby żadnych trudności w pokonaniu Vietcongu. Były bowiem dwukrotnie większe. Innymi słowy, taktyka „wszystkie ręce na pokład” w tym przypadku zadziałałby „bez pudła”. Stało się jednak coś, czego Jarosław Kaczyński nie kalkulował. Przeciągając bowiem kryzys polityczny w latach 2005-07 zamiast postąpić jak siła stosunkowo słabsza (tj. prowadzić walkę taką, jaką prowadził Vietcong) eskalował konflikt z pozycji strony silniejszej, chyba że w istocie taką posiadał. Jednocześnie, w trakcie dwuletniej kampanii zmienił taktykę w warunkach permanentnej walki. Zmiana ta, moim zdaniem, nastąpiła w chwili, kiedy objął tekę premiera. Od tej pory, jak sądzę, przeciwko niemu, jego bratu oraz PiSowi wrogie siły rozwinęły kontrofensywę, którą stosując właściwe proporcje można by porównać właśnie do „ofensywy Tet”. Kontrofensywa rozpoczęła się wraz z zapoczątkowaniem rządowych prac nad budżetem na rok 2007. Na czym mniej więcej polegała jego taktyka w okresie wcześniejszym? Odwołajmy się w związku z tym do doświadczeń wojny koreańskiej.

Wojna ta (wcześniejsza niż wietnamska) trwała krócej (3 lata) niż tamta. W istocie skończyła się zwycięstwem koalicji antykomunistycznej. Stosunek obu walczących stron był wyrównany i wynosił 1:1. Również, jak w przypadku wojny następnej, obie strony używały innych rodzajów broni oraz taktyki. Wojska koalicji antykomunistycznej oparły się na siłach szybkiego reagowania (marines) wspomaganych lotnictwem i marynarką wojenną. Z kolei, koalicji komunistycznej, w przeważającym stopniu używały piechoty, wojsk pancernych oraz oddziałów partyzanckich. Wojna koreańska toczyła się w podobnych warunkach terenowych co późniejsza, wietnamska. Jednak, inaczej niż w tym ostatnim przypadku, nie stanowiło to większej przeszkody dla sił koalicji antykomunistycznej, mimo że warunki terenowe przemawiały na korzyść wojsk koalicji komunistycznej. Dlaczego tak było w tym przypadku oraz co zdecydowało o zwycięstwie sił koalicji antykomunistycznej. Tym czymś była taktyka. Chociaż podobnie, jak w przypadku wojny wietnamskiej, siły komunistyczne stosowały zbliżoną taktykę (ataki dokonywane przez oddziały partyzanckie, wspierane wojskami sił sprzymierzonych), to ich wróg stosował taktykę o wiele racjonalniejszą. Mianowicie, m.in. polegało to na tym, że na podstawie uzyskiwanych (od miejscowej ludności koreańskiej) informacji wywiadowczych o lokalizacji newralgicznych (centra dowodzenia i łączności, magazyny uzbrojenia, amunicji, żywności itp., szpitale polowe itp.) punktów wroga planowano trójfazowe w nich uderzenia. Uderzenia takie wyglądały w ten sposób, że nad wytyczone miejsca nadlatywały dwie-trzy eskadry (tzw. kontroli taktycznej) szybkich i zwrotnych samolotów, które racami świetlnymi zaznaczały miejsca bombardowania. Taka operacja polegała na „cętkowaniu” albo inaczej – „oznaczaniu wroga” (spotting enemy). Tuż po zakończeniu oznaczania, rozpoczynała się faza II, tzn. nad wyznaczone miejsca nadlatywały eskadry bombowców, które dokonywały precyzyjnego bombardowania. Po tym następowała faza trzecia, tj. zajęcie zbombardowanego miejsca przez pluton wojsk marines.

Skrótowo przytaczam opis wojny koreańskiej, gdyż chcę pokazać, że przyjęta do lipca 2006 r. taktyka przez Jarosława Kaczyńskiego korzystała z tej, którą oddziały amerykańskie stosowały podczas tej wojny. „Interweniując” w 2005 r., w postaci nieznacznie wygranych wyborów parlamentarnych i wyraźnie wygranych prezydenckich, Jarosław Kaczyński wszedł, w obszar toczącego się konfliktu (bądź inaczej serii konfliktów) na krajowej scenie politycznej, ze sporymi siłami, doświadczonymi we wcześniejszych starciach, dowodzonymi przez doświadczonych dowódców liniowych, korzystając z dosyć sporego poparcia opinii publicznej (wyborców), podobnie jak siły koalicji antykomunistycznej podczas wojny w Korei były wspierane przez ludność cywilną. Dodatkowo jego siła uległa wzmocnieniu wskutek „zajęcia” przez jego brata tak poważnego „terytorium”, jakim jest Pałac Prezydencki. Można powiedzieć, że fiasko rozmów koalicyjnych z Platformą Obywatelską było dla Jarosława Kaczyńskiego tym samym, czym dla gen. Douglas’a MacArthur’a było przełamanie frontu na Półwyspie Koreańskim w, tzw. „worku pasuańskim”. Platforma i jej sojusznicy zostali zmuszeni do odwrotu. Jarosław Kaczyński miał oczyszczone przedpole.

W trakcie przełamywania owego „frontu” Jarosław Kaczyński zdecydował o wyznaczeniu Kazimierza Marcinkiewicza na pozycję, którą można porównać do głównodowodzącego operacyjno-taktycznych sił zbrojnych w obszarze działań wojennych. Sam zaś Jarosław Kaczyński zajął (jako szef partii) pozycję, można tak powiedzieć, szefa sztabu połączonych sztabów. Można bowiem sobie tak to określić, iż szef partii obejmującej stery władzy posiada taką mniej więcej pozycję, która umożliwia mu przede wszystkim planowanie i działania strategiczne, zaś pozostałe (tzn. taktyczne i operacyjne) niejako ceduje na pozostałe ośrodki dowodzenia w dalszym ciągu kontrolując ich wykonywanie. I tak premier, z poręki szefa takiej partii, zajmuje pozycję niejako głównodowodzącego sił operacyjno-taktycznych, podobnie jak pozostali szefowie stojący na czele pozostałych ośrodków „politycznego” dowodzenia (tzn. sejm i senat). Prezes Kaczyński miał wobec tego, jako zajmujący najważniejszą strategicznie pozycję „szefa sztabu połączonych sztabów” zdolność oddziaływania na inne ośrodki „dowodzenia”. Z tej pozycji mógł planować posunięcia strategiczne. Jednym z nich, moim zdaniem kluczowych, była zastosowana przez niego w tym okresie koncepcja działań o charakterze „znaczenia wroga” (jego „cętkowania”). W tym sensie, tak kształtował linię frontu, by dysponując różnymi siłami wbijać się jak najgłębiej w terytorium wroga. Z tym oczywiście, że jego ciosy nie były chaotyczne. Wiedział bowiem, gdzie znajdują się owe „pięty achillesowe” wroga, i na nich się koncentrował. Tak było w przypadku przejęcia kontroli nad Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, Instytutem Pamięci Narodowej, Narodowym Bankiem Polskim (i nadzorem nad systemem finansowym), służbami specjalnymi, Krajową Radą Sądownictwa, służbą cywilną itp. instytucjami. Wiedział doskonale, że to są newralgiczne miejsca, nad którymi trzeba przejąć kontrolę, względnie je „zneutralizować”, by osiągnąć trwałą przewagę strategiczną i zmusić wroga do wycofywania się i działań defensywnych. Tutaj, na tym polu, Jarosław Kaczyński odnosił sukces za sukcesem. Przypominało to bowiem działania wojsk amerykańskich w wojnie koreańskiej.

Załamanie moim zdaniem przyszło wtedy, kiedy Jarosław Kaczyński postanowił objąć pozycję „głównodowodzącego sił operacyjno-taktycznych” pozostając równocześnie „szefem sztabu połączonych sztabów”, jak również zmieniając charakter prowadzonych działań wojennych.

W pierwszym przypadku zajęty był jednocześnie planowaniem i realizowaniem działań strategicznych jak również operacyjno-taktycznych na frontowym polu dowodzenia. Obie te rzeczy zaczęły kolidować z działaniami pozostałych ośrodków dowodzenia (sejm, senat), nad którymi zaczął stopniowo tracić kontrolę. W konsekwencji pojawiać się zaczęły coraz poważniejsze konflikty pomiędzy tymi ośrodkami, których rezultatem była desynchronizonicja z działaniami o charakterze strategicznym. Z jednej bowiem strony Jarosław Kaczyński, jako szef rządu, występował wobec tamtych jako równorzędny głównodowodzący, z drugiej zaś, jako ten, który oddziałuje na tamte z pozycji głównego stratega. Doprowadziło to z czasem do „wymieszania się” niejako tych dwóch sfer dowodzenia i coraz szybszą utratę przez Jarosława Kaczyńskiego sterowności nad nimi. W efekcie tego Jarosław Kaczyński to, co należało traktować i interpretować, jako posiadające znaczenie zaledwie taktyczne (względnie operacyjne), zaczął interpretować jako posiadające charakter strategiczny, i na odwrót. Przykładem niech będzie słynny konflikt ze średnim personelem medycznym („białe miasteczko”), który, moim zdaniem, został przez Jarosława Kaczyńskiego źle oceniony. Personel ten, choć strategicznie wspierany przez siły wrogie rządowi Kaczyńskiego, wszedł z nim w konflikt, który cechował się „lokalnym”, taktycznym charakterem i można do porównać do zatargu wywołanego przez niewielki liczebnie oddział partyzancki. To właściwie był kolejny takiego typu konflikt, który personel ten ma z każdą ekipą rządzącą. Konflikt, który możliwy jest do rozwiązania za pomocą działań o zdecydowanie innym niż strategiczny charakterze. Jest to bowiem stały element uzyskiwania przez to środowisko medyczne takiej lub innej „siły przetargowej”, zaś reakcją na to winno być przystąpienie do negocjacji i wypracowanie jakiegoś programu naprawczego. Reakcja Jarosława Kaczyńskiego była jednak taka, jakby widział on w tym konflikcie następną z wielkich ofensyw o charakterze strategicznym prowadzonych przez siły mu wrogie. Chociaż, jak wspomniałem, personel ten cieszył się ich poparciem, to należało go „rozbroić” nie wskutek rozwinięcia silnego kontrnatarcia lecz taktycznego „związania” jego zdolności operacyjnej i wprowadzenie go na pole negocjacji. Jarosław Kaczyński zareagował jednak inaczej, tzn. podjął działania właściwe głównodowodzącemu sił operacyjno-taktycznych, zamiast działań odpowiednich pozycji szefa sztabu połączonych sztabów. Postępując w ten sposób użył sił niewspółmiernie większych niż wymagała tego sytuacja, skutkiem czego nastąpił wzrost sił wrogich po stronie opinii publicznej. Do szeregu błędów o charakterze taktyczno-operacyjnym doszły także nasilające się ataki pomiędzy trzema głównymi siłami koalicyjnymi, jak również na szczytach dowódczych wewnątrz „sił” pisowskich.

Z kolei w przypadku drugim, Jarosław Kaczyński, wskutek coraz bardziej zmasowanego natarcia sił wrogich, porzucił dotychczasową taktykę „cętkowania”, by rozwijając szereg frontów walki (np. media, różnorakie korporacje i grupy zawodowe, młodzież itp. itp.) zacząć prowadzić inny rodzaj walki niż pierwotnie. W tym kształcie zaczęło to coraz nosić charakter kontrataków wykonywanych przez wojska amerykańskie w schyłkowym okresie wojny wietnamskiej, tzn. wraz z prowadzeniem sporych rozmiarów ostrzeliwania się i bombardowania dwutorowo szły misje typu „wyczyść i utrzymaj”. W efekcie armia amerykańska coraz bardziej traciła zdolności ofensywne i mobilne. Podobnie było w przypadku całego okresu rządów Jarosława Kaczyńskiego. Można było odnieść wrażenie, że w coraz większym stopniu Jarosław Kaczyński postępuje bardziej jako głównodowodzący operacyjno-taktycznych sił zbrojnych niż jako szef sztabu połączonych sztabów, a zatem będąc bardziej uwikłanym w działania o charakterze taktycznym nie zajmuje się działaniami o charakterze strategicznym. Mówiąc prościej, sądzę, że utracił on zdolność zarządzania polem walki i precyzyjnego planowania kierunków głównych uderzeń. W tym sensie, można sądzić, że rozwój sytuacji wymknął mu się spod kontroli. Rozwinięta przez Platformę Obywatelską i jej sojuszników, swego rodzaju „ofensywa Tet” zaczęła przynosić pożądane rezultaty.

Pozostaje jednak w dalszym ciągu otwarte pytanie o to, kto był stroną silniejszą po 2005 r.? Czy dla Jarosława Kaczyńskiego i PiS była to „koalicja antykaczystowska”, tak jak siły Vietcongu podczas wojny wietnamskiej. Lecz, jeśli tak, to przecież doświadczenie historyczne z niej biorące się wskazuje, że liczebnie siły amerykańskie i sojusznicze miały przewagę. Czy też ową stroną strategicznie, taktycznie i operacyjnie silniejszą (przy porównywalnej liczebności obu walczących stron) były jednak siły „koalicji kaczystowskiej”, jak potwierdza to doświadczenie wojny koreańskiej? Bo przecież, warunki terenowe i rodzaj uzbrojenia tak naprawdę się nie zmieniły. Zadam może przewrotnie pytanie. Czy Donald Tusk był w świetle tego konfliktu tym, kim dla Amerykanów był gen. Mark Wayne Clark (ostatni głównodowodzący siłami amerykańskimi w wojnie koreańskiej), czy też Jarosław Kaczyński był tym, kim dla sił północnokoreańskich był gen. Vo Nguyen Giap? Ktoś bowiem tutaj był wyraźnie słabszy.


Już mi się przejadło.

26 Styczeń 2010

Dzisiaj dr politologii, Marek Migalski, odpowiedział na swoim (w S24) blogu red. Rafałowi Ziemkiewiczowi:

(…) No i teraz Rafał Ziemkiewicz pisze o tym, że my, PiS, nie wykorzystujemy takich okazji. Wykorzystujemy, wykorzystujemy, tylko że to się zupełnie nie odbija [podkr. moje - MF] w prasie i w innych mediach. To nie ospałość pisowców, ale nierychliwość świata dziennikarskiego [podkr. moje - MF] na tego typu wpadki rządu jest przyczyną publicznego milczenia w sprawie kolejnych wtop PO. Wiem, że brzmi to jak typowe pisowskie użalanie się na media, ale niestety tak to jest. Wzywam zatem Redaktora Ziemkiewicza do samokrytyki za ten nieuzasadniony atak na moją ulubioną partię. I do zachowania rewolucyjnej czujności w opisywaniu środowiska dziennikarskiego, a nie ciągłego atakowania PiS.

Przepraszam, ale mnie się już przejadło to bezustanne płaczliwe lamentowanie, że „media to”, „media sio” i „media owo”. Mam już tego dość. Ileż musi być pokładów cwanego liczenia na sklerozę wyborców, by nie przypomnieć sobie, że Jarosław Kaczyński ze swoim bratem oraz Prawo i Sprawiedliwość jak burza szli na fali wznoszącej do wyborów w 2005 r. przy praktycznie rzecz biorąc podobnym odporze mediów. Można sięgnąć po tamte wypowiedzi i je przytoczyć. I może coś się od tamtego czasu zmieniło? Nie, moim zdaniem, dosłownie nic się nie zmieniło.

Sposób na te media, Szanowni Państwo z PiSu?

  • Jak wyglądała historia „Gazety Wyborczej”?
  • Co możecie o tym powiedzieć?
  • Co może prezes Kaczyński powiedzieć m.in. o Adamie Michniku, czego nikt nie wie, a co byłoby znaczące?
  • Co może prezes Kaczyński powiedzieć o ITI i Polsacie?
  • Dlaczego ustawa lustracyjna, która zakładała lustrację dziennikarzy, została sfuszerowana?
  • Dlaczego całość, tzw. „szafy Lesiaka” nie została opublikowana?
  • Dlaczego cała masa, zapowiadanych przez ekipę pisowską oraz przez pana prezesa Kaczyńskiego, tzw. „porażających” faktów, których ujawnienie (opublikowanie) miało doprowadzić do politycznego tsunami w Polsce nie zostało w czasach rządów pisowskich w końcu upublicznionych?
  • Dlaczego politycy PiSu brylują „na kozetce” u Lisa, w „Teraz My” Morozowskiego i Sekielskiego i podobnych programach?
  • Dlaczego PiS nie zdelegalizowało SLD, o czym była mowa w kampanii w 2005 r., zamiast tego zniszczył „przystawki”?

Takich „dlaczego” można by zadawać jeszcze więcej. I jeszcze jedno. Który to polityk-twardziel boi się tego, że coś tam o nim ktoś tam nasmaruje gdzieś w jakimś pisemku? Może brak pewności siebie, może wiedza o swoich ograniczeniach (kompetencyjnych, wiedzy, umiejętności i kwalifikacji), może świadomość istnienia swoistych „zagadek”… ? Co, co determinuje, że na mównicy w sejmie to jest się „macho”, a w studiu się wymięka?

Czy PiS w końcu rąbnie twardą pięścią w ten okrągły mebel z kantami? Czy wreszcie się odważy?


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.