Pani Krakowska interweniuje. A Jaś?

17 Grudzień 2009

Tuż przed czternastą pani Krakowska ubrała się do wyjścia z domu. Otworzyła drzwi wejściowe, wyszła na zewnątrz, zamknęła je i przekręciła klucz w zamku. Po czym zaczęła schodzić w dół. Trwało to dobre kilkanaście minut aż znalazła się na samym dole. Wyszła przez sień klatki schodowej na podwórze i skierowała się ku przeciwległej klatce, w której mieszkał wuj Kleofas. Weszła do środka i sapiąc ze zmęczenia zaczęła wspinać się na piętro, na którym on mieszkał. W końcu dotarłszy do celu, stanęła przed drzwiami mieszkania wuja Kleofasa i nacisnęła dzwonek. Zaczęła czekać.

- Już idę. – Rozległ się kobiecy głos po drugiej stronie. Odezwał się chrzęst zamka, drzwi się uchyliły i przez szparę ukazała się twarz cioci Felicji.

- A witam panią, pani Żaneto. – Odezwała się gospodyni. – Proszę bardzo. Zapraszam. – Powiedziała szerzej otwierając drzwi i wpuszczając gościa do środka.

- Dzień dobry pani Felicjo. – Przywitała się pani Krakowska. – Mam nadzieję, że pan Kleofas jest w domu. – Dodała.

- Tak, jest. Tylko obecnie jest zajęty rozmową telefoniczną i prosił bym panią przyjęła. – Odpowiedziała ciocia Fela. – Za chwilkę panią przyjmie.

- Dobrze. Zaczekam. – Powiedziała pani Krakowska.

- To ja zapraszam panią do salonu. – Zachęcająco odpowiedziała gospodyni.

- Dobrze. – Powiedziała pani Krakowska.

Obie kobiety udały się w kierunku salonu. Wchodząc do środka ciocia Felicja zaproponowała pani Krakowskiej coś do picia.

- Może podać pani coć do picia. Kawę? Herbatę? A może lemoniadę?

- Ach dziękuję. Proszę sobie nie robić kłopotu. – Odpowiedziała pani Krakowska. - Ależ tu u państwa jest zaduch. – Zawyrokowała podchodząc do regału z książkami, by się im przyjrzeć. Zdjąwszy rękawiczkę palcem wskazującym prawej ręki przejechała po półce, by sprawdzić, czy nie ma na niej drobinek kurzu. Zrobiwszy tak popatrzyła na palec, na którym znajdował się pasek kurzu, zaś to odkrycie spowodowało, że wykrzywiła twarz z odrazą. – A jeszcze się można od półek pobrudzić. – Dobitnie podkreśliła.

Ciocia Fela się nieco zmieszała i zaczęła się usprawiedliwiać.

- No przepraszam panią. Lufcik jest trochę otwarty, a my mamy kłopoty z wentylowaniem pokoi. Zaś co do półek, to jeszcze nie zdążyłam posprzątać.

- Ależ pani Felicjo. – Przerwała jej pani Krakowska. – Przede mną nie musi się pani tłumaczyć. Tylko co na to wszystko powiedzą pani goście? – Spytała, celnością pytania przygważdżając ciocię Felę.

Tymczasem z gabinetu wyszedł wuj Kleofas i wszedł do salonu. Widząc panią Krakowską się szeroko uśmiechnął na przywitanie.

- Witam panią, pani Żaneto. – Zaczął.

- Witam pana, panie Kleofasie. Miło mi pana widzieć. – Odpowiedziała pani Krakowska.

- Mi jakże milej widzieć panią. – Odparł. – Proszę bardzo, zapraszam panią do siebie do gabinetu. – Zachęcająco zwrócił się do gościa.

- Oczywiście, panie Kleofasie. Tam się nam pewnie będzie dobrze rozmawiało. – Pani Krakowska odpowiedziała.

- Coś sobie pani życzy do picia? – Spytał ją.

- Już pani Żanecie proponowałam kawę, herbatę lub lemoniadę. – Szybko wtrąciła ciocia Fela.

- A…, jednak nic tu nie widzę. – Powiedział gospodarz.

- Cóż, nie miałam wtedy takiej ochoty, lecz teraz mnie ona naszła. – Stwierdziła pani Krakowska.

- To czego sobie pani życzy? – Spytał ją wuj Kleofas.

- Może być herbata. – Ta jemu odpowiedziała.

- Dobrze. Felunia podaj nam do gabinetu herbatę dla pani Żanety a dla mnie kawę, jeśli możesz. – Wuj Kleofas polecił cioci Feli.

Po czym oboje z panią Krakowską przeszli do jego gabinetu i się zamknęli.

- No słucham panią. Czym mogę służyć? – Zaczął wuj Kleofas, gdy oboje usiedli.

- Panie Kleofasie. – Rozpoczęła mówić pani Krakowska. – To jest wprost przerażające co się dzieje. Nie widzi pan tego?

Wuj Kleofas poprawił się w fotelu.

- Nie widzi pan tego, że całe to pospólstwo, które jest za oknami zaczyna z nas, elit, już coraz bardziej się śmiać? – Rozgrzewała się pani Krakowska.

Drzwi do gabinetu się uchyliły, po czym ciocia Fela wniosła na srebrnej tacy filiżanki z napojami. Podeszła cichutko do stolika, przy którym siedzieli wuj Kleofas i jego gość, bezdźwięcznie postawiła tacę i bezszelestnie się wycofała na zewnątrz.

- … śmieją się – Ciągnęła dalej pani Krakowska. – Zaczynają nam już nie wierzyć. A gdy się chodzi po ulicach, to się ciągle widzi, z jaką nienawiścią i agresją tamci na nas patrzą. Jak nami pogardzają. Jak chcieliby do nas doskoczyć, nas rozszarpać. – Z coraz większym zapałem mówiła pani Krakowska. – Ileż w tych spojrzeniach jest podłości, wstrętu, zgorzknienia i jakie jest to nie do wytrzymania. Proszę bardzo. Ja codziennie spotykam się z tą wzgardą, gdy na trzepaku wiodę swoją misję uświadamiającą. Czuję tą niewyobrażalną wprost żądzę zemsty, odwetu. Za co? Sama nie wiem. To parskanie. Te szyderstwa. Przy czym to wszystko jest pełne kompleksów i dotrzegania własnej życiowej klęski. To wszystko, co jest zaprzeczeniem człowieczeństwa ale i jest w tym poczucie jakiejś złudnie wybitnej własnej wartości. Ten chłód bijący z tych oczu, który mnie tam na trzepaku, na ulicy, na targu, w kafejkach, wszędzie, otacza. To niezrozumienie postępu. I to wszystko od czego chciałoby się uciec, a to zawsze człowieka dogania, dopada. – Z coraz większą zapalczywością zaczęła mówić, od czasu do czasu wtrącając fragmenty swoich esejów. – I jeszcze to wszechogarniające uczucie braku kultury, szacunku, ukorzenia się, i to szerzące się wszędzie chamstwo, kołtuństwo. Ta gównażeria szkodząca przede wszystkim sobie. Bezrozumna, nie potrafiąca myśleć. Co ja będę tam mówiła? W moim wieku, coraz bardziej jest to widoczne. - Rozegzaltowana ciągnęła dalej z pasją.

Wuj Kleofas słuchał tego wszystkiego z kamienną twarzą od czasu do czasu potakując, i nie było dla niego momentu w przemowie pani Krakowskiej, z którym by się nie mógł zgodzić. “Ależ ona pięknie przemawia. Zupełnie jakbym czytał Głos Wykształconych.”, pomyślał wuj. On sam zresztą czuł, że wydawanie „Światowca” staje się coraz trudniejsze, bo też czasy stają się coraz bardziej niespokojne.

- Pani Żaneto… – Przerwał jej gejzery gniewu. – Pani Żaneto, jednak w dalszym ciągu nie za bardzo rozumiem, jaki jest cel pani wizyty u mnie. – Wycedził.

- Aha, no właśnie… – Odparła nieco zaskoczona. – No właśnie miałam panu o tym powiedzieć. Proszę bardzo. – Powiedziała sięgając do torebki po zmiętolone „W Pośpiechu”. – Proszę bardzo. – Niemal wykrzykując powiedziała, z odrazą rzucając gazetę na blat stolika. – Niech pan weźmie ją do ręki i spojrzy na tytuł na pierwszej kolumnie. – Dodała rozkazująco.

Wuj Kleofas wziął gazetę do ręki, z kieszeni marynarki wyciągnął binokle, włożył je po czym zaczął czytać:

- Pieprzne zabawy parlamentarzysty Sojuszu Reformatorów. Ja dowiedzieliśmy się z poufnych źródeł parlamentarzysta Sojuszu Reformatorów, Bonifacy Miśkiewicz, miał u siebie w domu schadzkę z dwiema kurtyzanami, z którymi jął się bezecnie zbawiać i uprawiać sprośności nie przystojące personie na takiej pozycji… – Czytał dalej wuj Kleofas coraz bardziej się uśmiechając. – Podczas tych sprośności….

- Ach…, niech pan już przestanie panie Kleofasie, niech pan już przestanie. Bo zaczynam czuć się coraz gorzej i zaczyna mnie nachodzić migrena. – Gwałtownie mu przerwała pani Krakowska.

- Dobrze już dalej czytać nie będę. – Pospiesznie powiedział wuj Kleofas. – Już pani lepiej? Proszę głęboko oddychać. Może pani napije się łyk herbaty? – Spytał podając jej filiżankę. – Może jeszcze okno otworzę?

- Nie, dziękuję, to jest niepotrzebne. – Odparła pani Krakowska, dyskretnie ocierając chusteczką pot z czoła. – Już mi dobrze.

- To dobrze, pani Żaneto. To dobrze.

- To ja chcę dokończyć to, po co tutaj przyszłam. – Powiedziała. – A więc, widzi pan do czego mogą takie okropieństwa doprowadzić czytelników? – Ostro dodała pytającym tonem. – Do tego, że ludzie wrażliwi mogą czuć się źle, zacząć chorować… No w ogóle. Stąd też trzeba temu położyć kres, by już nigdy więcej takie rzeczy nie miały miejsca.

- No dobrze, pani Żaneto. Ale jak ja mogę to uczynić? – Zapytał wuj Kleofas.

- Już panu mówię. – Powiedziała pani Krakowska. – Najsampierw chcę powiedzieć panu, że bardzo, ale to bardzo nie podoba mi się to, co widzę u pana w „Światowcu”. – Zaczęła manewrować.

- Tak? A o co chodzi, pani Żaneto? – Wuj Kleofas się zmieszał.

- Otóż panie Kleofasie. Pisują u pana różne pióra. Niektóre takie co to chwalą nasz Sojusz Reformatorów. Inne takie, które są jakby neutralne, choć można powiedzieć, że sprzyjają Porządkowi i Solidaryzmowi. – „Porządek i Solidaryzm” to było stronnictwo, które krótko rządziło przed Sojuszem Reformatorów, a które to stronnictwo pani Krakowska dogłębnie nienawidziła. – Są też i takie, które z chęcią pozbyłyby się naszego Sojuszu. – Oskarżycielsko powiedziała. – I to wszystko jest nie do przyjęcia. A jeszcze u pana w „Światowcu” w dziale „Listy do redakcji” drukuje się jakieś pseudonimy, a właściwie anonimy. Zaraz to panu udowodnię. – Podniosła się i podeszła do stolika obok biurka wuja Kleofasa, na którym to stoliku leżały numery „Światowca”. Wzięła jeden do ręki, po czym wróciła na miejsce i otworzyła pismo. Nałożywszy binokle długo szukała. Wreszcie znalazła, to czego szukała. – No jest. – Powiedziała. – Proszę posłuchać. – Zrobiła pauzę. – O, no to właśnie tutaj. Pisze tam u was w „Listach do redakcji” jakiś Korteusz. Zna pan takowego? Kto to jest „Korteusz”? To jakieś nazwisko? O nie, za stara jestem, by się dać na to nabrać. To żadne nazwisko, to jest jakiś pseudonim, tego właściwie jakby nie ma, nie istnieje, to zwyczajny anonim. Więc pisze sobie jakiś Korteusz, niech pan słucha: „Kochana Redakcjo. Nie mogąc dłużej zwlekać z wyrażeniem swojej oceny tego, co widzę, a co nas wokoło ogarnia, pospieszyłem, by się móc z państwem z tym podzielić. Generalnie, w ogóle nie wiadomo jest, po co jest ta cała rządząca ferajna z tego całego zeSRa, to jest chciałem powiedzieć, Sojuszu Reformatorów. Proszę nie mieć tutaj żadnych nieprzyzwoitości na myśli. Więc, jak już powiedziałem, ten cały Sojusz to mi w ogóle nie leży, bo też same cyrki robi a żadnych sensownych efektów nie pokazuje. Czasami dociera tu i ówdzie, że zeSRa myśli po magicznemu, że wystarczy, by lud uwierzył w jego wspaniałość a będzie dobrze. A my tutaj po rozlicznych gminach i siołach, to bidę klepiem, że aż piszczy. I chyba zeSRy to ktoś na ucho nadepną, że tego nie słyszy. Bo w końcu też i czy zeSRa wie po ile są jabłka, po ile cebula, po ile wszystko inne? ZeSRa, to chyba nic nie wie, może poza tym, że ma w ogóle być jakieś takie zaufanie i takie tam kochajmy się. A ja i my tu na dole, to już dłużej nie możemy na tą całą błazenadę patrzeć. Kończę już, bo siła by gadać o tym, co się widzi i jak to ludzie na dole komentują. Uszanowania. Korteusz.” No widzi pan, panie Kleofasie, jakie to u pana są nieraz ohydztwa? Jakaś „zesra”. – Powiedziała fonetycznie. – „Błazenada”. I jeszcze ten anonim pyta o to, czy nasz Sojusz wie, po ile są jabłka i cebula.

- Przepraszam panią. – Wtrącił się wuj. – Jednak, co to ma wspólnego z aferą pana Bonifacego Miśkiewicza?

- Już panu mówię. – Pani Krakowska prychnęła. – Otóż to, że dopóki „Światowiec” będzie takie rzeczy publikował, to tym gryzipiórkom z „W Pośpiechu” nie da się postawić odporu i nic się nie zrobi. No, ja przecież u pana w „Światowcu” tyle razy udzielałam się publicystycznie. A jak ja mogę robić to dalej, jak widzę tam jakiegoś „Korteusza”? – Spytała podchwytliwie. – No, jak? Mnie już niekiedy panie i panowie z towarzystwa pytają o to, jak ja tak mogę się pojawiać na szpaltach, gdzie stronę, dwie dalej grasują tacy różni osobnicy. I pan myśli, że mi wtedy to łatwo jest odpowiadać na takie pytania. – Zawiesiła głos pani Krakowska.

- No, wie pani, pani Żaneto. – Wuj Kleofas zaczął czuć się niezręcznie, bo też pani Krakowska to był jeden z jego najcenniejszych nabytków twórczych, jakby klejnot w koronie jego pisma. A świadczyła o tym masa listów pochwalnych przychodzących do redakcji. Pisali tak ludzie sztuki, sceny, nauki, nawet prezes rady ministrów przez swojego sekretarza prasowego przysłał o tym swój liścik. – Pani Żaneto. No ja z moim wspólnikiem, to staramy się jak możemy najbardziej, by takich, o których pani mówi, to gonić z naszych łam jak najdalej. – Powiedział poprawiając się w fotelu. – Lecz wie pani, my musimy pokazywać naszym czytelnikom, że jesteśmy pismem niezaangażowanym w partyjniactwo, zupełnie neutralnym, liberalnym a przy tym starającym się prezentować różne poglądy. I te z lewa, i te z prawa oraz z samego centrum. No ma się rozumieć, że te z lewa i centrum, to raczej bardziej staramy się eksponować niż te z prawa, ale gdybyśmy tych ostatnich nie pokazywali, to szybko tracilibyśmy czytelników. Nasi pracownicy od badania czytelnictwa cały czas nam o tym donoszą. Gadają z gazeciarzami, chodzą po kioskach i podpytują. A to wie pani jak to trudno jest w obecnych czasach utrzymać takie pismo, a kryzys nas ciśnie. Sam budynek, czynsze i wynagrodzenia to pochłaniają fortunę. Proszę popatrzeć. – Gestem ręki pokazał na plik papierów na biurku. – To są same rachunki. A my ze wspólnikiem to „Światowca” wydajemy za to, co kosztuje nas i nasze rodziny. Wie pani, że nieraz Jaś dopytuje się kiedy będzie miał nowe portki?

- No dobrze, dobrze, panie Kleofasie, rozumiem. – Protekcjonalnie odezwała się pani Krakowska. – Musi pan jednak coś zrobić u siebie, by takich różnych Korteuszów było jak najmniej. – Podkreśliła z naciskiem.

- Ależ ja to robię, pani Żaneto. Niedawno w piśmie wydałem taki okólnik, w którym zaordynowałem, że sekretarz redakcji będzie miał prawo, nawet bez uzasadnienia, usunąć jakiś gruboskórny tekst nawet tuz przed wysłaniem gotowego numeru do drukarni. Co więcej, to powiem pani, że wszyscy piszący musieli podpisać zgodę na to, by jeśli chcą popierać tych, których takie materiały zostały usunięte, to artykuły tych pierwszych nie będą wchodziły na szpalty. Reakcją na to był bezrozumny bunt niektórych piszących, którzy odmówili tego, by ich artykuły mogły pojawiać się na szpaltach. A sporo ich było, pani Żaneto. I się zrobiła awantura. Ale ona już wygasza i się robi porządek. Sekretarz redakcji mi to potwierdza.

- Tak, tak, coś tam do mnie o tym dotarło. – Wtrąciła się pani Krakowska. – Nawet coś o tym skrobnęłam w swoich notatkach.

- No i widzi pani? – Z zadowoleniem powiedział wuj Kleofas. – Porządek się robi.

- Widzę. A wracając do sprawy, z którą przyszłam, to… – Pani Krakowska zaczęła mówić.

Przerwało jej pukanie do drzwi.

- Proszę. – wuj Kleofas głośno powiedział.

Drzwi się uchyliły i do środka zajrzała głowa Jasia.

- Dzień dobry wuju. Witam Żaneto, to znaczy, dzień dobry pani Krakowska. – Chłopiec szybko się poprawił dostrzegając karcący wzrok wuja.

- Tak Jasiu? Co chcesz? Nie widzisz, że mam gościa i jestem zajęty? – Wuj Kleofas ostro obsobaczył Jasia. – Przyjdź później. – Polecił.

- Ależ panie Kleofasie. – Wtrąciła się pani Krakowska. – Może niech Jaś wejdzie, bo ta cała sprawa również jego dotyczy, to znaczy dotyczy także młodzieży. Uważam, że Jaś może okazać się przydatny.

- W porządku, skoro pani nalega. – Powiedział wuj Kleofas. – Dobrze, chłopcze, wejdź do środka i zamknij za sobą drzwi. – Polecił Jasiowi.

Jaś zrobił jak mu wuj polecił, po czym przysunął się bliżej do obojga.

- Niech pani kontynuuje. – Wuj zwrócił się do pani Krakowskiej.

- Oczywiście. – Odpowiedziała mu ona. – A więc chcę panu powiedzieć, ze o całej tej sprawie dowiedziałam się właśnie od Jasia. To on znakomicie się spisał, że szybko mnie o tym poinformował. – Pochwaliła ulubieńca.

- Tak? To jak to było? – wuj spytał.

Pani Krakowska zrelacjonowała mu cały przebieg wydarzenia z dnia poprzedniego, łagodząc trochę niektóre fragmenty. Wuj słuchał tego cały czas z uwagą, co jakiś czas uśmiechając się do chłopca.

- No to już wszystko rozumiem. W związku z tym, jaki ma pani plan? – Spytał.

- Panie Kleofasie. To jest tak. Chcąc szybko i skutecznie obalić zgrozę, która miała miejsce w związku z tym haniebnym paszkwilem w „W Pośpiechu”, byłoby dobrze, gdyby w całą akcję włączyła się młodzież. Ona potrafi mówić i pisać twardo, bez ogródek a przy tym wykazywać bojowość i odwagę. Sama o tym dobrze wiem, bo też z iloma to młodymi miałam i mam ciągle kontakt. A więc, pomyślałam sobie, ze może Jaś, który umie już silabizować, mógłby razem ze mną, pod moim okiem i z moją pomocą, skreślić do redakcji „Światowca” swój artykuł, w którym z młodzieńczą ostrością i żarem kategorycznie i stanowczo potępiłby takie bezeceństwa „W Pośpiechu”. Ja chętnie widziałabym taką twórczą rolę młodzieży, co też i byłoby dla niej ze wszech miar i pedagogiczne i dawało jej szansę, by robić konkretną robotę społeczną. Sadzę, że jest to bardzo cenne i konieczne. – Skończyła.

Wuj słuchając to cały czas się zastanawiał, po czym po chwili się do chłopca odezwał.

- Jasiu, dasz radę, by taki artykuł napisać? Bo to nie jest takie proste, od razu ciebie uprzedzam. – Powiedział.

- Ależ oczywiście wuju, że dam sobie radę. Jak mi pani Krakowska pomoże to tym bardziej. – Dodał z zapałem.

- Dobrze, niech tak będzie. – Wuj zadecydował. – To w takim razie myślę, że wyczerpaliśmy już temat naszej rozmowy. I czas będzie się już pożegnać. – Stwierdził, patrząc na zegar stojący na kominku. Dochodziła bowiem w pól do czwartej, zaś kwadrans po czwartej miał umówione spotkanie z szefem frakcji parlamentarnej Sojuszu Reformatorów.

- To w związku z tym będziemy mogli się pożegnać. – Przytaknęła pani Krakowska zadowolona, że otwiera się nowe pole do aktywności rewolucyjnej.

Po czym wuj Kleofas się podniósł, pomógł też wstać pani Krakowskiej i odprowadził ją do drzwi gabinetu. Gdy wyszli na korytarz, to zwrócił się do niej.

- Pani Żaneto, do drzwi panią odprowadzi Jaś. W sumie to dobry jest ten pani pomysł. Myślę, że będziecie stanowili doskonały duet. – Wuj Kleofas aż nie mógł ukryć ukontentowania.

- Na pewno, panie Kleofasie. Na pewno. My już stanowimy doskonały duet, gdy na mieście krzewimy kulturę. Prawda Jasiu? – Spytała ulubieńca.

- No rzecz jasna pani Krakowska. – Jaś odparł z zawadiacka miną.

- To ja się z panią już pożegnam. Do widzenia pani. – Powiedział wuj Kleofas. „Ha, to jest fantastyczna wiadomość z tym chłopakiem.”, pomyślał z zadowoleniem.

Jaś, jak mu wuj Kleofas kazał, odprowadził panią Krakowską do drzwi wejściowych, przy których oboje na chwilę się zatrzymali.

- No, Jasiu, to jutro przyjdź do mnie koło południa, to razem napiszemy twój artykuł do „Światowca”. Ale tym „W Pośpiechu” to popędzimy kota. – Uśmiechnęła się do chłopca.

- W porząsiu Żaneto, damy im czadu, aż im kapcie spadną. – Jaś aż się cały palił do naparzanki.

Otworzył przez panią Krakowską drzwi, ta zaś przestąpiła próg i sapiąc zeszła schodami w dół.

Poprzedni odcinek.

cdn.

————

Podobieństwo z jakąkolwiek żyjącą lub zmarłą osobą bądź osobami żyjącymi albo zmarłymi jest całkowicie niezamierzone i przypadkowe, zaś wyciąganie jakichkolwiek skojarzeń będzie nieuzasadnioną, nieprawną oraz niedozwoloną nadinterpretacją intencji autora.


Pani Krakowskiej zgryzoty nocne.

17 Grudzień 2009

Pani Krakowska szybko wróciła do domu, czując się struta tym, co zobaczyła w „W Pośpiechu”. No tak źle, to dawno nie było. Weszła do domu cała roztrzęsiona, przybita i ogólnie mocno poirytowana. „No, do diabła ciężkiego. Co te pismaki sobie wyobrażają? Szargać takiego zacnego męża. To jest nie do pomyślenia.”, zadumała się lecz co jakiś czas wstrząsał nią paroksyzm gniewu. „Trzeba to jakoś ukrócić. Jutro skontaktuję się z panem Kleofasem w tej sprawie i postanowimy co zrobić, by temu dać odpór.”, zdecydowała. Była tak wzburzona, że aż nie była w stanie się zebrać, by skreślić kolejną płomienną mowę na trzepak na dzień następny. Plan eseju traktujący o zbrodniczym napisie na murze bardzo szybko również stał się nieaktualny.

Robiło się coraz później, gdyż dochodziła jedenasta wieczór. „Chyba się już położę. Dosyć mam wrażeń na dzisiaj.”, zdecydowała. Zjadła lekką spóźnioną kolację popijając ją kubkiem ciepłego mleka z miodem. Następnie w łazience dokonała ablucji i się przebrała w koszulę nocną. Przed snem zażyła jeszcze miksturę na swoją podagrę. Położyła się do łóżka i zgasiła światło. Położywszy się jednak nie mogła zasnąć. Cały bowiem czas układała sobie w głowie rozmowę z wujem Kleofasem, którą zamierzała przeprowadzić dnia następnego. Sen jednak nie nadchodził. Przewracała się z boku na bok, poprawiała poduszki i kołdrę. I cały czas rozmyślała o rozmowie z wujem Kleofasem. Ważyła argumenty i kontrargumenty, tezy i kontrtezy, punkty zaczepne i obronne. Zaś od czasu do czasu czuła przypływy gniewu, bezsilności i strapienia. Mijały kwadranse, po nich kolejne, w końcu godziny…, lecz w dalszym ciągu zasnąć nie mogła. Kilka razy wstawała również za potrzebą, wypijała kolejne kubki mleka z miodem, jednak to wszystko nie pomagało. Wreszcie noc coraz szybciej zaczęła przemijać i zbliżał się brzask poranny.

Na krótko, tuż przed szóstą przysnęła, lecz szybko się przebudziła, kiedy za oknem rozległo się przeszywające powietrze pianie koguta. „Co jest?”, w półśnie pomyślała sobie pani Krakowska jakby nagle ocknięta z długotrwałej maligny. „Moment. Która to godzina?”, spytała siebie odwracając się, by ręką sięgnąć po budzik. Gdy już go trzymała, to przełożyła go sobie do drugiej ręki, żeby ręką wolną założyć obie binokle. Założywszy je popatrzała na budzik i zobaczyła, że jest dziesięć minut po szóstej. „Żesz to diabelskie ptaszysko nie może piać nieco później.”, poirytowana pomyślała. „Dobra, jeszcze się przyłożę, to może sobie jeszcze pośpię.”, postanowiła. Położyła się więc znowu, poprawiła poduszki, podciągnęła kołdrę pod brodę i zamknęła oczy. Tymczasem zaczęło robić się coraz widniej. Pani Krakowska obracając się z boku na bok usilnie starała się chwycić coraz bardziej oddalający się sen, jednak jej starania spełzały na niczym. Zrobiła się godzina ósma. Nie mogąc zasnąć pani Krakowska poleżała jeszcze nieco ponad kwadrans, by zdecydować się wstać. Podniosła się, na ramiona narzuciła szlafrok, spuściła z łóżka nogi, po czym wsunęła stopy w bambosze. Sięgnęła po papierośnicę, otworzyła ją, trzęsącymi się rękoma wyciągnęła z niej papierosa po czym go zapaliła. Poczuwszy smak dymu tytoniowego zaczęła rozmyślać o tym, co ma do zrobienia w tym nowym dniu. I nagle przypomniała sobie o aferze w „W Pośpiechu”, swojej decyzji, by w tej sprawie zainterweniować, zaś to w sumie spowodowało w niej przypływ energii.

- No właśnie! – powiedziała na głos, nieomal wykrzykując. Twarz jej coraz bardziej zaczęła się rozpromieniać na samą myśl o misji, którą sobie wyznaczyła.

- No właśnie! – powtórzyła.

- Czas się zabrać za tych gryzipiórków z tego „W pośpiechu”. – Twardo sobie dopowiedziała, wyznaczając sobie program na nadchodzący dzień.

- Co to ja miałam zrobić? – zaczęła się zastanawiać.

- Aha, miałam o tym wszystkim porozmawiać z panem Kleofasem. – Szybko sobie przypomniała.

- Która to godzina? Może czas już do niego zatelefonować? – W przestrzeń wypowiedziała pytania. Zerknęła na budzik i dostrzegła, że dochodzi w pól do dziewiątej.

- Dobrze. No to jest odpowiednia pora by zadzwonić. – Skonstatowała.

Podniosła się z łóżka, po czym podeszła do sekretarzyka, na którym stał aparat telefoniczny. Usiadła. Podniosła słuchawkę, nakręciła numer wujostwa Kleofasów i chwilę zaczekała. Po niespełna minucie uzyskała połączenie.

- Halo. Tutaj Krakowska. To znaczy Żaneta Krakowska. – Rozpoczęła rozmowę.

- ….

- Tak. Pani Felicjo, czy pan Kleofas mógłby ze mną teraz porozmawiać? – Spytała.

- ….

- Już pani to wyjaśniam. Otóż chciałabym spotkać się dzisiaj z nim u państwa w jednej bardzo ważnej sprawie. – Powiedziała.

- ….

- Nie, to nie chodzi w ogóle o Jasia. Chodzi o coś innego. To jest sprawa polityczna i nie na rozmowę telefoniczną. – Wyjaśniła.

- ….

- No właśnie widzi pani, to wcale o Jasia nie chodzi. Dobrze poczekam.

Nie minęło dziesięć minut i znowu zaczęła mówić.

- Dzień dobry panie Kleofasie. Przepraszam, jeśli w czymś przeszkodziłam.

- …

- No to rozumiem. Panie Kleofasie bardzo chciałabym się dzisiaj z panem spotkać w związku z tą ohydą, którą „W Pośpiechu” zrobiło. – Powiedziała kładąc nacisk na słowo „ohyda”.

- ….

- No, nie wiem. Mi jest wygodnie o każdej porze. Mogę się dostosować. – Powiedziała.

- ….

- Po czternastej? Dobrze. Odpowiada mi. – Potwierdziła.

- ….

- No to jesteśmy umówieni. – Stwierdziła.

- ….

- To do widzenia.

Odłożyła słuchawkę i pogrążyła się w rozmyślaniach o nadchodzącej rozmowie z wujem Kleofasem. Po niespełna kilkunastu minutach wstała i poszła do kuchni, by przygotować sobie śniadanie.

Poprzedni odcinek.

Następny odcinek.

——————————

Podobieństwo z jakąkolwiek żyjącą lub zmarłą osobą bądź osobami żyjącymi albo zmarłymi jest całkowicie niezamierzone i przypadkowe, zaś wyciąganie jakichkolwiek skojarzeń będzie nieuzasadnioną, nieprawną oraz niedozwoloną nadinterpretacją intencji autora.


Stróż w tarapatach i jak się to skończyło.

11 Grudzień 2009

- Dzień dobry Żaneto. – Odezwał się Jaś do pani Krakowskiej.

- Dzień dobry Jasiu. – Odpowiedziała ona na przywitanie.

- Co się tutaj dzieje? – Spytał Jaś.

- No wiesz, Jasiu, tak sobie spacerowałam po okolicy i znalazłam coś takiego. – Wycelowała laską w napis. – I nie może być inaczej, by to nie było o mnie.

Jaś podszedł bliżej, by przeczytać, zaś zza jego plecami tłoczyło się kilkanaście par oczu okolicznych łobuzów wraz z jego wiernymi kompanami.

- No, cieciu… – Zaczął Jaś. – Co to jest? Gadajże szybko. – Ponaglił stróża.

Ten taksując sytuację rozejrzał się w koło. Widząc zaś ferajnę kilkunastu wyrostków zrobiło się mu jednak nieswojo.

- A ty kto? – Niepewnie spytał Jasia.

- A ja jestem Jaś. – Odpowiedział mu chłopiec. – Słyszeliście kiedyś o panu Kleofasie Mordanke, który mieszka na Słowiczej 5? – Pewny siebie spytał stróża.

Któż by nie słyszał o panu Mordanke? Wszak to każdy wiedział, że jest on jednym z właścicieli i wydawców jednej z plotkarskich bulwarówek, pod tytułem „Światowiec”. Stróż znał to doskonale, gdyż jego zmarła niedawno małżonka namiętnie się tym zaczytywała.

- No… – Stróż odezwał się do Jasia. – … no pewnie, że wiem, kto to jest wielmożny pan Mordanke.

- Ha cieciu. – Jaś był uradowany. – To żeście teraz wpadli jak śliwka w gówno. – Dodał kładąc nacisk na ostatnie słowo. – Bo wam powiem, że pan Mordanke jest moim stryjem. – Chłopiec tryumfował.

„Jezusieńsku nazareński! Nie jest najlepiej.”, stróż pomyślał „Co robić?”, w duchu dodał. Pani Krakowska tymczasem coraz bardziej była zadowolona takim obrotem sprawy. „Dobrze, że Jaś w porę się zjawił, bo staremu cieciowi da teraz do wiwatu.”, cieszyła się kobieta. Jaśkowe andrusy Coraz bardziej zaś zaczęły stróża otaczać. Tenże rozejrzał się wokoło, widząc, że jego położenie się pogarsza.

- Wielmożna pani. – Stróż zaczął. – Czy ten chłopiec. – Wskazał na Jasia. – To ktoś z pani rodziny? – Niepewnie spytał panią Krakowską.

- Nie. – Odpowiedziała ona. – On jednak jest mi całkowicie bliski. – Dodała. – Bowiem w dzielnicy zaprowadza kulturę, o co w tych czasach jest bardzo trudno. – Powiedziała kładąc szczególny nacisk na słowo „kultura”. – Pora zwalczyć chamstwo czynami a nie słowem. – Zacytowała fragment jednego ze swoich wykładów.

- Ej ty cieciu. – Zaczął jeden z Jaśkowych andrusów. – A co ty tak podjeżdżasz do damy? Zasunąć ci kopa? – Dodał zawadiacko.

- Ziutek. – Odezwał się Jaś do tamtego. – Poczekaj. Z cieciem to trzeba tak po ojcowsku. Żeby nie było, że my tutaj jaką burdę robimy. – Jaś sprytnie kombinował.

- Dobra Jasiek. – Odpowiedział kompan. – Zaczekam. Jednak jakby co, to ja sobie sam z nim pogadam. – Wyrostek dodał paląc się do bitki.

- A więc cieciu. – Zaczął jeden z Jaśkowej ferajny. – Co to za posraniec nafajdał na tą ścianę? – Spytał stróża badawczo. – Tylko mi tutaj nie graj jakiejś bajki, bo ja się szybko wnerwiam. – Pogroził.

- No…, chłopcze. – Stróż zaczął. – To był niejaki Lubomir Mikołajski. To znaczy się on to tutaj namalował.

- Chłopaki. Znacie takiego frajera? – Jasiek spytał swoich kompanów. Jednak żaden z nich o takim nie słyszał. – Jak nie znacie, to migiem mi na miasto i go szukajcie. – Polecił swojej ferajnie.

Pani Krakowska aż była cała wniebowzięta tą sytuacją. „No to będę miała masę doświadczeń do mojego następnego wystąpienia.”, w myślach planowała. „Trzeba dzisiaj o tym skreślić w eseju.”, dopowiedziała sobie snując już jego wizję. Jaś czując się na mocniejszej pozycji do prowadzenia misji kulturalnej zwrócił się do stróża.

- A powiedzcie mi cieciu, jak się będziecie mieli, gdy w „Światowcu” was opiszą i te gryzmoły co są na tej ścianie? Co, jak sądzicie?

„Dobrze manewruje ten Jasiek. Bardzo dobrze. Widać od razu, że to moja szkoła.”, wielce zadowolona z siebie pomyślała pani Krakowska. Zaskoczony takim pytaniem stróż zaczął masować swoją potylicę i szukać właściwej odpowiedzi.

- Słuchaj mnie chłopcze. – Odparł.

- No, no, tylko nie „chłopcze”. – Warknął Jaś. Kilku z jego paczki natychmiast się poruszyło.

- No dobrze. – Stróż mówił dalej. – Więc słuchaj mnie. Wiesz co ja robię z tym „Światowcem”? No, wiesz? – Stróż poczuł, że odzyskuje inicjatywę. Wszak zawsze w kurtce nosił, by się obronić, pałkę teleskopową. Dostał ją kiedyś w nagrodę od takiego jednego stójkowego, któremu pomógł złapać groźnego gwałciciela grasującego po okolicy. – Ja, jak już sobie to przeczytam, a leżą u mnie tego ze dwa roczniki, to sobie potem to wieszam na haku w wychodku. – Zaczął mówić podniesionym głosem, wsadzając jednocześnie rękę do kieszeni, w której miał pałkę. – A teraz wynocha stąd smarkacze, bo wam skórę złoję!

Jeden z nygusów się odezwał.

- Te cieciu, a parę garści ci wsypać?

Tak to rozzłościło stróża, że zaczął wyciągać z kieszeni pałkę, lecz jak się okazało całkiem niepotrzebnie. Bowiem w tym samym czasie z bramy wybiegł jeden z chłopaków, którzy na polecenie Jasia szukali na mieście Lubomira Mikołajskiego, trzymając w ręku egzemplarz „W pośpiechu”, jednej z tych bulwarówek, którą zaczytywała się również pani Krakowska.

- Jaaaaasiek! – Dało się słyszeć z oddali głos nadciągającego andrusa. – Jaaaaaasiek! Aleeee afeeeeera…! – Krzyk dochodził coraz bliżej. Wszyscy się odwrócili w kierunku, z którego on dochodził. Wreszcie Jaśkowy kompan dobiegł do zgromadzonych, przystanął ciężko dysząc, zaś Jaś do niego się zwrócił.

- Co, Stefek, jaka afera? O co chodzi? Mikołajskiego znalazłeś?

- Jasiek. – Zaczął tamten ledwo dech łapiąc. – Ty tamtego buca zostaw. Patrz. – Powiedział podsuwając wymiętoszony egzemplarz „W pośpiechu”. – Zobacz.

W czasie, gdy kompan Jaśka, Stefek, wypowiadał te słowa, do grupy chłopców zbliżyła się również pani Krakowska. Jaś wziął od tamtego bulwarówkę, rozprostował i zaczął czytać: „Pieprzne zabawy parlamentarzysty Sojuszu Reformatorów”. Sojusz Reformatorów był właśnie tym rządzącym stronnictwem, za którym pani Krakowska gardłowała.

- Ja pierdzielę! – Jaś wykrzknął. – Ależ poruta i bryndza. No trzeba coś z tym zrobić.

- Jasiu. – Pani Krakowska zwróciła się do chłopca. – Jasiu, co się dzieję i o co chodzi?

- Patrz Żaneto. – Jaś podsunął jej bulwarówkę. Ta zaś dobywszy binokle, przyłożyła je do oczu i zaczęła czytać.

- O rety! – Wykrzyknęła. – A ja nie mam o tym przygotowanego referatu na trzepak. Co zaczną ludzie myśleć, gdy o tym się dowiedzą? Bo przecież już wiedzieć coś o tym muszą. – Na głos myślała. – Jasiu, zostaw tego stróża w spokoju. Musimy wracać do siebie, by coś obmyślić.

- Spokojna czaszka, Żaneto. – Zaczął Jaś. – Na pewno coś się wykombinuje. Będzie trzeba pogadać z wujem Kleofasem, to się da jakoś to wymydlić. – Dodał.

- No, na pewno, z wujem Kleofasem. To dobra rada. – Odpowiedziała. „Cóżesz ja bym zrobiła, gdybym nie miała takiego asystenta?”, dopowiedziała sobie w myślach ukontentowana.

Poprzedni odcinek.

Następny odcinek.

—————–

Podobieństwo z jakąkolwiek żyjącą lub zmarłą osobą bądź osobami żyjącymi albo zmarłymi jest całkowicie niezamierzone i przypadkowe, zaś wyciąganie jakichkolwiek skojarzeń będzie nieuzasadnioną, nieprawną oraz niedozwoloną nadinterpretacją intencji autora.


Pani Krakowska prowadzi śledztwo.

10 Grudzień 2009

Gdy już była blisko podwórka, to odwróciła się plecami do ściany, mocno do niej przylegając, i powolutku zaczęła wychylać głowę, by rozejrzeć się i sprawdzić czy nikt jej nie zauważy. Utwierdziwszy się, że nikt jej nie dojrzy, pochyliła się i w takiej pozycji chyżo podreptała w kierunku najbliższej klatki schodowej, za której załomem się ukryła. Ze swej kryjówki powolutku zaczęła wodzić wzrokiem po okolicy. Dostrzegła, że po drugiej stronie podwórka, na środku którego był mały skwerek z kapliczką, nieopodal oficyny znajdują się małe zabudowania warsztatów. Tam też postanowiła znaleźć się i stamtąd rozpocząć swoje śledztwo. Jeszcze raz się rozejrzała po podwórku, po oknach klatek schodowych oraz mieszkań i wysunęła się ze swojej kryjówki, by okrążając skwerek podążyć w kierunku warsztatów. Co jakiś czas rozglądała się za śladami znaków w nią godzących, nasłuchiwała czy ktoś nie nadchodzi i uważnie przyglądała się oknom. Tak też wytrwale przesuwała się w kierunku obranego przez siebie celu. W pewnym momencie, to znaczy na murku schodków wiodących do sutereny tuż koło klatki znajdującej się pomiędzy nią a budynkami warsztatów dostrzegła, to czego szukała. Był to nagryzmolony białą farbą ohydny napis na kilku czerwonych cegłach:

„Ciotka rewolucji na miotłę!”

„Jest.” – Pomyślała sobie. – „To jest to, czego szukałam.” – Dodała w myślach ukontentowana. Bluzg ten, swoim okropieństwem, jak bicz smagający jej podrażnione ego, błyskawicznie wywołał w niej falę wściekłości, rozsierdzenia i oburzenia oraz konieczności znalezienia winnego i przykładnego go ukarania. „Ach, szkoda, że ze mną nie ma Jasia.” – Pani Krakowska się zafrasowała. – „On wiedziałby, co zrobić. Pewnie szybko pobiegłby po stójkowego, zaś ten wszcząłby urzędowe śledztwo. A tak, ja sama będę się musiała z tym borykać. Jeszcze może by i przyszedł pan Kleofas?” – Dumała tak pani Krakowska o swoim położeniu. – „Jednak mimo mej ciężkiej doli sama muszę dać sobie z tym radę.” – Użalała się nad sobą. Jaś w tym czasie był ze swoją ferajną na sąsiednim od ich kamienicy podwórku i tam na swój sposób krzewił kulturę.

„No, Żaneto!” – Pani Krakowska przywołała siebie do porządku. – „Nie ma co się tutaj rozklejać, tylko energicznie trzeba wziąć się za wykorzenienie stąd tych okropieństw i tego chamstwa.” – Dobitnie sobie w myślach powiedziała. – „Trzeba iść po stróża.”

Polecając sobie pójście po stróża pani Krakowska momentalnie nabrała ikry, wyprostowała się i poczuła pewność siebie dającą jej szczególną misję do spełnienia. Już wyprostowana, energicznie się odwróciła, i podążyła w poszukiwaniu stróża. Znalazła go w stróżówce w trakcie remontowania czegoś przy piecyku węglowym. Drzwi do stróżówki były uchylone tak że, gdy wchodziła ona do środka, to on jej nie zauważył. Zapukała dość głośno we framugę, ten zaś odpowiedział jej.

- Czego? – Trzymając głowę za piecykiem i coś tam majsterkując.

- Przepraszam bardzo. – Odezwała się pani Krakowska. – Jesteście tutaj stróżem? – Pytająco dodała.

Stróż właśnie zorientował się, że w środku jest nieznajoma. Wystawił głowę zza piecyka, spojrzał, aż wreszcie zza niego się wygramolił, podniósł się i stanął. W szmatę wycierając uwalane od sadzy ręce odpowiedział.

- Tak, wielmożna pani. A z kim mam przyjemność i czym mogę służyć? – Spytał zaskoczony wizytą nieznajomej. – Proszę, niech wielmożna pani spocznie. – Zachęcił panią Krakowską podsuwając jej krzesło, które szybko otarł rękawem.

- Nazywam się Krakowska, Żaneta Krakowska. – Odpowiedziała przybyła. – Dziękuję za uprzejmość z waszej strony, jednak będę wolała postać. – Dodała.

- No dobrze, wielmożna pani. – Stróż odpowiedział. – Jednak dalej nie wiem, czym mógłbym pani służyć. – Dodał zakłopotany.

- Już wam mówię. – Twardo odpowiedziała pani Krakowska. – Otóż, przypadkiem będąc w pobliżu, mieszkam pół godziny drogi dorożką stąd, robiłam rekonesans…. – Z francuska wypowiedziała ostatnie słowo. – Wiecie co to rekonesans? – Spytała mimochodem.

Stróż mimowolnie potaknął, choć w żaden sposób nie znał i nie rozumiał tego słowa.

- A zatem… – pani Krakowska mówiła dalej. – Robiłam sobie ten rekonesans okolicy, bo bardzo mnie interesuje to, jak żyją klasy niższe. – Snuła dalej.

Stróż słuchał tego cierpliwie, jednak w dalszym ciągu nie znał celu przybycia swego gościa.

- Wielmożna pani… – Ośmielił się jej przerwać. – Za przeproszeniem pozwoli wielmożna, że spytam ponownie o to, czym mogę służyć.

- Aha…, no właśnie. – Pani Krakowska zorientowała się, że stróż nie wie dlaczego ona do niego zawitała. – No właśnie do tego zmierzam. – Poirytowana dodała. I znowuż poczuła narastającą w niej złość. – Jak chcecie wiedzieć po co przyszłam, to chodźcie ze mną, to wam pokażę. – Powiedziała do stróża, jakby wydając mu polecenie.

- Dobrze, wielmożna pani. To pójdziemy. – Uniżenie odpowiedział stróż. – Wielmożna może chwilę zaczeka, ino się przyodzieję. – Dodał.

- Dobrze, poczekam. – Odpowiedziała mu pani Krakowska.

Stróż poszedł do drugiego pokoju. Zdjął z wieszaka starą, podniszczoną kurtkę, czapkę, zaś z szafy dobył stare buty z cholewami. Wreszcie ubrał się i wzuł buty. Po czym wrócił do pokoju, w którym czekała przybyła.

- No to idziemy. – powiedział.

Podszedł do drzwi wejściowych, otworzył je, ustąpił drogi pani Krakowskiej ją przepuszczając. Następnie sam wyszedł i zamknął za sobą drzwi na zamek.

Ruszyli. Pani Krakowska parę kroków szła przed nim, on zaś podążał za nią sapiąc. Gdy przyszli na miejsce przestępstwa pani Krakowska przystanęła i się odezwała:

- Widzicie co tu jest napisane? – Spytała go, laską wskazując napis na murze. – „Ciotka rewolucji na miotłę!” – Wypowiedziała głośno obrazoburcze słowa. – To tutaj znalazłam. I jestem święcie przekonana, że to o mnie. – Dodała z naciskiem. – Wiem o tym doskonale, że to o mnie, bo tak mnie nazywają ci, którzy stoją za plecami tego stronnictwa, które niedawno straciło władzę. – Twardo podkreśliła. – Wiecie coś o tym, kto takie coś o mnie gryzmoli? – Badawczo spytała. – No, gadajcie. – Ponagliła stróża.

Stróż tymczasem zaczął drapać się w głowę, z drugiej zaś strony robiło mu się coraz zabawniej. Wreszcie nie mogąc się powstrzymać wybuchnął śmiechem aż zadudniło na podwórku. Śmiał się dobre kilka minut. Pani Krakowska zaś coraz bardziej czerwieniała ze złości i oburzenia.

- Może wreszcie przestaniecie się śmiać. – Gderliwie wybuchła. – Lecz mi powiecie, kto o mnie gryzmoli takie szkaradzieństwa. – Coraz bardziej była roztrzęsiona.

Po niedługiej chwili, gdy stróż się wystarczająco naśmiał, zaczął mówić.

- Wielmożna pani… – Mówił z trudem powstrzymując przypływy następnych salw śmiechu. – Już spieszę to pani wyjaśniać. Otóż to było tak. Za czasów księcia Franciszka Józefa, mój dziad ze strony ojca, Eustachy, Panie świeć nad jego duszą, został przyjęty na służbę jako stróż przez wielmożnego pana Mikołajskiego, który kamienicę tę odziedziczył po swoim stryju hrabim Konstantym. Mojemu dziadowi na służbie u wielmożnego pana Mikołajskiego powodziło się bardzo dobrze. Pan dziedzic to był ludzki pan, który o tych, którzy byli u niego na służbie, dbał i nie dawał krzywdzić. I tak, wielmożna pani, dziad Eustachy mógł u wielmożnego pana Mikołajskiego zarobić miesięczne sześćdziesiąt marek, co na owe czasy był to bardzo przyzwoity zarobek. Mógł też na koszt pana Mikołajskiego zwieźć sobie na zimę furmankę węgla, a i nie tylko takie wdzięczności otrzymywał od pana Mikołajskiego. W tym że czasie, gdy dziad Eustachy stróżował u swego pana, to działa się cała masa różnych rewolt, ruchawek i takich tam. Ech…, my tego tak dobrze nie znamy. Całe ferajny młodzi, głównie żacy z uniwersytetu, darły koty z policmajstrami, nahajki śmigały, że aż tylko świszczało. Zamieszania i rewolucjonistów było co niemiara. Mój dziad tak w ogóle to był partyjnie niewyrobiony a w politykę się nie wdawał. Jednym z takich rewolucjonistów był syn pana Mikołajskiego, Lubomir, któren ojcu robił frasunku, że aż strach pomyśleć. Lubomir miał w tej swojej wywrotowej organizacji pseudonim „Ciotka”. Diabli wiedzą skąd, jeno taki miał. I kiedy ten Lubomir robił tą swoją rewolucyjną robotę, to jednego dnia do mieszkania pana Mikołajskiego przyszedł był znajomy stójkowy pana Mikołajskiego. I powiedział temu, że syn jego, jeśli nie poniecha roboty rewolucyjnej, to będzie miał sprawę sądową. – Stróż zrobił pauzę. – Stójkowy – Stróż po chwili zaczął mówić. – powiedział też ojcu Lubomira, jaki ten ma w organizacji pseudonim. Po czym ojciec Lubomira, świeć Panie nad jego duszą, zawezwał syna na ojcowską rozmowę, by go przestrzec przed sądem i uwięzieniem. Jednak ten się nie posłuchał i wpadł razem z towarzyszami. Do kozy poszedł chyba na trzy wiosny. Po wyjściu znowuż zaczął swoją robotę rewolucyjną. – Ciągną dalej stróż swoją opowieść. – To jednak tak rozgniewało ojca, że ten któregoś razu schwycił Lubomira i sprowadził na dół na podwórze. W tym czasie dziad Eustachy był w warsztacie. Pan Mikołajski wezwał mego dziadka do siebie, kazał przynieść białą farbę, lejce i zwołać wszystkich mieszkańców. Gdy już wszyscy byli na podwórzu, to pan Mikołajski kazał Lubomirowi dobyć pędzel i farbę i namalować na murze: „Ciotka rewolucji na miotłę!”. Tak też i Lubomir uczynił. Dalej. Pan Mikołajski kazał dziadowi Eustachemu przywiązać Lubomira do drzewa i zdjąć tamtemu portki. Po czym lejcami pan Mikołajski tamtemu odmierzył na goły, wielmożna pani pozwoli, zadek dwadzieścia razów. I tamtego wydziedziczył. Po śmierci dziadka Eustachego kamienicę w stróżowanie przejął jego syn, a mój ojciec, Bonifacy. A po nim, ja. Panu Mikołajskiemu się zmarło za stróżowania mojego ojca. Ten zaś polecił mi przed śmiercią, bym o napis Lubomira się troszczył, jako o widoczny znak dziejów. – Stróż skończył.

Pani Krakowska słuchała tego wszystkiego powątpiewająco, po czym po dłuższej chwili się odezwała.

- Stróżu, aleście mnie zbajerowali tą swoją anegdotą. – Stróż ni w ząb nie rozumiał, co to znaczy „anegdota”. – Jakoś wam nie wierzę. – dodała. – To zapewne musi być bohomaz o mnie, a wy się tylko tak tłumaczycie, boć pewnie sami to żeście nagryzmolili. Wiem, wiem, nie tłumaczcie się, bo na pewno jesteście poplecznikiem… – Stróż nie wiedział, co to jest ten „poplecznik”. – … tego stronnictwa, które od niedawna nie rządzi. – Dodała oskarżycielsko. „Ach szkoda, ze tutaj nie ma Jasia i jego kompanów”, pomyślała sobie.

- Ależ wielmożna pani… – Stróż zaczął.

- Nie, nie musicie nic udowadniać, bo to widać, że jest tak, jak mówię. Ja zawsze mam rację. – Szybko mu przerwała.

W tym samym czasie, kiedy to mówiła, z bramy na podwórze wypadł Jaś ze swoimi kompanami. O tym, że pani Krakowska się tutaj znajduje dowiedział się od pewnego trzymającego z nim andrusa mieszkającego w tej kamienicy, który dostrzegł panią Krakowską i szybko pobiegł po Jasia. „No, w samą porę się zjawił.”, ucieszyła się kobieta.

Poprzedni odcinek.

Następny odcinek.

————–

Podobieństwo z jakąkolwiek żyjącą lub zmarłą osobą bądź osobami żyjącymi albo zmarłymi jest całkowicie niezamierzone i przypadkowe, zaś wyciąganie jakichkolwiek skojarzeń będzie nieuzasadnioną, nieprawną oraz niedozwoloną nadinterpretacją intencji autora.


Pani Krakowska.

10 Grudzień 2009

W klatce na przeciwko wujostwa Kleofasów mieszkała pani Krakowska. Była to kobieta w mocno podeszłym już wieku i co dziwne, że choć była mężatką, to wykazywała wszystkie cechy staropanieństwa. Właściwie była dziwaczką. Potrafiła na przykład w środku nocy w koszuli nocnej wyskoczyć na klatkę schodową i krzyczeć, że po nią idą, mimo że nie było to nigdy prawdą. Innym razem na całą okolicę rozpowiadała, że ktoś ją podgląda. Co było nie możliwe, gdyż zajmowała ostatnie piętro i nijak dało się do niej zajrzeć. Jeszcze innym razem to utrzymywała, że chłopaki z innego podwórka przychodzą do niej na piętro, hałasują i przeklinają, jednak nigdy tego jej sąsiedzi nie potwierdzili. W zasadzie, to prawie nikt jej nie lubił, za wyjątkiem kilkoro podobnych do niej dziwaków w okolicy. Była zresztą tak sławna, że w innych dzielnicach – nawet na drugim końcu miasta – opowiadano sobie o niej dowcipy. Czasami coś tam o tym do niej docierało, lecz ona mówiła, że to o kimś innym mowa.

Pani Krakowska miała dziwną manierę zwracania się do wielu per „synku”. Nawet, gdy dotyczyło to już mężczyzny w średnim wieku, żonatego, posiadającego dzieci, no w ogóle z jakąś pozycją społeczną i zawodową. Potrafiła także nazwać kpiarsko dorosłą kobietę „skarbeńku”, bądź w zacietrzewionym roztrzęsieniu wywrzeszczeć „Jazda stąd!”. Właściwie to miała niewyparzony język. Sarkała i dądrała bezustannie na każdego, kto nie należał do jej towarzystwa. A już najbardziej była zajadła na jedno ze stronnictw, które przez krótki czas sprawowało władzę, lecz ją szybko utraciło. Rzecz jasna, pani Krakowska frenetycznie gardłowała za innym, mimo że te notorycznie się kompromitowało swoją nieudolnością, aferami obyczajowymi, kryminalnymi i wieloma innymi rzeczami; za to bezustannie robiącym cyrk dla gawiedzi.

Mimo swojego wieku, pani Krakowska potrafiła wspiąć się na trzepak pośrodku podwórka, by z tej trybuny głosić swoje kaznodziejskie elaboraty o sytuacjach i zdarzeniach, które dawno już w prasie zostały zdementowane. Gdy tak na nim stała, to postać jej nabierała posągowości i majestatu, do złudzenia przypominając Dziewicę Orleańską wiodącą swój oddział na pola Compiègne. Wszystko było podobne – włos rozwiany, wzrok zamglony zasłoną dziejowego posłannictwa, głos o sile artylerii, szczelnie otulająca ją kapota jako żywo przypominająca zbroję; zaś ręka trzymająca się trzepaka wyglądała jakby niosła chorągiew wojenną, a druga dzierżąca plik manifestów symbolizowała miecz wzniesiony ku górze wskazujący kierunek zwycięstwa, dzielności i bitewnej chwały. Co mądrzejsi jednak w trakcie jej tyrad przechodzili obok, nawet jej nie zauważając. Inni natomiast wdawali się z nią w beznadziejne dysputy. Stała sobie ona zatem na tym trzepaku i grzmiąc obwieszczała wszem i wobec, że ma rację. Kto choć się ośmielił zadać jej jakieś pytanie, którego ona się nie spodziewała, to temu wybuchała prosto w twarz, że tenże źle się zachowuje, niczego w ogóle nie rozumie oraz żeby sobie poszedł i się przygotował. A już była wręcz święcie przekonana o tym, że taki ktoś pewnikiem należy do tego stronnictwa, które utraciło władzę bądź jest jego sympatykiem. I nawet, jeśli tak nie było, to pani Krakowska w ogóle tego nie przyjmowała do wiadomości. Wówczas, taki ktoś, to według niej na pewno kłamał. No i pani Krakowska świątek, piątek i niedziela na tym trzepaku prowadziła swoje prelekcje. A robiła to z zapałem godnym lepszej sprawy.

Pod trzepak, kiedy pani Krakowska prowadziła na nim swoje monologi, bardzo często zwykł przychodzić Jaś. W zasadzie rzadkością było, by Jaś był nieobecny na jej wykładach. Kiedy tak było, by w trakcie nich jego nie było, to raczej wtedy, kiedy chorował bądź musiał gdzieś z wujostwem Kleofasami wyjechać. Jednak nawet choroby nie potrafiły mu przeszkodzić w tym, by przez otwarty lufcik móc słuchać wystąpień pani Krakowskiej. Okno bowiem jego pokoju wychodziło na podwórko, zaś od trzepaka dzieliła je odległość niespełna pięćdziesięciu metrów. Siadał więc na stojącym tuż przy oknie łóżku, obwijał się szczelnie kołdrą, uchylał lufcik i przez szparę w nim nasłuchiwał jej przemów. Tak mu wtedy przykro było i smutno, że nie może być tam wraz z nią i jej asystować. Że może jego absencja być dla niej zawodem. Jednak mimo to pani Krakowska wiedziała, że on wbrew gorączkom, smarkaniu, kichaniu i kaszleniu chłonie każde jej słowo i jest z nią obecny duchowo. Przecież on ją wręcz uwielbiał, ubóstwiał, ona z kolei była dla niego jak matka. Trzeba przy tym zaznaczyć, że pomiędzy nimi była dość osobliwa zażyłość, gdyż mówili sobie po imieniu – ona zwyczajnie do niego „Jaś”, on zaś do niej „Żaneta”. To z kolei powodowało, że wśród swoich kompanów utrzymywał mir i posłuch.

Jaś pani Krakowskiej asystował dzielnie. Jak ktoś tam zadał jej jakieś podchwytliwe pytanie, to on zawsze był pierwszym, który ją wyręczał w odpowiadaniu na nie. Gdy ktoś inny jednak nie dawał się zbić z pantałyku, to Jaś na całe gardło wydzierał się: Wujku Kleofasie! Wujku Kleofasie! A on jest niekulturalny! A trzeba dodać, że wujka Kleofasa się w okolicy bano, bo podobno, jak ludzie mówili, był on kumem stójkowego. A z tym to nie było żartów. Jaś jednak sam pod trzepak nie chodził. Zawsze towarzyszyła jemu ferajna nygusów, wydrwigroszy, andrusów i takich tam okolicznych niebieskich ptaków. I gdy zgromadzeni zaczynali z panią Krakowską się nie zgadzać lub co gorsze mówić, że ona mówi bzdury, to Jaś bądź któryś z jego kompanów coś tam do takiego odburknął, że szybko robiła się awantura. Wówczas to Jaś zaczynał krzyczeć: Wujku Kleofasie, a ten tutaj się awanturuje i robi burdę!, z czego pani Krakowska była wielce zadowolona. Bywało też, że w takich sytuacjach Jaś szybko się wymykał i biegł od razu po stójkowego. Tak więc zawsze, gdy pani Krakowska na trzepaku wygłaszała swoje przemówienia, to było bardzo niespokojnie.

Bardzo często chodziła ona do swych kum w maglu, na pobliski targ i do dwóch okolicznych kafejek, w który przesiadywała godzinami. To tam dowiadywała się wielu różnych rzeczy, przydatnych później, kiedy na trzepaku prowadziła swoje wykłady. Wiadomości te potrafiła wpleść w to, co wyczytała w bulwarówce, po którą sięgali woźnice, palacze z kotłowni, domokrążcy i domowa służba. Czasami, by bardzie podeprzeć swoje wywody, to korzystała z dziennika dla klas wyższych pod nazwą „Głos Wykształconych”. I tak biorąc to wszystko do kupy wczesnym wieczorem siadała przy sekretarzyku, wyciągała brulion, otwierała kałamarz, dobywała pióro ze stalówką i z zapałem kreśliła swoje manifesty, eseje i przemowy. A cyzelowała każdą frazę, każdy interwał myśli, każdą metaforę; okraszając to górnolotnościami, zuchwałością porównań, kalamburami dziwactw i napuszoną retoryką. O nie, tutaj nie mogło być mowy o jakieś przypadkowości. O jakimś niedopowiedzeniu. Rąbała wprost, bez ogródek, bez skrupułów, bez niedopowiedzeń. Tekst miał być twardy jak pancerna stal. Szorstki jak lniane płótno. Ostry jak rapier. Miał zadziwiać, porywać, obezwładniać i oślepiać. Wszystko w nim miało nie mieć cienia wątpliwości. To w nim miała zawierać się rewolucyjna wyrazistość, która umysły słuchaczy miała przeszywać siłą pocisku wystrzelonego z karabinu. Każdy akapit miał przytłaczać wagą zarzutów tak ciężką jak najcięższy kafar. Każda teza miała zgniatać przeciwne poglądy jak walec drogowy. O nie, pani Krakowska nie lubiła półśrodków. Lubiła, by było aż bo bólu. Do bólu, którym się upajała, który dawał jej nieomal ekstatyczne poczucie ponadludzkiej potęgi. Właściwie, stawiając ją w równym rzędzie z heroinami, kolosami, bóstwami. Była ona jak ta Ureus strzegąca faraona umiłowanego rządzącego jej stronnictwa.

Miała też ona absurdalnie zadziwiające zajęcie. Otóż oddawała się ona tropieniu różnych niepochlebnych na swój temat opinii. I tak, potrafiła się nierzadko zapuścić w głąb miasta, by szukać znaków, które odbierała jako względem siebie niegodziwych. Zdarzyło się więc, że zaszła na, odległą pół godziny jazdy dorożką, uliczkę, na której znajdowały się warsztat szklarski, zegarmistrz, piekarnia i skład z towarami kolonialnymi, prowadzony przez Żyda, Mosze Zyngelbojma. Znalazłszy się więc późnym popołudniem na tej uliczce zaczęła spacerować to w tę to we w tę, że niby to podziwia okolicę. Cały czas czekała na to, że na ulicy znajdzie się sama. Tuż koło składu znajdowała się otwarta brama kuchenna jednej z kamienic. Pani Krakowska przystanąwszy na brzegu witryny składu, zaczęła udawać, że niby zaglądając do środka duma nad poczynieniem zakupu. Cały czas kątem oka rozglądała się na obie strony, by zorientować się czy nikt nie nadchodzi. W szybie witryny widziała zaś okna kamienic znajdujących się po drugiej stronie uliczki, dzięki czemu obserwowała, czy nikt przez nie wygląda. Po krótkiej pauzie, upewniwszy się, że nikt jej nie dostrzegł chyżo podreptała w kierunku bramy kuchennej, w której szybko się skryła za jednym z jej skrzydeł. Przesuwając się bokiem, twarzą do bramy, wzdłuż muru była coraz bliżej podwórka. Cały czas nasłuchiwała, czy ktoś nie nadchodzi. Jednocześnie badawczo przypatrywała się murowi w poszukiwaniu znaków, które by w nią godziły. Od czasu do czasu zatrzymywała się, raz by odpocząć, a dwa by czujnie rozglądać się po otoczeniu.

Odcinek poprzedni.

Odcinek następny.

—————————–

Podobieństwo z jakąkolwiek żyjącą lub zmarłą osobą bądź osobami żyjącymi albo zmarłymi jest całkowicie niezamierzone i przypadkowe, zaś wyciąganie jakichkolwiek skojarzeń będzie nieuzasadnioną, nieprawną oraz niedozwoloną nadinterpretacją intencji autora.


Jaś zostaje u wujostwa – kolacja.

7 Grudzień 2009

- Hehe… – pomyślał sobie Jaś. – Ale wszystkich zrobiłem z trąbę. Teraz, to nikt się do mnie nie przyczepi. Trzeba zacząć zaprowadzać tutaj swoje porządki. – Tak się ucieszył, że aż zatarł swoje umorusane rączki ze szczęścia.

Akurat w tym samym czasie Staś i Joasia byli zajęci układaniem układanki. Trzeba również dodać, że były to dzieci kuzynki Halinki. Bawiły się cicho w kąciku, tzn. Joasia podawała Stasiowi elementy, a on je przypasowywał. Ich zabawę dostrzegł Jaś.

- Zacznę wprowadzać swoje porządki od nich. – Pomyślał sobie. – Niech się szczyle uczą od małego, kto rządzić może i powinien. – Pewny siebie dodał z animuszem. Sam był od nich tylko dwa lata starszy, lecz bezustannie przekonywał wszystkich, że jest dorosły.

Podszedł do nich po cichutku, tak że one wcale tego nie dostrzegły. I warknął:

- Aśka, może się przesuniesz, bo chcę się przysiąść. – Z wyższością spojrzał na dziewczynkę.

- Ależ Jasiu… – Niepewnym głosem zaczęła Joasia. – Ależ…

- No co „ależ”, co „ależ”? Mówże szybko, bo widzę, że jesteś słabo wychowana. – Jaś zaczął napierać.

- Jasiek, o co tobie chodzi? – Wtrącił się Staś.

- Ty siedź cicho, bo jeszcze z tobą nie zacząłem. Na ciebie też przyjdzie kolej. – Odwarknął Jaś. – Aśka, no co jest? Dalej nie mam gdzie usiąść. – Prowokował dziewczynkę.

- Jasiek. – Staś coraz bardziej tracił panowanie nad sobą. – Odczep się od nas. I tyle. Nie masz gdzie się bawić? Tylko nam przeszkadzasz. – Staś z napięciem zaakcentował ostatnie słowo.

- No co ja widzę? Co ja widzę? – Kpiarsko Jaś prychnął. – Znalazł się pan na włościach, że będzie mi dyktował, gdzie mam się bawić. A ja chcę akurat tutaj. I co mi zrobisz? No, co mi zrobisz? – Zjadliwie zapytał.

- Nic. – Odparł Staś. – Tylko pójdę do wujostwa Kleofasów i powiem, że nam przeszkadzasz sie bawić. – Staś był coraz bardziej wściekły na kuzyna.

- Hahahaha… – Śmiechem wybuchnął Jaś. – Ale matołek. – Dodał.

- Co powiedziałeś? – Spytał Staś. – Że co? Że „matołek”? – Coraz bardziej zaczął tracić panowanie nad sobą.

- Uspokójcie się! – Krzyknęła Joasia.

- A ty co? Ktoś się ciebie o coś pytał? – Jaś jej odpowiedział. – O wielka mi damulka. – Dodał.

Tego dla Stasia było już za wiele.

- Odwal się od niej! – Wziął siostrę w obronę. – Idź sobie stąd precz buraku! – Dodał.

- O odezwał się kurdupel. – Odezwał się Jaś.

- Cham. – Zaripostował Staś.

- Zdechła ryba. – Odparował Jaś.

- Burek. – Odpowiedział tamten.

Joasia tym czasem zaczęła pochlipywać.

- Niedołęga. – Odgryzł się Jaś.

- Fujara. – Powiedział Staś.

- A masz. – Jaś szturchnął Stasia w bok.

Staś aż poczerwieniał ze złości. Doskoczył do Jasia, złapał go za rękę i ugryzł.

- Uuuuu…. – Ze wściekłości Jaś zawył.

Joasia płakała już coraz bardziej.

- A masz ty… – Jaś uderzył Stasia pięścią w oko.

Ten się szybko odwrócił i starszego kuzyna kopnął w kostkę. Między chłopcami wywiązała się walka. Coraz jej głośniejsze odgłosy dotarły do starszych. Momentalnie wszyscy się zbiegli, by rozdzielać obu bijących się. Joasia płakała coraz głośniej. Wreszcie wujek Zenek złapał za rękę Stasia, który silnie się wyrywał i nie dawał się przytrzymać. Z kolei panu Apolinaremu udało się poskromić Jasia. W tym czasie ciocia Fela była w kuchni zajęta przygotowywaniem potraw do kolacji. Wujek Kleofas natomiast był zamknięty w gabinecie i rachował różne rachunki. Hałas dochodzący z salonu dotarł do cioci Feli i wujka Kleofasa, którzy czym prędzej udali się do salonu. Gdy się tam znaleźli, to wujek Kleofas przedarł się przez wszystkich zgromadzonych, z kolei ciocia Fela stanęła w środku wycierając ręce o fartuch. Nawet Mops się obudził i wstał z posłania.

- Co się tu dzieje? – Twardo spytał wuj Kleofas. – Widzę, że miała tutaj miejsce jakaś awantura i… bójka. – Dodał, widząc posiniaczonych i pokrwawionych chłopców. – Kto pierwszy zaczął?

- To on. – Jaś wskazał Stasia.

- Nie to Jaś. – Zgodnie odpowiedzieli Staś i Joasia.

- Spokojnie. – Odpowiedział wuj Kleofas. – Po kolei. Jasiu, jak to było?

- Aaaaa…. – Jaś zaczął. – A bo Staś i Joasia nie chcieli, żebym się z nimi bawił. – Skłamał.

- Co, jak to nie chcieli? – Badawczo zapytał wuj Kleofas.

- No tak. Nie chcieli. A jeszcze Staś mi powiedział, że jestem burak, cham, burek i fujara.

- To nie tak wujku. – Zaczął prostować Staś.

- Poczekaj. Z tobą jeszcze nie zacząłem rozmowy. – Odpowiedział wuj Kleofas. – To znaczy Jasiu, ze ty się chciałeś bawić ze Stasiem i Joasią, a one ciebie nie chciały. Tak? – Badawczo spytał chłopca.

- Tak, tak, wujku właśnie tak było. – Szybko odpowiedział Jaś.

- No dobrze. To teraz niech mi Staś i Joasia powiedzą, jak to było. – Głosem nieznoszącym sprzeciwu powiedział wuj Kleofas. – Stasiu, czekam.

Staś zaczął relacjonować wujowi Kleofasowi całe zajście. Ten natomiast cały czas kiwał głową. Na koniec wuj kazał swoją wersję powiedzieć dziewczynce.

- To ja się muszę chwilę zastanowić. – Powiedział wuj Kleofas.

Po pauzie zaczął.

- Rozumiem. Doszedłem do wniosku, że niewłaściwie zachowali się Staś i Joasia.

- Ależ wujku. – Staś się chciał wtrącić.

- Zamilcz. Bo teraz jak mówię. – Wuj Kleofas ofuknął chłopca.

- Jaś. – Kontynuował. – Chciał się pobawić z wami lecz wy go nie chcieliście. A to oznacza, ze się zachowaliście bardzo brzydko. Trzeba było pozwolić jemu się przysiąść i nie byłoby całej tej awantury. Jaś może powiedział kilka słów niepotrzebnie. Zresztą nie powinien Stasia szturchać w bok. Nie byłoby tego, gdyby nie został sprowokowany. – To mówiąc spojrzał na kuzynkę Halinkę. – Mam rację kuzynko? – Spytał.

- No Kleofasie, wychodzi na to, że masz rację. – Odpowiedziała kuzynka.

- W związku z tym. Niech karą dla Stasia i Joasi będzie to, że pójdą do drugiego pokoju, w którym zostaną zamknięci i aż do kolacji stamtąd nie będą wychodziły. Może być kuzynko? – Spytał.

- Może. – Kuzynka odpowiedziała.

- A Jaś ma wziąć Mopsa i pójść z nim na spacer. – Zawyrokował wuj Kleofas.

I tak jak postanowił tak się stało.

- Ale dałem czadu. – Pomyślał sobie Jaś, gdy z Mopsem znalazł się na zewnątrz. – He smarkacze siedzą zamknięte a ja sobie spaceruję z Mopsem. Fajowo się rządzi. – Aż cały promieniał z radości. Pospacerował sobie trzy kwadranse z Mopsem, bo właśnie tyle czasu było do kolacji. Wrócił do domu. Zdjął okrycie wierzchnie i buty i… od nowa zaczął zabawę w wojnę.

A tym czasem kolacja była już przyszykowana i ciocia Fela wraz z panią Klarą zaczęły wnosić pierwsze potrawy do pokoju.

- Dzieci. – Ciocia Fela zawołała. – Staś, Joasia. Możecie już wyjść z pokoju. – Jeszcze raz zawołała.

Drzwi pokoju się otworzyły i ze środka wyszły Staś i Joasia.

- To teraz dzieci idźcie do łazienki i umyjcie ręce. – Ciocia Fela powiedziała do Stasia, Joasi i Jasia.

- Eeee… tam, ciociu. Ja nie muszę. – Odpowiedział Jaś.

- Ależ byłeś na dworze, więc ręce masz na pewno brudne. – Ciocia Fela stanowczo powiedziała do Jasia. – Idź już i je umyj.

- No dobra, dobra. Już idę. – Burknął Jaś.

Po dziesięciu minutach wszyscy byli juz gotowi. Wuj Kleofas usiadł u szczytu stołu. Naprzeciwko miejsce zajęła ciocia Fela. Po prawej stronie od wujka Kleofasa usiadła kuzynka Halinka. Po jej prawej stronie Joasia a następnie Staś. Po lewej stronie cioci Feli usiadł wuj Zenek, zaś po jej prawej pan Apolinary. Z jego prawej strony natomiast miejsce zajęła pani Klara. Zaś od niej na prawo usiadł Jaś. Kolacja się zaczęła.

Zawsze wtedy, kiedy była taka kolacja u wujostwa Kleofasów było bardzo radośnie, sympatycznie i do śmiechu. Ciocia Fela opowiadała o swoich młodszych latach. O tym jak poznała wuja Kleofasa. O pierwszych wspólnych podróżach, pasjach, marzeniach. Z kolei, wuj Kleofas gawędził o tym, jak prowadzi się interesy, o polityce, o wielkich światowych sprawach. Pani Klara, jak to miała w swoim zwyczaju, trajkotała jak najęta o tym i o owym. Wujek Zenek z kolei ciągle mówił o swojej służbie w wojsku, o generałach, rodzajach broni, bitwach i w ogóle o wojaczce. Najśmieszniejszy był jednak pan Apolinary. On to sypywał jak z rękawa anegdotkami, kawałami… No w ogóle, jak mówił, to wszyscy boki zrywali. Tak było zawsze, jednak nie teraz, gdyż nad wszystkimi zawisła ciężka chmura niedawnej awantury. Wszyscy więc milcząco spożywali potrawy. Nikt nie miał ochoty sie odezwać. Jasia zaczęło to coraz bardziej irytować. Poczuł, że musi coś zrobić.

- Mmmmnnnnn… – Pokazał nagle język Stasiowi, tak że tego wuj Kleofas nie zauważył. – No, co?! – Nagle krzyknął. – Aaaaa…. – Odsunął się raptownie od stołu. – A Stasiek mnie kopnął. – Zakrzyknął ponownie, łapiąc się za nogę.

- Nieprawda. – Odpowiedział Staś. – To nieprawda. – Odpowiedział tamten.

- Hola! Znowu zaczynacie? – Surowo zapytał wuj Kleofas. – Nie dacie wszystkim zjeść kolacji w spokoju? Przez Stasia i Joasię była cała ta awantura. – Zgromił dzieci.

- Wujku ja nic nie zrobiłem. – Staś zaczął protestować.

- Siedź cicho. – Skarciła go kuzynka Halinka.

- Jasiu. Czy Staś ciebie kopnął? – Wujek Kleofas zapytał chłopca.

- Tak kopnął mnie. – Jaś skłamał.

- No Stasiu, to marsz od stołu. – Twardo wycedził wuj Kleofas. – Jeść będziesz w kuchni. – Dodał. Po czym odsunął się od stołu, wziął chłopca za rękę i wyprowadził go do kuchni.

- Ależ wujkuuu. – Staś zaczął protestować. – Nic nie zrobiłem.

- Już wiem, że ty ciągle nic nie robisz. Tak jak poprzednio. – Wujek Kleofas huknął na chłopca. – Marsz do kuchni.

Staś potulnie udał się do kuchni, gdzie wuj Kleofas zamknął za nim drzwi. Staś wchodząc do kuchni dostrzegł jeszcze kątem oka, jak Jaś robi mu na palcach „zygu-zygu”. I to było tyle, ile mógł dostrzec. Wuj Kleofas wrócił do stołu.

Kolacja dosyć szybko dobiegła końca. Po jakimś czasie goście wujostwa Kleofasów zaczęli zbierać się do wyjścia.

Odcinek poprzedni.

Odcinek następny.


Jaś opuszcza wujostwo.

5 Grudzień 2009

- Rany, Julek! Jak się pakuje klamoty? – zawołał na cały pokój rozdygotany Jasiu. – Niech mi ktoś pomoże, bo nie wytrzymam.

Wujek Zenek, tak jakby nie dosłyszał, cały czas zajęty był nabijaniem swojej fajki. Ciocia Fela była w trakcie nakrywania do stołu. Staś i Joasia biegały cały czas od pokoju do pokoju. Pan Apolinary, znajomy wujka Zenka, intensywnie wpatrywał się w zegar wiszący na ścianie. Kuzynka Halinka była zajęta wertowaniem gazety. Z kolei przyjaciółka cioci Feli, pani Klara, która zawsze ciągle coś tam gadała, trajkotała jak najęta. Nawet Mops, stary labrador, śpiący nieopodal komody tuż koło starej trzydrzwiowej szafy ani się poruszył na krzyk Jasia.

- Halo! Jeszcze raz pytam! Jak się pakuje te przeklęte klamoty? Bo już mi się chce stąd zabrać i sobie pójść jak najdalej. – Jaś dalej nie dawał za wygraną.

Jednak i tym razem nikt na niego nie zwrócił uwagi. Jaś stawał się coraz bardziej rozeźlony, bo tak bardzo mu się spieszyło do wyjścia, że nie mógł się tego doczekać. Zaczął nerwowo chodzić to tu to tam. Zajrzał do kuchni. Do drugiego pokoju, by sprawdzić czy wszystko zabrał. Wszedł na stołek w przedpokoju, by zobaczyć, czy coś tam jego nie zostało. Wreszcie wrócił do pokoju, w którym byli pozostali. Przechodząc rzucił okiem na swoje rozbabrane rzeczy i znów doznał wstrząsu.

- Czy wy do cholery się ockniecie i mi powiecie, jak się te parszywe klamoty pakuje? Bo zaraz nie wiem, co ze sobą zrobię. – wściekle rykną nadąsany Jaś.

W pokoju zapanowała konsternacja. Wszyscy bowiem wiedzieli, że gdy Jaś tak robi to tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę. By wszyscy pokazali jemu zainteresowanie nim. Bo Jaś tak bardzo pragnął ich pieszczot, przytulenia go i pogłaskania. Wszyscy też wiedzieli, że Jaś sobie nigdzie nie pójdzie, bo nieraz już robił takie histerie, po czym, gdy dostał kilka racuchów, to się uspakajał. Ileż to razy Jaś zapowiadał, że sobie pójdzie precz? Że ich wszystkich nie lubi. Że się na nich obraził, i już. W takich sytuacjach zawsze znalazł się taki ktoś, kto pomógł jemu odnaleźć jego bambosze, ciepłe kalesony, szalik i czapkę. Wszyscy chcieli dla niego dobrze. Jednak tym razem, wyglądało na to, że to nie są żarty.

- Idę do składzika, bo tam jest mój drewniany karabin. Niedługo wrócę! – Rzucił do wszystkich kierując się w stronę drzwi wejściowych. Energicznie je otworzył, wyszedł i z łoskotem zamknął za sobą.

Nie minęło wiele chwil i do mieszkania wszedł wujek Kleofas, mąż cioci Feli. Zdjął ciepłe okrycie i kapelusz, po czym powiesił je na wieszaku w przedpokoju. Poprawił krawat, uczesanie i marynarkę. Przygładził wąsy i brodę. I założył okulary. Następnie wszedł do pokoju, w którym byli wszyscy. Wchodząc dostrzegł zwalone w nieładzie na jedną kupę rzeczy Jasia, i ten widok go zatrzymał.

- Co się stało? – zapytał cioci Feli.

- No, Kleofasie, wiesz… – drżącym się głosem zaczęła mówić ciocia Fela.

- … Jaś się wyprowadza i już. – szybko powiedział Staś, ją wyręczając.

- Ależ moja kochana. – zaczął wujek Kleofas. – To przecież nic niezwykłego. Bo to chyba drugi, czy trzeci raz, jak Jaś chce się od nas wyprowadzić. – ciepłym głosem wuj Kleofas uspakajał ciocię Felę.

- Kleofasie, no ja mam już naprawdę dosyć Jasia. – załamującym się głosem powiedziała ciocia Fela. – Ja przez niego to już zaczynam spazmów dostawać. To jest ponad moje siły.

- Felunia, moja najdroższa, poczekaj coś wymyślę. – odpowiedział jej wujek Kleofas. – muszę się tylko zastanowić.

Po czym wyszedł do swojego gabinetu, w którym się zamknął. Po krótkiej chwili wszyscy w pokoju się zebrali, by uradzić co zrobić. Dyskusja trwała niespełna kilkanaście minut i wszyscy uradzili, by Jasia spakować do wyjścia. Jak postanowili, tak też i zrobili. Nie minęło pół godziny, jak Jaś wrócił do domu. Cały umorusany, ze zmierzwionymi włosami, czapką na bakier i rozwiązanym szalikiem. No zwyczajnie wyglądał, jak jakiś nygus. Wchodząc do domu trzasną drzwiami, nawet butów nie wytarł i od razu skierował się do środka pokoju, w którym byli wszyscy. Wchodząc stanął jak wryty, gdyż zobaczył, że wszystkie jego rzeczy są spakowane i czekają na zabranie.

- Mam ten swój drewniany karabinek! – zakrzyknął cały uradowany – Tra-ta-ta-ta-ta….. Mops trafiony! Pif-paf ! Stasiek nie żyje! Tra-ta-ta-ta-ta! Ale zaraz, kto mi spakował te cholerne klamoty? – nagle ni stąd ni z owąd zapytał.

W pokoju zapanowała cisza. Każdy udawał, że pytania nie dosłyszał. I każdy był zajęty swoimi sprawami. Dochodzący z drugiego pokoju hałas dotarł do gabinetu wujka Kleofasa.

- Co się tam dzieje do diaska? – wuj Kleofas zapytał samego siebie. – Trzeba pójść i sprawdzić.

Wstał, podszedł do drzwi, je otworzył po czym przeszedł do drugiego pokoju.

- Co się tu dzieje? – zapytał, jak tylko znalazł się w środku. Wchodząc dostrzegł spakowane rzeczy Jasia.

- A nic wujku! Tra-ta-ta-ta-ta… Ręce do góry bo będę strzelał! Pif-paf! – wykrzyknął Jaś i szybko pobiegł, by się schować pod stół, jak za barykadą. – Pif! Paf! Tra-ta-ta-ta-ta… Joasia dostała! Stój! Kto idzie!? – jak opętany Jaś prowadził dalej walkę z wyimaginowanym wrogiem.

Wreszcie wuj Kleofas się ruszył, podszedł pod stół, pod którym siedział Jaś, złapał go za rękę, i wyciągnął stamtąd.

- Co jest? Ratunku! Zostałem schwytany przez wrogi oddział! – zaczął Jaś się wyrywać wujowi Kleofasowi. Ten jednak nie dawał za wygraną. Wreszcie udało mu się opanować chłopca.

- Jasiu. Uspokój się. – wuj Kleofas głośno powiedział do chłopca. – Musimy poważnie porozmawiać. Chodź ze mną do gabinetu. - Proszącym głosem wujek zwrócił się do Jasia. Jaś jednak dalej kaprysząc, zaczął tupać nóżkami i mówi, że jak tak dalej pójdzie to nie weźmie udziału w kolacji, którą ciocia Fela przygotowała.

Po czym wziął małego za rękę i wyszli. Weszli do środka gabinetu, drzwi się za nimi zamknęły. Ze środka zaś nie wychodzili przez trzy kwadranse. Gdy wrócili do tamtego pokoju, to wuj Kleofas się odezwał do Jasia:

- Jasiu, możesz walizki zostawić w spokoju.

- A będę mógł dotykać zegara na ścianie? – proszącym głosem spytał Jaś.

- Będziesz mógł. Naturalnie, że będziesz. – odpowiedział mu wuj Kleofas.

- To fajowo! – wykrzykną Jaś na całe gardło. – Więc zostaję! Tra-ta-ta-ta-ta…. Pif! Paf! Mops trafiony! Tra-ta-ta-ta-ta… Pif! Paf! Tra-ta-ta-ta-ta…..

Odcinek następny.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.