Pryszczate lemingi z ręką w nocniku.

24 Styczeń 2011

Nie ma takiej siły, by za 30-40 lat dzisiejsze pryszczate lemingi nie stały się zgredami, moherem – w skrócie mówiąc, obciachem. O tym decyduje biologia, odporna na różnorakie sztuczki pijarowskie. Organizm coraz szybciej będzie się starzał, stawał coraz mniej wydolny. Pojawią się coraz poważniejsze choroby. Będzie coraz mniej siły na cokolwiek. Na balety, na wyjazdy, na różnego rodzaju szaleństwa. Tego, mając 20-30 lat się nie dostrzega, gdyż wymogi kulturowe każą brać pełnymi garściami z życia. Jednak jest w tym pewna hipokryzja i cynizm, gdy w lemingowato-pryszczatym wieku popiera się tych, którzy wolą myśleć o przyszłości a odrzuca się tych, którzy odwołują się do przeszłości, doświadczenia i mądrości życiowej oraz towarzyszących temu ciągle nierozwiązanych problemów. Cynizm i hipokryzja, gdyż ci ostatni są bogatą skarbnicą wskazówek i ostrzeżeń – właśnie na przyszłość. Tacy patrzą na życie o wiele dalej (zarówno w przeszłość jak i w przyszłość), zaś dzięki temu lepiej widzą nadciągające wstrząsy niż ci, którzy opierają się na doraźności. Wśród pryszczatych lemingów jednak ci ostatni robią zawrotną karierę i są niesłychanie popularni. Nie to, co tamte zgredy, mohery, obciach. No i pryszczate wybrały i dalej wybierają szamanów doraźności, prestidigitatorów „tu i teraz”, akwizytorów głupoty i zaczadzenia.

Tak było w przypadku, np. fantastycznych rojeń co do przyszłych emerytur bądź bajek o własnym gniazdku sfinansowanym z kredytów. Szamani, prestidigitatorzy i akwizytorzy z sejmowej mównicy, spotów telewizyjnych, programów z udziałem jajogłowych i całej różnej gazetowej sieczki intensywnie indoktrynowali pryszczatych, że jak ich wodzom i wodzusiom da się do ręki totem władzy, to będzie dobrze bądź jeszcze lepiej. No i pryszczate, jak na jakimś haju, odlocie czy wręcz odjeździe gremialnie się rzuciły ze swoim poparciem. Co jakiś czas biorą udział w jakichś tańcach św. Wita, by podtrzymać gotowość walki z urojonym kaczyzmem. Wszelako nie widzą tego, że na własne życzenie mają rękę w nocniku, podsuwanym im zresztą przez owych różnych szamanów, prestidigitatorów i akwizytorów. Bo pamiętacie, jak to M-Bwana Kubwa pryszczatych krzyczał, by ci pilnowali swoje portfele? Więc ci rytmicznie zaczęli powtarzać, „pilnujemy portfele”, „pilnujemy portfele”. Jeno nie zauważyli, że te portfele są nie ich własne lecz starszych w osadzie. Jeszcze tym starszym zajumali dowody osobiste, ta dla jajec, by było wesoło. EDIT: … by żyło się lepiej, wszystkim. I wrócili do codziennego bujania się na lianach. No, ale facecje na bok.

Właśnie pryszczate lemingi dowiedziały się kilku fantastycznych rzeczy. Po pierwsze, o wypasionych emeryturach to będą mogły sobie pomarzyć. Zobaczmy (za: Onet).

Składka przekazywana do OFE w latach 2011-2012 będzie wynosiła 2,3 proc., potem będzie stopniowo rosła aż w 2017 roku do OFE trafi 3,5 proc. a na subkonto w ZUS – 3,8 proc. Znaczy się, że i tak proporcjonalnie będzie więcej zasilany zusowski „worek bez dna” niż będzie przypadało na część „kapitałową”. OFE są przynajmniej zobligowane do osiągania jakiejś minimalnej stopy zwrotu, zaś ZUS, to ZUS. Wiadomo.

Waloryzacja subkonta ZUS przy zachowaniu integralności drugiego filara będzie przebiegała według średniego nominalnego wzrostu PKB z ubiegłych mijających pięciu lat. Każdy rok będzie dodawał kolejne lata, z zastrzeżeniem nieujemności wskaźnika waloryzacji. Zapewni to zwrot na poziomie identycznym lub wyższym od dzisiejszej obligacyjnej części OFE. No, OK., jednak co wtedy, gdy wzrost PKB będzie ujemny? To się zrobi plusy dodatnie, plusy ujemne?

Kapitał w subkoncie ZUS może być przypisany do subkonta w ZUS współmałżonka lub osoby wskazanej. W przypadku rozwodu, unieważnienia małżeństwa, ustania wspólności majątkowej, w przypadku śmierci – te środki na subkoncie w ZUS będą podlegały podziałowi…. Wolą rządu jest, aby element dziedziczenia z możliwością wypłaty 50 proc. środków nie rodził zagrożeń dla zakwalifikowania tych środków do długu. A czy spadkobierca dostanie całość czy część? A jeśli część, to jaką?

Do 2020 roku limit zaangażowania OFE dojdzie do 62 proc., co pozwoli na zaangażowanie na poziomie 45 proc. całego sektora. Obecny limit to 40 proc. (W 2011 roku do 42,5 proc., w 2020 roku do 62 proc. składki). Udział w OFE akcji będzie rósł do przeszło 55 proc. Każdy, a już tym bardziej pryszczaty leming, powinien wiedzieć, że inwestycje w akcje są bardziej ryzykowne niż w obligacje. Bo to jest ryzyko systemowe (związane z kursem) i pozasystemowe (np. zagrożenie bankructwem). Jeśli w portfelach OFE zwiększy się udział papierów wartościowych obciążonych większym ryzykiem, przy obciętej wielkości kapitału, to tym samym ogólne ryzyko staje się jeszcze większe. To chyba jest zrozumiałe. Prawda?

W perspektywie kilku najbliższych lat ta część dobrowolnych ubezpieczeń powinna się znacznie rozwinąć. Powstaną IKZE – Indywidualne Konta Zabezpieczenia Emerytalnego, które będą działać tak samo jak dzisiejsze IKE. Wpłaty do IKZE będą odliczane od podstawy opodatkowania, także dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Środki gromadzone na IKZE mogą być wypłacane jako dożywotnia emerytura, albo jednorazowo, ale wówczas traci się uzysk związany z opodatkowaniem. Ale przecież dzisiaj III filar kuleje, bo tak naprawdę, to nie ma w co specjalnie inwestować. Jak będą robione portfele zarządzających środkami zgromadzonymi na IKZE? W co, w jakie instrumenty inwestycyjne? Same zachęty podatkowe, to niewiele, by mieć z tego jakąś korzyść.

Po drugie (również za: Onet) wzrost podatku VAT, obciążający budownictwo, spowodować musi korektę cen mieszkań i domów w górę. A ściśle rzecz biorąc, chodzi o dopłatę do ceny metra. A to dla wielu będzie oznaczało koniec marzeń o swoim gniazdku kupionym na kredyt (bo jakżeby inaczej?) od dewelopera. Wprawdzie fanklub pryszczatych lemingów zapowiadał, że będzie podatki upraszczał oraz zmniejszał, ale wiadomo, jak Partia mówi, że zabierze, to zabierze, a jak mówi, że da, to mówi. W związku z czym, pryszczate lemingi upojone fantastyczną wizją wykorzystania wzrostu gospodarczego, ochoczo ruszyły się szturmem, by swój fanklub popierać. Dzisiaj są tego tylko konsekwencje.

Z powyższych dwóch informacji rysuje się już pewien prognostyk na przyszłość. Mianowicie, zmoherzone na starość dzisiejsze lemingi będą miały większą szansę brać emerytury z jakichś kas zapomogowych niż z jakichś wypasionych kont emerytalnych. Dalej, wielu nie zobaczy nawet swojego gniazdka w apartamentowcu w cenie pałacu lecz raczej w jakimś skromniejszym lokum komunalnym. Następnie, w świetle zanikającej zastępowalności pokoleń mniej następców będzie pracowało na ich emerytury. Zresztą, gdy coraz gorsze są perspektywy mieszkaniowe, to demograficznie mniejsza jest motywacja do płodzenia dzieci. Tak, że dzisiejsze pryszczate lemingi w większym stopniu będą na starość pozostawione same niż ich dziadkowie i rodzice – znaczy się: zgredy, mohery… obciach. I last but not least… staną się zagorzałymi słuchaczami wiadomego toruńskiego radia.


Et tu Kataryna contra me?

9 Wrzesień 2010

Jeśli więc rozpad PiSu, takiego jakim jest dzisiaj, jest i tak nieunikniony, lepiej, żeby to się stało jak najprędzej i jak najmniej boleśnie. Niech Jakubiak, Kluzik, Poncyljusz, Kowal odejdą już teraz, a ci, którzy ich wypychają pod pretekstem nieudanej kampanii, niech w najbliższej kampanii samorządowej pokażą na co ich stać. Jak PiS sobie radzi pozbawiony “obciążeń”. Jeśli PiS polegnie – a polegnie na pewno – do wyborów parlamentarnych pozostanie jeszcze rok, to wystarczająco dużo czasu, żeby sobie wszystko przemyśleć i zdecydować, czy lepiej trzymać krótko partię z 10% poparciem, czy nauczyć się żyć z różnorodnością, i dzielić władzą w partii zbliżającej się do 30%.

(…) Jeśli PiS był atrakcyjny dla takich oszołomów jak ja, to właśnie dlatego, że widzieli w nim połączenie wizji i wybitnego intelektu Jarosława Kaczyńskiego, z ideowością sympatycznych polityków młodszego pokolenia, jak Kowal, Ołdakowski, Jakubiak, Poncyljusz. Taka mieszanka mogła się stać alternatywą dla bezideowej, pozbawionej wizji i sfokusowanej na obsługiwaniu potrzeb Ryśków Platformy. Partia Ziobry, Dery, Błaszczaka i kto tam się jeszcze włączył do wykopywania “liberałów” taką alternatywą nie będzie. Więc jeśli PiS w tym kierunku zmierza – a wszystko na to wskazuje – może lepiej, żeby “liberałowie” się odłączyli na tyle wcześnie, żeby jeszcze mogli w polityce zostać. Dla tych, którzy chcieliby ją poznawać opisywaną tak, jak ją opisywał Ołdakowski.

- kataryna, PiSowscy liberałowie muszą odejść


„Nowi” to część podwórkowego konglomeratu.

19 Sierpień 2010

No, to kontynuuję dalej swoją gawędę o post-trzepakowej rzeczywistości. Robię to, ponieważ w dalszym ciągu pewne rzeczy są niejasne dla mojego polemisty, Andrzeja A., który wczoraj w moim wpisie, pt. Międzytrzepakowa naparzanka a rządy „naszych”, odpowiedział mi:

Ja w swoim rozumowaniu nie rozdzielam Twojej grupy 1 od grupy 2, gdyż jeśli cofniemy się dostatecznie głęboko, to się okaże, że powstanie grupy 2 było efektem walk frakcyjnych w grupie rządzącej trzepakiem po zainstalowaniu systemu trzepakowego. Wbrew Swoim chęciom chyba jednak nie odpowiedziałeś na problem, który postawiłem. „Nowi” to według mnie PO, teraz są u władzy. „Jedyni predestynowani” to UD/UW na przemian z SLD. „Nowi” dostali wsparcie medialne po swojej przegranej w 2005, przedtem nie było czegoś takiego. Przedtem było medialne przekierowywanie elektoratu pomiędzy grupą 1 i 2. Co obie grupy skwapliwie wykorzystywały. Problem nadal jest bez odpowiedzi według mnie, czyli kiedy „nowi” rozumiani jako PO przyjęli poparcie medialne i związaną z tym poparciem kuratelę „jedynie predestynowanych”. Który moment, i które wydarzenie o tym zadecydowało.

Otóż, co do tego, że grupa 2 wyłoniła się jako rezultat walk frakcyjnych w łonie centralnego monosystemu trzepakowego, tj. po jego zainstalowaniu i okrzepnięciu, to można powiedzieć, „tak” bądź „nie”. W zależności od tego, jak interpretujemy ową grupę. A tutaj bardzo łatwo jest popełnić błąd interpretacyjno-poznawczy. Odpowiedź pierwsza jest prawdziwa wtedy, kiedy uznamy, że perspektywiczni następcy starych trzepakowiczów zbyt szybko chcieli przejąć system trzepakowy dla siebie i z tego powodu dostali po łapach. Musieli wobec tego jeszcze poczekać. Natomiast druga prawdziwa jest wówczas, jeśli prawdą jest powyżsi następcy stanowili część owego systemu i stopniowo byli wdrażani do jego „odziedziczenia”. Można również przyjąć i taką interpretację, że grupę, umownie mówiąc, drugą, stanowili ci, którzy byli spoza całego systemu trzepakowego, zaś swoje korzenie integracyjne mieli w opuszczonych garażach, jakichś starych, od dawna nieużywanych, hal fabrycznych, jakich ruderach, bunkrach, zarośniętych polanach…. Mówiąc o tej grupie, to właśnie miałem na myśli.

Dalej. Odpisując Tobie w mój tekst wkradło się pewne nieporozumienie, jeśli chodzi o pojęcie „nowi”. Ja go zinterpretowałem, jako „nasi”, tj. ci, których wokół siebie skupiło Rodzeństwo. Dlaczego? Ano dlatego, że owi „nasi” jako „nowi” byli tymi aspirującymi do przejęcia władzy w całym ustroju pot-trzepakowym. Mój tok myślenia wynikał z dwóch przesłanek. Pierwszej polegającej na tym, co wcześniej opisałem, w tekście O rządach pod trzepakiem (Exclusively for Tygrys), jako Grupa druga, chcąca rządzić trzepakiem, to…(…) tacy, którzy nigdy „pod” trzepakiem nie byli, jednak z powodu tego, że od siedzących tam permanentnie dostawali młóckę, postanowili się zebrać, „przejąć” trzepak i wprowadzić swoje rządy. (Jak to miałoby się do Twojej interpretacji „nowych”? Przecież takie coś byłoby z gruntu nieprawdziwe.) I przesłanki kolejnej, zawartej już w tekście, pod którym mi odpowiedziałeś, że Rodzeństwo i ich koledzy wyłonili się niejako spoza rzeczywistości (ergo, układów) post-trzepakowej. Iż nie stanowili w żadnym stopniu jakiejkolwiek części owego osobliwego, swoistego i całkiem kuriozalnego podwórkowego konglomeratu (hybrydy) post-trzpakowego, który wyłonił się wskutek upadku ustroju trzepakowego. To jest jego decentralizacji i przekształceniu w taki sposób, że do rządzenia podwórkiem/ulicą/osiedlem/whateva do starych (nowych) trzepakowiczów dokooptowani zostali bywalcy innych, wyżej przeze mnie wymienionych, miejsc integracji. Oczywiście, jak wiemy z „krótkiego kursu historii” grupy Braci, gdzieś tam „otarli” się o wchodzenie w skład owego podwórkowego konglomeratu post-trzepakowego. Stąd też może być również prawdziwe to, co napisałem w zdaniu pierwszym (w tekście O rządach…) określającym „grupę drugą”. Wiem, są też i tacy, którzy w grupie braci widzą kontynuatorów dawniejszego centralnego monosystemu trzepakowego. I to zarówno, jeśli chodzi o idee jak i niektóre osoby.

W związku z powyższym nieporozumieniem z mojej strony a Twoją interpretacją pojęcia „nowi” mogę powiedzieć tyle, że być może mimowolnie tkwisz w błędzie. Doprawdy uważasz tych, których opisujesz, za „nowych”? A jaką możesz mieć pewność, że owi „nowi” nie są w istocie p.o. „jedynych predestynowanych”? Więcej, to są jeszcze dawniejsze czasy Wielkiego Styropianu, a do niego wszak różne ścieżki wiodły. Czyżbyś nie znał dziejów owych „nowych”?

Że co? Że „nowi” dostali medialne wsparcie po przegranej w 2005 r., zaś wcześniej tego nie było? Doprawdy? Pamiętam, jak dziś, moment, kiedy „nowi” w 2001 r. startowali w hali gdańskiej „Oliwii”. I choć z początku media Jedynie Słuszne (z Zawsze Nieomylną na czele) trochę ich prztykali, głównie z powodu ich despektu wobec „jedynie predestynowanych”, to po „naprawieniu” tego „błędu” klimat wokół nich zaczął się szybko zmieniać. Sygnałem, o tym świadczącym, było to, że „w nagrodę” w dwa tygodnie po starcie sondażownie dawały im już 16-17 proc. poparcie. Od tego momentu zaczęło być tak, że telewizja „brunatnego Roberta” pospołu z Zawsze Nieomylną promowały „jedynych predestynowanych”, jakby podtrzymując ich przy życiu. Z kolei dwie komercyjne telewizje z całą masą pisemek dla „młodych, wykształconych z wielkich miast” forsowały „nowych”. Chodziło o to, by ci lokowali się w „strefie górnych wód średnich” (ca. 20 proc.), tak by w niczym nie zagrozić perspektywie historycznego kompromisu „jedynych predestynowanych”. I tyle pokazywały ostatnie sondaże przed wyborami w 2001 r. Wszystko byłoby pięknie, gdyby wówczas nie się okazało, że nachalne forsowanie jednej z części składowej owych „jedynych predestynowanych” okazało się promowaniem trupa i post-trzepakowy konglomerat jęknął, „aleśmy wybrali”. Na domiar złego, to jeszcze na podwórko wdarli się jakieś radykalni obcy „z miasta” i zaczęła się rozróba. Co było nie do pomyślenia. Co w takiej sytuacji zarządzono pod trzepakiem? Ano jedno, „Trzeba pozwolić, by nasi nowi okrzepli, porozstawiali się w takich lub innych miejscach podwórka, najlepiej na jego obrzeżach, zaś część jedynie predestynowanych obejmie trzepak. Z kolei grupie Braci i tym obcym z miasta utrudni się poruszanie po podwórku.” No i tak to trwało do czasu, aż narastający wrzód, o którym pisałem w poprzedniej notce, eksplodował. Co się działo dalej, to wiemy doskonale.

Ależ żadnego medialnego przekierowania pomiędzy grupami 1 i 2 nie było. Było jedynie lepsze doświetlenie jednego z krańców grupy 1. W tym cieple zaczęli wzrastać właśnie „nowi”, którzy byli (czy są?) jedną z części owego konglomeratu. Ową grupę 2 starano się dalej trzymać w medialnym mroku, zaś jeśli w ogóle ją oświetlano, to padał na nią zimny snop światła. Nie mówiąc już nic o obcych „z miasta”. Kiedy zaczęto ocieplać „nowych”? Hmm…, moim zdaniem, nigdy, gdyż od samego początku byli dopieszczani w tym medialnym Spa. Czasami ich miejsce zajmowała jedna z części owych „jedynych predestynowanych”, lecz działo się to wtedy, kiedy z podwórka wracali poobijani, posiniaczeni i zakrwawieni po kolejnej rozróbie. „Nowi” w tym Spa przechodzili zaprawę kondycyjną. Oczywiście od czasu do czasu musieli pokazać się na podwórku, by takich lub owych na nim postraszyć.

Co do momentu, kiedy zaczęli bywać w tym medialnym Spa oraz kiedy w nim otrzymali tę – nomen omen – „kuratelę”, to trudno mi jest to ocenić. Ja myślę, że stało się to wtedy, kiedy przeprosili się z „dziadkami” z jednej z części owych „jedynych predestynowanych” i okazali tamtym szacunek, jaki składają wnuki. Odtąd Zawsze Nieomylna ich polubiła. A gdy ona tak zrobiła, to za nią poszła cała reszta. No i poszłooooooo…. I tak się to toczy do dzisiaj. Zaś szczególnie wtedy tak się działo, kiedy „nowi” po wyjściu ze Spa na podwórko, odświeżeni, wypoczęci, pełni sił, dla treningu sprawnie spuszczali bęcki tym obcym „z miasta” i przy okazji również grupie Rodzeństwa. No, wówczas Zawsze Nieomylna była „w niebo wzięta”. A dlaczego tak się działo? To jest proste, jak konstrukcja gwoździa. Mianowicie, ani grupa Braci ani tym bardziej owi obcy „z miasta” nie mieli swojego Spa, w którym mogliby nabierać kondycji. Wina to może post-trzepakowego konglomeratu podwórkowego? Jedno, co mi do dzisiaj nie daje spokoju to, to, jak sobie owa grupa Braci wyobrażała po tym wszystkim robienie z „nowymi” współrządów pod trzepakiem.


Międzytrzepakowa naparzanka a rządy „naszych”.

18 Sierpień 2010

Andrzej A. pod moim ostatnim wpisem, pt. O rządach pod trzepakiem (Exclusively for Tygrys) odpowiedział mi, cytuję:

To ciekawa analogia. Pewnie gdyby dopisać jeszcze kilka innych motywacji, a które były poruszane przez innych blogerów, to uzyskało by się obraz kompletny. Również w dużej części wychowywałem się „pod trzepakiem”, na podwórku, na boisku i ten opis mnie nie dziwi – jest adekwatny. Pozostaje jedna nieciągłość. Ci, którzy rządzili i są w swoim mniemaniu JEDYNYMI predystynowanymi do tego żeby nadal to robić w międzyczasie stracili władzę. Ich pozycję zajęli nowi. Zachodzi dosyć istotne pytanie, kiedy „nowi” zostali zblatowani przez starych. I jakie czynniki zadecydowały o tym, że „nowi” skorzystali z medialnego wsparcia starych. Bo gdyby nie wsparcie medialne w 2007 to PO mogło by co najwyżej być betonową opozycją i niczym więcej. Według mojej wiedzy głównym czynnikiem była zwykła zawiść i wściekłość Tuska, że przerżnął wybory 2005. Ten człowiek jest wbrew pozorom niezwykle nieodporny na porażki. To ten moment zadecydował. Oczywiście PiS nie odwojuje ani elektoratu post SLD-wskiego, ani znaczącej ilości MWzWM. Może liczyć tylko na ruszenie tych, którzy się do wyborów nie fatygują, a jest ich około 45 procent elektoratu (to względnie stała wartość).

Postaram się wobec tego jemu i innym Mości Blogerom na powyższe pytanie odpowiedzieć. Wiemy wszyscy, że w czasach przed, tzw. transformacją, przez prawie pół wieku istniały monorządy jednego centralnego trzepaka, który na innych podwórkach, osiedlach, dzielnicach, w końcu miastach miał podporządkowane sobie inne, lokalne, trzepaki. Decyzje, które zapadały pod nim, były transmitowane w tamte dalsze rejony i były również egzekwowane przez twardzieli pilnujących także, by okoliczni mieszkańcy nie mieszali się do tego, co się pod tymi trzepakami dzieje. Z czasem pojedyncze znaczenie tych lokalnych trzepaków zaczęło na tyle rosnąć, że zaczęły stanowić coraz większą przeciwwagę względem owego centralnego trzepaka. W mniejszym bądź większym stopniu, co bardziej sprytny „lider” spod takiego bądź owego trzepaka, potrafił się usamodzielnić, stworzyć własne dominium, wykroić swoją przestrzeń interesów, wreszcie być równorzędnym partnerem wobec tych, którzy zajmowali ów trzepak centralny. Zresztą był również jego członkiem. Trzeba także dodać, że ten centralny trzepak miał swoiście specyficzne relacje z podobnymi do niego trzepakami w różnych innych regionach geograficznych, z którymi musiał się przyjaźnić, gdyż taka była wola i decyzja najważniejszego, w takim układzie, trzepaka nad trzepakami. To, oczywiście, było tak silnie zapętlone, zamotane, że w ramach tego wielopoziomowego systemu powiązanych ze sobą trzepaków wszelakie odniesienia i sprzężenia zwrotne mogły być na tyle autonomiczne, na ile wynikało to z tego, co zachodziło na najwyższym poziomie, tj. trzepaka nad trzepakami. W tym miejscu się zatrzymam, jeśli chodzi o opis owego osobliwego systemu trzepakowego, by odskoczyć w nieco inne rejony.

Na podwórku, osiedlu… itp., były również inne, wcale nie gorsze, miejsca, w których można się było gromadzić, by w nich rozwijać własne życie społeczne. To mógł być jakiś opuszczony garaż, jakieś stara, od dawna nieużywana, hala fabryczna, jakaś rudera, bunkier, zarośnięta polana…. Cokolwiek, co nie było w jakikolwiek sposób pilnowane przez dorosłych. To tam, podobnie jak na trzepaku, można się było zbierać, bawić, palić papierosy, pić alkohol…, się integrować. Z jakichś jednak powodów trzepak był miejscem na podwórku najważniejszym, najbardziej prestiżowym, najatrakcyjniejszym. Dlaczego? Myślę, że dlatego, iż z jego pozycji można było kontrolować całą okolicę: śmietnik, parkingi, klatki schodowe, zaplecze tego lub owego sklepu, ulice bądź inne ciągi komunikacyjne, skwery, parki…. Wreszcie, wraz ze śmietnikiem był on czymś bardzo użytkowym dla okolicznych mieszkańców. Pozostałe miejsca integrowania się znajdowały się gdzieś na uboczu, można powiedzieć, na „odludziu”. Z takiej pozycji trudno było okolicą „rządzić”.

Ferajna spod trzepaka była kumulacją wszystkich najgorszych cech charakteru, jakie można było sobie wyobrazić. Nie oznaczało to jednak wcale, że nie była w tym wszystkim sprytna, zaradna oraz wystarczająco inteligentna i przewidująca. Ona doskonale wiedziała więc to, jak umieć sobie podporządkować okolicę, w tym także pozostałe miejsca integrowania się. W swoim poprzednim wpisie określiłem je, jako grupa druga. Z czasem, coraz silniej i intensywniej, wybuchały konflikty pomiędzy całym systemem trzepakowym a tą grupą, do której dołączały się coraz większe rzesze okolicznych mieszkańców. Zaś w pewnym momencie ich przeważająca liczba poparła grupę drugą. Wydawało się, że na tym i innych podwórkach zapanuje już spokój, lecz szybko okazało się to złudzeniem. Trzepak centralny i pozostałe z nim związane zrobiły klasyczną ucieczkę do przodu, w taki sposób, by odstępując pola stworzyć sobie szanse do przejścia do ofensywy. Wszyscy wiemy doskonale, jak to się później potoczyło. Raptem, znienacka, była ona gwałtowna i rozstrzygająca. Wywołany w ten sposób szok na długo sparaliżował okolicznych mieszkańców, którzy w podwórkowo-uliczne życie coraz szybciej i coraz bardziej zaprzestawali się angażować. To również zostało dostrzeżone przez trzepaka nad trzepakami, który mógł się zająć własnymi, ważniejszymi, sprawami. A co z pozostałymi miejscami integrowania się: garażami, halami fabrycznymi, ruderami, bunkrami, zarośniętymi polanami itp.? One zaczęły nie wytrzymywać naporu gwałtowności wydarzeń, tym bardziej, że im dłużej one trwały, to tym mniejsze poparcie otrzymywały ze strony okolicznych mieszkańców. Ci zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że z całym systemem trzepakowym nie wygrają.

Wreszcie różni uczestnicy tych wydarzeń, tj. siedzący na takim lub owym trzepaku, okoliczni mieszkańcy, bywalcy pozostałych miejsc integrowania się, a też i całkiem przypadkowi obserwatorzy, zaczęli czuć się coraz bardziej zmęczeni sytuacją, swego rodzaju patem. I im dłużej to trwało, tym bardziej narastała w nich potrzeba dokonania jakiejś zmiany, wyrwania się z marazmu, nudy, rutyny. Otwarcia sobie nowych możliwości. Po okresie koniecznej mobilizacji wśród takich lub innych trzepaków zaczęło pojawiać się ciśnienie, szczególnie ze strony młodszych ich członków, na to, by zacząć odbudowywać swoje lokalne dominia, wzmacniać swoje strefy wpływów, budować sobie odskocznię na przyszłość, na stare lata i przekazać trzepakowe rządy swoim następcom. I tak, owi młodzi, którzy zazwyczaj zajmowali miejsce w trzepakowej hierarchii na ławce stojącej nieopodal trzepaka, porozumieli się ze starymi wygami, że te pokojowo ustąpią tamtym swoje miejsce w zamian za gwarancje, tzw. „świętego” spokoju. Jednak, by to uczynić, to należało również przekonać do tego okolicznych mieszkańców, że tak dla każdego będzie lepiej. Że czasy trzepakowej ferajny się już skończyły, zaś zaczął się wiek przedsiębiorczego i perspektywicznego opiekowania się trzepakiem, śmietnikiem, parkingiem itd. Że trzepakowicze dorośli, spoważniali, stali się odpowiedzialnymi, jednak w dalszym ciągu zajmowane przez nich miejsce jest dla nich bardzo ważne. Co więcej, dla dobra i szczęśliwości każdego, to oni zgadzają się, by każdy mógł wypowiadać się o życiu trzepakowo-podwórkowo-ulicznym. Nawet ich najwięksi wrogowie z opuszczonych garaży, hal fabrycznych, ruder, bunkrów, zarośniętych polan, którzy przestają nimi być, a stają się dobrymi znajomymi, można powiedzieć, wręcz przyjaciółmi. Co też w niemałym stopniu się zgadzało, bo tamci byli bądź to rodzeństwem trzepakowiczów, bądź ich bliskimi sąsiadami z tej samej (lub okolicznych) klatki, bądź też i jakimiś kuzynami. W każdym bądź razie, i jedni i drudzy nie byli dla siebie nieznajomymi. Chociaż po jednej i drugiej stronie zdarzali się jacyś odczepieńcy, którzy na takie lub owe rozwiązania się nie zgadzali, to ich głos był ledwo słyszalny, zaś jeśli w ogóle, to był traktowany jako brednie, herezje, głupoty.

I pewnego, późnowiosennego, pochmurnego dnia trzepaki zjednoczone (i ich satelity), garaże, opuszczone hale fabryczne, rudery, bunkry, zarośnięte polany oraz przeważająca liczba okolicznych mieszkańców poszli wspólnie, by wypowiedzieć się na temat zmian w rzeczywistości trzepakowo-podwórkowo-ulicznej. Aczkolwiek, w opisywanych przeze mnie grupach pierwszej i drugiej, była pewna niepewność co do zakładanego wyniku, to jednak nie trwała ona długo. Gdy już się wszystko wyjaśniło, to pewna artystka mogła z egzaltacją wydeklamować, że ustrój trzepakowy padł. Co, jak wiemy, zapoczątkowało jego demontaż w innych regionach geograficznych. W niektórych łagodniej i „eleganciej” w innych dramatycznie i krwawo. Nieważne. Podwaliny pod „nowy wspaniały świat” zostały położone. I tak się zaczęło to ciągnąć z roku na rok, coraz bardziej sielsko, zdawałoby się, że coraz sympatyczniej. Pojawiło się nowe pokolenie, które trzepakowego ustroju – nomen omen – nie odczuło na własnej skórze. Co więcej, trzepakowicze nowego typu coraz bardziej zaczęli się jemu podobać, bo też ci coraz lepiej zaczęli upodabniać się do gwiazd i gwiazdeczek promowanych w światowych, kolorowych i perfekcyjnie edytowanych żurnalach i magazynach. Nie ma się zresztą co temu dziwić, gdyż młodzi trzepakowicze, czas jeszcze przez „upadkiem” ustroju trzepakowego zaczęli się szkolić w zakresie „światowego” savoir vivru, pracować nad swoim wizerunkiem, łapać języki obce, wodolejstwo zastępować erudycją itp. Podobne przemiany zaczęły również zachodzić wśród grupy drugiej. Zresztą obie tak bardzo ze sobą się wymieszały, że coraz trudniej było ich odróżnić od siebie. Powstał swoisty podwórkowy konglomerat, hybryda. Okolicznych mieszkańców, a też i większość obcych obserwatorów, to wszystko zaczęło coraz bardziej zachwycać. Trzepakowicze mogli dalej szpanować, jednak tym razem już inaczej, ich przyjaciele bakcyla szpanerstwa także szybko połknęli. Oczywiście, obie grupy zajęte były wespół w zespół budowaniem swojej przyszłości. Na ulicy, parkingu, za śmietnikiem, na zapleczu sklepowym…. było coraz spokojniej. Okolicznym mieszkańcom zaczęło się to więc coraz bardziej podobać. Nawet może mniej było połamanych ławek, zniszczonych trawników i klombów, pobazgranych ścian. A i awantury, bójki i burdy były coraz rzadsze. Co tym bardziej wywoływało zadowolenie wśród mieszkańców.

I wszystko może toczyłoby się bez zbędnego zgrzytu, gdy nie to, że deklarowana dawniej przedsiębiorcza opieka nad trzepakiem, śmietnikiem, parkingiem itd. zaczęła coraz bardziej rozmijać się z rzeczywistością. Trzepak i śmietnik zostały zabudowane i nie każdy zaczął mieć do nich dostęp. W miejsce parkingu powstał jakiś biurowiec. Tam, gdzie był okoliczny park, to wyrosło centrum handlowo-usługowo-rozrywkowe. Lokalny klub, gdzie wcześniej zbierały się dzieci i młodzież, został sprzedany i zamieniony na pub bądź jakąś kafejkę internetową. Na porośniętej polanie wybudowano uciążliwą montownię jakiegoś zagranicznego koncernu. Na terenie, gdzie stały opuszczone hale fabryczne, zamiast jakiegoś rodzimego przedsiębiorstwa, wybudowano luksusowy hotel z centrum konferencyjno-gastronomiczno-rekreacyjnym. Nieopodal, stare kamienice, zamieszkałe przez starsze i biedne osoby, poszły pod kilof, w którym to miejscu szybko pojawiło się zamknięte osiedle apartamentowców dla ludzi młodych i rozwojowych. Itd. itd. A przy tym wszystkim coraz częściej i głośniej zaczęły pojawiać się informacje o takich lub innych patologiach.

O tym wszystkim, z początku pokątnie lecz coraz donioślej zaczęli mówić dwaj bracia i ich koledzy z jednego z sąsiednich podwórek, którzy już wcześniej przestrzegali przed konsekwencjami wynikającymi z takiej zmiany ustroju trzepakowego. Zaczęli więc oni chodzić po różnych podwórkach na osiedlu, w dzielnicy, w mieście i gdzieś indziej i spotykać się z innymi, którzy widzieli rzeczywistość tak, jak oni. Takich grup znajdowali dosyć sporo, dzięki czemu mogli poznawać swoją siłę. Również próbowali docierać do różnych mieszkańców i ich uświadamiać o zaistniałej sytuacji. Jako, że natura próżni nie znosi, zaś ekonomia zna pojęcie ograniczoności zasobów, to wraz z kurczeniem się różnych możliwości „opiekowania się” takimi bądź innymi dobrami przez ów podwórkowy post-trzepakowy konglomerat zaczęły się wśród niego pojawiać różne napięcia. Chociaż przez długi czas udawało się je tak lub inaczej wyciszać i tuszować, to jednak nie dało się tego robić na tyle skutecznie, by były one w ogóle niezauważalne. Zwyczajnie, decentralizacja ustroju trzepakowego i przekształcenie go w ustrój post-trzepakowy (stanowiący hybrydę, konglomerat dwóch wcześniejszych podwórkowych grup) musiały spowodować, że składające się na to wszystko środowiska zaczęły mieć swoje własne (partykularne) aspiracje, ich zdolności wzajemnego komunikowania osłabiły się, pojawili się tacy, którzy zajęci byli tworzeniem swojego odrębnego, wzajemne popierającego się środowiska. Coraz większy dobrobyt, którym cieszył się podwórkowy konglomerat, uśpił jego czujność, stępiając jednocześnie instynkt samozachowawczy. Wreszcie bądź to zaczęły pojawiać się jakieś zadawnione animozje, względnie powstawały nowe na gruncie nowych faktów, interesów, potrzeb i aspiracji. Właściwie można powiedzieć, że to, co wcześniej się wydawało trzepakowiczom i ich późniejszym przyjaciołom, jako swego rodzaju zabezpieczenie ich spokojnej przyszłości, zaczęło obracać się przeciwko nim samym. I tak, przez ponad dekadę coraz bardziej narastał wrzód tarć wewnętrznych, nieporozumień, kłótni i sporów, aż jego masa krytyczna została przekroczona. Dodatkowo, do głosu coraz natarczywiej i impulsywniej zaczęło dochodzić młode pokolenie, które rodziło się w czasach owego późnowiosennego, pochmurnego dnia. Co zaś robili bracia i ich koledzy?

Właściwie można powiedzieć, niewiele. Mianowicie, czekali na pęknięcie tego wrzodu, integrowali swoje struktury, coraz bardziej nagłaśniali to, co wówczas widzieli. Zaś okolicznym mieszkańcom i innym odległym to, o czym mówili, udowadniali na autentycznych przykładach – wskazując wręcz na konkretne przypadki. No i pewnego, zimowego dnia wrzód ten pierdyknął. Fala uderzeniowa, jaka wtedy powstała, wywołała wiatr, który bracia i ich koledzy złapali w żagle i byli zdolni do popłynięcia dalej na fali wznoszącej. Ten cały post-trzepakowy konglomerat dosyć długo nie mógł się połapać, co się dzieje. Aż wreszcie, kiedy do niego dotarło, jakie to może wywołać konsekwencje, z jego kręgów wyszła koncepcja budowy jakiejś nie post-trzepakowej rzeczywistości lecz jakiegoś zupełnie nowego tworu. Miała to być kolejna ucieczka do przodu, by nieco zgubić ogon z bliższej i dalszej przeszłości. Rodzeństwo i jego koledzy błyskawicznie to podchwycili. Wprawdzie, jeszcze próbowano znaleźć jakieś porozumienie pomiędzy nimi a tym całym post-trzepakowym konglomeratem, to jednak gdzieś na obrzeżach tego wszystkiego pojawiły się dwa nowe środowiska, które tą post-trzepakową rzeczywistość chciały zburzyć całkowicie. Wiatr ciągle dmuchający spowodował, że cały post-trzepakowy establishment musiał się cofnąć, gdzieś się skryć, zaś opuszczoną przestrzeń zaczęli zajmować nowi. Znowu na podwórkach zrobiło się ciekawie, co ośmieliło do wyjścia na nie tych okolicznych mieszkańców, którym post-trzepakowa rzeczywistość zaczęła coraz bardziej doskwierać. Pozostali, wspierający post-trzepakowy establishment w znacznym stopniu postanowili zostać w mieszkaniach.

Ci, którzy przez chwilę przejęli teren pod swoje rządy, z wielkimi oporami zabrali się do zajmowania na nim swoich pozycji. Zaczęły się pomiędzy nimi kłótnie, przepychanki, odezwały się jakieś stare zadrażnienia. Wielu z nich tryumfalistycznie obnosiło jakieś trofea znalezione po poprzednikach. Inni z kolei poczuli się tak pewnie, że zamiast obchodzić okoliczne podwórka, osiedla, dzielnice…, i tam utrwalać nowe porządki, to zaczęli rozpierać się na trzepaku i do każdego wykrzykiwać, że nie dadzą się od niego odepchnąć. Niekiedy okazywało się, że wraz z nowymi naciągnęły jakieś szemrane typy. Zbiegowisko okolicznych mieszkańców zaczęło się coraz szybciej rozchodzić. Były tam takiego typu różne historie i historyjki. A post-trzepakowy konglomerat siedząc nieopodal robił do nowych na podwórku pełne dezaprobaty i oburzenia miny. Wreszcie doszło pomiędzy nimi do pierwszych bójek, przepychanek itd. Jak z lat młodości. A to, ma się rozumieć, coraz bardziej wywoływało popłoch wśród mieszkańców. W końcu, nowi zostali sami na podwórku. Nie potrafili również sformułować długofalowej współpracy, koalicji z podobnymi środowiskami na innych podwórkach, osiedlach, dzielnicach. Dosyć szybko stracili kontakt z sympatyzującymi z nimi mieszkańcami. Dawali się prowokować do drobnych bójek i naparzanek. Wreszcie sami, z pozycji własnych trzepaków, między sobą też zaczęli się naparzać. Im dłużej to trwało, to tym bardziej pomyślne wiatry zaczęły się odwracać, gdyż nacierający post-trzepakowy konglomerat zaczął go coraz więcej „wytwarzać”. W końcu, widząc, że są zewsząd otoczeni, wywiesili białą flagę. Tamci znowu wezwali okolicznych mieszkańców, lecz tym razem pojawiła się przeważająca liczba ich sympatyków, i spytali o to, kto ma w takiej sytuacji rządzić podwórkiem, ulicą – w ogóle dalszą i bliższą okolicą. Wynik wszyscy znamy. Nowi zostali z podwórka przegonieni i znaleźli się w piwnicach. Post-trzepakowa rzeczywistość wróciła. Więcej, post-trzepakowy konglomerat jest o wiele spraw mądrzejszy i pewnych błędów długo nie popełni.


O rządach pod trzepakiem (exclusively for Tygrys).

17 Sierpień 2010

To już mój drugi wpis z „trzepakiem” w tytule, ale chyba na takie klimaty jest popyt. Do niniejszego zaś zainspirowała mnie odpowiedź Trariusa (Tygrysa) pod moją notką, pt. Konkretne inicjatywy – I. Jareckiej ad vocem, w której mój poirytowany polemista pisze:

(…) Albo też nasze robienie pełnych dezaprobaty i oburzenia min w stronę Michnika i Tuska jest tylko infantylizmem pryszczatych nastolatków spędzających bezpłodnie czas pod osiedlowym trzepakiem?

Chyba do poruszenia przez mojego polemistę trzepakowych inklinacji skusiła go moja wcześniejsza notka, pt. PiS a ciuciubabka przy trzepaku, w której odniosłem się do mało udanych prób rozszerzania przez PiS swojej bazy wyborczej i branie udziału w grze, której zasady określają dwie partie, tzn. PO i SLD. Uznałem, na koniec tamtego wpisu, że ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego angażuje się właśnie w coś, co jako żywo przypomina zabawę w ciuciubabkę przy trzepaku. Według mojej oceny tak jest i wolno mi tak to widzieć. No, to w związku z tym kontynuujmy naszą gawędę o „spod-trzepakowej rzeczywistości”, by dzięki temu zrozumieć na co możemy liczyć w bliższej i dalszej przyszłości.

Znam nieco rzeczywistość podwórkowo-uliczną, gdyż jako dziecko i nastolatek, jak pewnie większość, na podwórku spędzałem dużo czasu. To jest powszechna rzeczywistość każdego młodego człowieka, że po powrocie ze szkoły, zjedzeniu obiadu i odrobieniu lekcji wyskakuje się na dwór… pod trzepak, właśnie. Zazwyczaj jest to, poza rodziną, szkołą i mass-mediami, najważniejsze miejsce socjalizacji takiego człowieka, w którym poznaje (a nierzadko – współkształtuje) życie grupowe, wewnętrzną hierarchię, relacje z innymi grupami…. Uczy się rozpoznawania praw i obowiązków wewnątrzgrupowych, ustalania zwyczajów i zasad, lojalności i zdrady, sympatii i wrogości…. W zasadzie, można powiedzieć, jest to miejsce, gdzie młody człowiek uczy się życia. Czy jest to bezpłodne, to raczej w to bym wątpił, gdyż niesie to wartość dodaną w postaci nabierania umiejętności, wprawy oraz uczenia się wyczuwania, skąd może nadejść zagrożenie, jak sobie pomagać w trudnej sytuacji czy też ogólnie, jak przetrwać w tej miejskiej „dżungli”. I tak jest, można zaryzykować stwierdzenie, od wieków. Przechodzi to z pokolenia na pokolenie i niewiele (jeśli, nie nic) różni to od wcześniejszych czasów. Takie same podwórkowo-uliczno-trzepakowe klimaty były za czasów naszych pra-pra-pra…dziadów, takie same są teraz i takie same będą w czasach naszych pra-pra-pra…wnuków. Można być tego pewnym. Chyba nie zabrzmi to obrazoburczo, jeśli powiem, że „Kolumbowie” dlatego stali się tak skuteczną armią podziemną, gdyż wcześniej były to dzieci i młodzież, które „przecierały” się w życiu zaczynając właśnie od tego, przysłowiowego, trzepaka. Kiedy przyszła pora, to oni byli do walki świetnie przygotowani, gdyż znali „miasto”. To samo zresztą powtórzyło się w czasach opozycji antykomunistycznej i owocowało w latach stanu wojennego i po nim. Jak się wtedy w „konspirze” wielu młodym dziewczynom i chłopakom przydała właśnie znajomość „miasta”, nabywana od momentu organizowania się pod tym, przysłowiowym, trzepakiem?

Takie klimaty bądź to kierują młodego człowieka w stronę jakichś subkultur (nieraz o charakterze przestępczym) lub w stronę tworzenia jakichś zalążków późniejszych bardziej skomplikowanych środowisk, które wykluwają się w okresie gimnazjalno-licealnym, dalej przechodzą na czasy studenckie, zaś w ostateczności utrwalają się już w życiu dorosłym. Potwierdzają to Michał Majewski i Paweł Reszka w tekście, pt. „Zszargane nerwy pana premiera, piszący: W wąskim gronie przywódców partii władzy istnieje żartobliwe powiedzonko: „W końcu piłka jest najważniejsza”. Mówi to wiele o prapoczątkach politycznej formacji, która zaczynała się od klubu liberalnych polityków, którzy lubili futbol. Przecież zamiennikiem owego trzepaka może być, i tak często bywa, właśnie osiedlowe boisko.

To, co się dzieje w tych późniejszych latach jest w zasadzie modyfikacją tego, co zaczęło się już pod tym trzepakiem i było rozwijane w okresie adolescencji. Trzepak, to jedno z pierwszych i najważniejszych, poza rodziną (bliższą i dalszą), miejsce inicjacji społecznej młodego człowieka. Często jest też ono pewnym przedłużeniem (bądź uzupełnieniem) innych zorganizowanych form, takich jak przedszkole/szkoła podstawowa, jakieś kluby zainteresowań, sportowe itp. Trzepak, to również cała wielobarwność otaczającego nas świata, gdzie rodzą się więzi przyjacielskie i braterskie…, nieraz nawet silniejsze niż we własnej rodzinie. Inaczej niż w rodzinie bądź szkole, pod trzepakiem następuje uspołecznienie młodego człowieka, które całkowicie pozbawione jest jakiegokolwiek wcześniejszego zaprojektowania. O ile w tych pierwszych środowiskach przestrzeń dla „wyżycia się” przez młodego człowieka jest zwyczajowo bardzo ograniczona, to „pod trzepakiem” jest więcej miejsca na zachowania spontaniczne, żywiołowe oraz niekontrolowane przez bardziej zinstytucjonalizowane formy życia społecznego. To „pod trzepakiem” wykuwa się poczucie pewnej elitarności, wyjątkowości, unikalności…. To my „pod trzepakiem” jesteśmy pod każdym względem „naj….”, reszta to gamonie, frajerzy. Trzepak, to miejsce spod którego wyrusza się, by poznawać i eksplorować dalsze przestrzenie, terytoria. Sąsiednie podwórko, osiedle, dzielnicę… Poznawać się z tamtejszymi grupami spod tamtejszych trzepaków. Poznawać się z nimi nieraz brutalnie, jednak w ten sposób samemu się sprawdzać. Odkrywać swój charakter, słabości, lęki, a może niekiedy i jakieś talenty, zdolności, kwalifikacje, jak choćby, przywódcze, organizacyjne czy podobne. Nieraz spotykając się z odleglejszymi grupami spod innych trzepaków można powiększać w ten sposób kręgi swoich przyjaciół, znajomych, wchodzić z nimi w sojusze (doraźne bądź solidnie trwałe), może nawet… poznać swoją pierwszą miłość. Trzepak na innych terytoriach, to także miejsce poznania swoich nieprzyjaciół, wrogów bądź tych, którzy są w sojuszach z innymi przeciwko nam. To poprzez poznanie owej osobliwej „topografii” trzepakowej dokonuje się zakreślanie granic swoich stref wpływów. To dzięki temu powstaje pewna namiastka, poletko doświadczalne, przedsionek uczenia się pewnej polityczności, swego rodzaju „dyplomacji” czy też grupowego oddziaływania. Im więcej za sobą ma się różnych grup spod innych trzepaków, to tym większe jest nasze znaczenie na okolicznych podwórkach, osiedlach, w dzielnicy, niekiedy w całym mieście. Paradoksalnie stworzenie swojej koalicji z różnych trzepaków nie jest wcale łatwiejsze niż sformułowanie koalicji parlamentarnej bądź rządowej. I tu i tam w grę wchodzą różne (nierzadko wzajemnie sprzeczne) potrzeby, aspiracje, obawy i lęki, emocje i postawy.

Trzepak jest jednym z ważniejszych (bądź najważniejszym) miejsc, gdzie młody człowiek uczy się rozpoznawania i interpretowania jakichś wspólnych znaczeń, kodów kulturowych, języka i sygnałów. Żargon, miny czy też mowa ciała, ubiór, wspólni bohaterowie, gusta, sposoby spędzania czasu, niosą treści i komunikaty pełne symboli, postaw i emocji. Mają one na celu bądź to zachęcenie do czegoś bądź przestraszenie. Czyż może tłuszcza pod Pałacem Namiestnikowskim wrogo wyjąca przeciwko całemu ruchowi „Smoleńsk 2010”  nie przypomina właśnie „spod-trzepakowej ferajny”? Służą integrowaniu, wzmacnianiu lojalności, posłuszeństwa, nagradzaniu bądź karaniu. Wyznaczają relacje wewnątrzgrupowe, ustalają hierarchię, tworzą stosunek do obcych (nieznajomych, nieprzyjaciół, wrogów), są metodą ustalania zasad i norm wewnątrzgrupowych, wzmacniają siłę i determinację grupową, mają na celu osłabienie przeciwnika czy też wytyczenie swoich praw w okolicy dalszej i bliższej od trzepaka. Tak, tak, Tygrysie, zaczyna się od robienia pełnych dezaprobaty i oburzenia min na trzepaku a kończy na „zabiciu” przez blondynkę grymasem w jej studiu. Po prostu w nim ów trzepak wygląda nieco inaczej. Później jest już „po ptokach”. Kto jest w tym lepszy, ten rządzi okolicą…, sąsiednimi podwórkami, osiedlami, dzielnicami…, wreszcie państwem. Dzisiaj trzepak ma formę elektroniczną, jednak jego mechanizmy działania są tożsame z tamtym obok śmietnika.

Przynależność do ferajny „spod trzepaka” nie następuje, inaczej niż w rodzinie, w sposób automatyczny. Jeśli chce się należeć do tych, którzy tym trzepakiem rządzą, to trzeba zaprezentować się w taki sposób, by w takim środowisku wygrać aprobatę tych, którzy w takiej grupie się znajdują. Jak się to najczęściej odbywa? By na to pytanie odpowiedzieć, to wpierw trzeba ustalić, co dla rządzących pod trzepakiem jest tym najpierwszym, najbardziej prymitywnym, modus operandi. Moim zdaniem, tym czymś jest jak najbardziej wulgarny szpan. Wulgarny w sensie antyestetycznym i antytetycznym jak również, pospolitym, zgodnie z znaczeniem tego określenia. Zaszpanować ciuchami, jakimiś gadżetami, opryskliwością, cynizmem, siłą, agresją, brutalnością…. Czymś, co wśród kompanów wywołuje podziw, jest dla nich oznaką swobody „wyszumienia się”, łamania jakiegoś tabu, przekraczania jakichś granic bądź świadczącym o sprycie, przebiegłości, pomysłowości, brawurze. Ów podziw ma szokować. Ma w nich także wywoływać silną potrzebę identyfikacji z czymś takim. „On jest wporzo wiracha, gdyż ma to, co mi imponuje. Więc, on jest swój.” Właśnie, to się odwołuje do, być może podświadomej, potrzeby imponowania. Nasikać do zniczy. „O k…, ale czadownie! Kolo to niezły brachu! Też bym tak chciał!” I trzepak wyje z uciechy przed siedzibą I Kustosza Żyrandola RP. Szpan, szok, spontan, odlot…. Nieważne, czy w głowie wulgarnego troglodyty tkwi jakiś surogat myśli o tym, jak sam czułby się, gdyby ktoś inny nasikał na znicze stojące tam, gdzie on upamiętnia osobę lub osoby dla niego bliskie, coś znaczące, z jakiegoś powodu ważne. Przecież to, czego trzeba się wyzbyć, chcąc być w ferajnie pod trzepakiem, to uczucie jakiejkolwiek empatii. To kształtuje co najwyżej rodzina. Ja jestem tylko zdumiony, że Mości Szanowna Prawica jest zszokowana tym, co trzepaki wyczyniają przed siedzibą I Kustosza Żyrandola RP, skoro w Kostrzynie nad Odrą corocznie odbywa się zlot trzepaków. Zwyczajnie, na moment ów zlot został przeniesiony do stolicy. Pod trzepakiem liczy się tylko sympatia, zresztą najczęściej jej pozory – rzadko kiedy bezinteresowna. Dlaczego? Ano dlatego, że siedząc w ferajnie pod trzepakiem relacje są niezwykle linearne, „Znaczysz coś dla mnie wtedy, kiedy ja mam z tego jakąś korzyść.” W rodzinie tak nie jest. „Będziesz mnie popierał, będziesz walił grepsy takie, jak ja, to będę cię lubił. W innym przypadku, jesteś zerem, nikim, spod trzepaka wylecisz.” A dla wielu wymiksowanie spod trzepaka jest nie do wyobrażenia, gdyż w ten sposób poczuliby wokół siebie pustkę. To jest poczuliby to, co w nich najgłębiej siedzi. Właśnie, pustkę. Jałowość. Bezbarwność. Zaś by to wszystko zamaskować, to do tego potrzebna jest ferajna. Ona jest takim jakby „placebo” na to wszystko. W niej to można się dowartościować nawijką, grymasami, gestykulacją, wyzywającą postawą, wreszcie jakąś ekstrawagancją. Bez tych atrybutów o znalezieniu się pod trzepakiem nie ma co liczyć. Oczywiście, siedząc w ferajnie pod trzepakiem, trzeba okazywać swój konformizm, swoją uległość, gdyż w przeciwnym razie jest się narażony na ostracyzm bądź jakiekolwiek inne kary wyznaczane przez nią. W zasadzie, im więcej jest okazywania buntu i pogardy wobec świata zewnętrznego, to tym silniej trzeba udowadniać wobec ferajny swój serwilizm i posłuszeństwo. Indywidualnością może być tylko przywódca.

Ów trzepak oraz jego bliższe i dalsze okolice są skupieniem, jakby w soczewce, większości pozostałych relacji społecznych. Od tych różni je to, że w przypadku tych ostatnich funkcje normotwórcze przejmują na siebie bardziej złożone formy instytucjonalne w rodzaju różnego rodzaju samorządów (lokalnych, zawodowych itp.) bądź państwowe. Jednak, gdyby się dobrze przyjrzeć, to ta swoista „socjologia trzepakowa” da się przenosić na inne obszary społeczne. No to, jak, zapytasz się Tygrysie (a i pewnie Mości Blogerzy), jak wyglądają owe rządy pod trzepakiem. Otóż trzepak, to trzy rodzaje środowisk. Pierwsza, która pod nim rządzi, druga, chcąca tego samego i ostatnia, pochodząca z innych terenów, która chce rozszerzyć swoją strefę wpływów. Tę ostatnią, dla uproszczenia, zostawimy sobie obok. Jest też i czwarta grupa, tzn. neutralna względem tego, co się pod nim dzieje. Rozumiem, Tygrysie, że stanowimy grupę drugą, aczkolwiek zdarzyło się, że przez krótką chwilę byliśmy tą pierwszą, zaś dzisiaj siedzimy w piwnicy. I choć biegamy po klatkach okolicznych bloków i smarujemy na nich „My rulez!”, to jednak nic z tego nie wychodzi. A tak nam żal tego, że to nie my rządzimy pod tym trzepakiem. No to, jak wygląda kształtowanie się tych czterech powyższych grup.

Grupa pierwsza, rządząca pod trzepakiem, powstaje bądź to wskutek tego, że niejako naturalnie „odziedziczyła” po poprzednikach takie rządy. Jest tak wtedy, kiedy w niej są potomkowie tych, którzy wcześniej trzepakiem rządzili. I jest ich na tyle liczna grupa, że płynnie i stopniowo następowało przejmowanie owej władzy. Innymi słowy, była ona do tego stopniowo już wdrażana. Bądź to wskutek tarć wewnętrznych pojawił się nowy lider, który sformułował swoją grupę, dzięki której przejął kontrolę nad starszą i/lub wprowadził swoich, w większości wcześniej nieznanych, stronników. Bądź to wskutek „siłowego” przejęcia terenu przez grupę lepiej zorganizowaną, wyposażoną i odpowiednio silnie do tego zdeterminowaną. Często tak się dzieje, gdy wewnątrz grupy rządzącej pod trzepakiem występują jakieś ruchy odśrodkowe i jest ona wewnętrznie osłabiona. Bądź też wskutek uzyskania pomocy z zewnątrz, np. ze strony jakiejś grupy rządzącej gdzieindziej pod jakimś innym trzepakiem lub ze strony tych, którzy na co dzień są neutralni wobec tego, co dzieje się pod trzepakiem. Ten ostatni przypadek ma miejsce wówczas, kiedy rządy pod trzepakiem dotychczasowej grupy z jakichś powodów stają się dokuczliwe. Myślę, że są to wystarczająco wyczerpujące sposoby stanowienia grupy pierwszej. Być może jest też i taki, kiedy jakaś grupa odkrywa „ziemię niczyją”, wstępuje doń, na niej się umacnia i z tego „dziewiczego” terenu rozpoczyna eksplorację bliższych i/lub dalszych.

Grupa druga, chcąca rządzić trzepakiem, to przeważnie suma tych wszystkich, którzy przez jakiś czas byli wypychani spod niego, a bardzo chcieliby tam wrócić z powrotem. Bądź tacy, którzy nigdy „pod” trzepakiem nie byli, jednak z powodu tego, że od siedzących tam permanentnie dostawali młóckę, postanowili się zebrać, „przejąć” trzepak i wprowadzić swoje rządy. Bądź też tacy, którzy z pomocą innych trzepaków, zamierzają zastąpić tych, którzy rządzą ich „własnym”.

Grupa trzecia, zewnętrznie względnie neutralna, składa się z różnych podgrup. Mogą nimi być, i w większości tak jest, ci, których to, co się dzieje pod „ich” trzepakiem, zwyczajnie nie interesuje. Myślą sobie, „A co mnie odchodzi to, co się tam dzieje? Wolę się nie mieszać, bo jeszcze szybę mi wybiją, nasmarują mi coś na drzwiach, strach będzie po ciemku wracać do domu.” I pojawiają się tam wyłącznie po to, by przy okazji wyrzucania śmieci wytrzepać dywany i chodniki. Zaś na co dzień trzepakowa rzeczywistość jest dla nich czymś obcym, o ile ich dziecko (bądź dzieci), jeśli takowe posiadają, nie współuczestniczy w jednej bądź drugiej grupie. I to też nie do końca, albowiem, może być tak, że jeśli ono jest „pod” trzepakiem bądź do niego „aspiruje” (w formie asocjacji bądź przejęcia), to fakt ten, może również nie mieć dla nich żadnego znaczenia. Kolejną podgrupę stanowią ci, których dzieci (ergo, młodzież) jest w jednej bądź drugiej grupie. Zazwyczaj wówczas w razie jakichkolwiek konfliktów przyjmują postawę stronników jednych bądź drugich. Jest też podgrupa tych, którzy cieszą się z tego, że jakieś twarde chłopaki rządzą trzepakiem, podwórkiem, ulicą, bo mają nadzieję, że ich mienie (samochód, piwnicę itp.) ktoś będzie pilnował. „Mnie nie interesuje, jakie tam łobuzy siedzą na trzepaku. Przynajmniej, mi jakieś obce typy, z miasta, karoserii nie porysują.”, to jest główna linia ich myślenia. Są też i tacy, których z jakichś powodów denerwuje to, co się pod trzepakiem dzieje, i próbują to zwalczać. Wówczas to, popierają rządzących trzepakiem, myśląc, że jeśli ci przepędzą grupę aspirującą do takich rządów, to skończą się wszelakie chryje i rozróby. Bądź też wspierają tych ostatnich, mając nadzieję, że nowi zaprowadzą jakieś porządki i skończą się bójki i awantury. Ciekawe jest to, że w całej swojej masie, grupę trzecią stanowią, tzw. zwykli, przeciętni, przyzwoici obywatele (mieszkańcy), którzy nie są społecznym marginesem, jakimiś wykolejeńcami, zaś cieszą się jakimś cenzusem społecznym, może nawet poważną i solidną pozycją zawodową, towarzyską itp.

I teraz tak, Tygrysie i inni Mości Blogerzy. „Tamci” owym trzepakiem rządzą z małymi przerwami. Ostatnia taka miała miejsce w latach 2005-07. A tak naprawdę, to w 2006-07. Jak to się zatem dzieje, że „my” się na trwale nie możemy na tymże trzepaku znaleźć? O, „to doskonałe pytanie”, jakby powiedział pewien zasłużbiony redaktor. Ja sądzę, że tak się dzieje, ponieważ ci, którzy permanentnie siedzą na tym trzepaku, po pierwsze, są wspierani przez takie bądź inne „okoliczne” trzepaki, po drugie, czują milczące przyzwolenie grupy „niezaangażowanej”, a po trzecie, i moim zdaniem to jest najważniejsze, doskonale potrafią wykorzystywać wszystkie błędy („miękkie podbrzusze”) aspirujących do rządzenia trzepakiem. Więcej, „dziedzicząc” ów trzepak w kolejnym pokoleniu mają do perfekcji opanowaną umiejętność przekonywania, że to oni są przyzwoici, zaś ci, którzy chcą ich z niego zrzucić, to banda łobuzów, awanturników, czyli tych, których trzeba nie dopuścić do niego. Czy jest na to jakaś rada? Jest kilka. Bądź to związać koalicję z jakimiś innymi trzepakami. Bądź to spośród siebie wychowywać tych, którzy z czasem będą ten trzepak przejmować. Bądź równie przeciągnąć na swoją stronę ową masę z grupy trzeciej. Można też spróbować jakichś działań radykalnych. Jednak w tym ostatnim przypadku można spotkać się z poważnymi retorsjami ze strony wszystkich trzech grup. I już na trwale wylądować w piwnicy, w której siedzimy od 2007 r.

P.S. Obawiam się, że znakomite grono prawicowców owej “socjologii trzepaka” nie rozumie, gdyż dla szeroko rozumianej Prawicy, tzw. ulica, podwórka itp. miały charakter plebejski, od którego jak najusilniej starała się dystansować. Inaczej niż robiła to lewicą bądź liberałowie, którzy właśnie robili wszystko, by w taką rzeczywistość wniknąć, ją poznać i w swoim interesie wykorzystać. Prawcia ową ulicę bądź podwórko próbowały interpretować w zasadzie ex cathedra. I tam też pozostała.


Prawicowi rewolucjoniści tego nie rozumieją.

28 Lipiec 2010

Byt kształtuje świadomość.

- K. Marks

Bodajże czwarty bądź piąty (a już najpewniej trzeci) rok obserwuję, jak prawicowi „rewolucjoniści” wieszczą nadejście „przełomu”, „przesilenia”, „wstrząsu” itp. różnych wielkich zdarzeń. Statystyka podpowiada, że pewnie mają oni rację, gdyż co jakiś czas takie coś ma miejsce. Jednak pojawia się to wówczas, kiedy nikt (względnie, niewielu) nie mógł wcześniej precyzyjnie ulokować tego w czasie. Sam zresztą mógłbym powiedzieć, że na przestrzeni najbliższych 30 lat przez świat może przetoczyć się wielka wojna globalna, z tym także, że w Polsce może wybuchnąć ogromna i krwawa rewolucja. Tylko, czy dzisiaj mając 41 lat ktokolwiek mógłby mi przyznać rację? Oczywiście, że dzisiaj, to nikt. A czy wtedy, kiedy będę miał 70 lat, również? A co, jeśli wówczas nie będę już żył? Nawet wtedy pewnie nikt nie będzie pamiętał o tym, że 28 lipca 2010 r. niejaki Moherowy Fighter prorokował taki ogrom nieszczęść. A co dopiero powiedzieć, że MF przestrzegając przed tym apelował, by się na to jakoś przygotować, a już jak najbardziej podjąć wszystkie działania, by temu zapobiec? No, dobra, a co wtedy, kiedy faktycznie takie działania zostały podjęte, i żadne tam wojna i rewolucja nie wybuchły? Wtedy ktoś mógłby ex post zarzucić mi sianie zamętu, inny z kolei mógłby przyznać, że ex ante miałem rację i moja zapobiegliwość była słuszna i godna chwały. Rzecz jasna, w zależności od tego, kto przez większą część tego okresu będzie miał przewagę w, tzw. „debacie publicznej”, to w pierwszym przypadku będę okrzyczany „wrogiem publicznym nr 1”, w drugim z kolei, „wybitnym intelektualistą”, „doskonałym prognostą”, „przenikliwą umysłowością”. Co mi daje jedno i drugie? Właściwie jedno – uczucie rozpierającej mnie dumy i pychy, gdy w pierwszym przypadku chodzić mogę w zgoła wygodnej „aureoli” cierpiętnika, w drugim, w podbechtującym moje ego uznaniu mnie za „niekwestionowany autorytet”. Tak mimochodem mówiąc, to snuć takie wizję mogę, gdyż w duchu Moherowy Fighter jest niereformowalnym fatalistą – więcej, racjonalnym pesymistą.

No, dobrze (a nie, „nie dobrze”) powiecie Mości Blogerzy, „Co to, do kurki wodnej, wszystko powyższe ma wspólnego z tytułem wpisu, a już szczególnie z jego mottem? I jakim prawem Moherowy wyjeżdżasz nam tu z tym mędrcem z Trewiru?” Spokojnie, spokojnie…, wszystko w swoim czasie. „Rewolucja”, powiadacie. Ha, powiem Wam, że też to widzę oczyma swojej wyobraźni, bo jest to bliskie temu, co jako stara giełdowa zasada głosi, że „Skoro o kursach akcji zaczynają między sobą gadać pucybuci i gospodynie domowe, to oznacza to, że jest źle i trzeba się z giełdy wycofać.” Nie, nie, wcale nie chcę tutaj insynuować, że o rewolucji dyskurs prowadzony jest wśród pucybutów i gospodyń domowych, jeno że jest on już tak powszechny, że wart zastanowienia. Tylko, że momencik, skoro owe rewolucyjne wieszczby są tak wyraziste wśród prawicy, to nie bądźmy jak dzieci we mgle i nie łudźmy się, że lewica i liberałowie też tego nie dostrzegają. Co to, to nie. Oni to obserwują, powiem, z naukową precyzją, jakby pod mikroskopem, i drapiąc się w łysiny dumają nad tym, co by „no…, ten-tego.” A do „ten-tego”, to oni mają socjotechnikę. „O cholera!” – zakrzykniecie Mości Blogerzy, cali zdumieni, a może nawet i zaszokowani tym Novum Moherowego – „Aleś teraz odkrywczo pojechał, Moherowy. Ja cię! Na miarę Kopernika. Nie masz może czegoś innego do roboty, bo przynudzasz, Moherowy. Weź parasol, idź na spacer i się dotleń.” – prawda, że takie są Wasze reakcje? No, już dobrze. Wiem, że tak myślicie. Jednak, będę jechał dalej. Bo wydaje mi się, że prawicowi rewolucjoniści tego nie rozumieją.

Otóż, owi łebscy macherzy od socjotechniki biorą sobie te nastroje społeczne pod mikroskop i pęsetami oraz innymi instrumentami mieszają w tych komórkach emocji tak, by całość nie wybuchła, i by różne sprawy popychać do przodu. A co dla nich jest najważniejsze? Ano, tym czymś jest owa światła myśl mędrca z Trewiru, który, co by o nim nie mówić, był arcyspryciarzem w zakresie socjotechniki. Pół świata zainfekował swoimi wizjami, więc widać, był skuteczny. A łebscy macherzy o tym wiedzą doskonale. No więc zastanówmy się Mości Blogerzy nad tą, zgoła trywialną i prozaiczną prawdą, że kwestia bytu ma pierwszorzędne znaczenie zarówno dla indywidualnej jak i zbiorowej świadomości. Nam Polakom, Mości Blogerzy, wiele, jeśli nie wszystko, doskwiera. Doskwiera ochrona zdrowia. Doskwiera oświata. Doskwierają dziury w jezdniach, nierówne chodniki, korki na ulicach, brak dróg ekspresowych, autostrad, obwodnic. Doskwiera kolej i komunikacja publiczna. Doskwierają wymiar sprawiedliwości, administracja rządowa i samorządowa. Doskwierają ZUS, skarbówka, KRUS, NFZ, system przetargów i opieka społeczna. Doskwierają przestępczość i wszechobecna agresja. Telekomunikacja i media też doskwierają. Nie ma właściwie niczego, co by nie doskwierało. I to nie tylko prawicy doskwiera lecz także lewicy i liberałom. Z tym oczywiście, że prawicy inaczej niż tamtym. Oni jednak mają na to wszystko inną perspektywę. Prawicy jest to, by to wszystko obalić, ich natomiast, by się z tym jakoś „zaprzyjaźnić” i widzieć ową przysłowiową szklankę do połowy pełną. Na czym to polega?

Polega to na tym, że fundamentalnym i konstytutywnym dla społeczeństwa, tzw. III RP, jest „święta” zasada, tzw. spokoju (względnie – pokoju) społecznego. Nie, nie, rzecz jasna, to nie jest tak, że między nami, Polakami, nie ma sporów, kłótni, waśni, agresji, chamstwa czy tym podobnych zachowań. One są i to na olbrzymią skalę oraz na co dzień. W rodzinach, między sąsiadami, z byle obcymi przypadkowo napotkanymi na ulicy, w klepie, w pociągu, autobusie, w pracy, pomiędzy znajomymi, w mediach, „kulturze”, sporcie …. Nie wiem, czy jest jakiś jeden uniwersalny miernik tego wszystkiego i jak on nas lokuje na tle innych państw. Wiem natomiast, że jest to wszechobecne i nieznośne. O tym również wiedzą owi macherzy od socjotechniki, którzy pod owym mikroskopem to wszystko oglądają. Wiedzą oni również to, o czym wie społeczeństwo, że występuje w nim naturalna, intuicyjna, granica, której Polacy nie chcą przekraczać i eskalować konfliktów. Tym można tłumaczyć to, co często jest pewną pochodną, tzw. słomianego zapału. To, że on taki jest bierze się z traumatycznych doświadczeń Polaków z przeszłości, kiedy masowo ginęli, byli mordowani, eksterminowani, wywożeni na zsyłki, organizowano na nich łapanki na ulicach, wytaczano przeciwko nim czołgi, ciężką artylerię, lotnictwo wojskowe, byli katowani w kazamatach, maltretowani w celach, likwidowani w lochach… właściwie byli na granicy biologicznej zagłady. Mają oni przecież w świadomości całkiem jeszcze świeże tego obrazy. A tego wszystkiego Polacy się boją. Dla nas, Polaków, jakakolwiek rewolta, wojna, powstanie czy coś podobnego, to są wszystko przekleństwa, których nie chcemy, by się kiedykolwiek powtórzyły. I stąd, jak sądzę, Polacy zgadzają się na to, by ceną za ten pokój społeczny były tu i teraz warunki życia, które mają na co dzień. Ileż to można usłyszeć, „Lepiej już było, teraz może być tylko gorzej.”, „Jakoś się żyje byle się żyło.”, „Mnie tam polityka nie interesuje.”, „Na nic nie mam wpływu.” itp. To są wszystko komunikaty, za którymi kryje się świadoma autohipnoza mająca na celu akceptację status quo byleby jakiejś zawieruchy nie było.

I to macherzy od socjotechniki, właściwie w całości obsługujący lewicę i/lub liberałów, perfekcyjnie widzą, mając nastroje i emocje społeczne przenicowane na wylot. Wiedzą więc, że w społecznej samoświadomości funkcjonuje również i to, że pewien awans cywilizacyjny uczyniony względem lat 30.tych ubiegłego stulecia wystarczająco silnie znieczulił Polaków na akceptację i afirmację nurtów, tzw. skrajnych i radykalnych. Rzecz jasna, gdzieś tam w socjotechnice jest podsycany niepokój, którego treścią jest aplikowany społeczeństwu komunikat, „Chcecie żyć w takim zacofaniu jak przedwojenny, to zburzcie status quo lecz ofiary tego będą ogromne. A tak, to patrzcie, będzie spokój, siły radykalne pójdą precz, to będziecie sobie żyli po europejsku. A co to znaczy? To zapraszamy do wielkich miast i do zwiedzenia galerii handlowych. Stać was na takie szaleństwo?” Wystarczająco jest to sugestywne, by miało znieczulać na wszelakie „wariactwa”. Zaś na takim „podglebiu” konformizm i oportunizm się plenią aż miło. A kto zaprzeczy, że Polacy nie są materialistami? Ciągiem dalszym jest, „Nie zrzędźcie, było gorzej.” Szklanka do połowy pełna. No i nieważne, jak bardzo Polacy będą pomstować na służbę zdrowia, oświatę, dziury w jezdniach, brak dróg ekspresowych…, to i tak będą to wszystko cierpliwie znosić. Bo też przecież ma się gdzie mieszkać, czym jeździć, co jeść i wypić…. I to na poziomie o wiele wyższym niż dziadowie, pradziadowie, a nierzadko i rodzice. A jak jeszcze jest perspektywa życia „jak Europejczyk”, to po jaką cholerę w imię jakichś zasad i wartości wychodzić na ulice i demolować taką świetlaną przyszłość. Przecież zasadą i wartością są żyć jak najlepiej i w dodatku spokojnie. A to przecież nie jest mało. Mości Blogerzy, a nie zastanawia Was może to, dlaczego np. telewizja publicznie tak intensywnie pokazuje seriale, w których pokazana jest siermiężność, szarość, bezsens, głupota i cały prymitywizm lat PRL’u? To przecież ma funkcje wychowawcze. „O patrzcie, Polacy, jak głupio się żyło wtedy, kiedy się podskakiwało. A teraz, gdy się nie podskakuje, to się głupio nie żyje.” Albo inaczej. „Widzicie, jak dobrze się miało, kiedy siedziało się cicho na tyłku? Dzisiaj, jest tak samo.” I proszę bardzo, ileś milionów jest już grzeczna.

No, to skoro już mamy nieco liźnięty elementarz socjotechniki, a właściwie inżynierii społecznej, to widać od razu, że popyt na rewolucję topnieje. Nie, nie, tragedia smoleńska, powódź itp., to sądzę dla wielu milionów ludzi były wydarzenia, jakby z innej narracji, która jest im obca. „Samolot z prezydentem i prawie setką ludzi na pokładzie spadł i roztrzaskał się? O cholera, ale nius! Coś się dzieje i to z efektami specjalnymi.” Myślicie, Mości Blogerzy, że wielu to o tym tak nie pomyślało? A ja sądzę, że była również cała masa takich, którzy byli z tego zadowoleni. Już nawet nie chcę przytaczać tego, co taka masa mogła myśleć. A jeszcze pewnie byli i tacy, których cholera brała z powodu tego, że przez tydzień w telewizorach szło żałobnie, nie mogli pooglądać teledurniejów (to nie błąd pisarski), jakichś meczy, prymitywnych seriali telewizyjnych, odmóżdżającej sieczki czy innego chłamu. I znowu musieli oglądać tych znienawidzonych przez siebie „kaczystów”, „pisowskich historyków” i „dziennikarzy pisowskich”. Co, myślicie Mości Blogerzy, że tak nie było? A powódź? No, cóż… „się zdarza, zdarzała i będzie się zdarzać. Pokapało i wylało. Co w tym dziwnego?” I też sądzicie, że ileś milionów tak nie pomyślało?

„Kryzys.” – powiadacie, Mości Blogerzy. – „To na pewno wywoła ferment i wybuch.” A ja śmiem w to wątpić. Dlaczego? Ano dlatego, że „Skoro jest co wypić i czy zakąsić, to nie jest wcale tak źle.” I co, znowu tak nie myśli cała masa krajan? „A jak jeszcze jest co wlać do baku samochodu, to da się wytrzymać.” Ostatnio, byłem w dwóch miejscach w Polsce, na wsi. I co widziałem? Ano sklepy wiejskie zaopatrzone, jak zawsze. Przewijający się w nich ciągle ludzie, podjeżdżające pod nie samochody, ludzi wyglądających, jakby wcale nie pałali chęcią pójścia z marszem na Warszawę. Co to jest kryzys, to ludzie dalej pamiętają, bo o to, by im to ciągle przypominać, to telewizja publiczna się stara, kiedy był wyłącznie ocet na półkach, puste haki w mięsnym, brało się na zapas benzynę do baków…. A dzisiaj? Hipermarkety i supermarkety pełne aż po brzegi, benzyna łatwo dostępna, jest za co wyjechać na urlop, zaś w siołach na byle ruderze dwie (lub nieraz więcej) anteny satelitarne, a obok stoi samochód średniej klasy. Znowu socjotechnicy ślą komunikat, „Chcecie tego wszystkiego nie mieć? To zacznijcie rozrabiać.” A co to kogo obchodzi, że Zbycho i Miro „kręcili lody” na cmentarzu lub stacji benzynowej? Widać zaradne chłopaki. A takich to się lubi, przecież. Mało takich? A myślicie, że skąd to sąsiad odnowił sobie i powiększył chałupę, dokupił grunt i go sobie urządził, co trzy lata zmienia samochód…? Co? Też zaradny chłopak, więc o co w ogóle lata.

Po co o tym wszystkim piszę? Ano po to, by Mości Blogerzy, wieszczący rewolucję, wiedzieli, że socjotechnika trafia na zapotrzebowanie społeczne. I dopóki społeczeństwo zdroworozsądkowo będzie dawało się znieczulać, dopóty myślenie o jakiejkolwiek rewolucji będzie można włożyć między bajki. A co, to, ci macherzy kręcący tą post-polityką mają cokolwiek robić przeciwko sobie? Mają dobrze nie mieszkać, źle się ubierać, nie jeździć wypasionymi gablotami, nie stołować się w drogich restauracjach, nie latać klasą biznes, nie odpoczywać za granicą…? Przecież w ich ślady idzie cała masa młodych ludzi, którzy chcą mieć tak samo. Więc tym, to też bardzo daleko do jakiejkolwiek rewolucji. Byt kształtuje świadomość. Ale nie popadajcie, Mości Blogerzy, w przesadną frustrację. Zgadzam się z Wami, że w ciągu jakichś najbliższych 30 lat taka rewolucja wybuchnie. Nie powiem, że to macie jak w banku, bo po ostatnim „kryzysie” finansowym, to z tymi instytucjami jest no… ten-tego. Tylko dlaczego ona wybuchnie, to mnie za język nie ciągnijcie. Gdyż wątpię, że wiem.


PiS a ciuciubabka przy trzepaku.

16 Lipiec 2010

Wpisem tym nawiążę do mojej wcześniejszej notki, pt. Recepta dla Prawicy (odpowiedź Oszołomowi) oraz dzisiejszego wywiadu w „Rz” z Grzegorzem Napieralskim, pt. Domagamy się demontażu IV RP. W notce tej napisałem m.in.

(…) W związku z tym trzeba wrócić do pytania o to, skąd wziąć taki „urobek”? Od lewicy? Broń Boże, bo tego elektorat prawicy by nie zaakceptował ze względu na tożsamość prawicową, różnice doktrynalne, światopoglądowe i wszystkie inne czynniki różniące. Wzięcie stamtąd poparcia oznaczać musiałoby odpływ elektoratu prawicowego i zasilenie centrum/liberałów. Elektorat lewicowy jest dla prawicy zbyt twardą alternatywą. Wszelako więc, prawica musiałaby „posilić się” częścią elektoratu centrum/liberalnego. Przypuszczalnie taki „transfer” byłby przez prawicę łatwiejszy do zaakceptowania niż lewicowy „desant”. I jest to alternatywa miękka. To tutaj jest ten „target”, po który prawica powinna sięgnąć, by się wzmocnić, i mieć szanse na rządzenie koalicyjne lub samodzielne.

A co dzisiaj mówi szef SLD? Zobaczmy:

Rz: Czy był pan zaskoczony, że 66 proc. pana wyborców zagłosowało na Bronisława Komorowskiego z PO? I odpowiedź. Sam nie poparłem nikogo, ale zaapelowałem do wyborców, aby poszli do urn i zagłosowali zgodnie ze swoim sumieniem. To nie było głosowanie za Komorowskim, ale przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu. I dalej. Są tacy w pana partii, którzy mówią, że jest pan wielkim admiratorem Jarosława Kaczyńskiego i że do PiS jest panu bliżej niż do PO. Lider lewicy mówi, To się bardzo mylą. Nie widzę możliwości zawarcia koalicji rządzącej z PiS. Od tej partii dzieli nas przepaść światopoglądowa i programowa. Ale w parlamencie będziemy popierać dobre ustawy i głosować przeciwko złym, niezależnie od tego, kto je zgłosi.

I chyba wszystko jasne. Nieprawdaż? Bo też jakim to trzeba być naiwnym pięknoduchem, by liczyć na to, że da się wziąć elektorat (a przynajmniej jego znaczną część), który nie po to w 1989 r. dokonał klasycznej ucieczki do przodu w postaci „Magdalenki” i Okrągłego Stołu, by teraz iść w parze z tymi, którzy do niedawna w swojej retoryce werbalizowali potrzebę prania tamtejszych brudów? Jak bardzo trzeba żyć mrzonkami, by będąc posądzanym o bycie partią kościelną naiwnie liczyć na sympatie ze strony tej części społeczeństwa, która sarka i prycha na „watykańczyków”, „klechów” i głosi potrzebę zerwania z „katolibanem”? Jak bardzo trzeba tkwić w oparach marzycielstwa, by sądzić, że opowiadając się przeciwko, tzw. „wolnym związkom”, da się nadawać na tej samej fali z tymi, którzy właśnie uwielbiają żyć na „kocią łapę”? Jak bardzo trzeba nie mieć kontaktu z rzeczywistością, by stojąc naprzeciw tych, którzy reprezentują „odmienne” orientacje seksualne, uważać, że zostanie się przez nich polubionym? Jak bardzo trzeba nie widzieć tego, że samotna matka na zasiłku z trójką dzieci ma literalnie gdzieś kim są i co robią tacy dżentelmeni jak Kuna, Żagiel itp.? Jak bardzo trzeba mieć ograniczoną percepcję, by lekkodusznie ufać, że zwykłą gospodynię domową, dla której „księżna” Jola jest uwielbianym rodzimym ucieleśnieniem Stephanie Forrester z „Mody na sukces”, da się do siebie przekonać, jeśli chodzi się „wokoło” willi „księżnej” w Kazimierzu Dolnym? Jak bardzo trzeba się mylić, by ufać, że jest się „zajefajnym” dla naćpanego nastolatka rokrocznie tarzającego się w Kostrzynie nad Odrą w błocie, skoro za to tarzanie się jest „łojony” w zaprzyjaźnionej rozgłośni toruńskiej? Skąd się również bierze tak zadziwiająca pewność, że da się przekonać do siebie tych, którzy hołdują materialistycznym przyzwyczajeniom, jeśli np. głosi się postulaty ograniczania w niedzielę handlu w obiektach wielkopowierzchniowych? Itd. itd. To nie jest kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy ludzi. To jest kilkaset tysięcy. Dla nich zamiana pisowskich „jastrzębi” na „gołębie” jest (nic, względnie mało znaczącym) zwykłym zabiegiem marketingowym, wskazującym na chęć wzięcia ich „pod włos”. Więc co oni na to? Ano odpowiedź jest prosta. Myślą oni, że jeśli formacja, z którą się utożsamiają, ma w danym momencie mniejszy potencjał polityczny, to trzeba wesprzeć tą, która jest jak najbardziej ideowym, światopoglądowym, programowym i mentalnym „zastępnikiem”. „Zastępnikiem”, który nie będzie podważał tego, skąd i z czego się oni wywodzą oraz jak żyją. Bo też miejmy pewność, że aczkolwiek ich preferencje wyborcze są względnie elastyczne, to jednak postrzeganie przez nich otaczającego ich świata jak też korzystanie z życia są jasno skrystalizowane. W wielu wymiarach pisowska oferta oznacza dla nich rewizję tego, skąd się wywodzą, jak żyją a także zakwestionowanie ich dotychczasowej drogi życiowej. I to zarówno w sferze prywatnej jak i zawodowej. A chętnych na to nie ma.

A teraz spójrzmy na możliwą reakcję elektoratu prawicowego. Czy dla niego, przepełnionego ludowo-obrzędowym katolicyzmem, do przyjęcia jest wiązanie się z tą częścią społeczeństwa, która aż cmoka z zachwytu nad „artystką” umieszczającą genitalia na Krzyżu bądź nad innym, który Papieża-Polaka przywala meteorytem? Czy dla niego, dwóch samców całujących się „z języczkiem” jest do przyjęcia? Czy afirmuje on legalizację, tzw. miękkich narkotyków, jeśli niekiedy grzebał kogoś ze swojej rodziny, który zmarł z przedawkowania? Czy, gdy w stanie wojennym i po oberwał niekiedy pałą od zomowca bądź esbeka, to będzie zadowolony z tego, że ów zomowiec lub esbek ma mieć dzisiaj wyższą emeryturę od niego? Itd. itd. Dla niego „uszminkowanie” PiS’u i umizgi do lewicy oznaczać muszą zaskoczenie. Przecież ta część społeczeństwa ma uzasadnione racje do tego, by popierać partię, która ma być wyrazicielem ich sprzeciwu wobec tego wszystkiego. Nie łudźmy się, że liderzy SLD o tym nie wiedzą. Rzecz jasna „rozmiękczanie” PiS’u jest także na rękę lewicy, gdyż w ten sposób ma ona pewność, że partia Jarosława Kaczyńskiego traci na wyrazistości, jednak nie na tyle, by nie dało się jej zrzucić „odium” prawicowości. Zawsze można przekonywać, że w dalszym ciągu jest to partia Radia Maryja. Dla elektoratu PiS’u jest to, rzecz jasna, powód do dumy i chwały, jednak na lewicę działa to zaporowo. Z kolei zaś, dla antykomunistycznej części wyborców „przeproszenie się” z gierkowszczyzną musi być czymś bulwersującym, gdyż jeszcze dobrze pamiętają oni o tym, że wskutek tamtego otwarcia się na Zachód najlepiej na tym skorzystała partyjna nomenklatura a nie oni. Więcej, ci nieraz musieli zaliczać „ścieżki zdrowia”, jak choćby w Radomiu w 1976 r. Stąd też od razu pojawia się pytanie, „O co tu biega, do cholery?”

Idźmy dalej. Pada pytanie, Był pan niezadowolony, gdy po pierwszej turze wyborów politycy SLD deklarowali poparcie dla Komorowskiego? I odpowiedź, Nie. Każdy mógł dysponować swoim głosem. A jeżeli ktoś chciał demonstrować swoje sympatie, to jest jego sprawa. Co prawda Wojciech Olejniczak oprócz demonstracji poglądów udał się też na wiec wyborczy innej partii, z której kandydatem za chwilę będzie konkurował w wyborach na prezydenta Warszawy. To jest raczej niespotykane. Ale sam tak wybrał i to on będzie miał teraz problem. Ale przecież ja dziewięć miesięcy temu spodziewałem się, że tak będzie. Ta część lewicy wcale nie czuje się dobrze w otoczeniu Kluzik-Rostkowskich, Poncyliuszów, Kowali, lecz raczej Schetynów, Drzewieckich, Niesiołowskich, Chlebowskich, Grabarczyków, Nitrasów itp. Szanowne Siostry i Szanowni Bracia w PiS, a wiecie dlaczego? Ano zwyczajnie, bo w takim otoczeniu przecież można sobie dalej pojeździć po „kaczystach”. Gdy u Majewskiego, w „Szkle kontaktowym”, Superstacji czy gdzie tam nabijają się z „moherów”, to oni mają taką samą radość jak ich platformiani przyjaciele. Podobnie jak ci zacierają ręce, gdy w plaźmie „kaczyści” są „młóceni” przez blondynkę, Grubego i Chudszego, tego, co to miał sobie odgryźć język…. Na „Warto rozmawiać”, „Misję specjalną” czy też „Antysalon” dostają takiej samej szewskiej pasji co ich młodzi platformiani przyjaciele. „Rzeczpospolita”, „Gazeta Polska”, „Nasza Polska” lub „Nasz Dziennik”, to nie są ich gazety. Stąd więc, przepraszam za może irytujące pytanie. Skąd to przekonanie, że jest się ciekawą ofertą dla tej części wyborców? Jaka to kalkulacja za tym stoi? Wszak nowolewicowe młodziaki idealnie się odnajdują w różnych radach nadzorczych i zarządach tego i owego wraz z platformianymi beniaminkami. Razem ze sobą grillują i się bawią. Często mieszkają w tym samym sąsiedztwie. Mają wspólnych przyjaciół i znajomych. Znają się już od czasów studenckich, nierzadko zaś od licealnych. Posyłają swoje dzieci do tych samych szkół i na te same zajęcia pozaszkolne. Leczą się w tych samych prywatnych lecznicach i gabinetach. Spotykają się w drogich knajpach, fitness-klubach, gabinetach odnowy biologicznej, kręgielniach, na squashu, quadach, w multipleksach i galeriach handlowych. Wczasują się w tych samych kurortach, hotelach i ośrodkach wypoczynkowych. Czytają te same lektury. Słuchają tą samą muzykę. Oglądają te same filmy i programy telewizyjne. Razem chodzą na koncerty. Odwiedzają te same wystawy, muzea i wernisaże. Ubierają się w tych samych sklepach i butikach. Tak samo wyposażają swoje mieszkania i domy. Mało? A wy Siostry i Bracia w PiS’ie chcecie im to wszystkiego pomieszać. I to nie tyle dotyczy samych partyjnych aktywistów, co w znacznym stopniu wyborców i sympatyków. Co właściwie oznacza to samo. A tych też jest kilkaset tysięcy.

Tak się zastanawiam, dla której części lewicowego elektoratu PiS może być ciekawą ofertą programową? Dla bezrobotnego od dziesięciu lat pana Kazia, który karierę skończył jako ślusarz w zlikwidowanej fabryce młotków? Pan Kazio myśli tylko o tym, by na zasiłku przeczołgać się na jakąś emeryturę pomostową, zaś propozycje jakiegokolwiek łapania „innowacyjnego” zawodu traktuje jako „z księżyca wzięte”. On nie ma zamiaru robić jakiegokolwiek licencjata, skoro nawet na maturę jest za stary. Przed południem tradycyjnie pod spożywczym spotka się ze swoimi kolegami, „przećwiczą” ćwiartkę z „dopychaczem”, później połazikuje, w domu zje jakiś obiad, a wieczorem obejrzy „Kiepskich” lub coś podobnego. Pan Kazio kupi sobie jakiś tabloid, „Nie” lub „Fakty i Mity” i o PiS wie już wszystko. Zresztą, pan Kazio jest mężem pani Feli, która prowadzi blaszak na straganie i handluje jakimś szmateksem. W swoim biznesie jest już od końca lat 80.tych a wraz ze szwagrem ormowcem przewalali jakąś kontrabandę i im wcale źle nie było. Ona doskonale wie, jak prowadzić swój biznes, bo jej kumy są polokowane tu i ówdzie. A tu ją PiS straszy, że będzie takie interesy prześwietlał. Jej wcale nie jest źle, bo zdążyła wyprowadzić się z zakładowego M3 do swojego domu jednorodzinnego z ogrodem i garażem. Kupić dobry samochód. Pospłacać wszystkie kredyty i ustawić swoje dzieci. Ha…, te poszły do wielkiego miasta, do jakichś Szkółek Wyższych Tego i Owego i są albo w młodzieżówce PO albo są jej sympatykami. To co jej PiS może zaproponować? A „zgredy” jak to „zgredy”. Jak głosowały na PZPR, później na SdRP, to teraz na SLD. I nie zamierzają inaczej. I takich różnych przypadków jest dobre set tysiące. A reszta, to są zbiedniali inteligenci, ludzie ze średnim wykształceniem, cała masa różnych rozbitków życiowych, którzy serdecznie dość już mają prawicy i tylko czekają na jakiegoś lewicowego „dobrego Wujka”. Pamiętacie może Siostry i Bracia w PiS, ile głosów w I turze w 2005 r. zdmuchnął Marek Borowski? To jest przecież jego elektorat. W tym roku to poszedł on sobie do Napieralskiego.

Wobec powyższego, tak się zastanawiam, na czym można budować tak ugruntowane przekonanie, że dla PiS’u rezerwy głosów są po stronie lewicy. Tam wszystko, co choćby trochę kojarzy się z „kaczyzmem” jest traktowane jako coś odpychającego. Więcej, można być nieomal pewnym, że nawet, jeśli dla tamtego elektoratu cokolwiek, co robi Platforma, będzie się nie podobało, to da się przez niego racjonalnie uzasadnić i co najwyżej z niej następować będzie odpływ głosów. Jednak nie na tyle znaczący, by zachwiać jej pozycją. Dlaczego? Wyjaśnienie jest też proste. W czasach dekoniunktury dla lewicy, ma ona osłonę w postaci Platformy (jak wcześniej lewicę osłaniała Unia Demokratyczna/Wolności), zaś w odwrotnej sytuacji tą że ubezpiecza. A że robią to w „białych rękawiczkach”, to przemawia to na niekorzyść PIS’u, gdy nie potrafi tego dostrzec i wejść w to klinem. Nie wygląda to może na ciuciubabkę przy trzepaku?


Unicorn ma koncepta.

14 Lipiec 2010

Unicorn pod notką Franka, Skuteczność – czyli co można zrobić? Skomentował był:

Mnie ciekawi ta połowa, co nie głosowała. Do nich też musimy dotrzeć. Jak nie umieją czytać, to dostaną obrazki. Albo gadżety.

Ot, i są to dobre koncepta, które ja dziewięć miesięcy temu wyłuszczyłem następująco:

(…) By spróbować sobie przybliżyć ów wyznacznik, to moim zdaniem trzeba zastanowić się, gdzie jakkolwiek rozumiana prawica mogłaby wydłubać brakujące jej, do pełni szczęścia, głosy. Tutaj są różne możliwości. (…) Istnieje inny wariant rozszerzenia się prawicy polegający na wyjściu poza dotychczasowe ramy elektoratu, to znaczy zagospodarowujący część, tzw. elektoratu niemego. Tutaj rezerwy są juz dość znaczne. Stąd można sporo czerpać, gdyż tego elektoratu jest blisko 13 mln. uprawnionych do głosowania. Oczywiście, dotarcie do niego jest znacznie trudniejsze, gdyż ten elektorat stanowi w dużym stopniu „odsiew” po poprzednich wyborach, i jest zrażony do polityki jako takiej. To są ogromne masy ludzi, patrzący na świat w kategoriach „my” – „oni”. Prawicę zaś, podobnie jak pozostałe siły polityczne, postrzegający jako częścią „onych”. Z tej racji, że jest to elektorat najtrudniejszy, to kluczowym tutaj czynnikiem, który może (lub wręcz – powinien) być brany pod uwagę, to autentyczność, a więc, prawdziwość, siły starającej się o poparcie. W takiej sytuacji należałoby, tą część elektoratu, długo przekonywać do siebie i za każdym razem potwierdzać każde słowo swoimi czynami. Ta część elektoratu jest bardzo nieufna do świata polityki, wobec czego praca nad jego zagospodarowaniem jest i będzie ciężka. Mimo to można starać się ją pozyskać.

Prawda, że od tamtego czasu to minęło już trochę, by móc pójść kierunkiem wskazywanym przeze mnie? Lecz do 10 kwietnia PiS dalej grał w “salonowca” i dał się zagonić w metodę, którą opisywałem jako:

(…) W związku z tym trzeba wrócić do pytania o to, skąd wziąć taki „urobek”? Od lewicy? Broń Boże, bo tego elektorat prawicy by nie zaakceptował ze względu na tożsamość prawicową, różnice doktrynalne, światopoglądowe i wszystkie inne czynniki różniące. Wzięcie stamtąd poparcia oznaczać musiałoby odpływ elektoratu prawicowego i zasilenie centrum/liberałów. Elektorat lewicowy jest dla prawicy zbyt twardą alternatywą. Wszelako więc, prawica musiałaby „posilić się” częścią elektoratu centrum/liberalnego. Przypuszczalnie taki „transfer” byłby przez prawicę łatwiejszy do zaakceptowania niż lewicowy „desant”. I jest to alternatywa miękka. To tutaj jest ten „target”, po który prawica powinna sięgnąć, by się wzmocnić, i mieć szanse na rządzenie koalicyjne lub samodzielne. Pytanie czy to jest realne. Wydaje się mimo wszystko, że tak. On się może wydawać realny o tyle, o ile prawica stanie się autentyczna oraz silnie tamten elektorat przekonywująca. Zauważ ponadto, że lewica jest siłą zstępującą. Tam się systematycznie wykrusza stary pezetpeerowski beton, z kolei nowolewicowe mołojce zazdroszczą liberalnym beniaminkom dobrej passy, znakomitej prasy i luksusów na wyciągnięcie graby. Sierakowszczyzna nie jest zdolna do skonsolidowania lewicy, i nawet wśród swoich jest traktowana jak folklor przydatny do robienia jakichś rozrób. Z kolei, różne Napieralskie mają za zadanie popezetpeerowskim dinozaurom zasuwać bajeczkę o tym, jak to lewica na nich liczy i o nich dba. Natomiast takie lub inne Olejniczaki, to chciałyby jak najszybciej stamtąd prysnąć i dołączyć do centroliberałów. Nie oszukujmy się. W nowolewicowych dołach panuje ferment, by odrzucić swój peerelowski ogon i dołączyć do tamtej kasty. To z punktu widzenia prawicy jest niezwykle korzystne, ponieważ im bardziej centroliberałowie będą zasysali postkomunistyczne „odpady”, tym bardziej prawe skrzydło tych pierwszych będzie przeciwko temu stawać okoniem. I na to powinna grać prawica, by doszło do starcia pomiędzy Tuskami a Olejniczakami, a z doskoku, by tym dokopywały różne Piskorczaki. Im większa młócka w tej części sceny będzie, tym dla prawicy lepiej. Sami centroliberałowie też podlegają ciśnieniom zewnętrznym i wewnętrznym. Zewnętrznym, bo nie są do końca pewni tego, gdzie w tej konstelacji (SLD/SDPl/SD/PO) środowiska decydenckie przerzucą swoje aktywa i poparcie. Zaś wewnętrznym, gdyż centroliberałowie ściskani w lewym narożniku tracą swoją wyrazistość jako siła stricte centrowa. To też dołom może się zacząć nie podobać. Na to tamten elektorat jest bardzo wrażliwy Nie każdy tam chciałby być drugim Celińskim. W związku z tym, dla tych, którym bliżej jest do centroprawicy niż centrolewicy może zacząć nie odpowiadać bycie w jednej „paczce” z jakimiś Olejniczakami, Celińszczakami czy tymi podobnymi. Dlatego dopóki nie dojdzie do zwarcia pomiędzy Olejniczakiem a Tuskiem dopóty tego ostatniego będą wspierać. Jeśli Olejniczak przejmie w tym „segmencie” kontrolę, to część centroprawicowa może się wykruszyć. I na to prawica musi grać. A co zrobić, by na to grać? Odpowiedź prosta. Nie tracąc nic ze swojej tożsamości ideowej, światopoglądowej i programowej z jednej strony pilnować swoich trzech podstawowych „flanek”, tzn. skrzydeł prawego i lewego oraz środka, z drugiej natomiast, systematycznie, stopniowo, konsekwentnie i przemyślanie zmiękczać swój wizerunek, by był on do zaakceptowania przez centroprawicowe skrzydło elektoratu centroliberalnego. Stąd prawica musi zassać jak najwięcej poparcia. Z tym oczywiście, że nie powinna tego robić teraz lecz wtedy, gdy doszłoby do zwarcia w „trójkącie” Tusk-Olejniczak-Piskorski. Wtedy powstanie zamieszanie, które prawica powinna wykorzystać. Do tego czasu powinna też pozwolić na to, by pryszczata miłość tamtego nieopierzonego elektoratu się wypaliła, i by zaczął działać najzwyklejszy dysonans poznawczy. Prawica na to powinna czekać i się merytorycznie, kompetencyjnie, wizerunkowo, socjotechnicznie przygotowywać, by w stosownym momencie móc się pojawić jako jedyna rozsądna alternatywa dla tamtej części elektoratu. Tutaj nie chodzi o wrogie lecz przyjazne przejęcie.

Lecz ta droga, to było tak w zasadzie pójście na łatwiznę.  Ta zaś nie okazała się wcale taka pewna, gdyż pryszczata miłość tamtego nieopierzonego elektoratu wcale się wypaliła, i nie zaczął działać najzwyklejszy dysonans poznawczy. Zwyczajnie. “Tamci” wiedzą doskonale dlaczego trzymają się razem. A przyczyn tego jest cała masa i żadne “uszminkowanie” Kaczyńskiego ich nie zauroczy. To są przecież różnorakie więzy towarzyskie, biznesowe, rodzinne itp. motane przez dekady wśród różnorakich grup zawodowych, by oni mogli (i chcieli) z tego łatwo zrezygnować. Przecież to, co robi Platforma jest dla tamtego elektoratu całkowicie naturalne i autentyczne. A o tym pisałem, że:

Autentyzm, a więc prawdziwość, produktu leberałów opiera się na zasadzie „róbta co chceta”, anarchizowaniu (słynne tuskowe proklamowanie obywatelskiego nieposłuszeństwa) oraz dezynwoltury. I co do joty się to potwierdza. Prawica nie może mieć o to pretensji do liberałów, że ich elektorat postępuje tak jak jego przywódcy, z czym się zbytnio nie kryli przed wyborami. Zwyczajnie, „jak obiecali, tak robią.” I dlatego są w oczach ich elektoratu wiarygodni. Z kolei, stronniczość mediów polegała wyłącznie na zręcznym tonowaniu tego wizerunku. Takie („w kontrakcie”) jest propagandowe zamówienie klienta, to działa się zgodnie z jego wolą. I tutaj się odzywa problem kadr oraz „kapuchy”. Dobre kadry za przyzwoitą „kapuchę” robiły produkt „pod klucz”, to dobry, bo wizerunkowo wiarygodny, produkt dostał zamawiający. Jak prawica nie może się w tym połapać, to jej strata, gdyż to oznacza, że jest intelektualnie słaba i niekompetentna. Wobec czego, skoro dalej do sprzedaży miała być oferta „gołąbka pokoju i miłości”, to zwyczajnie był na nią popyt. Jakby prawica była intelektualnie sprawna i kompetentna, to potrafiłaby wykreować popyt na Tuska z rogami i tym odstraszyć lwią część aksamitnego elektoratu. Jak prawica nie potrafi zarządzać popytem, tj oczekiwaniami, elektoratu, to jest to dowód na słabość intelektualną i niekompetencję. Na nic innego. I dalej, a cóżesz to w sferze socjotechniki zrobili Kaczyńscy, by nie przyprawiono im „buzi” „kartofli, poza samym wykrzykiwaniem, że to jest „brzydkie”, „fe” i „nieładne”? Elektorat leberałów tylko na takie reakcje czekał, by potwierdzić swoje przekonanie. Nic więcej. Do kogoś, kto stoi z bejzbolem w grabie nie wychodzi się z umoralniająco-pedagogiczną gadką szkolną lecz z innymi argumentami. Tylko, że w takiej sytuacji trzeba dysponować fenomenalną socjotechniką.

W czymkolwiek się po 10 kwietnia zmienili? A to, że Polacy (aczkolwiek nie wiem czy aż tak tłumnie) zareagowali na 10 kwietnia, to był, myślę, pewien epizodyczny impuls podobny do tego, który miał miejsce po śmierci Papieża. Wszystko, a więc prozaiczna bieżączka, wróciło już w swoje koleiny. Zaś entuzjazm się wypalił. Za pół roku, rok stanie się to już tak odległe jak “lewy czerwcowy”. Polacy przecież chcą mieć k***a “święty spokój”, a nie koktajle Mołotowa wybuchające na ulicach.


Prawica krajowa bezjajeczna.

26 Grudzień 2009

Nie, nie będzie o Świętach, o Napisie i o wielu pewnie rzeczach. Będzie natomiast o mojej konstatacji smutnego faktu, który ująłem w tytule niniejszego wpisu. Bo też skąd się ona wzięła w radosnym okresie karnawału? Stąd mianowicie, że czytając w świątecznej „Rzeczy na Święta” „Rzeczpospolitej” znakomitą charakterystykę stacji Fox News Jacka Przybylskiego, pt. Konserwatywny głos Ameryki, nie sposób nie dojść do wniosku, iż nie jest to historia, która mogłaby być pisania na jakąkolwiek rodzimą miarę środowisk prawicowych.

Charakterystykę medialnej broni konserwatystów Przybylski zaczyna od skarżenia się przez Baracka Obamę na jedną ze stacji telewizyjnych twierdzącego, że Jest jedna stacja telewizyjna całkowicie oddana atakom na moją administrację. Czy czegoś nam to Szanowni Państwo nie przypomina? Czyż właśnie nie coś takiego dało się ciągle słyszeć w schyłkowym okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości a i również wtedy, kiedy ono utraciło władzę? Ileż to razy z ust Jarosława Kaczyńskiego i pozostałych liderów PiSu mogliśmy coś podobnego usłyszeć lub przeczytać? Raz, dwa czy też może więcej razy? Była tego cała masa. Nieprawdaż? Jednak mimo to amerykański prezydent ani nie zamierza ustępować z urzędu ani skracać kadencji tamtejszego parlamentu zważywszy na to, że poza tym, iż jest on głową państwa to jest jeszcze szefem rządu. A o tym ostatnim to najczęściej się zapomina.

Obama robi wszystko, co jest całkowicie niepopularne, i to praktycznie rzecz biorąc od pierwszego dnia swojego „premierowania”, jednak nie poddaje się krytyce, która, jak pisze Przybylski, ma największą widownię w, tzw. prime time. J. Kaczyński, podobnie zresztą jak Obama, mógł się cieszyć, oczywiście mając na względzie stosowne proporcje, większością w obu izbach parlamentarnych oraz bardzo silną, agresywną, opozycją. A przecież amerykańska Partia Demokratyczna to też nie jest monolit, w którym nie ma podziału na frakcje. Wiem, wiem, słusznie Państwo mówicie, że Obama nie musi borykać się z „przystawkami”, które wiadomo, że to i tamto. Lecz czyż John McCaine mógłby mieć lżejszą sytuację w rządzeniu, gdyby to on wygrał wybory rok temu, zaś Republikanie objęliby większość w obu izbach? Osobiście w to wątpię, gdyż CNN, CBS, ABC, NBC, „New York Times”, „Washington Post”, „USA Today” i wiele innych lewicowych mediów by się o to postarały, by nie było inaczej. Bo też trzymając się właściwych proporcji i analogii sama Fox News, tj. swego rodzaju polska TVP z czasów prezesury Wildsteina (zaś na pewno nie Urbańskiego), wiele McCaine’owi pomóc by nie mogła. I nie ma się co łudzić, że byłaby to łatwa prezydentura. Bo też towarzyszyłoby jej ogromnie mnóstwo problemów wewnętrznych i zewnętrznych, które wszystkie razem jak i każdy z osobna byłyby ogromnymi polami minowymi, by wymienić kilka z nich choćby takie, jak: potężniejące zadłużenie i deficyt budżetowy, kryzys na rynku finansowym, wzrastające bezrobocie, fatalny stan służby zdrowia i oświaty, pogarszająca się sytuacja w systemie emerytalnym, narastająca przestępczość, problemy z imigrantami, spowolnienie gospodarcze, wojny w Afganistanie i Iraku, osłabienie pozycji w Europie, trudne stosunki z Rosją, wspomaganie Izraela i wiele, wiele innych. Każdy z tych problemów, to dla lewicowych mediów są przecież znakomitymi samograjami, które można wykorzystywać przeciwko rządzącej ekipie. Obama zaczyna to coraz bardziej odczuwać, mimo że jest ciągle wspierany przez armię przychylnych jemu mediów. Jak podają Raporty Rasmussena (Daily Presidential Tracking Poll) tylko 27 proc. krajowych wyborców silnie aprobuje sposób, w jaki Barack Obama sprawuje urząd prezydenta, podczas gdy 43 proc. wypowiada się na ten temat negatywnie. Całkowity zaś elektorat negatywny Baracka Obamy wynosi 56 proc. Nieco lepsze wyniki obrazuje sondaż Gallupa dający Obamie 47 proc. poparcia, przy 44 proc. wskazań negatywnych. Rok wcześnie jego wygrana wynosiła blisko 53 proc., z kolei w lutym br., w szczytowym okresie popularności, amerykański prezydent notował blisko 70 proc. poparcie oraz kilkunastoprocentowe wskazania negatywne. Można złośliwie powiedzieć, że dla prezydenta Demokratów w istocie nastąpiła owa „Change” głoszona jako leitmotiv całej kampanii wyborczej.

(źródło: Daily Presidential Tracking Poll)

Ależ Prawu i Sprawiedliwości marzyłoby się, gdyby podobne rezultaty miał Donald Tusk. Jednak, jak na ironię one są faktycznie podobne, tylko że „inaczej”. Wszak to premier polskiego rządu w dalszym ciągu utrzymuje przewagę elektoratu pozytywnego, albo inaczej, „dodatnio negatywnego” w relacji do analogicznego rozkładu poparcia, który reprezentował (i dalej reprezentuje) Jarosław Kaczyński. Dlaczego? Ano sądzę, że dlatego, iż w Polsce nie ma, stosując właściwe proporcje, podobnej do Fox News stacji telewizyjnej, która mogłaby pracować na rzecz szeroko rozumianego środowiska polskiej prawicy sensu largo, zaś dla PiS sensu stricte. Mówiąc inaczej, J. Kaczyński ma może dobre mapy i plany sztabowe, mniej lub bardziej wyszkolone „wojsko”, lecz nie posiada „uzbrojenia”, którym mógłby je wyposażyć. Ale, zaraz, zaraz, powolutku…. Czyż może Fox News, to własny „produkt” Republikanów? Jak o tym pisze Przybylski? Sprawdźmy. No nie, to przecież jest niejako „prezent” Dobrego Wujka zza Oceanu, bo aż z Australii, który swoją „broń dalekiego zasięgu” skonstruował całkiem nie tak dawno.

Jak to się zatem działo, że przez długie dekady Republikanie wygrywali i Biały Dom i Kapitol bez takiego „uzbrojenia”? Stawiając to pytanie trzeba zrobić mały wyjątek na kampanię i prezydenturę Ronalda Reagana, gdyż on spośród wielu swoich atutów dysponował też takim, że środowisko mediów znał doskonale i wiedział, jak się w tej „dżungli” poruszać. Wykorzystywał on również swoje zdolności aktorskie, które pomagały mu w budowie wizerunku zarówno jego samego jak i jego administracji. Biały Dom oraz Kapitol Republikanie wygrywali stosunkowo łatwo. Kiedy Nixon, Reagan i Bush senior obiecywali dekomunizację, to była ona rzeczywista. Kiedy obiecywali niższe podatki, to one takie były. Kiedy obiecywali wspieranie przedsiębiorczości, to to miało miejsce. Kiedy obiecywali walkę z biurokracją, to była ona nie tylko deklaratywna. Kiedy obiecywali zmniejszenie przestępczości, to tak się działo. Kiedy obiecywali poprawę w oświacie, ochronie zdrowia, systemie emerytalnym, wymiarze sprawiedliwości, to nie były to puste deklaracje. Itd. itd. itd. I tak, Amerykanin na co dzień nie zajmujący się polityką, głosował na nich oraz na ich partię. I działo się to jeszcze w czasach „przedpotopowych”, tj. jeszcze wtedy, kiedy telewizja nie miała takiej siły „rażenia”, jak jest obecnie. No tak, ależ oczywiście, że wiem, iż to media „wysadziły z siodła” Nixona, jednak nieomal tak samo stałoby się i przypadku Clintona. Tak na marginesie to zastanawiam się, czy Michał Boni, przed kamerami telewizyjnymi przyznając się do pewnej swojej „wstydliwości” nieomal się przy tym nie rozpłakując, nie popełnił był swego rodzaju „plagiatu” sięgając po rodzaj perswazji, który wcześniej został wypróbowany przez „swojskiego chłopaka” z mieściny Hope w stanie Arkansas. Ale odłóżmy te sztuczki na bok. Widać zatem, że łaska pańska, tj. mediów, na pstrym koniu jeździ. O czym Donald Tusk zaczyna dopiero się już przekonywać, Barack Obama zaś jeszcze o tym nie wie, z kolei Jarosław Kaczyński tak jakby tego nie za bardzo rozumiał.

I tutaj powoli wchodzimy na krajowe podwórko, choć jeszcze tu i ówdzie wyskoczymy na amerykańskie. Jeszcze chwileczkę pozostańmy przy tym ostatnim. Amerykańska prawica się mówi. Mówi się tak, podobnie jak całkiem nie do końca zasadne jest utożsamianie PiS z całością polskiej prawicy. W Stanach bowiem „po prawicy siedzą”: Republikanie (ok. 55 mln. zarejestrowanych członków), Constitution Party (ok. 360 tys. członków), American Party, America First Party, America’s Independent Party, American Conservative Party, Conservative Party USA oraz pomniejsze na poziomie ogólnokrajowym jak i stanowym. Przegląd zresztą amerykańskich partii prawicowych nie jest całkowicie doskonały, gdyż szereg tamtejszych partii, ruchów, stowarzyszeń itp. naturalnie ze sobą konkurują na poziomie ideologicznym, programowym oraz historycznym, przechodząc różnorakie przeobrażenia (jak np. łączenie się, powstawanie odrębnych organizmów, wyrastanie nowych ze starych), co w pewnym sensie pokazuje podobieństwa do polskiej sceny prawicowej. W Stanach za partie o charakterze prawicowym uchodzą te, które odwołują się do tradycji konserwatywnej jak i te, które z nią są w rozdźwięku, mimo że nie utożsamiają się z lewicową bądź liberalną stroną sceny politycznej. Samo sformułowanie „liberalizm” ma inne niż w Europie znaczenie, albowiem w Stanach oznacza on formę łagodnego socjalizmu. Liberalna jest wszak Partia Demokratyczna, i ona jest utożsamiana z nurtem lewicowym. W europejskim rozumieniu – socjaldemokratycznym. Są natomiast w całym amerykańskim prawicowym „planktonie” różnorakie organizmy o libertariańskim charakterze, jeśli chodzi o kwestie społeczne i gospodarcze, przy czym całkowicie konserwatywne mając na względzie przywiązanie do tradycji, wartości i, tzw. „dziedzictwa”. To zaś, ma się rozumieć, nie przeszkadza tam wcale w tym, by pomiędzy sobą toczyć zażarte boje o „stopień prawicowości w Prawicy”. Ileż to razy Bush junior był krytykowany przez Pata Buchanana, bodajże najważniejszego lidera amerykańskiego ruchu, tzw. paleokonserwatywnego, za niedostatek prawicowości? Ileż to razy neokonserwatyści z Partii Republikańskiej pomniejsze formacje prawicowe oskarżali szkodzenie tamtejszej prawicy? Mimo to amerykańska prawica jest w Stanach bardzo widoczna, zaś dosyć często sprawuje realną władzę. Wiem, wiem, zaraz przeczytam, „Weź MF koło i puknij się w czoło”, bo też i wielowiekowa tradycja, i też długi proces ucierania się tamtejszego dwupartyjnego systemu, bo też to, sio i owo. I w rzeczy samej dobrze, aczkolwiek to o Konstytucji 3.majowej się mówi, że była drugą po amerykańskiej tak na wskroś demokratyczna, że inne państwa mogłyby się od nas wielu rzeczy uczyć. Co racja, to racja. Jednak późniejsze doświadczenia historyczne nie unieważniają tego, że o polskiej prawicy można mówić w kategoriach „tu i teraz”. A z tym nie jest najlepiej.

Wobec powyższego wracamy na krajowe podwórko. No mieć taki instrument jak Fox News, to zapewne polskiej prawicy marzyłoby się szalenie. A przecież Przybylski pisze, że stacja ta w USA nie miała lekkiej, łatwej i przyjemnej drogi do osiągnięcia takiej pozycji, jaką zajmuje. Ale… Czyż na polskiej prawicy nie znalazłby się ktoś, kto mógłby gdziekolwiek na świecie poszukać takiego Dobrego Wujka zza Oceanu, by ten w Polsce założył imperium pracujące na jej rzecz? Wiem, wiem, rozumiem, że łatwiej było się dogadać anglojęzycznym Republikanom z anglojęzycznym Dobrym Wujkiem, Rupertem, który coś już w Polsce próbował. Jednak skoro nie dało się z nim dogadać, to może należałoby spróbować z kimś innym tylko, że mówiącym po polsku. Wszak jest cała ogromna Polonia rozsiana po świecie, a jeszcze i ci, którzy aczkolwiek nie są Polakami, to mają jakieś polskie korzenie. Racja, zapomniałem jeszcze o jednym. Mianowicie o tym, że w Polsce prawica się dalej „liczy” i ustala, która z nich jest bardziej prawicowa niż…. Telewizja Familijna przeszła bokiem, TV Puls też okazała się mało udanym przedsięwzięciem, nawet TV Trwam, jako stacja prawicowa, nie jest w stanie wykopać się spoza swojej niszy. Niestety, ale nawet TVP nie dało się „sprawiczyć”, skoro hitami są tam ciągle „Czterej pancerni i pies”, „Stawka większa niż życie” i podobne telewizyjne „dinozaury” z telewizyjnej epoki lodowcowej, tj. z czasów PRL’u. I jakoś to nikomu wcale tam nie przeszkadza.

Rodzima prawica ma, jak widać, poważne problemy, by się odnaleźć na medialnym polu. Czego rezultatem jest to, że nie dość, że nie buduje własnych mediów, to nie jest w stanie zrozumieć, że bez nich poszerzenie bazy wyborczej będzie ciągle niedościgłym marzeniem. A wreszcie, to nie chodzi wyłącznie o media (prasę, radio, telewizję i Internet). To jest również kwestia formowania własnych „czołgów myśli”, niezależnych od lewicowych i liberalnych agencji socjometrycznych, firm promocyjnych oraz całego tego zaplecza i instrumentarium, które pracowałoby w obrębie socjotechniki. Czasy bowiem „chałupniczej” polityki już dawno odeszły i raczej nie wrócą, gdyż nie wystarcza mieć rację lecz ją udowodnić. A najlepiej się to robi na własnym poletku, na własnych zasadach i z własnym zapleczem instytucjonalno-organizacyjnym. Same sztaby partyjne i kilka stron internetowych to zdecydowanie za mało. Tym bardziej, że sztaby te aktywizują się dopiero na czas wyborów, co jest zdecydowanie za późno, bo one powinny pracować przez całą kadencję. Z kolei strony internetowe, to w znacznym stopniu gadżety, które nie mogą zastępować roboty w innych socjotechnicznych sektorach. I jak to jest, że nawet taka konserwatywna siła, jaką jest amerykańska Partia Republikańska, to już dawno zrozumiała, zaś w Polsce, to z takim trudem się przebija? Zaś gdybym mógł jeszcze coś podpowiedzieć, to proszę bardzo. Na stronie Starej Wielkiej Partii nie znajdziemy całej tej plejady różnych prezesów, wiceprezesów, sekretarzy generalnych, zarządów, komitetów politycznych, rad, nie-rad etc. Znajdziemy natomiast masę użytecznych narzędzi, dzięki którym członkowie i sympatycy Partii Republikańskiej mogą nawiązywać ze sobą kontakty, podejmować wspólnie jakieś inicjatywy lub przedsięwzięcia, prowadzić dyskusje itp. Dlaczego? Mianowicie dlatego, że GOP jest partią ludzi równych, którzy złączeni są wspólną wizją celów do osiągnięcia a nie takim lub innym emploi takich lub innych liderów. Ci zaś na co dzień pokazują się w Fox News Channel, rzeczywista zaś robota partyjna ma miejsce na samym dole. No tak. Jest więc tutaj jeden drobny „myk” polegający na tym, że tamtejsi liderzy Partii Republikańskiej mają się gdzie pokazywać, zaś polscy politycy prawicowi są jakby bezustannie na „gościnnych występach” w mediach, które nie są po to, by ich pieścić i hołubić. „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.”


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.