Ameryka się obudziła. A co z Tobą Polsko?

4 Listopad 2010

Dedykowane specjalnie Oszołomowi z Ciemnogrodu, który nieomal rok temu pod moim wpisem, pt. Prawica krajowa bezjajeczna, skomentował był m.in.:

(…) W Polsce mamy system parlamentarno-gabinetowy a nie prezydencki. Kaczyński był całkowicie uzależniony od większości parlamentarnej, czym Obama przejmować się nie musi.

To ja już dzisiaj jestem pewien, że wczorajszy wynik wyborczy spowodował, że Obama musiał się nieco spocić. I to bynajmniej nie grą w golfa.

W Stanach Zjednoczonych okres „smuty” po przegranych w 2008 r. wyborach prezydenckich i do Kongresu USA właśnie się zakończył. Amerykanie opowiedzieli się za Partią Republikańską, która w śródkadencyjnych wyborach do Izby Reprezentantów zdobyła ponad dwieście trzydzieści miejsc, uzyskując nad nią kontrolę, z kolei do Senatu zabrakło jej zaledwie kilku mandatów, by mieć większość w tej izbie.

W wyborach samorządowych, tj. gubernatorów poszczególnych stanów zdobyła ok. 70 proc. stanów, w których odbywało się głosowanie.

A nie miała łatwo, co poświadczają załączone obrazki.

Stan posiadania w Izbie Reprezentantów przed głosowaniem.

Stan posiadania w Senacie przed głosowaniem.

Widać stąd, że wieszczony przez różnej maści lewaków i liberałów „koniec prawicy” jest tyleż prawdziwy, co sarkazm ukuty przez jednego z klasyków literatury, iż pogłoski o jego śmierci były mocno przesadzone.

I właśnie. Ameryka się obudziła. Obudziła bynajmniej nie dlatego, że telewizyjnie uwierzyła w szamańskie zaklęcie „Yes, we can.” lecz dlatego, że za rozlicznymi błędami popełnionymi przez George’a W. Buscha nie stało nic, co jego następca mógł przełożyć na uzdrowienie amerykańskiej gospodarki, społeczeństwa oraz pozycji międzynarodowej. A czego, jak czego, to Amerykanie tak łatwo nie zapominają. To, że im nie jest łatwo dostać się do lekarza. To, że muszą wystawiać na licytacje swoje nieruchomości. To, że ich emerytury są zagrożone. To, że ich dzieci mają problemy w dostaniu się do koledży i na uniwersytety. To, że miało nie być naszych „boys” w Arganistanie, Iraku, … gdziekolwiek. To, że miało być mniej biurokratów, mniej przestępczości, miały się plamy ropy nie rozlewać i być ekologicznie itp. To, że wzrosło bezrobocie. To, że deficyt budżetowy puchnie. To tych spraw przeciętny Amerykanin nie zapomina. I na nic zdają się cyrkowe sztuczki speców od PR zatrudnionych w sztabie Demokratów. O nie. Ameryka właśnie wczoraj powiedziała, „No you can’t”. A gdy do tego doszło jeszcze „czapkowanie” mocarzom z Wall Street i udawanie, że mleko, które rozlało się w 2008 r., Demokratów wcale nie dotyczy, to (pardon za rym) przelało to czarę goryczy. Amerykanie głosują przede wszystkim swoim portfelem, nie zaś wskutek mędrkowania różnych jajogłowych z telewizora. I to trzeba przyjąć za rzecz potwierdzoną historycznie. Oni, mówiąc wprost, czniają owe „politicing”, tj. politykierstwo – owe pawie partyjniactwo – lecz twardo liczą zasób własnego portfela. I nieważne, ile Obama grałby w golfa, tenisa lub cokolwiek. Bo też, jeśli jest się spadkobiercami czasów, w których to „partia Smith & Wesson” zawsze miała racje, to warunki gry są jasne. Wczoraj Amerykanie pokazali zwyczajnie „fakę”, i tego nie zmienią żadne produkcje Hollywoodzkie.

A teraz, patrzcie, nasz kochany grajdołku, szczególnie prawicowy. Co się stało? Ano, to że obóz Republikanów dostał solidnego kopniaka w siedzisko w postaci wykształcenia się ogromnego ruchu niezadowolenia społecznego pod nazwą „Tea Party”. Sprytny myk, przyznacie. To jest to, czego nadwiślańscy politykierzy prawicowi nie są (bądź nie chcą) w stanie zrozumieć, jeśli chodzi o „wewnątrz formacyjny” doping, by chcieć (to warunek konieczny) wyjść poza swoje opłotki. Za Oceanem odezwało się gromkie „Gwałtu rety, bo idzie siła, odwołująca się do starej tradycji budowy amerykańskiej republiki, która, o zgrozo, naruszy nasze status quo!” A przecież, tak „pięknie” się różniliśmy z Demokratami. Tym sposobem, cała masa amerykańskiej, zblatowanej od najmniej dekady prawicy, dostała szwungu w tyłku. I skończyło się jakieś rozmemłanie i mazgajstwo. Bo też wyrodził się problem generalny, że jeśli na Kapitolu tak miło z „kolegami” Demokratami uprawiało się „szorstką przyjaźń”, byleby, tzw. „główne siły establishmentu” były z tego faktu zadowolone, to wystarczy trochę popisów w telewizji, by wszystko pozostało po staremu. To znaczy, by dalej boksować w koleinach dwupartyjności. A tutaj Amerykanie, których trudno podejrzewać, że nie dorośli do demokracji, pokazali mędrkom z telewizora „gest Kozakiewicza”. I w tym właśnie rzecz moje Siostry i moi Bracia w Prawicowej Wierze.

Bo też wreszcie czymże jest ów fenomen tychże „herbaciarzy”? Ano jest to oddolny ruch sprzeciwu obywatelskiego na stan, w którym znalazła się amerykańska republika po szaleństwach Busha juniora i uprawiania polityki wizerunkowej przez jego następcę. To raz. A dwa, to jest to przede wszystkim wewnątrzrepublikańska fronda, która coraz wyraźniej zaczęła dostrzegać brak zasadniczej różnicy pomiędzy wyższym establishmentem republikańskim a towarzyszami z Partii Demokratycznej. Owa fronda doszła do wniosku, że partyjnemu establishmentowi Republikanów bardziej zależy na takich wartościach, jak spijanie śmietanki z zasiadania na Kapitolu, używanie sielskiego życia na swoim ranczo bądź beztroskie uprawianie backyardu, a nade wszystko flirtowanie z mediami i finansjerą z Wall Street, zamiast na powrocie do tradycyjnych, republikańskich wartości, które dały początek młodemu państwu. Najciekawsze jest to, że „herbaciarze” nie mają żadnych struktur formalnych. Znaczy się, formalnie nie są jakąkolwiek tam zarejestrowaną partią polityczną (w odróżnieniu od bostońskiej Tea Party Darryla Perry’ego) lecz ruchem społecznym. „Herbaciarze” to wspólna nazwa dla koalicji różnych grup obywatelskich, zawodowych, religijnych itp. wyznających szeroko rozumiane wartości prawicowe. Ruch ten, choć krytykujący establishment Partii Republikańskiej, swoimi akcjami, protestami, działaniami oddolnymi oraz inicjatywami wspiera generalnie tę partię, sprzeciwiając się polityce Demokratów. Sympatycy oraz wyborcy prawicowi nie mogli po listopadzie 2008 r. zaakceptować, że ich Wielka Stara Partia po dwóch kadencjach w Białym Domu ot tak zwyczajnie sobie odpuści walkę o Amerykę i uda się na zasłużony odpoczynek. Czarę goryczy przelała wypowiedź John’a McCain’a o tym, że Nie wiem, co więcej moglibyśmy zrobić, by wygrać te wybory. Zostawię to innym do ustalenia. Nie poświęcę chwili w przyszłości ubolewając nad tym co mogłoby być. (“I don’t know what more we could have done to win this election,” McCain said. “I’ll leave that to others to determine. … I won’t spend a moment in the future regretting what might have been.” http://www.msnbc.msn.com/id/27545248/) Dla przeciętnego Amerykanina taka wypowiedź oznacza jedno. Kryzys przywództwa. Zaś odpowiedź na to znajdują oni zawsze w braniu spraw we własne ręce i organizowanie się oddolne.

Dzisiaj zaczyna widać wyraźnie, że, tzw. przeciętny amerykański podatnik świadomie wykorzystuje te narzędzia, które daje jemu do ręki demokracja. Mam tutaj na myśli, nie tylko organizowanie się by zaprotestować, lecz również, by tworzyć setki jeśli nie tysiące różnych grup wzajemnie wspierających się, znajdować na to fundusze, docierać do mediów, tworzyć ferment w różnych środowiskach (na uczelniach, w szkołach, we wspólnotach religijnych, w miejscu pracy etc.). To jest robić to wszystko, w czym polska prawica kuleje i co traktuje po macoszemu. Bo to wszak nie chodzi wyłącznie o to, by założyć sobie jakąś stronkę na fejsbuku, tłiterze, postawić jakiś partyjny portal. Lecz chodzi również o to, by wsiąść do autokaru i odwiedzając 30 większych miast wytrząść tyłek przez 3000 mil. A to był jeden z wielu takich objazdów. Zresztą w kompendium wiedzy wszelakiej, tj. w Wikipedii, przeczytajcie sobie o różnych rzeczach nt. „herbaciarzy”.

Zatem, jaka jest tego wszystkiego konkluzja? Właściwie prosta. Bo wychodzi na to, że podobnie, jak w przypadku brytyjskich wyborów parlamentarnych, gdzie Brytyjczycy pod rządami Partii Pracy zaczęli zwyczajnie gnuśnieć, cokolwiek, co jest na prawicy potrzebne to różnorodność i konstruowanie sobie (bądź wykorzystywanie) różnych sił, ruchów i formacji sojuszniczych. Dopiero wówczas można skutecznie odbijać władzę i zyskiwać zdolność rządzenia. Wyjątek Fideszu jest…, no właśnie wyjątkiem. A Polska dała się ululać do snu telewizorem i wydaje jej się, że jest jej dobrze. Kołysankę Polakom nuci również mainstreamowa partia prawicowa.

P.S. Reperkusje katastrofy smoleńskiej nie są dla mnie wystarczającym uzasadnieniem bezruchu rodzimej prawicy, abstrachując całkiem zwyczajnie od punktu i możliwości startu Republikanów i wydarzeń polskich. To jest moim zdaniem zbyt naciągane “alibii”.


Bez nerw, oszołomie. Bez nerw.

20 Styczeń 2010

Przezacny oszołom z Ciemnogrodu do trzewi poruszony i poirytowany moim wpisem, pt. Ile zrozumiał oszołom z Ciemnogrodu?, będącym moją odpowiedzią na jego komentarz pod moim wpisem, pt. Prawica krajowa bezjajeczna, był się w te słowa oburzył moją repliką. W związku z tym, że wcześniej nie miałem niestety czasu, wobec czego odpowiadam dzisiaj.

Przede wszystkim dziwi mnie maniera, by polemiście insynuować, że jest niekumaty i niewiele zrozumiał ze światłych i głębokich wywodów jaśnie oświeconego autora. Ale to już kwestia kultury i wychowania – jedni mają tzw. kindersztubę, inni są jej pozbawieni. Takie czasy, choć wydawało mi się, że na prawicowym portalu piszą ludzie przywiązani do tradycyjnych sposobów dyskutowania – bez obrażania adwersarzy, na argumenty. – Z wysokiego „C” zaczyna oszołom z Ciemnogrodu swoją tyradę.

W związku z czym mam prawo wiedzieć, gdzie mojemu interlokutorowi insynuowałem, że jest niekumany i niewiele zrozumiał z moich – jak się oszołom wypowiada – „światłych i głębokich wywodów…”? I co? Szukamy, szukamy… i co z tego mamy? Nic. Nic nie mamy. Swoją drogą to arcychytra sztuczka, by deprecjonować czyjąś opinię poprzez chwytanie się zwrotów, trudnych do udowodnienia, takich jak „jaśnie oświecony autor”. Skąd oszołom z Ciemnogrodu wie, że kimś takim jestem? Co? A zatem skoro wiadomo, że nie było niczego, co mogłoby cokolwiek insynuować komukolwiek, a w szczególności oszołomowi z Ciemnogrodu, to zasadne jest wyjaśnienie owego osobliwego wypadu pod moim adresem w kwestii mojej „kultury i wychowania”, „kindersztuby”, „dyskutowania – bez obrażania adwersarzy” i „na argumenty”. Ja to rozumiem, że gdy jest się bezradnym i bezsilnym, a przy tym będąc skonfrontowanym w wyrazistością i merytorycznością kontrargumentów logicznie wskazujących na jałowość faktograficzną i w zakresie poprawnego wnioskowania, można poczuć się nie swojo i w efekcie podjąć próbę rozpaczliwej obrony imając się chwytów takich, jak choćby wycieczki osobiste i np. imputowanie komuś, że tenże wadzi w aspektach „kultury i wychowania”, „kindersztuby” etc. etc. A kto dał może oszołomowi z Ciemnogrodu placet ku temu, by mnie z tego rozliczać i oceniać? Jaki tytuł go do tego upoważnia? Warto by to wiedzieć. Jednak wracając do mojej wcześniejszej części, w tym akapicie, to podobnie jak tam chcę mieć corpus delicti w postaci urywka mojej wypowiedzi, z którego można by wywnioskować o moim braku „kultury i wychowania”, „kindersztuby” oraz nie „dyskutowaniu – bez obrażania adwersarzy” i „na argumenty”. Mam tę nadzieję, że oszołom z Ciemnogrodu nie jest tutaj gołosłowny i nie podchodzi lekceważąco do istotności swoich zarzutów wysuwanych pod moim adresem. Zatem czekam na jakiekolwiek poszlaki czy też skrawki corpus delicti.

Jestem osoba skromną, nie pcham się na pierwsze strony gazet i portali, ale dzięki Moherowemu Fighterowi ja mały i biedny żuczek trafiłem na jakiś czas na czołówkę niepoprawnych.pl. – oszołom z Ciemnogrodu rąbie dalej w tonację cis-mol w miejscu, gdzie powinna być cis-dur.

Otóż, nierzadko to było, gdy sam oszołom z Ciemnogrodu był na czołówce „repertuaru” również na niepoprawnych.pl wisząc podpięty „na spinaczu”. Jednak, jak rzecz jasna przystało na „małego i biednego żuczka”, jego rozbrajająca i powalająca skromność nie pozwala jemu tego dostrzec.

Mój polemista dalej ciągnie – Muszę więc skreślić parę zdań w odpowiedzi. Być może MF był zawiedziony, że tylko moja skromna osoba umieściła wpis pod jego wywodami i dlatego walnął z grubej rury, gdy wpis okazał się krytyczny.

Jestem, ma się rozumieć, dalece ukontentowany jego odpowiedziami, albowiem po to się pisze, by dyskutować i poznać poglądy drugiej strony. Wszelako jednak nie mogę mieć powodów do tego, by się obrażać na to, iż to wyłącznie głosem krytycznym oszołoma z Ciemnogrodu zostałem zaszczycony i komukolwiek innemu czynić zarzut, że nie był łaskaw mi odpowiedzieć. Ot, to jest coś całkowicie zwyczajnego i normalnego. Skoro już spotkałem się z polemiką i krytyką, to moim niezbywalnym prawem było, by się do niej odnieść, co spotkało się z cokolwiek osobliwą oceną oszołoma z Ciemnogrodu, iżbym „walnął z grubej rury”. A samo to jest już niejako filipiką z rodzaju pisania na pa-ta-taj i arcykomicznego przerysowywania tego, co zostało napisane. Da się w tym również znaleźć nieco domieszki egzaltacji i od czapy wywijania bronią wielkokalibrową. Jakiż to bowiem urywek z mojej repliki udzielonej oszołomowi z Ciemnogrodu wskazuje, iżbym „walnął z grubej rury”? Co na to wskazuje? Gdzie i w którym miejscu? Znowuż – poszlaki lub skawki corpus delicti.

Ale jakoś nie potrafię pozostawić bez odpowiedzi wywodów różnych “wujków Dobra Rada”, którzy usiłują udowodnić, że wiedzą lepiej od Kaczyńskich – oj gdyby to oni byli przywódcami prawicowej partii to by pokazali. – dopiero od tego miejsca oszołom z Ciemnogrodu zaczyna swoją merytoryczną kontr polemikę.

Mój adwersarz zda się chybić w aspekcie elementarnej zasady politologicznej, iż prawem każdego obywatela, a szczególnie wyborcy, jest by oceniać polityków przez siebie wybieranych. I nie ma obowiązku, by ich zastępować w czymkolwiek, do czego zostali w trybie wyborczym wyznaczeni, i na podstawie którego to mandatu są uprawnieni do działania. Sam zaś program wyborczy jest li i tylko podstawą do takiego działania. Polityk wobec swojego wyborcy nawiązuje pewien specyficzny stosunek pracy, będąc zresztą „na utrzymaniu” tego wyborcy. Jeśli wyborca uznaje, że wybrany, per analogiam wskutek swoistego „konkursu ofert”, przez niego polityk jest przeciwskuteczny w tym, co robi, to prawem tego wyborcy jest coś takiego skomentować i wskazać na to, co można by było zrobić lepiej. Naprawdę, czy po to, by móc ocenić jakość jakiegoś samochodu, to trzeba być udziałowcem koncernu go produkującego, a już tym bardziej jego prezesem?

Bo zaraz nasuwa się proste pytanie – dlaczego nie jesteście na miejscu Kaczyńskich skoroście tacy mądrzy? – ciągnie dalej oszołom z Ciemnogrodu.

Wszelako nie dostrzega w tym, co pisze, pewnego kuriozum. Ależ to właśnie m.in. ja w toku takiej lub owej kampanii wyborczej byłem przez spin doktorów przekonywany, że lansowana przez nich oferta jest pod każdym względem debeściarska. Ja nie muszę być wcale mądrzejszy, skoro dałem się przekonać, iż ktoś jest mądrzejszy ode mnie. I to nie na mnie spoczywa ów swoisty ciężar dowodu, gdyż to nie ja aplikowałem do publicznych stanowisk. Natomiast moim niezbywalnym prawem jest, by wątpić, i oczekiwać rozwiania wszelakich moich zastrzeżeń. W przeciwnym razie ma się do czynienia z autorytaryzmem, a to chyba nie jest najlepsza droga do dialogowania. Nieprawdaż, oszołomie z Ciemnogrodu? Ja nie mam potrzeby być na miejscu Kaczyńskich, natomiast, jeśli oni ją mają, by być tam, gdzie są (z mojego demokratycznego poparcia), to mam prawo do publicznej oceny pełnionej przez nich misji, jeśli m.in. dzięki mnie zostali do tego powołani.

Skoro stworzenie masowej prawicowej telewizji jest takie proste to dlaczego tego nie zrobisz Moherowy Fighterze? – grzmi oszołom z Ciemnogrodu.

Ależ, gdy ja chcę napić się dobrego piwa, to muszę do tego wpierw zbudować browar i sobie to piwo uwarzyć? Ależ zaraz, zaraz, wszak zapomniałem może, że wprost idealnym i wyśnionym miejscem, w którym prawica chce się pokazywać, to studia TVN’u i Polsatu. No racja, jakże mogłem o tym nie pamiętać?

Murdochowi się nie udało, ale ty jesteś mądrzejszy, tobie się na pewno uda. – ciągnie dalej oszołom z Ciemnogrodu.

I aż korci, by zapytać o to, dlaczego Murdochowi się nie udało. A mnie, osobiście, to żadna telewizja nie jest do niczego potrzebna, by ją w ogóle mieć, lecz jako wyborca i sympatyk prawicy wolałbym, by prawica nie musiała się dogadywać z komunistami w tym, by mieć skrawek swojego telewizyjnego okienka dla siebie. Czy coś takiego oszołomowi z Ciemnogrodu nie przeszkadza?

Ty też możesz zostać polskim Berlusconim. – rąbie dalej oszołom z Ciemnogrodu, jeno nie dostrzega osobliwej w tym dziwaczności.

Jeśli prawdą na elementarnym poziomie I roku studiów (a może nawet i ostatniej klasy liceum) politologicznych, socjologicznych, dziennikarskich i tym podobnych jest to, że w dzisiejszych czasach, by wygrywać wielkie bitwy socjotechniczne, to trzeba posiadać coś więcej niż salki katechetyczne bądź kluby przy jakichś remizach, to strategia Berlusconiego jest jak najbardziej jasna i oczywista. Tak, ów magnat medialny wpierw stworzył swoje medialne imperium, by dzięki temu móc się uniezależnić od wiszenia u klamki mainstreamu, zaś dopiero później, gdy jego imperium okrzepło, wszedł w wielką politykę. Będąc ciągle klientem u zlewaczałego mainstreamu nie byłby w stanie stworzyć alternatywnej broni w walce socjotechnicznej, przy pomocy której zapewnił potencjał swojemu ruchowi politycznemu. Gdy jakieś tam makaroniarskie Wojewódzkie, Majewskie, Miecugowy, Sekielskie, Morozowskie, Lisy et tutti quanti naparzałyby w Berlusconiego i jego partię, to onże na swoim gruncie i z własnej „flanki” się mógł tamtym ostrzeliwać. I nie musiał człapać do państwowego RAI, by mieć rachityczne poletko do kontrpropagandy. Toż w końcu każdy zrozumie, że gra się tak, jak przeciwnik na to pozwala, a trudno na jego terytorium narzucić jemu własne warunki.

Zamiast opowiadać jak to wspaniale w Ameryce – hic Rhodus, hic salta. Wystarczyło przecież tylko przyłożyć paluszek do działań Murdocha i wszystko by się udało. Kaczyńscy tego nie zrobili – zrób ty. – w rozpaczliwy patos uderza oszołom z Ciemnogrodu, a przy tym strzela sobie w stopę.

W istocie, prawdę rzecze mój polemista, że „wystarczyło przecież przyłożyć paluszek”, szczególnie wtedy, kiedy ma się swoją KRRiT, swój rząd, swoją większość koalicyjną, swojego prezydenta i tak szeroko reklamowane różne atuty. Toć nie jest – nomen omen – żadnym odkrywaniem Ameryki, że dzięki takim „aktywom” mogło się udać niejedno. Nie oszołomie z Ciemnogrodu, ja tego nie zrobię, gdyż nie jestem ani szefem jednej z dwóch największych partii politycznych, a już tym bardziej bratem prezydenta. Nie jestem politykiem, który, jak o sobie mówi, był konstruktorem I postsolidarnościowego rządu po 1989 r. Nie dysponuję żadnym doświadczeniem ani zapleczem politycznym. Jak również nie aspiruję do tego, by być premierem. Natomiast… Natomiast oczekując gruntowanych zmian, rozgłaszanych jako IV RP, wybieram tych polityków, dla których nie będzie żadnym problemem, by w rzeczywistości mass mediów, w trójkącie TVP-TVN-Polsat (TV Trwam, jako stacja niszowa pomijam), wykreować tego czwartego, który status takie quo rozbije. Tego, który będzie wyrazem tej opcji politycznej i światopoglądowej, którą chcę widzieć głównie w moim telewizorze. I to oni, a nie ja, dysponują ku temu wszelakimi instrumentami. Tyle, i aż tyle.

Niestety nic nie jest takie proste w Polsce. – sadzi truizm mój adwersarz.

Nie bez przyczyny mamy taki układ medialny a nie inny i wszelkie próby zmiany są kontrowane. – dalej kontynuuje.

A jakież to są niby przyczyny? Brakuje miejsca w eterze? Wozów transmisyjnych, kamer, budynków, oświetlenia, cokolwiek nie da się kupić? Czego brakuje? Rad bym to wiedzieć.

Dlatego sytuacja w Polsce długo nie będzie nawet w blady sposób przypominać Ameryki. Stąd – jak zauważyłem – takie porównania są całkowicie nietrafione. – prawi oszołom z Ciemnogrodu.

A ja zapytam… – „Bo?”, „Bo, co?”. Bo Polak gdzieindziej potrafi tylko nie w Polsce? Jeśli tak, to chyba byłaby to raczej niedozwolona supozycja. Nieprawdaż?

Nie mieszkam w Ameryce, nie mogę się więc autorytatywnie wypowiadać w tej kwestii, muszę opierać się na relacjach innych. Ale jednak wydaje mi się, że większość Amerykanów nie kształtuje swoich opinii głównie na CNN-ie czy NYTimes’ie. – zastrzegającą stwierdza oszołom z Ciemnogrodu.

To spróbuję go nieco wyprowadzić na prostą. Mianowicie, 13 września 2009 r. (a zatem dosyć niedawno) opublikowany został raport, pt. Press Accuracy Rating Hits Two Decade Low, z którego można wyczytać, że w stosunku do CNN 60 proc. ogółem odpowiedzi przemawiało na jej korzyść, podczas gdy 19 proc. na jej niekorzyść, przy 21 proc. trudnych do wskazania. Jeśli chodzi o NY Times, to odsetek ten wyniósł odpowiednio – 29, 17 i 54. Biorąc zatem pod uwagę te wartości, które pozytywnie wskazują na te lub inne media, można powiedzieć, że w porównaniu z podobnymi odnoszącymi się do Fox News Channel (55, 25, 20), ta ostatnia dosyć ciężko i z niemałym trudem rozbija monopol lewackich mediów, zważywszy na to, o czym pisał Przybylski, iż „…że choć Fox News jest najpopularniejszym kanałem informacyjnym, to i tak ogląda go mniej więcej jeden procent dorosłych mieszkańców USA. Według badań Instytutu Nielsen w tzw. prime time Fox News może liczyć średnio na ok. 2,3 mln widzów dziennie. W przypadku CNN to ok. 1,1 mln, a MSNBC ok. 950 tysięcy. Średnia dla całego dnia to odpowiednio 1,2 mln, 740 tys. i ok. 470 tysięcy.” To jak to jest, że w odniesieniu do proporcjonalnie większej widowni, istotna większość opowiada się za inną stacją (pod inną „banderą”), która i tak ma niewielki wpływ na załamanie się poparcia demokratycznego prezydenta? Czyż może nie jest tak, że tamtejsi prawicowcy, konserwatyści, gryzą trawę równo z glebą i zamiast przybierać pozę cierpiętniczą walczą o ostatniego widza? Kiedyś, przez ponad rok (w czasach, kiedy nie było jeszcze Fox News Channel), miałem okazję z bliska (w USA) się przyglądać walce amerykańskiej prawicy, konserwatystów, kiedy w Polsce nie śniło się nikomu ani o TVN’ie, ani o Polsacie ani o jakimkolwiek Porozumieniu Centrum. Tam zawsze warunki były trudne, lecz prawdą amerykańskiego wyborcy jest to, że da się poprzeć i głosować za tym, który wpierw udowodni to, że potrafi zadbać przede wszystkim o siebie. To zaś należy czytać jako zadbanie o to, byś ty (w domyśle – polityku) nie dysponował samą bronią bez amunicji. Umiesz być panem okazji, to Fortuna twoja, a wszelakich skrzatów, co to wiadomo….

Tu różnica między Polską a Ameryką jest aż nadto widoczna – u nas niestety ton nadal nadaje Wyborcza i TVN. Jawna stronniczość mediów jest jednym z najważniejszych problemów polskiej demokracji. Wydaje się jednak, że w Ameryce – mimo lewicowego przechyłu – nie jest to aż tak dotkliwe. – oszołom z Ciemnogrodu snuje swoją wizję.

Zaś Infidel, Azrael, Mireks, Rudecka-Kalinowska, a i może nawet i sama Czerska, aż z wysublimowanym smakiem kontentują się każdą taką frazą. Cóż w tym aspekcie różnica pomiędzy Polską a Ameryką nie jest aż nazbyt istotna, jeśli chodzi o to, że i tu i tam gros społeczeństwa myśli „telewizorem”. Jest natomiast taka, że tam jest instrument, dzięki któremu możliwa jest weryfikacja owej stronniczości, u nas z kolei, takowego nie ma. Czy to wina Wyborczej i TVN, że prawica nie postarała się o swoją „Fox News Channel”? Czego brakowało?

Ameryka to wielki kraj i większość Amerykanów CNN-u nie ogląda a pouczeniami NYTimes’owych publicystów się nie przejmuje. – bezkrytycznie stwierdza oszołom z Ciemnogrodu, choć przytoczone przeze mnie wyniki badań potwierdzają coś zgoła przeciwnego.

Warto w związku z tym wyjść poza kokon swoich wyobrażeń i dostrzec, że Amerykanie rodzą się i umierają przy włączonym TV on-live. A tutaj jest cała masa mutacji CNN i NYT, które mimo podbijania prawicowego bębenka potrafiły wykreować człowieka „z nikąd” i osadzić go w Białym Domu.

Tak więc to jednak nie lewicowi publicyści CNN i NYT głównie zdecydowali o wyborze Obamy. – z dobrym samopoczuciem stwierdza oszołom z Ciemnogrodu.

Ależ racja, że gdzieindziej zapadła decyzja, że Ameryka będzie miała ciemnoskórego prezydenta. Cały wic polega na tym, że zmęczonemu bushowską prezydenturą społeczeństwu amerykańskiemu umiejętnie podsunęło się „nowość” w postaci takowego kandydata, i temu społeczeństwu wyperswadowano konieczność głosowania na niego. Przekaz, wielokrotnie wzmacniany przez CNN i NY Times, był prosty: „Każdy byleby nie jakiś buszysta.” Jednakże nie samo wzmacnianie tego przekazu jest tutaj istotne bowiem, mam tutaj pewną dla Ciebie, oszołomie z Ciemnogrodu, niespodziankę, iż słusznie prawisz, że to „nie lewicowi publicyści CNN i NYT głównie zdecydowali o wyborze Obamy”. Jak na ironię jemu przysłużył się Fox News, gdyż czytamy, że: „Spośród trzech kanałów Fox News był najbardziej surowy względem przypuszczalnego nominata Republikanów. Więcej niż połowę (55 proc.) widocznych osobistych stanowisk na temat McCain’a było negatywnych, zaś znaczna większość z nich (49 całości) kwestionowała jego konserwatyzm. W swoim krytycyzmie, Fox News McCain’owi poświęcił więcej uwagi ogólnej w porównaniu z innymi stacjami kablowymi, blisko tyle samo uwagi dawała ona dwóm wiodącym kandydatom Demokratów, 36 proc. McCain’owi, 37 proc. Clinton i 39 proc. Obamie. Z drugiej strony, zarówno CNN jak i MSNBC, McCain’owi poświęciły daleko mniej swoich sprawozdań niż czyniły to w stosunku do Clinton lub Obamy. W portretowaniu przez siebie przeważającej osobistej narracji względem Obamy Fox News był również bardziej pozytywny niż w stosunku do McCain’a lub Clinton. W pełni 69 proc. stwierdzeń o Obamie osobiście było pozytywnych, to jest ta wielkość, którą jego rywale, jak on, otrzymali w MSNBC (70 proc.).” (Differences by Media) Jak to wszystko rozumieć? Myślę, że należy na to patrzeć w ten sposób, że Fox News w swojej krytyce McCain’a skutecznie rozmiękczało elektorat prawicowy (konserwatywny), mając na względzie rozmiary swojej widowni, dzięki czemu idealnie to ułatwiało pozostałym (dwóm konkurencyjnym) stacjom w forsowaniu kandydatów ideologicznie do nich zbliżonych. Gdy MSNBC i CNN „na rękach nosiły” wpierw Clinton a później Obamę, to Fox News swoją zdecydowaną krytyką McCain’a dodatkowo im ułatwiało zadanie. Bo też lewako-liberalny elektorat miał wystarczające uzasadnienie słuszności swojego wyboru, gdyż mógł zawsze powiedzieć: „Konserwy od naszych kandydatów f… o…, bo nawet wasza stacja na waszego kandydata się wypina.” Stosując właściwe proporcje można by coś takiego porównać do takiej sytuacji, gdzie TVN i TVP holowałyby, dajmy na to, Tuska i Kwaśniewską, zaś TV Trwam (zakładając, że miałaby większą widownię) naparzałoby w Ziobrę po drugiej (słabej) kadencji Lecha Kaczyńskiego. W efekcie tego Tusk (po wycofaniu się Kwaśniewskiej) zostałby prezydentem, zaś idąc tokiem myślenia oszołoma z Ciemnogrodu, byłoby całkowicie prawdziwe to, że: „… to jednak nie lewicowi publicyści z TVNu i GW zadecydowali o wyborze Tuska.” Niestety, lecz niespodzianki się skończyły, gdyż nakładając na telewizyjne źródła internetowe, „Jakkolwiek ten sam odsetek głosujących na Obamę (59 proc.) i McCain’a (55 proc.) z internetu uzyskiwało przynajmniej jakieś informacje z kampanii wyborczej, to, dokonywany przez wyborców, wybór stron internetowych różnił się. Wyborcy Obamy byli dwukrotnie bardziej skłonni odwiedzać witrynę CNN niż wyborcy McCain’a (35 proc. v. 18 proc.). Wyborcy Obamy byli również bardziej skłonni nazwać witryny New York Times i Huffington Post jako te witryny, które najczęściej używali do pozyskiwania informacji wyborczych. Dla kontrastu, głosujący na McCain’a byli trzykrotnie bardziej niż głosujący na Obamę najczęściej odwiedzającymi witrynę Fox News (18 proc. v. 5 proc.) i Drudge Report (9 proc. v. 1 proc.)” (High Marks for the Campaign, a High Bar for Obama) Wniosek, oszołomie z Ciemnogrodu? Ano taki, że mniejsze znaczenie miała plazma stacjonarnych odbiorników telewizyjnych niż wyświetlacze ciekłokrystaliczne dziesiątków milionów komputerów, jeśli weźmie się pod uwagę efekt wzmocnienia. Proszę przestudiować uważnie tę tabelkę.  Cała ta maszyneria pracowała na rzecz Obamy.

Pouczające jest choćby porównanie Ameryki do Europy – w Europie hołubiony przez lewicę Obama zmiażdżyłby McCaina, bo europejskie elity medialne i polityczne robią obywatelom wodę z mózgu jak chcą. – pogłębia swój pogląd oszołom z Ciemnogrodu.

Otóż, wynik ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego, gdzie prawica i centroprawica zdecydowanie je wygrały, nie potwierdza tezy oszołoma. I stało się to wbrew robienia obywatelom wody z mózgu przez europejskie elity medialne i polityczne.

W Ameryce wynik był niepewny prawie do końca. – próbuje nas przekonać oszołom z Ciemnogrodu.

Czyżby tak było? Ależ było wręcz przeciwnie. Z samego „serca” amerykańskich konserwatystów dochodziły takie głosy: Dzisiaj wieczorem podczas sponsorowanej przez the Wall Street Journal konferencji „All Things Digital”, Rupert Murdoch – szef News Corp, nowego właściciela WSJ, i wieloletni rozświetlający swoją pochodnią politykę konserwatywną – to powiedział o Barack’u Obamie: „(…) Nie myślę, że on wygra na Florydzie… lecz wygra w Ohio i elekcję.” (Hilary Rosen: Rupert Murdoch Says Obama Will Win, May 29, 2008) Ajajaj, oszołomie z Ciemnogrodu… To jest, znowu stosując właściwe proporcje tak, jakby na pół roku przed wyborami o. Tadeusz Rydzyk powiedział o Tusku: „Nie sądzę, że w Małopolskim on wygra… lecz wygra w Mazowieckim i całą elekcję.” Zresztą trafność oceny Murdocha potwierdził sondaż Gallupa, gdzie: „Niezależnie od tego kogo popierasz, i będąc tak obiektywny jak jest to możliwe, kto Twoim zdaniem w listopadzie wygra wybory prezydenckie?” – Barack Obama – 52 proc., John McCain – 41 proc. pozostali/niezdecydowani – 6 proc. (Most Voters Think Obama Will Win: poll) Prawdziwe wyniki? Obama – 52.9 proc., McCain – 45.7 proc. Dla kogo więc wynik nie był pewny?

Na wybór Obamy złożyło się wiele czynników – jak sam MF zauważył – mnie jakoś nie przekonują opowieści specjalistów od PR-u, że to głównie ich pomysły są decydujące. – rozsądzająco twierdzi oszołom z Ciemnogrodu.

Jak na to patrzy prof. Uniwersytetu Harvarda, John Quelch? Pisze on, że: „Kiedy o tej elekcji pisano by książkę, to nie powinna ona być zatytułowana „Tworzenie prezydenta” lecz „Prezydencka kampania marketingowa”. Kampania Barack’a Obamy jest studium przypadku doskonałości marketingu.” (How Better Marketing Elected Barack Obama, November 5, 2008) I dalej wyjaśnia dlaczego. Rozumiesz oszołomie z Ciemnogrodu, że Obama został Amerykanom sprzedany tak samo perfekcyjnie, jak nowa generacja inteligentnego proszku do prania, super wygodnych podpasek, jeszcze lepiej wypasiona limuzyna, super wakacje w Alpach bądź w jakimś raju na Oceanie Spokojnym itd. itp.? To nie idee tutaj zadecydowały lecz precyzyjny marketing i PR.

Oglądałem kiedyś w telewizji program, w którym postawiono taką tezę, że Kwachu wygrał z Wałęsą dzięki świetnej strategii PR-owskiej. – rozwija dalej swoją myśl oszołom z Ciemnogrodu.

A ja spotkałem się z taką opinią, że tekst o podawaniu nogi nie był taki wcale przypadkowy. I co? Jest to możliwe?

Myślę, że jednak to Wałęsa przegrał dzięki swojej fatalnej prezydenturze, a przegrał niewielką ilością głosów, gdyż wielu ludzi przywiązanych do ideałów Solidarności zacisnęło zęby i mimo wszystko głosowało na Wałęsę jako mniejsze zło. – mój adwersarz spekuluje.

A ja natomiast gdzieś widziałem taką opinię, że gdyby nie to podawanie nogi, to miałby on jednak wygraną. Zwyczajnie jego zwolennicy poczuli się tym zniesmaczeni i to ich zniechęciło do głosowania na niego, zaś jego przeciwnicy jeszcze bardziej się skonsolidowali, co więcej, pojawiło się wielu takich nowych, którzy poparli Kwaśniewskiego byle tylko dać nauczkę Wałęsie.

Tak samo Tusk może odgrywać mistrza PR-u, gdy dziennikarze starają się nie zadawać mu niewygodnych pytań, a swoją dociekliwość rezerwują na domniemane przewiny opozycji. – lamentuje oszołom z Ciemnogrodu.

A może to jednak opozycja nie potrafi wykorzystać okazji do tego, by skutecznie uderzać właśnie w owego Tuska? Dlaczego dziennikarze mają pomagać opozycji, skoro ona sama nie chce sobie pomóc?

Myślę, że jednak w amerykańskiej rzeczywistości medialnej z Tuska dość szybko zostałaby mokra plama a PR-owy czar prysnąłby jeszcze szybciej. Ale mogę się oczywiście mylić. – oszołom z Ciemnogrodu snuje życzeniową wizję.

Cóż z B. Clintonem Amerykanie obeszli się wyjątkowo łagodnie.

Chybiony jest argument MF, że nawet Berlusconi narzeka na stronniczość mediów. Cóż, jego ekscesy są w mediach opisywane i nagłaśniane, mimo, że sam jest magnatem medialnym. – z pewnością siebie stwierdza oszołom z Ciemnogrodu.

I oczywiście owo opisywanie i nagłaśnianie jego „ekscesów” nie mogło mieć żadnego związku z fizycznym na niego atakiem 13 grudnia zeszłego roku? Nie ma może w tym żadnej koincydencji? Przecież ów klimat nienawiści do niego narastał od wielu miesięcy.

O pijanym Kwaśniewskim w Charkowie Polacy dowiedzieli się dopiero po pewnym czasie – żaden z obecnych tam dziennikarzy nie ośmielił się zrobić na ten temat materiału, w telewizjach o tym nic nie pokazali. – dalej pewny siebie oszołom z Ciemnogrodu nas przekonuje.

A to może dobrze by wiedzieć, skąd Solorz w 1999 r. miał o tym materiał. Zresztą, poczytajmy: „Po raz pierwszy pijanego Kwaśniewskiego widziałam w 1996 r. w Brześciu na Białorusi po spotkaniu z tamtejszym prezydentem Aleksandrem Łukaszenką. Przemawiał dziwnie po rosyjsku, wziął na ręce jakieś dziecko i próbował z nim wejść do bagażnika samochodu – opowiada „Wprost” Maria Przełomiec, dziennikarka TVP, a wówczas BBC. Wtedy ani ona, ani inni dziennikarze nie zdecydowali się tego faktu ujawnić opinii publicznej. – Pomyślałam, że to wypadek przy pracy: Kwaśniewski dał się upić Łukaszence, bo nie był przygotowany na wschodnią gościnność – wspomina Przełomiec. Tej wyrozumiałości nie wykazała trzy lata później, gdy pijany Kwaśniewski zataczał się na cmentarzu polskich oficerów w Charkowie. Jako pierwsza polska dziennikarka przełamała tabu i podała informację, że podczas uroczystości żałobnych prezydent „lekko chwiał się na nogach”. – Informację podaną przeze mnie powtórzyło Radio Plus, a następnie potwierdziła „Rzeczpospolita”, której korespondent był świadkiem całej sytuacji – mówi Przełomiec. Jednak TVN materiał o pijanym Kwaśniewskim wyemitowała dopiero dwa dni później, a telewizja publiczna nie opublikowała go wcale.” (Wirus III RP)

Przypomina mi się również dyskusja po słynnej “aferze taśmowej”. Dziennikarze, którzy pracowali w BBC działania Sekielskiego i Morozowskiego uznali za skrajnie nieprofesjonalne (w końcu była to ordynarna prowokacja w stylu ubeckim). Natomiast autorzy “Teraz My” zostali za to w Polsce nagrodzeni tytułem Dziennikarzy Roku. – dalej ciągnie oszołom z Ciemnogrodu.

No w porządku, tzn. w ogóle nie w porządku. I? I co w związku z tym? Cóż, poza tym trzeba by także sprawdzić stopień profesjonalizmu BBC, bo londyńskie ptaszki ćwierkają, że stacja ta ma ździebko przechył lewostronny.

Przy okazji – uważam, że porównywanie Kaczyńskich do jakichś niewydarzonych polityków kanadyjskich jest jednak obraźliwe. – ze swadą stwierdza oszołom z Ciemnogrodu i

„niewydarzonym” nazywa na przykład współtwórcę Północnoamerykańskiej Strefy Wolnego Handlu. Czytelnikowi pozostawiam komentarz.

Prezydent Kaczyński podpadł mi podpisaniem Lizbony, a szczególnie sposobem w jaki to zrobił – “zapomniał” o ustawie kompetencyjnej i zignorował apele o zabezpieczenie polskiej suwerenności w sposób podobny do niemieckiego. Ale jednak w porównaniu do mdłych i tchórzliwych przywódców zachodnich to inna klasa. – sadzi dalej oszołom z Ciemnogrodu zapominając jednak, że

to akurat pod naciskiem owych „mdłych” i „tchórzliwych” przywódców Lech Kaczyński podpisał ową Lizbonę.

Czy Smarkozy albo inny d… byłby w stanie zachować się tak jak Kaczyński i pojechać do Tbilisi, by poprzeć Gruzję? Gdyby duży Kaczor stał na czele choćby takiej Francji czy Włoch a nie Polski byłby jednym z głównych rozgrywających na świecie. Smarko mógłby mu czyścić buty. – ciągnie dalej mój adwersarz, nie wymieniając

tego, jakie to konkretnie korzyści Polska odniosła z tej „odsieczy gruzińskiej”. Co do drugiej części wypowiedzi, to trudno komentować coś, co jest zwyczajnym political fiction.

Swoją drogą narzekania Kaczyńskiego na nieprzychylność mediów są raczej nieśmiałe, tylko gdy funkcjonariusze frontu ideologicznego całkowicie przeginają pałę dochodzi do ostrzejszych uwag i akcji typu bojkot TVN. – rąbie oszołom z Ciemnogrodu, lecz

chyba nie zna całej serii narzekań Kaczyńskiego na media jeszcze sprzed kampanii wyborczej w 2005 r.

Próby stworzenia przeciwwagi dla mediów lewicowych były przez Kaczyńskiego podejmowane i oczywiście od razu kontrowane (vide artykuł Anity Gargas w ostatnim numerze NGP-Nowe Państwo). Może były to próby nieudolne – nie mnie oceniać, bo nie mam w tej kwestii wystarczającej wiedzy. – zapewnia nasz mój adwersarz.

„Kontrowane”, i to wszystko wyjaśnia. Czytałem ten artykuł, i akurat nie znalazłem w nim nic, co potwierdzałoby, że Kaczyński z werwą i zapałem zabrał sięga stworzenie przeciwwagi dla mediów lewicowych. Jest natomiast w nim opisana cała martyrologia „Tygodnika Solidarność”, kiedy Jarosław Kaczyński był jego redaktorem naczelnym. Nic ponad to.

Będą się mimo wszystko upierał, że standardy zachowań polityków w Polsce i Ameryce są całkowicie odmienne. Według doniesień polskich publicystów w amerykańskich komisjach śledczych nie doszło do wyrzucenia pod byle pretekstem opozycyjnych członków komisji z jej składu i takie zachowanie byłoby nie do pomyślenia. A zasadą jest, że przewodniczącym jest członek partii opozycyjnej. – stwierdza mój polemista.

Jednak nie zdaje sobie trudu, by wniknąć w to, czy tamtejsi senatorzy bądź kongresmeni daliby się o tak wyrzucić z tamtejszych komisji śledczych. Również nie wnika w to, czy byłoby to do pomyślenia, by nie wyegzekwować stawienia się przed komisją, dajmy na to byłego prezesa banku centralnego bądź burmistrza Waszyngtonu.

To, że demokraci próbowali kryć swoich nie dowodzi podobieństwa Polski do Ameryki. Nixon po aferze Watergate ustąpił ze stanowiska, – stwierdza oszołom z Ciemnogrodu.

Czyż jednak B. Clinton po aferze Whitewater był do tego zmuszony? A to naprawdę nie chodziło wyłącznie o stażystkę.

Tusk nie tylko po aferze hazardowej nie ustąpił, ale zwolnił Kamińskiego i próbuje PiS obciążyć odpowiedzialnością. Co ważne – przy aplauzie mainstreamowych mediów. Niestety różnica między Ameryką a Polską jest jak między … Ameryką a republiką bananową. – sentencjonalnie rzecze mój adwersarz.

Tak, z tym ostatnim się zgadzam. Lecz może PiS nie potrafi przejść zdecydowanie do kontrofensywy, i faktycznie przedstawić czegoś tak „porażającego”, by rząd Tuska nie utrzymał się dłużej niż 24 godziny?

Cóż mógłbym tę polemikę ciągnąć jeszcze długo, ustosunkowywać się do wszystkich niefortunnych porównań użytych przez MF, ale po prostu nie mam na to czasu. Zresztą z pewnością okaże się, że jako ciemny oszołom z ciemnego Ciemnogrodu nie zrozumiałem światłych wywodów. Taki już nasz los – ciemnogrodzian. – oszołom z Ciemnogrodu kończy ze mną polemikę.

A ja się zastanawiam, dlaczego. Czyżby może brak jakichś racjonalnych kontrargumentów?


Ile zrozumiał oszołom z Ciemnogrodu?

28 Grudzień 2009

Pod moim ostatnim wpisem, pt. Prawica krajowa bezjajeczna, na Niepoprawnych.pl pojawił się komentarz oszołoma z Ciemnogrodu. Oszołom pisze, że analogie między Polską a USA – może efektowne, ale fałszywe i to całkowicie fałszywe. Mój polemista nie zauważył chyba, że gdzie się dało i jak się dało ja pisałem, że przy porównaniach należy używać stosowne proporcje. A to, moim zdaniem, zmienia postać rzeczy.

Pisze dalej oszołom z Ciemnogrodu, że Porównywanie amerykańskich mediów – w większości lewicowych to fakt – do polskich całkowicie zdominowanych przez postkomunizm to co najmniej lekkie nieporozumienie. Oszołom ma tutaj częściowo rację, jednak nie za bardzo się kwapi, by wytłumaczyć powody zwycięstwa Baracka Obamy w zeszłorocznych wyborach prezydenckich. A są one m.in. i takie, że abstrahując od katastrofalnej końcówki prezydentury Georga Busha juniora, która Amerykanów zniechęciła do głosowania na kandydata Republikanów, to w krystalizacji decyzji wyborczej tamtejszego elektoratu wybitnie temu ostatniemu pomogły właśnie tamtejsze media, które, jak słusznie oszołom zauważa, są w większości lewicowe. Czyż jednak należy to uznać za wadę tamtejszej demokracji? Nie, albowiem, asumpt do takiego zaangażowania tamtejszych mediów dał właśnie poprzednik Baracka Obamy i jego administracja. Przecież media te nigdy nie ukrywały swojego profilu politycznego, zaś niekiedy oficjalnie opowiadały się za taką lub inną kandydaturą. Postkomunizm ma tutaj niewiele do rzeczy. Zresztą, jeśli tak na to patrzeć, to aż dziwi, że będąc tego świadomym, obóz braci Kaczyńskich nic właściwie nie zrobił, by tę sytuację zmienić. Już sam fakt, że w USA istnieje Fox News, którego odpowiednika w Polsce można szukać ze świecą świadczy o całkowitej fałszywości analogii. – pisze dalej oszołom z Ciemnogrodu. Ależ absolutnie, nie świadczy to o tym, co mi mój polemista zarzuca. To świadczy bowiem o tym, co napisałem trzy zdania wcześniej. Nie ma odpowiednika, to racja. Lecz dlaczego tak jest, to w to oszołom już nie wnika.

Mimo lewicowego przechyłu CNN-ów, NYTimes’ów itp. nie wydaje się, by amerykańskie media były ręcznie sterowane przez postkomunistyczne służby. – oszołom ciągnie dalej. A ja zapytam – co ma piernik do wiatraka. Czy wtedy, kiedy pojawił się cień szansy na to, by ruszyć czerwone dynastie na Woronicza, to coś z tego wyszło? Czy, gdy News Corporation (spółka-matka Fox News Channel), Ruperta Murdocha, posiadała udziały w TV Puls, to nie było szansy, by stworzyć silną prawicową stację, która nie byłaby sterowana przez postkomunistyczne służby? Przecież ów Dobry Wujek zza Oceanu już był w Polsce obecny na rynku telewizyjnym. Czy nie dałoby się, za czasów rządu PiS’u, na tyle wzmocnić i zwiększyć pozycję Telewizji Trwam, by mogła ona stanowić alternatywę dla reszt stacji komercyjnych? Szanowny oszołomie, to jak to jest? Pisze dalej oszołom, że Tak więc kpienie, że Kaczyńscy i PiS tylko narzekają na nieprzychylność mediów jest co najmniej nie na miejscu. Otóż ja wcale nie kpię, lecz wyciągam wnioski z tego, co powyżej. Zresztą jak świat długi i szeroki niejeden prezydent i niejeden premier się uskarżali i uskarżają na media. Ileż to np. daje się widzieć skarg Sylvio Berlusconiego na media? Jak na ironię potentata medialnego. A i były kanadyjski premier, Brian Mulroney, jak się twierdzi długo narzekał z powodu bycia przez lata niesprawiedliwie pod pręgierzem mediów pomimo faktu, że RCMP (Royal Canadian Mounted Police) nie znalazła dowodów na złe postępowanie w sprawie transakcji z Airbusem. (Mulroney wells up, blames the media) Źle się dzieje w państwie kanadyjskim, skoro kolejny premier, Stephen Harper, twierdził, że żurnaliści pracujący w Parliament Hill są uprzedzeni do jego rządu i zdecydowali, by być opozycją wobec jego konserwatywnej administracji. (Prime Minister Harper and the media) Jak widać nie ma więc takiego premiera bądź prezydenta, który nie byłby w mediach krytykowany i jakoś specjalnie dopieszczany.

Bo właśnie jawna i bezczelna stronniczość mainstreamowych mediów jest jednym z głównych problemów polskiej demokracji. I nie jest to problem wymyślony przez Kaczyńskich dla swojego usprawiedliwienia tylko problem całkowicie realny i namacalny – wystarczy codziennie włączyć sobie telewizor, by się o tym przekonać. – pisze dalej oszołom z Ciemnogrodu. No dobrze, tylko co nam tak właściwie wyjaśnia to, że jednym z głównych problemów polskiej demokracji jest jawna i bezczelna stronniczość mediów mainstreamowych, skoro o tym wiadomo jest nie od wczoraj. Cóż jest bowiem robione, by ten stań zmienić? By stworzyć swoje instrumenty i mechanizmy, dzięki którym można byłoby zbudować przeciwwagę dla owych mainstramowych mediów. Dlaczego owym mainstreamem nie są media konserwatywne, prawicowe, takie, które bezustannie pracowałyby właśnie na rzecz szeroko rozumianej prawicy polskiej? Czego tutaj brakuje? Kasy? Ludzi? Woli? Czego? Że nie jest to problem wymyślony przez Kaczyńskich, to no… cóż. Ja, gdy patrzę na obu braci, to widzę ludzi, którzy „całe życie” siedzą w polityce, niekiedy pełnili ważne urzędy, znają się na grach parlamentarnych a i pewnie niejedno środowisko mają dobrze rozpoznane. Cała masa atutów, które tak często są podkreślane w prawicowej publicystyce (w tym też i prawicowym blogopisarstwie), a jednak ich wykorzystanie w najbardziej wyraźnym kształcie daje się opisać jako sformowanie dużej partii. Partii, której i tak nie udało się utrzymać władzy przez pełną kadencję. Zaryzykuję tezę, że nie było to wcale nierealne.

Oczywiście warto się uczyć od republikanów, adaptować ich pomysły i sposoby działania do polskich realiów, ale niestety na polski Fox News w przewidywalnej przyszłości liczyć nie możemy. – oszołom ciągnie dalej. Ależ mój szanowny polemisto, była szansa, by mieć taki skrojony na nasze realia Fox News, bo też i Rupert Murdoch miał udziały w TV Puls. Rozumiesz? Myśmy prawie to mieli. Lecz „prawie”, to wiadomo…

Mój polemista jest zdania, że Analogia między rządem Kaczyńskiego a Obamy też całkowicie chybiona. Wszak jednak nie zauważa, że nie używałem tych porównań bezpośrednio, gdyż podkreśliłem, że należy utrzymywać stosowne proporcje. Jaka jest zatem koincydencja pomiędzy przychylnymi Obamie mediami i spadkiem jego popularności a nieprzychylnymi Kaczyńskiemu mediami i tym samym efektem? Czyżby może przeciętny Amerykanin miał być mądrzejszy od przeciętnego Polaka?

Racja, W Polsce mamy system parlamentarno-gabinetowy a nie prezydencki. Ale tylko częściowa. Sięgnijmy więc po „czytankę”. Ryszard M. Małajny, w „Pozycja ustrojowa Kongresu USA” (t. III, Wyd. UŚ, Katowice 1995, str. 314), pisze: „Wahadło supremacji” wielokrotnie przemieszczało się pomiędzy obydwoma końcami Pennsylvania Avenue. Nie od rzeczy będzie więc choćby pobieżna analiza czynników wprawiających je w ruch. Na pierwszym miejscu należy wymienić partyjną konfigurację sił. Jest sprawą notoryjną, że jeżeli partia, której leaderem jest prezydent, posiada większość w obu izbach Kongresu, to uzyskuje on znacznie szersze pole manewru i w konsekwencji jego znaczenie rośnie. Reguła ta miewała wszakże liczne wyjątki, kiedy taki szef egzekutywy nie potrafił należycie ułożyć sobie stosunków z legislatywą, jak np. Carter. Ponadto do specyfiki amerykańskiego życia politycznego należy fakt, iż Partia Demokratyczna częściej zdobywa większość w Kongresie, podczas gdy Partia Republikańska częściej z kolei obsadza urząd prezydenta. Stąd pierwsza nazywana jest „partią kongresową”, a druga „partią prezydencką”. Już choćby z tego powodu trwałe zdominowanie parlamentu przez rząd nie jest możliwe. Niezależnie od tego rywalizacja międzypartyjna okresami bierze górę nad rywalizacją pomiędzy Kapitolem a Białym Domem, w następstwie czego każda partia może szukać sposobów przesunięcia głównego ośrodka władzy od jednego do drugiego. To z kolei tłumaczy dlaczego w czasie wyborów prezydenckich ważne są także wybory do Kongresu. Mówiąc inaczej, dopełnieniem wyników wyborczych w jednym są wyniki w drugim. Pozostaje również trzeci człon tej układanki, tj. obsada Sądu Najwyższego, która może pomóc jednej bądź drugiej stronie uzyskać wpływ znaczący. Kaczyński był całkowicie uzależniony od większości parlamentarnej, czym Obama przejmować się nie musi. – pisze dalej oszołom. I jak widać z powyższego się myli. A jak bardzo? Zobaczmy. (Bush losing ‘fast track’ trade powers)  Prezydent Bush w sobotę stracił swoje uprawnienia do podpisywania bez ingerencji Kongresu, w ramach „szybkiej ścieżki”, umów handlowych.  (…) Od 1975 r., tylko jeden kolejny prezydent, Bill Clinton, został pozbawiony tych promujących handel uprawnień, stworzonych po to, by przyspieszyć redukowanie barier handlowych i otworzyć nowe rynki z innymi krajami. Bush nie otrzyma ich z powrotem, podobnie jak i następny prezydent. (…) Uprawnienia do „szybkiej ścieżki”, datujące się od czasów administracji Forda w 1975 r., dają prezydentowi prawo do negocjowania umów handlowych, które Kongres może przyjąć bądź odrzucić, lecz które nie mogą być uzupełniane. Od tamtego czasu każdy prezydent tymi uprawnieniami się cieszył, aczkolwiek utraciło ważność w latach pomiędzy 1994 a 2002 r., kiedy Demokraci podejrzliwie podchodzący do umów handlowych przyłączyli się do wrogo nastawionych wobec Clintona administracji Republikanów stojących w opozycji do odnowienia tych uprawnień. No proszę, proszę tak w 1994 r. zachowali się koledzy partyjni wobec męża dzisiejszej Sekretarz Stanu, i niby Obama żadną większością przejmować się nie musi. Ale zaraz, zaraz. Kto wówczas w Kongresie miał większość? Sprawdźmy. W tym okresie, w 103 Kongresie USA, w Senacie Demokraci mieli 56 miejsc w stosunku do 44 – Republikanów, zaś w Izbie Reprezentantów większość demokratyczna wynosiła około 59 proc. Niczego to nie dowodzi?

Ponadto co by nie mówić o amerykańskiej klasie politycznej – na pewno to nie aniołki – to jednak pewnych zasad się tam przestrzega. Można liczyć, że część kongresmenów będzie się kierować głównie interesem państwa i społeczeństwa i zagłosuje zgodnie z nim nawet wbrew partyjnym wytycznym. – prawi dalej oszołom. Cóż, jest problem. Mianowicie, kwestia, tzw. dyscypliny klubowej nie jest tam tak ostro traktowana, jak w Polsce. Cały wic polega na tym, że tamtejsze obie partie są silne siłą osobowości, które przyciągają, a nie dzięki posłuszeństwu od nich wymaganego. Dla przeciętnego senator bądź kongresmen mający bogactwo, pozycję społeczną i wyrobienie polityczne jest dla takiej lub innej partii cennym „nabytkiem”. W istotnym stopniu to oni ją uwiarygodniają niż jest odwrotnie. Stąd też mogą pozwolić sobie na taką swobodę, jaką chcą posiadać. Bo też i kariera na Kapitolu to przeważnie zwieńczenie w ogóle całej drogi życiowej. Przeto mogą oni władzom partyjnym stawiać pewną alternatywę – „Albo mam samodzielność i postępuję według swojego rozeznania i swoich wartości i wówczas jesteśmy razem z pożytkiem dla obu stron. Albo idę uprawiać swój back yard, hołubić wnuki etc, wówczas nikt z tego nie odniesie żadnych korzyści.” Tam, na Kapitolu się kończy swoją aktywność społeczną i polityczną, u nas na Wiejskiej się ją dopiero rozpoczyna. Stąd też tam kwestia dyscypliny partyjnej nie jest tak istotna jak u nas. Zaś co do przestrzegania owych zasad, to niemało jest w tym coś z bajek.

Chyba w Polsce trudno liczyć, by jakaś grupka platformersów wyłamała się z partyjnej dyscypliny w obronie dobrych obyczajów i zdrowego rozsądku. Przykład komisji hazardowej jest nad wyraz wymowny. – kończy oszołom. Ale zaraz, zaraz… Czyż może to tak trudno sobie przypomnieć o tym, jak Demokraci postępowali, kiedy wybuchła afera Whitewater? Jak twardo bronili prezydencką parę? Jak udowadniali, że jest to polityczne polowanie na czarownice? A i dzisiaj się o tym pisze, że jest to „polityczna kontrowersja”. Tutaj jest cała lista, w której do pudła trafiały zawsze płotki. I jakie wnioski?


Prawica krajowa bezjajeczna.

26 Grudzień 2009

Nie, nie będzie o Świętach, o Napisie i o wielu pewnie rzeczach. Będzie natomiast o mojej konstatacji smutnego faktu, który ująłem w tytule niniejszego wpisu. Bo też skąd się ona wzięła w radosnym okresie karnawału? Stąd mianowicie, że czytając w świątecznej „Rzeczy na Święta” „Rzeczpospolitej” znakomitą charakterystykę stacji Fox News Jacka Przybylskiego, pt. Konserwatywny głos Ameryki, nie sposób nie dojść do wniosku, iż nie jest to historia, która mogłaby być pisania na jakąkolwiek rodzimą miarę środowisk prawicowych.

Charakterystykę medialnej broni konserwatystów Przybylski zaczyna od skarżenia się przez Baracka Obamę na jedną ze stacji telewizyjnych twierdzącego, że Jest jedna stacja telewizyjna całkowicie oddana atakom na moją administrację. Czy czegoś nam to Szanowni Państwo nie przypomina? Czyż właśnie nie coś takiego dało się ciągle słyszeć w schyłkowym okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości a i również wtedy, kiedy ono utraciło władzę? Ileż to razy z ust Jarosława Kaczyńskiego i pozostałych liderów PiSu mogliśmy coś podobnego usłyszeć lub przeczytać? Raz, dwa czy też może więcej razy? Była tego cała masa. Nieprawdaż? Jednak mimo to amerykański prezydent ani nie zamierza ustępować z urzędu ani skracać kadencji tamtejszego parlamentu zważywszy na to, że poza tym, iż jest on głową państwa to jest jeszcze szefem rządu. A o tym ostatnim to najczęściej się zapomina.

Obama robi wszystko, co jest całkowicie niepopularne, i to praktycznie rzecz biorąc od pierwszego dnia swojego „premierowania”, jednak nie poddaje się krytyce, która, jak pisze Przybylski, ma największą widownię w, tzw. prime time. J. Kaczyński, podobnie zresztą jak Obama, mógł się cieszyć, oczywiście mając na względzie stosowne proporcje, większością w obu izbach parlamentarnych oraz bardzo silną, agresywną, opozycją. A przecież amerykańska Partia Demokratyczna to też nie jest monolit, w którym nie ma podziału na frakcje. Wiem, wiem, słusznie Państwo mówicie, że Obama nie musi borykać się z „przystawkami”, które wiadomo, że to i tamto. Lecz czyż John McCaine mógłby mieć lżejszą sytuację w rządzeniu, gdyby to on wygrał wybory rok temu, zaś Republikanie objęliby większość w obu izbach? Osobiście w to wątpię, gdyż CNN, CBS, ABC, NBC, „New York Times”, „Washington Post”, „USA Today” i wiele innych lewicowych mediów by się o to postarały, by nie było inaczej. Bo też trzymając się właściwych proporcji i analogii sama Fox News, tj. swego rodzaju polska TVP z czasów prezesury Wildsteina (zaś na pewno nie Urbańskiego), wiele McCaine’owi pomóc by nie mogła. I nie ma się co łudzić, że byłaby to łatwa prezydentura. Bo też towarzyszyłoby jej ogromnie mnóstwo problemów wewnętrznych i zewnętrznych, które wszystkie razem jak i każdy z osobna byłyby ogromnymi polami minowymi, by wymienić kilka z nich choćby takie, jak: potężniejące zadłużenie i deficyt budżetowy, kryzys na rynku finansowym, wzrastające bezrobocie, fatalny stan służby zdrowia i oświaty, pogarszająca się sytuacja w systemie emerytalnym, narastająca przestępczość, problemy z imigrantami, spowolnienie gospodarcze, wojny w Afganistanie i Iraku, osłabienie pozycji w Europie, trudne stosunki z Rosją, wspomaganie Izraela i wiele, wiele innych. Każdy z tych problemów, to dla lewicowych mediów są przecież znakomitymi samograjami, które można wykorzystywać przeciwko rządzącej ekipie. Obama zaczyna to coraz bardziej odczuwać, mimo że jest ciągle wspierany przez armię przychylnych jemu mediów. Jak podają Raporty Rasmussena (Daily Presidential Tracking Poll) tylko 27 proc. krajowych wyborców silnie aprobuje sposób, w jaki Barack Obama sprawuje urząd prezydenta, podczas gdy 43 proc. wypowiada się na ten temat negatywnie. Całkowity zaś elektorat negatywny Baracka Obamy wynosi 56 proc. Nieco lepsze wyniki obrazuje sondaż Gallupa dający Obamie 47 proc. poparcia, przy 44 proc. wskazań negatywnych. Rok wcześnie jego wygrana wynosiła blisko 53 proc., z kolei w lutym br., w szczytowym okresie popularności, amerykański prezydent notował blisko 70 proc. poparcie oraz kilkunastoprocentowe wskazania negatywne. Można złośliwie powiedzieć, że dla prezydenta Demokratów w istocie nastąpiła owa „Change” głoszona jako leitmotiv całej kampanii wyborczej.

(źródło: Daily Presidential Tracking Poll)

Ależ Prawu i Sprawiedliwości marzyłoby się, gdyby podobne rezultaty miał Donald Tusk. Jednak, jak na ironię one są faktycznie podobne, tylko że „inaczej”. Wszak to premier polskiego rządu w dalszym ciągu utrzymuje przewagę elektoratu pozytywnego, albo inaczej, „dodatnio negatywnego” w relacji do analogicznego rozkładu poparcia, który reprezentował (i dalej reprezentuje) Jarosław Kaczyński. Dlaczego? Ano sądzę, że dlatego, iż w Polsce nie ma, stosując właściwe proporcje, podobnej do Fox News stacji telewizyjnej, która mogłaby pracować na rzecz szeroko rozumianego środowiska polskiej prawicy sensu largo, zaś dla PiS sensu stricte. Mówiąc inaczej, J. Kaczyński ma może dobre mapy i plany sztabowe, mniej lub bardziej wyszkolone „wojsko”, lecz nie posiada „uzbrojenia”, którym mógłby je wyposażyć. Ale, zaraz, zaraz, powolutku…. Czyż może Fox News, to własny „produkt” Republikanów? Jak o tym pisze Przybylski? Sprawdźmy. No nie, to przecież jest niejako „prezent” Dobrego Wujka zza Oceanu, bo aż z Australii, który swoją „broń dalekiego zasięgu” skonstruował całkiem nie tak dawno.

Jak to się zatem działo, że przez długie dekady Republikanie wygrywali i Biały Dom i Kapitol bez takiego „uzbrojenia”? Stawiając to pytanie trzeba zrobić mały wyjątek na kampanię i prezydenturę Ronalda Reagana, gdyż on spośród wielu swoich atutów dysponował też takim, że środowisko mediów znał doskonale i wiedział, jak się w tej „dżungli” poruszać. Wykorzystywał on również swoje zdolności aktorskie, które pomagały mu w budowie wizerunku zarówno jego samego jak i jego administracji. Biały Dom oraz Kapitol Republikanie wygrywali stosunkowo łatwo. Kiedy Nixon, Reagan i Bush senior obiecywali dekomunizację, to była ona rzeczywista. Kiedy obiecywali niższe podatki, to one takie były. Kiedy obiecywali wspieranie przedsiębiorczości, to to miało miejsce. Kiedy obiecywali walkę z biurokracją, to była ona nie tylko deklaratywna. Kiedy obiecywali zmniejszenie przestępczości, to tak się działo. Kiedy obiecywali poprawę w oświacie, ochronie zdrowia, systemie emerytalnym, wymiarze sprawiedliwości, to nie były to puste deklaracje. Itd. itd. itd. I tak, Amerykanin na co dzień nie zajmujący się polityką, głosował na nich oraz na ich partię. I działo się to jeszcze w czasach „przedpotopowych”, tj. jeszcze wtedy, kiedy telewizja nie miała takiej siły „rażenia”, jak jest obecnie. No tak, ależ oczywiście, że wiem, iż to media „wysadziły z siodła” Nixona, jednak nieomal tak samo stałoby się i przypadku Clintona. Tak na marginesie to zastanawiam się, czy Michał Boni, przed kamerami telewizyjnymi przyznając się do pewnej swojej „wstydliwości” nieomal się przy tym nie rozpłakując, nie popełnił był swego rodzaju „plagiatu” sięgając po rodzaj perswazji, który wcześniej został wypróbowany przez „swojskiego chłopaka” z mieściny Hope w stanie Arkansas. Ale odłóżmy te sztuczki na bok. Widać zatem, że łaska pańska, tj. mediów, na pstrym koniu jeździ. O czym Donald Tusk zaczyna dopiero się już przekonywać, Barack Obama zaś jeszcze o tym nie wie, z kolei Jarosław Kaczyński tak jakby tego nie za bardzo rozumiał.

I tutaj powoli wchodzimy na krajowe podwórko, choć jeszcze tu i ówdzie wyskoczymy na amerykańskie. Jeszcze chwileczkę pozostańmy przy tym ostatnim. Amerykańska prawica się mówi. Mówi się tak, podobnie jak całkiem nie do końca zasadne jest utożsamianie PiS z całością polskiej prawicy. W Stanach bowiem „po prawicy siedzą”: Republikanie (ok. 55 mln. zarejestrowanych członków), Constitution Party (ok. 360 tys. członków), American Party, America First Party, America’s Independent Party, American Conservative Party, Conservative Party USA oraz pomniejsze na poziomie ogólnokrajowym jak i stanowym. Przegląd zresztą amerykańskich partii prawicowych nie jest całkowicie doskonały, gdyż szereg tamtejszych partii, ruchów, stowarzyszeń itp. naturalnie ze sobą konkurują na poziomie ideologicznym, programowym oraz historycznym, przechodząc różnorakie przeobrażenia (jak np. łączenie się, powstawanie odrębnych organizmów, wyrastanie nowych ze starych), co w pewnym sensie pokazuje podobieństwa do polskiej sceny prawicowej. W Stanach za partie o charakterze prawicowym uchodzą te, które odwołują się do tradycji konserwatywnej jak i te, które z nią są w rozdźwięku, mimo że nie utożsamiają się z lewicową bądź liberalną stroną sceny politycznej. Samo sformułowanie „liberalizm” ma inne niż w Europie znaczenie, albowiem w Stanach oznacza on formę łagodnego socjalizmu. Liberalna jest wszak Partia Demokratyczna, i ona jest utożsamiana z nurtem lewicowym. W europejskim rozumieniu – socjaldemokratycznym. Są natomiast w całym amerykańskim prawicowym „planktonie” różnorakie organizmy o libertariańskim charakterze, jeśli chodzi o kwestie społeczne i gospodarcze, przy czym całkowicie konserwatywne mając na względzie przywiązanie do tradycji, wartości i, tzw. „dziedzictwa”. To zaś, ma się rozumieć, nie przeszkadza tam wcale w tym, by pomiędzy sobą toczyć zażarte boje o „stopień prawicowości w Prawicy”. Ileż to razy Bush junior był krytykowany przez Pata Buchanana, bodajże najważniejszego lidera amerykańskiego ruchu, tzw. paleokonserwatywnego, za niedostatek prawicowości? Ileż to razy neokonserwatyści z Partii Republikańskiej pomniejsze formacje prawicowe oskarżali szkodzenie tamtejszej prawicy? Mimo to amerykańska prawica jest w Stanach bardzo widoczna, zaś dosyć często sprawuje realną władzę. Wiem, wiem, zaraz przeczytam, „Weź MF koło i puknij się w czoło”, bo też i wielowiekowa tradycja, i też długi proces ucierania się tamtejszego dwupartyjnego systemu, bo też to, sio i owo. I w rzeczy samej dobrze, aczkolwiek to o Konstytucji 3.majowej się mówi, że była drugą po amerykańskiej tak na wskroś demokratyczna, że inne państwa mogłyby się od nas wielu rzeczy uczyć. Co racja, to racja. Jednak późniejsze doświadczenia historyczne nie unieważniają tego, że o polskiej prawicy można mówić w kategoriach „tu i teraz”. A z tym nie jest najlepiej.

Wobec powyższego wracamy na krajowe podwórko. No mieć taki instrument jak Fox News, to zapewne polskiej prawicy marzyłoby się szalenie. A przecież Przybylski pisze, że stacja ta w USA nie miała lekkiej, łatwej i przyjemnej drogi do osiągnięcia takiej pozycji, jaką zajmuje. Ale… Czyż na polskiej prawicy nie znalazłby się ktoś, kto mógłby gdziekolwiek na świecie poszukać takiego Dobrego Wujka zza Oceanu, by ten w Polsce założył imperium pracujące na jej rzecz? Wiem, wiem, rozumiem, że łatwiej było się dogadać anglojęzycznym Republikanom z anglojęzycznym Dobrym Wujkiem, Rupertem, który coś już w Polsce próbował. Jednak skoro nie dało się z nim dogadać, to może należałoby spróbować z kimś innym tylko, że mówiącym po polsku. Wszak jest cała ogromna Polonia rozsiana po świecie, a jeszcze i ci, którzy aczkolwiek nie są Polakami, to mają jakieś polskie korzenie. Racja, zapomniałem jeszcze o jednym. Mianowicie o tym, że w Polsce prawica się dalej „liczy” i ustala, która z nich jest bardziej prawicowa niż…. Telewizja Familijna przeszła bokiem, TV Puls też okazała się mało udanym przedsięwzięciem, nawet TV Trwam, jako stacja prawicowa, nie jest w stanie wykopać się spoza swojej niszy. Niestety, ale nawet TVP nie dało się „sprawiczyć”, skoro hitami są tam ciągle „Czterej pancerni i pies”, „Stawka większa niż życie” i podobne telewizyjne „dinozaury” z telewizyjnej epoki lodowcowej, tj. z czasów PRL’u. I jakoś to nikomu wcale tam nie przeszkadza.

Rodzima prawica ma, jak widać, poważne problemy, by się odnaleźć na medialnym polu. Czego rezultatem jest to, że nie dość, że nie buduje własnych mediów, to nie jest w stanie zrozumieć, że bez nich poszerzenie bazy wyborczej będzie ciągle niedościgłym marzeniem. A wreszcie, to nie chodzi wyłącznie o media (prasę, radio, telewizję i Internet). To jest również kwestia formowania własnych „czołgów myśli”, niezależnych od lewicowych i liberalnych agencji socjometrycznych, firm promocyjnych oraz całego tego zaplecza i instrumentarium, które pracowałoby w obrębie socjotechniki. Czasy bowiem „chałupniczej” polityki już dawno odeszły i raczej nie wrócą, gdyż nie wystarcza mieć rację lecz ją udowodnić. A najlepiej się to robi na własnym poletku, na własnych zasadach i z własnym zapleczem instytucjonalno-organizacyjnym. Same sztaby partyjne i kilka stron internetowych to zdecydowanie za mało. Tym bardziej, że sztaby te aktywizują się dopiero na czas wyborów, co jest zdecydowanie za późno, bo one powinny pracować przez całą kadencję. Z kolei strony internetowe, to w znacznym stopniu gadżety, które nie mogą zastępować roboty w innych socjotechnicznych sektorach. I jak to jest, że nawet taka konserwatywna siła, jaką jest amerykańska Partia Republikańska, to już dawno zrozumiała, zaś w Polsce, to z takim trudem się przebija? Zaś gdybym mógł jeszcze coś podpowiedzieć, to proszę bardzo. Na stronie Starej Wielkiej Partii nie znajdziemy całej tej plejady różnych prezesów, wiceprezesów, sekretarzy generalnych, zarządów, komitetów politycznych, rad, nie-rad etc. Znajdziemy natomiast masę użytecznych narzędzi, dzięki którym członkowie i sympatycy Partii Republikańskiej mogą nawiązywać ze sobą kontakty, podejmować wspólnie jakieś inicjatywy lub przedsięwzięcia, prowadzić dyskusje itp. Dlaczego? Mianowicie dlatego, że GOP jest partią ludzi równych, którzy złączeni są wspólną wizją celów do osiągnięcia a nie takim lub innym emploi takich lub innych liderów. Ci zaś na co dzień pokazują się w Fox News Channel, rzeczywista zaś robota partyjna ma miejsce na samym dole. No tak. Jest więc tutaj jeden drobny „myk” polegający na tym, że tamtejsi liderzy Partii Republikańskiej mają się gdzie pokazywać, zaś polscy politycy prawicowi są jakby bezustannie na „gościnnych występach” w mediach, które nie są po to, by ich pieścić i hołubić. „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.”


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.