„Nowi” to część podwórkowego konglomeratu.

19 Sierpień 2010

No, to kontynuuję dalej swoją gawędę o post-trzepakowej rzeczywistości. Robię to, ponieważ w dalszym ciągu pewne rzeczy są niejasne dla mojego polemisty, Andrzeja A., który wczoraj w moim wpisie, pt. Międzytrzepakowa naparzanka a rządy „naszych”, odpowiedział mi:

Ja w swoim rozumowaniu nie rozdzielam Twojej grupy 1 od grupy 2, gdyż jeśli cofniemy się dostatecznie głęboko, to się okaże, że powstanie grupy 2 było efektem walk frakcyjnych w grupie rządzącej trzepakiem po zainstalowaniu systemu trzepakowego. Wbrew Swoim chęciom chyba jednak nie odpowiedziałeś na problem, który postawiłem. „Nowi” to według mnie PO, teraz są u władzy. „Jedyni predestynowani” to UD/UW na przemian z SLD. „Nowi” dostali wsparcie medialne po swojej przegranej w 2005, przedtem nie było czegoś takiego. Przedtem było medialne przekierowywanie elektoratu pomiędzy grupą 1 i 2. Co obie grupy skwapliwie wykorzystywały. Problem nadal jest bez odpowiedzi według mnie, czyli kiedy „nowi” rozumiani jako PO przyjęli poparcie medialne i związaną z tym poparciem kuratelę „jedynie predestynowanych”. Który moment, i które wydarzenie o tym zadecydowało.

Otóż, co do tego, że grupa 2 wyłoniła się jako rezultat walk frakcyjnych w łonie centralnego monosystemu trzepakowego, tj. po jego zainstalowaniu i okrzepnięciu, to można powiedzieć, „tak” bądź „nie”. W zależności od tego, jak interpretujemy ową grupę. A tutaj bardzo łatwo jest popełnić błąd interpretacyjno-poznawczy. Odpowiedź pierwsza jest prawdziwa wtedy, kiedy uznamy, że perspektywiczni następcy starych trzepakowiczów zbyt szybko chcieli przejąć system trzepakowy dla siebie i z tego powodu dostali po łapach. Musieli wobec tego jeszcze poczekać. Natomiast druga prawdziwa jest wówczas, jeśli prawdą jest powyżsi następcy stanowili część owego systemu i stopniowo byli wdrażani do jego „odziedziczenia”. Można również przyjąć i taką interpretację, że grupę, umownie mówiąc, drugą, stanowili ci, którzy byli spoza całego systemu trzepakowego, zaś swoje korzenie integracyjne mieli w opuszczonych garażach, jakichś starych, od dawna nieużywanych, hal fabrycznych, jakich ruderach, bunkrach, zarośniętych polanach…. Mówiąc o tej grupie, to właśnie miałem na myśli.

Dalej. Odpisując Tobie w mój tekst wkradło się pewne nieporozumienie, jeśli chodzi o pojęcie „nowi”. Ja go zinterpretowałem, jako „nasi”, tj. ci, których wokół siebie skupiło Rodzeństwo. Dlaczego? Ano dlatego, że owi „nasi” jako „nowi” byli tymi aspirującymi do przejęcia władzy w całym ustroju pot-trzepakowym. Mój tok myślenia wynikał z dwóch przesłanek. Pierwszej polegającej na tym, co wcześniej opisałem, w tekście O rządach pod trzepakiem (Exclusively for Tygrys), jako Grupa druga, chcąca rządzić trzepakiem, to…(…) tacy, którzy nigdy „pod” trzepakiem nie byli, jednak z powodu tego, że od siedzących tam permanentnie dostawali młóckę, postanowili się zebrać, „przejąć” trzepak i wprowadzić swoje rządy. (Jak to miałoby się do Twojej interpretacji „nowych”? Przecież takie coś byłoby z gruntu nieprawdziwe.) I przesłanki kolejnej, zawartej już w tekście, pod którym mi odpowiedziałeś, że Rodzeństwo i ich koledzy wyłonili się niejako spoza rzeczywistości (ergo, układów) post-trzepakowej. Iż nie stanowili w żadnym stopniu jakiejkolwiek części owego osobliwego, swoistego i całkiem kuriozalnego podwórkowego konglomeratu (hybrydy) post-trzpakowego, który wyłonił się wskutek upadku ustroju trzepakowego. To jest jego decentralizacji i przekształceniu w taki sposób, że do rządzenia podwórkiem/ulicą/osiedlem/whateva do starych (nowych) trzepakowiczów dokooptowani zostali bywalcy innych, wyżej przeze mnie wymienionych, miejsc integracji. Oczywiście, jak wiemy z „krótkiego kursu historii” grupy Braci, gdzieś tam „otarli” się o wchodzenie w skład owego podwórkowego konglomeratu post-trzepakowego. Stąd też może być również prawdziwe to, co napisałem w zdaniu pierwszym (w tekście O rządach…) określającym „grupę drugą”. Wiem, są też i tacy, którzy w grupie braci widzą kontynuatorów dawniejszego centralnego monosystemu trzepakowego. I to zarówno, jeśli chodzi o idee jak i niektóre osoby.

W związku z powyższym nieporozumieniem z mojej strony a Twoją interpretacją pojęcia „nowi” mogę powiedzieć tyle, że być może mimowolnie tkwisz w błędzie. Doprawdy uważasz tych, których opisujesz, za „nowych”? A jaką możesz mieć pewność, że owi „nowi” nie są w istocie p.o. „jedynych predestynowanych”? Więcej, to są jeszcze dawniejsze czasy Wielkiego Styropianu, a do niego wszak różne ścieżki wiodły. Czyżbyś nie znał dziejów owych „nowych”?

Że co? Że „nowi” dostali medialne wsparcie po przegranej w 2005 r., zaś wcześniej tego nie było? Doprawdy? Pamiętam, jak dziś, moment, kiedy „nowi” w 2001 r. startowali w hali gdańskiej „Oliwii”. I choć z początku media Jedynie Słuszne (z Zawsze Nieomylną na czele) trochę ich prztykali, głównie z powodu ich despektu wobec „jedynie predestynowanych”, to po „naprawieniu” tego „błędu” klimat wokół nich zaczął się szybko zmieniać. Sygnałem, o tym świadczącym, było to, że „w nagrodę” w dwa tygodnie po starcie sondażownie dawały im już 16-17 proc. poparcie. Od tego momentu zaczęło być tak, że telewizja „brunatnego Roberta” pospołu z Zawsze Nieomylną promowały „jedynych predestynowanych”, jakby podtrzymując ich przy życiu. Z kolei dwie komercyjne telewizje z całą masą pisemek dla „młodych, wykształconych z wielkich miast” forsowały „nowych”. Chodziło o to, by ci lokowali się w „strefie górnych wód średnich” (ca. 20 proc.), tak by w niczym nie zagrozić perspektywie historycznego kompromisu „jedynych predestynowanych”. I tyle pokazywały ostatnie sondaże przed wyborami w 2001 r. Wszystko byłoby pięknie, gdyby wówczas nie się okazało, że nachalne forsowanie jednej z części składowej owych „jedynych predestynowanych” okazało się promowaniem trupa i post-trzepakowy konglomerat jęknął, „aleśmy wybrali”. Na domiar złego, to jeszcze na podwórko wdarli się jakieś radykalni obcy „z miasta” i zaczęła się rozróba. Co było nie do pomyślenia. Co w takiej sytuacji zarządzono pod trzepakiem? Ano jedno, „Trzeba pozwolić, by nasi nowi okrzepli, porozstawiali się w takich lub innych miejscach podwórka, najlepiej na jego obrzeżach, zaś część jedynie predestynowanych obejmie trzepak. Z kolei grupie Braci i tym obcym z miasta utrudni się poruszanie po podwórku.” No i tak to trwało do czasu, aż narastający wrzód, o którym pisałem w poprzedniej notce, eksplodował. Co się działo dalej, to wiemy doskonale.

Ależ żadnego medialnego przekierowania pomiędzy grupami 1 i 2 nie było. Było jedynie lepsze doświetlenie jednego z krańców grupy 1. W tym cieple zaczęli wzrastać właśnie „nowi”, którzy byli (czy są?) jedną z części owego konglomeratu. Ową grupę 2 starano się dalej trzymać w medialnym mroku, zaś jeśli w ogóle ją oświetlano, to padał na nią zimny snop światła. Nie mówiąc już nic o obcych „z miasta”. Kiedy zaczęto ocieplać „nowych”? Hmm…, moim zdaniem, nigdy, gdyż od samego początku byli dopieszczani w tym medialnym Spa. Czasami ich miejsce zajmowała jedna z części owych „jedynych predestynowanych”, lecz działo się to wtedy, kiedy z podwórka wracali poobijani, posiniaczeni i zakrwawieni po kolejnej rozróbie. „Nowi” w tym Spa przechodzili zaprawę kondycyjną. Oczywiście od czasu do czasu musieli pokazać się na podwórku, by takich lub owych na nim postraszyć.

Co do momentu, kiedy zaczęli bywać w tym medialnym Spa oraz kiedy w nim otrzymali tę – nomen omen – „kuratelę”, to trudno mi jest to ocenić. Ja myślę, że stało się to wtedy, kiedy przeprosili się z „dziadkami” z jednej z części owych „jedynych predestynowanych” i okazali tamtym szacunek, jaki składają wnuki. Odtąd Zawsze Nieomylna ich polubiła. A gdy ona tak zrobiła, to za nią poszła cała reszta. No i poszłooooooo…. I tak się to toczy do dzisiaj. Zaś szczególnie wtedy tak się działo, kiedy „nowi” po wyjściu ze Spa na podwórko, odświeżeni, wypoczęci, pełni sił, dla treningu sprawnie spuszczali bęcki tym obcym „z miasta” i przy okazji również grupie Rodzeństwa. No, wówczas Zawsze Nieomylna była „w niebo wzięta”. A dlaczego tak się działo? To jest proste, jak konstrukcja gwoździa. Mianowicie, ani grupa Braci ani tym bardziej owi obcy „z miasta” nie mieli swojego Spa, w którym mogliby nabierać kondycji. Wina to może post-trzepakowego konglomeratu podwórkowego? Jedno, co mi do dzisiaj nie daje spokoju to, to, jak sobie owa grupa Braci wyobrażała po tym wszystkim robienie z „nowymi” współrządów pod trzepakiem.


Międzytrzepakowa naparzanka a rządy „naszych”.

18 Sierpień 2010

Andrzej A. pod moim ostatnim wpisem, pt. O rządach pod trzepakiem (Exclusively for Tygrys) odpowiedział mi, cytuję:

To ciekawa analogia. Pewnie gdyby dopisać jeszcze kilka innych motywacji, a które były poruszane przez innych blogerów, to uzyskało by się obraz kompletny. Również w dużej części wychowywałem się „pod trzepakiem”, na podwórku, na boisku i ten opis mnie nie dziwi – jest adekwatny. Pozostaje jedna nieciągłość. Ci, którzy rządzili i są w swoim mniemaniu JEDYNYMI predystynowanymi do tego żeby nadal to robić w międzyczasie stracili władzę. Ich pozycję zajęli nowi. Zachodzi dosyć istotne pytanie, kiedy „nowi” zostali zblatowani przez starych. I jakie czynniki zadecydowały o tym, że „nowi” skorzystali z medialnego wsparcia starych. Bo gdyby nie wsparcie medialne w 2007 to PO mogło by co najwyżej być betonową opozycją i niczym więcej. Według mojej wiedzy głównym czynnikiem była zwykła zawiść i wściekłość Tuska, że przerżnął wybory 2005. Ten człowiek jest wbrew pozorom niezwykle nieodporny na porażki. To ten moment zadecydował. Oczywiście PiS nie odwojuje ani elektoratu post SLD-wskiego, ani znaczącej ilości MWzWM. Może liczyć tylko na ruszenie tych, którzy się do wyborów nie fatygują, a jest ich około 45 procent elektoratu (to względnie stała wartość).

Postaram się wobec tego jemu i innym Mości Blogerom na powyższe pytanie odpowiedzieć. Wiemy wszyscy, że w czasach przed, tzw. transformacją, przez prawie pół wieku istniały monorządy jednego centralnego trzepaka, który na innych podwórkach, osiedlach, dzielnicach, w końcu miastach miał podporządkowane sobie inne, lokalne, trzepaki. Decyzje, które zapadały pod nim, były transmitowane w tamte dalsze rejony i były również egzekwowane przez twardzieli pilnujących także, by okoliczni mieszkańcy nie mieszali się do tego, co się pod tymi trzepakami dzieje. Z czasem pojedyncze znaczenie tych lokalnych trzepaków zaczęło na tyle rosnąć, że zaczęły stanowić coraz większą przeciwwagę względem owego centralnego trzepaka. W mniejszym bądź większym stopniu, co bardziej sprytny „lider” spod takiego bądź owego trzepaka, potrafił się usamodzielnić, stworzyć własne dominium, wykroić swoją przestrzeń interesów, wreszcie być równorzędnym partnerem wobec tych, którzy zajmowali ów trzepak centralny. Zresztą był również jego członkiem. Trzeba także dodać, że ten centralny trzepak miał swoiście specyficzne relacje z podobnymi do niego trzepakami w różnych innych regionach geograficznych, z którymi musiał się przyjaźnić, gdyż taka była wola i decyzja najważniejszego, w takim układzie, trzepaka nad trzepakami. To, oczywiście, było tak silnie zapętlone, zamotane, że w ramach tego wielopoziomowego systemu powiązanych ze sobą trzepaków wszelakie odniesienia i sprzężenia zwrotne mogły być na tyle autonomiczne, na ile wynikało to z tego, co zachodziło na najwyższym poziomie, tj. trzepaka nad trzepakami. W tym miejscu się zatrzymam, jeśli chodzi o opis owego osobliwego systemu trzepakowego, by odskoczyć w nieco inne rejony.

Na podwórku, osiedlu… itp., były również inne, wcale nie gorsze, miejsca, w których można się było gromadzić, by w nich rozwijać własne życie społeczne. To mógł być jakiś opuszczony garaż, jakieś stara, od dawna nieużywana, hala fabryczna, jakaś rudera, bunkier, zarośnięta polana…. Cokolwiek, co nie było w jakikolwiek sposób pilnowane przez dorosłych. To tam, podobnie jak na trzepaku, można się było zbierać, bawić, palić papierosy, pić alkohol…, się integrować. Z jakichś jednak powodów trzepak był miejscem na podwórku najważniejszym, najbardziej prestiżowym, najatrakcyjniejszym. Dlaczego? Myślę, że dlatego, iż z jego pozycji można było kontrolować całą okolicę: śmietnik, parkingi, klatki schodowe, zaplecze tego lub owego sklepu, ulice bądź inne ciągi komunikacyjne, skwery, parki…. Wreszcie, wraz ze śmietnikiem był on czymś bardzo użytkowym dla okolicznych mieszkańców. Pozostałe miejsca integrowania się znajdowały się gdzieś na uboczu, można powiedzieć, na „odludziu”. Z takiej pozycji trudno było okolicą „rządzić”.

Ferajna spod trzepaka była kumulacją wszystkich najgorszych cech charakteru, jakie można było sobie wyobrazić. Nie oznaczało to jednak wcale, że nie była w tym wszystkim sprytna, zaradna oraz wystarczająco inteligentna i przewidująca. Ona doskonale wiedziała więc to, jak umieć sobie podporządkować okolicę, w tym także pozostałe miejsca integrowania się. W swoim poprzednim wpisie określiłem je, jako grupa druga. Z czasem, coraz silniej i intensywniej, wybuchały konflikty pomiędzy całym systemem trzepakowym a tą grupą, do której dołączały się coraz większe rzesze okolicznych mieszkańców. Zaś w pewnym momencie ich przeważająca liczba poparła grupę drugą. Wydawało się, że na tym i innych podwórkach zapanuje już spokój, lecz szybko okazało się to złudzeniem. Trzepak centralny i pozostałe z nim związane zrobiły klasyczną ucieczkę do przodu, w taki sposób, by odstępując pola stworzyć sobie szanse do przejścia do ofensywy. Wszyscy wiemy doskonale, jak to się później potoczyło. Raptem, znienacka, była ona gwałtowna i rozstrzygająca. Wywołany w ten sposób szok na długo sparaliżował okolicznych mieszkańców, którzy w podwórkowo-uliczne życie coraz szybciej i coraz bardziej zaprzestawali się angażować. To również zostało dostrzeżone przez trzepaka nad trzepakami, który mógł się zająć własnymi, ważniejszymi, sprawami. A co z pozostałymi miejscami integrowania się: garażami, halami fabrycznymi, ruderami, bunkrami, zarośniętymi polanami itp.? One zaczęły nie wytrzymywać naporu gwałtowności wydarzeń, tym bardziej, że im dłużej one trwały, to tym mniejsze poparcie otrzymywały ze strony okolicznych mieszkańców. Ci zaczęli zdawać sobie sprawę z tego, że z całym systemem trzepakowym nie wygrają.

Wreszcie różni uczestnicy tych wydarzeń, tj. siedzący na takim lub owym trzepaku, okoliczni mieszkańcy, bywalcy pozostałych miejsc integrowania się, a też i całkiem przypadkowi obserwatorzy, zaczęli czuć się coraz bardziej zmęczeni sytuacją, swego rodzaju patem. I im dłużej to trwało, tym bardziej narastała w nich potrzeba dokonania jakiejś zmiany, wyrwania się z marazmu, nudy, rutyny. Otwarcia sobie nowych możliwości. Po okresie koniecznej mobilizacji wśród takich lub innych trzepaków zaczęło pojawiać się ciśnienie, szczególnie ze strony młodszych ich członków, na to, by zacząć odbudowywać swoje lokalne dominia, wzmacniać swoje strefy wpływów, budować sobie odskocznię na przyszłość, na stare lata i przekazać trzepakowe rządy swoim następcom. I tak, owi młodzi, którzy zazwyczaj zajmowali miejsce w trzepakowej hierarchii na ławce stojącej nieopodal trzepaka, porozumieli się ze starymi wygami, że te pokojowo ustąpią tamtym swoje miejsce w zamian za gwarancje, tzw. „świętego” spokoju. Jednak, by to uczynić, to należało również przekonać do tego okolicznych mieszkańców, że tak dla każdego będzie lepiej. Że czasy trzepakowej ferajny się już skończyły, zaś zaczął się wiek przedsiębiorczego i perspektywicznego opiekowania się trzepakiem, śmietnikiem, parkingiem itd. Że trzepakowicze dorośli, spoważniali, stali się odpowiedzialnymi, jednak w dalszym ciągu zajmowane przez nich miejsce jest dla nich bardzo ważne. Co więcej, dla dobra i szczęśliwości każdego, to oni zgadzają się, by każdy mógł wypowiadać się o życiu trzepakowo-podwórkowo-ulicznym. Nawet ich najwięksi wrogowie z opuszczonych garaży, hal fabrycznych, ruder, bunkrów, zarośniętych polan, którzy przestają nimi być, a stają się dobrymi znajomymi, można powiedzieć, wręcz przyjaciółmi. Co też w niemałym stopniu się zgadzało, bo tamci byli bądź to rodzeństwem trzepakowiczów, bądź ich bliskimi sąsiadami z tej samej (lub okolicznych) klatki, bądź też i jakimiś kuzynami. W każdym bądź razie, i jedni i drudzy nie byli dla siebie nieznajomymi. Chociaż po jednej i drugiej stronie zdarzali się jacyś odczepieńcy, którzy na takie lub owe rozwiązania się nie zgadzali, to ich głos był ledwo słyszalny, zaś jeśli w ogóle, to był traktowany jako brednie, herezje, głupoty.

I pewnego, późnowiosennego, pochmurnego dnia trzepaki zjednoczone (i ich satelity), garaże, opuszczone hale fabryczne, rudery, bunkry, zarośnięte polany oraz przeważająca liczba okolicznych mieszkańców poszli wspólnie, by wypowiedzieć się na temat zmian w rzeczywistości trzepakowo-podwórkowo-ulicznej. Aczkolwiek, w opisywanych przeze mnie grupach pierwszej i drugiej, była pewna niepewność co do zakładanego wyniku, to jednak nie trwała ona długo. Gdy już się wszystko wyjaśniło, to pewna artystka mogła z egzaltacją wydeklamować, że ustrój trzepakowy padł. Co, jak wiemy, zapoczątkowało jego demontaż w innych regionach geograficznych. W niektórych łagodniej i „eleganciej” w innych dramatycznie i krwawo. Nieważne. Podwaliny pod „nowy wspaniały świat” zostały położone. I tak się zaczęło to ciągnąć z roku na rok, coraz bardziej sielsko, zdawałoby się, że coraz sympatyczniej. Pojawiło się nowe pokolenie, które trzepakowego ustroju – nomen omen – nie odczuło na własnej skórze. Co więcej, trzepakowicze nowego typu coraz bardziej zaczęli się jemu podobać, bo też ci coraz lepiej zaczęli upodabniać się do gwiazd i gwiazdeczek promowanych w światowych, kolorowych i perfekcyjnie edytowanych żurnalach i magazynach. Nie ma się zresztą co temu dziwić, gdyż młodzi trzepakowicze, czas jeszcze przez „upadkiem” ustroju trzepakowego zaczęli się szkolić w zakresie „światowego” savoir vivru, pracować nad swoim wizerunkiem, łapać języki obce, wodolejstwo zastępować erudycją itp. Podobne przemiany zaczęły również zachodzić wśród grupy drugiej. Zresztą obie tak bardzo ze sobą się wymieszały, że coraz trudniej było ich odróżnić od siebie. Powstał swoisty podwórkowy konglomerat, hybryda. Okolicznych mieszkańców, a też i większość obcych obserwatorów, to wszystko zaczęło coraz bardziej zachwycać. Trzepakowicze mogli dalej szpanować, jednak tym razem już inaczej, ich przyjaciele bakcyla szpanerstwa także szybko połknęli. Oczywiście, obie grupy zajęte były wespół w zespół budowaniem swojej przyszłości. Na ulicy, parkingu, za śmietnikiem, na zapleczu sklepowym…. było coraz spokojniej. Okolicznym mieszkańcom zaczęło się to więc coraz bardziej podobać. Nawet może mniej było połamanych ławek, zniszczonych trawników i klombów, pobazgranych ścian. A i awantury, bójki i burdy były coraz rzadsze. Co tym bardziej wywoływało zadowolenie wśród mieszkańców.

I wszystko może toczyłoby się bez zbędnego zgrzytu, gdy nie to, że deklarowana dawniej przedsiębiorcza opieka nad trzepakiem, śmietnikiem, parkingiem itd. zaczęła coraz bardziej rozmijać się z rzeczywistością. Trzepak i śmietnik zostały zabudowane i nie każdy zaczął mieć do nich dostęp. W miejsce parkingu powstał jakiś biurowiec. Tam, gdzie był okoliczny park, to wyrosło centrum handlowo-usługowo-rozrywkowe. Lokalny klub, gdzie wcześniej zbierały się dzieci i młodzież, został sprzedany i zamieniony na pub bądź jakąś kafejkę internetową. Na porośniętej polanie wybudowano uciążliwą montownię jakiegoś zagranicznego koncernu. Na terenie, gdzie stały opuszczone hale fabryczne, zamiast jakiegoś rodzimego przedsiębiorstwa, wybudowano luksusowy hotel z centrum konferencyjno-gastronomiczno-rekreacyjnym. Nieopodal, stare kamienice, zamieszkałe przez starsze i biedne osoby, poszły pod kilof, w którym to miejscu szybko pojawiło się zamknięte osiedle apartamentowców dla ludzi młodych i rozwojowych. Itd. itd. A przy tym wszystkim coraz częściej i głośniej zaczęły pojawiać się informacje o takich lub innych patologiach.

O tym wszystkim, z początku pokątnie lecz coraz donioślej zaczęli mówić dwaj bracia i ich koledzy z jednego z sąsiednich podwórek, którzy już wcześniej przestrzegali przed konsekwencjami wynikającymi z takiej zmiany ustroju trzepakowego. Zaczęli więc oni chodzić po różnych podwórkach na osiedlu, w dzielnicy, w mieście i gdzieś indziej i spotykać się z innymi, którzy widzieli rzeczywistość tak, jak oni. Takich grup znajdowali dosyć sporo, dzięki czemu mogli poznawać swoją siłę. Również próbowali docierać do różnych mieszkańców i ich uświadamiać o zaistniałej sytuacji. Jako, że natura próżni nie znosi, zaś ekonomia zna pojęcie ograniczoności zasobów, to wraz z kurczeniem się różnych możliwości „opiekowania się” takimi bądź innymi dobrami przez ów podwórkowy post-trzepakowy konglomerat zaczęły się wśród niego pojawiać różne napięcia. Chociaż przez długi czas udawało się je tak lub inaczej wyciszać i tuszować, to jednak nie dało się tego robić na tyle skutecznie, by były one w ogóle niezauważalne. Zwyczajnie, decentralizacja ustroju trzepakowego i przekształcenie go w ustrój post-trzepakowy (stanowiący hybrydę, konglomerat dwóch wcześniejszych podwórkowych grup) musiały spowodować, że składające się na to wszystko środowiska zaczęły mieć swoje własne (partykularne) aspiracje, ich zdolności wzajemnego komunikowania osłabiły się, pojawili się tacy, którzy zajęci byli tworzeniem swojego odrębnego, wzajemne popierającego się środowiska. Coraz większy dobrobyt, którym cieszył się podwórkowy konglomerat, uśpił jego czujność, stępiając jednocześnie instynkt samozachowawczy. Wreszcie bądź to zaczęły pojawiać się jakieś zadawnione animozje, względnie powstawały nowe na gruncie nowych faktów, interesów, potrzeb i aspiracji. Właściwie można powiedzieć, że to, co wcześniej się wydawało trzepakowiczom i ich późniejszym przyjaciołom, jako swego rodzaju zabezpieczenie ich spokojnej przyszłości, zaczęło obracać się przeciwko nim samym. I tak, przez ponad dekadę coraz bardziej narastał wrzód tarć wewnętrznych, nieporozumień, kłótni i sporów, aż jego masa krytyczna została przekroczona. Dodatkowo, do głosu coraz natarczywiej i impulsywniej zaczęło dochodzić młode pokolenie, które rodziło się w czasach owego późnowiosennego, pochmurnego dnia. Co zaś robili bracia i ich koledzy?

Właściwie można powiedzieć, niewiele. Mianowicie, czekali na pęknięcie tego wrzodu, integrowali swoje struktury, coraz bardziej nagłaśniali to, co wówczas widzieli. Zaś okolicznym mieszkańcom i innym odległym to, o czym mówili, udowadniali na autentycznych przykładach – wskazując wręcz na konkretne przypadki. No i pewnego, zimowego dnia wrzód ten pierdyknął. Fala uderzeniowa, jaka wtedy powstała, wywołała wiatr, który bracia i ich koledzy złapali w żagle i byli zdolni do popłynięcia dalej na fali wznoszącej. Ten cały post-trzepakowy konglomerat dosyć długo nie mógł się połapać, co się dzieje. Aż wreszcie, kiedy do niego dotarło, jakie to może wywołać konsekwencje, z jego kręgów wyszła koncepcja budowy jakiejś nie post-trzepakowej rzeczywistości lecz jakiegoś zupełnie nowego tworu. Miała to być kolejna ucieczka do przodu, by nieco zgubić ogon z bliższej i dalszej przeszłości. Rodzeństwo i jego koledzy błyskawicznie to podchwycili. Wprawdzie, jeszcze próbowano znaleźć jakieś porozumienie pomiędzy nimi a tym całym post-trzepakowym konglomeratem, to jednak gdzieś na obrzeżach tego wszystkiego pojawiły się dwa nowe środowiska, które tą post-trzepakową rzeczywistość chciały zburzyć całkowicie. Wiatr ciągle dmuchający spowodował, że cały post-trzepakowy establishment musiał się cofnąć, gdzieś się skryć, zaś opuszczoną przestrzeń zaczęli zajmować nowi. Znowu na podwórkach zrobiło się ciekawie, co ośmieliło do wyjścia na nie tych okolicznych mieszkańców, którym post-trzepakowa rzeczywistość zaczęła coraz bardziej doskwierać. Pozostali, wspierający post-trzepakowy establishment w znacznym stopniu postanowili zostać w mieszkaniach.

Ci, którzy przez chwilę przejęli teren pod swoje rządy, z wielkimi oporami zabrali się do zajmowania na nim swoich pozycji. Zaczęły się pomiędzy nimi kłótnie, przepychanki, odezwały się jakieś stare zadrażnienia. Wielu z nich tryumfalistycznie obnosiło jakieś trofea znalezione po poprzednikach. Inni z kolei poczuli się tak pewnie, że zamiast obchodzić okoliczne podwórka, osiedla, dzielnice…, i tam utrwalać nowe porządki, to zaczęli rozpierać się na trzepaku i do każdego wykrzykiwać, że nie dadzą się od niego odepchnąć. Niekiedy okazywało się, że wraz z nowymi naciągnęły jakieś szemrane typy. Zbiegowisko okolicznych mieszkańców zaczęło się coraz szybciej rozchodzić. Były tam takiego typu różne historie i historyjki. A post-trzepakowy konglomerat siedząc nieopodal robił do nowych na podwórku pełne dezaprobaty i oburzenia miny. Wreszcie doszło pomiędzy nimi do pierwszych bójek, przepychanek itd. Jak z lat młodości. A to, ma się rozumieć, coraz bardziej wywoływało popłoch wśród mieszkańców. W końcu, nowi zostali sami na podwórku. Nie potrafili również sformułować długofalowej współpracy, koalicji z podobnymi środowiskami na innych podwórkach, osiedlach, dzielnicach. Dosyć szybko stracili kontakt z sympatyzującymi z nimi mieszkańcami. Dawali się prowokować do drobnych bójek i naparzanek. Wreszcie sami, z pozycji własnych trzepaków, między sobą też zaczęli się naparzać. Im dłużej to trwało, to tym bardziej pomyślne wiatry zaczęły się odwracać, gdyż nacierający post-trzepakowy konglomerat zaczął go coraz więcej „wytwarzać”. W końcu, widząc, że są zewsząd otoczeni, wywiesili białą flagę. Tamci znowu wezwali okolicznych mieszkańców, lecz tym razem pojawiła się przeważająca liczba ich sympatyków, i spytali o to, kto ma w takiej sytuacji rządzić podwórkiem, ulicą – w ogóle dalszą i bliższą okolicą. Wynik wszyscy znamy. Nowi zostali z podwórka przegonieni i znaleźli się w piwnicach. Post-trzepakowa rzeczywistość wróciła. Więcej, post-trzepakowy konglomerat jest o wiele spraw mądrzejszy i pewnych błędów długo nie popełni.


O rządach pod trzepakiem (exclusively for Tygrys).

17 Sierpień 2010

To już mój drugi wpis z „trzepakiem” w tytule, ale chyba na takie klimaty jest popyt. Do niniejszego zaś zainspirowała mnie odpowiedź Trariusa (Tygrysa) pod moją notką, pt. Konkretne inicjatywy – I. Jareckiej ad vocem, w której mój poirytowany polemista pisze:

(…) Albo też nasze robienie pełnych dezaprobaty i oburzenia min w stronę Michnika i Tuska jest tylko infantylizmem pryszczatych nastolatków spędzających bezpłodnie czas pod osiedlowym trzepakiem?

Chyba do poruszenia przez mojego polemistę trzepakowych inklinacji skusiła go moja wcześniejsza notka, pt. PiS a ciuciubabka przy trzepaku, w której odniosłem się do mało udanych prób rozszerzania przez PiS swojej bazy wyborczej i branie udziału w grze, której zasady określają dwie partie, tzn. PO i SLD. Uznałem, na koniec tamtego wpisu, że ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego angażuje się właśnie w coś, co jako żywo przypomina zabawę w ciuciubabkę przy trzepaku. Według mojej oceny tak jest i wolno mi tak to widzieć. No, to w związku z tym kontynuujmy naszą gawędę o „spod-trzepakowej rzeczywistości”, by dzięki temu zrozumieć na co możemy liczyć w bliższej i dalszej przyszłości.

Znam nieco rzeczywistość podwórkowo-uliczną, gdyż jako dziecko i nastolatek, jak pewnie większość, na podwórku spędzałem dużo czasu. To jest powszechna rzeczywistość każdego młodego człowieka, że po powrocie ze szkoły, zjedzeniu obiadu i odrobieniu lekcji wyskakuje się na dwór… pod trzepak, właśnie. Zazwyczaj jest to, poza rodziną, szkołą i mass-mediami, najważniejsze miejsce socjalizacji takiego człowieka, w którym poznaje (a nierzadko – współkształtuje) życie grupowe, wewnętrzną hierarchię, relacje z innymi grupami…. Uczy się rozpoznawania praw i obowiązków wewnątrzgrupowych, ustalania zwyczajów i zasad, lojalności i zdrady, sympatii i wrogości…. W zasadzie, można powiedzieć, jest to miejsce, gdzie młody człowiek uczy się życia. Czy jest to bezpłodne, to raczej w to bym wątpił, gdyż niesie to wartość dodaną w postaci nabierania umiejętności, wprawy oraz uczenia się wyczuwania, skąd może nadejść zagrożenie, jak sobie pomagać w trudnej sytuacji czy też ogólnie, jak przetrwać w tej miejskiej „dżungli”. I tak jest, można zaryzykować stwierdzenie, od wieków. Przechodzi to z pokolenia na pokolenie i niewiele (jeśli, nie nic) różni to od wcześniejszych czasów. Takie same podwórkowo-uliczno-trzepakowe klimaty były za czasów naszych pra-pra-pra…dziadów, takie same są teraz i takie same będą w czasach naszych pra-pra-pra…wnuków. Można być tego pewnym. Chyba nie zabrzmi to obrazoburczo, jeśli powiem, że „Kolumbowie” dlatego stali się tak skuteczną armią podziemną, gdyż wcześniej były to dzieci i młodzież, które „przecierały” się w życiu zaczynając właśnie od tego, przysłowiowego, trzepaka. Kiedy przyszła pora, to oni byli do walki świetnie przygotowani, gdyż znali „miasto”. To samo zresztą powtórzyło się w czasach opozycji antykomunistycznej i owocowało w latach stanu wojennego i po nim. Jak się wtedy w „konspirze” wielu młodym dziewczynom i chłopakom przydała właśnie znajomość „miasta”, nabywana od momentu organizowania się pod tym, przysłowiowym, trzepakiem?

Takie klimaty bądź to kierują młodego człowieka w stronę jakichś subkultur (nieraz o charakterze przestępczym) lub w stronę tworzenia jakichś zalążków późniejszych bardziej skomplikowanych środowisk, które wykluwają się w okresie gimnazjalno-licealnym, dalej przechodzą na czasy studenckie, zaś w ostateczności utrwalają się już w życiu dorosłym. Potwierdzają to Michał Majewski i Paweł Reszka w tekście, pt. „Zszargane nerwy pana premiera, piszący: W wąskim gronie przywódców partii władzy istnieje żartobliwe powiedzonko: „W końcu piłka jest najważniejsza”. Mówi to wiele o prapoczątkach politycznej formacji, która zaczynała się od klubu liberalnych polityków, którzy lubili futbol. Przecież zamiennikiem owego trzepaka może być, i tak często bywa, właśnie osiedlowe boisko.

To, co się dzieje w tych późniejszych latach jest w zasadzie modyfikacją tego, co zaczęło się już pod tym trzepakiem i było rozwijane w okresie adolescencji. Trzepak, to jedno z pierwszych i najważniejszych, poza rodziną (bliższą i dalszą), miejsce inicjacji społecznej młodego człowieka. Często jest też ono pewnym przedłużeniem (bądź uzupełnieniem) innych zorganizowanych form, takich jak przedszkole/szkoła podstawowa, jakieś kluby zainteresowań, sportowe itp. Trzepak, to również cała wielobarwność otaczającego nas świata, gdzie rodzą się więzi przyjacielskie i braterskie…, nieraz nawet silniejsze niż we własnej rodzinie. Inaczej niż w rodzinie bądź szkole, pod trzepakiem następuje uspołecznienie młodego człowieka, które całkowicie pozbawione jest jakiegokolwiek wcześniejszego zaprojektowania. O ile w tych pierwszych środowiskach przestrzeń dla „wyżycia się” przez młodego człowieka jest zwyczajowo bardzo ograniczona, to „pod trzepakiem” jest więcej miejsca na zachowania spontaniczne, żywiołowe oraz niekontrolowane przez bardziej zinstytucjonalizowane formy życia społecznego. To „pod trzepakiem” wykuwa się poczucie pewnej elitarności, wyjątkowości, unikalności…. To my „pod trzepakiem” jesteśmy pod każdym względem „naj….”, reszta to gamonie, frajerzy. Trzepak, to miejsce spod którego wyrusza się, by poznawać i eksplorować dalsze przestrzenie, terytoria. Sąsiednie podwórko, osiedle, dzielnicę… Poznawać się z tamtejszymi grupami spod tamtejszych trzepaków. Poznawać się z nimi nieraz brutalnie, jednak w ten sposób samemu się sprawdzać. Odkrywać swój charakter, słabości, lęki, a może niekiedy i jakieś talenty, zdolności, kwalifikacje, jak choćby, przywódcze, organizacyjne czy podobne. Nieraz spotykając się z odleglejszymi grupami spod innych trzepaków można powiększać w ten sposób kręgi swoich przyjaciół, znajomych, wchodzić z nimi w sojusze (doraźne bądź solidnie trwałe), może nawet… poznać swoją pierwszą miłość. Trzepak na innych terytoriach, to także miejsce poznania swoich nieprzyjaciół, wrogów bądź tych, którzy są w sojuszach z innymi przeciwko nam. To poprzez poznanie owej osobliwej „topografii” trzepakowej dokonuje się zakreślanie granic swoich stref wpływów. To dzięki temu powstaje pewna namiastka, poletko doświadczalne, przedsionek uczenia się pewnej polityczności, swego rodzaju „dyplomacji” czy też grupowego oddziaływania. Im więcej za sobą ma się różnych grup spod innych trzepaków, to tym większe jest nasze znaczenie na okolicznych podwórkach, osiedlach, w dzielnicy, niekiedy w całym mieście. Paradoksalnie stworzenie swojej koalicji z różnych trzepaków nie jest wcale łatwiejsze niż sformułowanie koalicji parlamentarnej bądź rządowej. I tu i tam w grę wchodzą różne (nierzadko wzajemnie sprzeczne) potrzeby, aspiracje, obawy i lęki, emocje i postawy.

Trzepak jest jednym z ważniejszych (bądź najważniejszym) miejsc, gdzie młody człowiek uczy się rozpoznawania i interpretowania jakichś wspólnych znaczeń, kodów kulturowych, języka i sygnałów. Żargon, miny czy też mowa ciała, ubiór, wspólni bohaterowie, gusta, sposoby spędzania czasu, niosą treści i komunikaty pełne symboli, postaw i emocji. Mają one na celu bądź to zachęcenie do czegoś bądź przestraszenie. Czyż może tłuszcza pod Pałacem Namiestnikowskim wrogo wyjąca przeciwko całemu ruchowi „Smoleńsk 2010”  nie przypomina właśnie „spod-trzepakowej ferajny”? Służą integrowaniu, wzmacnianiu lojalności, posłuszeństwa, nagradzaniu bądź karaniu. Wyznaczają relacje wewnątrzgrupowe, ustalają hierarchię, tworzą stosunek do obcych (nieznajomych, nieprzyjaciół, wrogów), są metodą ustalania zasad i norm wewnątrzgrupowych, wzmacniają siłę i determinację grupową, mają na celu osłabienie przeciwnika czy też wytyczenie swoich praw w okolicy dalszej i bliższej od trzepaka. Tak, tak, Tygrysie, zaczyna się od robienia pełnych dezaprobaty i oburzenia min na trzepaku a kończy na „zabiciu” przez blondynkę grymasem w jej studiu. Po prostu w nim ów trzepak wygląda nieco inaczej. Później jest już „po ptokach”. Kto jest w tym lepszy, ten rządzi okolicą…, sąsiednimi podwórkami, osiedlami, dzielnicami…, wreszcie państwem. Dzisiaj trzepak ma formę elektroniczną, jednak jego mechanizmy działania są tożsame z tamtym obok śmietnika.

Przynależność do ferajny „spod trzepaka” nie następuje, inaczej niż w rodzinie, w sposób automatyczny. Jeśli chce się należeć do tych, którzy tym trzepakiem rządzą, to trzeba zaprezentować się w taki sposób, by w takim środowisku wygrać aprobatę tych, którzy w takiej grupie się znajdują. Jak się to najczęściej odbywa? By na to pytanie odpowiedzieć, to wpierw trzeba ustalić, co dla rządzących pod trzepakiem jest tym najpierwszym, najbardziej prymitywnym, modus operandi. Moim zdaniem, tym czymś jest jak najbardziej wulgarny szpan. Wulgarny w sensie antyestetycznym i antytetycznym jak również, pospolitym, zgodnie z znaczeniem tego określenia. Zaszpanować ciuchami, jakimiś gadżetami, opryskliwością, cynizmem, siłą, agresją, brutalnością…. Czymś, co wśród kompanów wywołuje podziw, jest dla nich oznaką swobody „wyszumienia się”, łamania jakiegoś tabu, przekraczania jakichś granic bądź świadczącym o sprycie, przebiegłości, pomysłowości, brawurze. Ów podziw ma szokować. Ma w nich także wywoływać silną potrzebę identyfikacji z czymś takim. „On jest wporzo wiracha, gdyż ma to, co mi imponuje. Więc, on jest swój.” Właśnie, to się odwołuje do, być może podświadomej, potrzeby imponowania. Nasikać do zniczy. „O k…, ale czadownie! Kolo to niezły brachu! Też bym tak chciał!” I trzepak wyje z uciechy przed siedzibą I Kustosza Żyrandola RP. Szpan, szok, spontan, odlot…. Nieważne, czy w głowie wulgarnego troglodyty tkwi jakiś surogat myśli o tym, jak sam czułby się, gdyby ktoś inny nasikał na znicze stojące tam, gdzie on upamiętnia osobę lub osoby dla niego bliskie, coś znaczące, z jakiegoś powodu ważne. Przecież to, czego trzeba się wyzbyć, chcąc być w ferajnie pod trzepakiem, to uczucie jakiejkolwiek empatii. To kształtuje co najwyżej rodzina. Ja jestem tylko zdumiony, że Mości Szanowna Prawica jest zszokowana tym, co trzepaki wyczyniają przed siedzibą I Kustosza Żyrandola RP, skoro w Kostrzynie nad Odrą corocznie odbywa się zlot trzepaków. Zwyczajnie, na moment ów zlot został przeniesiony do stolicy. Pod trzepakiem liczy się tylko sympatia, zresztą najczęściej jej pozory – rzadko kiedy bezinteresowna. Dlaczego? Ano dlatego, że siedząc w ferajnie pod trzepakiem relacje są niezwykle linearne, „Znaczysz coś dla mnie wtedy, kiedy ja mam z tego jakąś korzyść.” W rodzinie tak nie jest. „Będziesz mnie popierał, będziesz walił grepsy takie, jak ja, to będę cię lubił. W innym przypadku, jesteś zerem, nikim, spod trzepaka wylecisz.” A dla wielu wymiksowanie spod trzepaka jest nie do wyobrażenia, gdyż w ten sposób poczuliby wokół siebie pustkę. To jest poczuliby to, co w nich najgłębiej siedzi. Właśnie, pustkę. Jałowość. Bezbarwność. Zaś by to wszystko zamaskować, to do tego potrzebna jest ferajna. Ona jest takim jakby „placebo” na to wszystko. W niej to można się dowartościować nawijką, grymasami, gestykulacją, wyzywającą postawą, wreszcie jakąś ekstrawagancją. Bez tych atrybutów o znalezieniu się pod trzepakiem nie ma co liczyć. Oczywiście, siedząc w ferajnie pod trzepakiem, trzeba okazywać swój konformizm, swoją uległość, gdyż w przeciwnym razie jest się narażony na ostracyzm bądź jakiekolwiek inne kary wyznaczane przez nią. W zasadzie, im więcej jest okazywania buntu i pogardy wobec świata zewnętrznego, to tym silniej trzeba udowadniać wobec ferajny swój serwilizm i posłuszeństwo. Indywidualnością może być tylko przywódca.

Ów trzepak oraz jego bliższe i dalsze okolice są skupieniem, jakby w soczewce, większości pozostałych relacji społecznych. Od tych różni je to, że w przypadku tych ostatnich funkcje normotwórcze przejmują na siebie bardziej złożone formy instytucjonalne w rodzaju różnego rodzaju samorządów (lokalnych, zawodowych itp.) bądź państwowe. Jednak, gdyby się dobrze przyjrzeć, to ta swoista „socjologia trzepakowa” da się przenosić na inne obszary społeczne. No to, jak, zapytasz się Tygrysie (a i pewnie Mości Blogerzy), jak wyglądają owe rządy pod trzepakiem. Otóż trzepak, to trzy rodzaje środowisk. Pierwsza, która pod nim rządzi, druga, chcąca tego samego i ostatnia, pochodząca z innych terenów, która chce rozszerzyć swoją strefę wpływów. Tę ostatnią, dla uproszczenia, zostawimy sobie obok. Jest też i czwarta grupa, tzn. neutralna względem tego, co się pod nim dzieje. Rozumiem, Tygrysie, że stanowimy grupę drugą, aczkolwiek zdarzyło się, że przez krótką chwilę byliśmy tą pierwszą, zaś dzisiaj siedzimy w piwnicy. I choć biegamy po klatkach okolicznych bloków i smarujemy na nich „My rulez!”, to jednak nic z tego nie wychodzi. A tak nam żal tego, że to nie my rządzimy pod tym trzepakiem. No to, jak wygląda kształtowanie się tych czterech powyższych grup.

Grupa pierwsza, rządząca pod trzepakiem, powstaje bądź to wskutek tego, że niejako naturalnie „odziedziczyła” po poprzednikach takie rządy. Jest tak wtedy, kiedy w niej są potomkowie tych, którzy wcześniej trzepakiem rządzili. I jest ich na tyle liczna grupa, że płynnie i stopniowo następowało przejmowanie owej władzy. Innymi słowy, była ona do tego stopniowo już wdrażana. Bądź to wskutek tarć wewnętrznych pojawił się nowy lider, który sformułował swoją grupę, dzięki której przejął kontrolę nad starszą i/lub wprowadził swoich, w większości wcześniej nieznanych, stronników. Bądź to wskutek „siłowego” przejęcia terenu przez grupę lepiej zorganizowaną, wyposażoną i odpowiednio silnie do tego zdeterminowaną. Często tak się dzieje, gdy wewnątrz grupy rządzącej pod trzepakiem występują jakieś ruchy odśrodkowe i jest ona wewnętrznie osłabiona. Bądź też wskutek uzyskania pomocy z zewnątrz, np. ze strony jakiejś grupy rządzącej gdzieindziej pod jakimś innym trzepakiem lub ze strony tych, którzy na co dzień są neutralni wobec tego, co dzieje się pod trzepakiem. Ten ostatni przypadek ma miejsce wówczas, kiedy rządy pod trzepakiem dotychczasowej grupy z jakichś powodów stają się dokuczliwe. Myślę, że są to wystarczająco wyczerpujące sposoby stanowienia grupy pierwszej. Być może jest też i taki, kiedy jakaś grupa odkrywa „ziemię niczyją”, wstępuje doń, na niej się umacnia i z tego „dziewiczego” terenu rozpoczyna eksplorację bliższych i/lub dalszych.

Grupa druga, chcąca rządzić trzepakiem, to przeważnie suma tych wszystkich, którzy przez jakiś czas byli wypychani spod niego, a bardzo chcieliby tam wrócić z powrotem. Bądź tacy, którzy nigdy „pod” trzepakiem nie byli, jednak z powodu tego, że od siedzących tam permanentnie dostawali młóckę, postanowili się zebrać, „przejąć” trzepak i wprowadzić swoje rządy. Bądź też tacy, którzy z pomocą innych trzepaków, zamierzają zastąpić tych, którzy rządzą ich „własnym”.

Grupa trzecia, zewnętrznie względnie neutralna, składa się z różnych podgrup. Mogą nimi być, i w większości tak jest, ci, których to, co się dzieje pod „ich” trzepakiem, zwyczajnie nie interesuje. Myślą sobie, „A co mnie odchodzi to, co się tam dzieje? Wolę się nie mieszać, bo jeszcze szybę mi wybiją, nasmarują mi coś na drzwiach, strach będzie po ciemku wracać do domu.” I pojawiają się tam wyłącznie po to, by przy okazji wyrzucania śmieci wytrzepać dywany i chodniki. Zaś na co dzień trzepakowa rzeczywistość jest dla nich czymś obcym, o ile ich dziecko (bądź dzieci), jeśli takowe posiadają, nie współuczestniczy w jednej bądź drugiej grupie. I to też nie do końca, albowiem, może być tak, że jeśli ono jest „pod” trzepakiem bądź do niego „aspiruje” (w formie asocjacji bądź przejęcia), to fakt ten, może również nie mieć dla nich żadnego znaczenia. Kolejną podgrupę stanowią ci, których dzieci (ergo, młodzież) jest w jednej bądź drugiej grupie. Zazwyczaj wówczas w razie jakichkolwiek konfliktów przyjmują postawę stronników jednych bądź drugich. Jest też podgrupa tych, którzy cieszą się z tego, że jakieś twarde chłopaki rządzą trzepakiem, podwórkiem, ulicą, bo mają nadzieję, że ich mienie (samochód, piwnicę itp.) ktoś będzie pilnował. „Mnie nie interesuje, jakie tam łobuzy siedzą na trzepaku. Przynajmniej, mi jakieś obce typy, z miasta, karoserii nie porysują.”, to jest główna linia ich myślenia. Są też i tacy, których z jakichś powodów denerwuje to, co się pod trzepakiem dzieje, i próbują to zwalczać. Wówczas to, popierają rządzących trzepakiem, myśląc, że jeśli ci przepędzą grupę aspirującą do takich rządów, to skończą się wszelakie chryje i rozróby. Bądź też wspierają tych ostatnich, mając nadzieję, że nowi zaprowadzą jakieś porządki i skończą się bójki i awantury. Ciekawe jest to, że w całej swojej masie, grupę trzecią stanowią, tzw. zwykli, przeciętni, przyzwoici obywatele (mieszkańcy), którzy nie są społecznym marginesem, jakimiś wykolejeńcami, zaś cieszą się jakimś cenzusem społecznym, może nawet poważną i solidną pozycją zawodową, towarzyską itp.

I teraz tak, Tygrysie i inni Mości Blogerzy. „Tamci” owym trzepakiem rządzą z małymi przerwami. Ostatnia taka miała miejsce w latach 2005-07. A tak naprawdę, to w 2006-07. Jak to się zatem dzieje, że „my” się na trwale nie możemy na tymże trzepaku znaleźć? O, „to doskonałe pytanie”, jakby powiedział pewien zasłużbiony redaktor. Ja sądzę, że tak się dzieje, ponieważ ci, którzy permanentnie siedzą na tym trzepaku, po pierwsze, są wspierani przez takie bądź inne „okoliczne” trzepaki, po drugie, czują milczące przyzwolenie grupy „niezaangażowanej”, a po trzecie, i moim zdaniem to jest najważniejsze, doskonale potrafią wykorzystywać wszystkie błędy („miękkie podbrzusze”) aspirujących do rządzenia trzepakiem. Więcej, „dziedzicząc” ów trzepak w kolejnym pokoleniu mają do perfekcji opanowaną umiejętność przekonywania, że to oni są przyzwoici, zaś ci, którzy chcą ich z niego zrzucić, to banda łobuzów, awanturników, czyli tych, których trzeba nie dopuścić do niego. Czy jest na to jakaś rada? Jest kilka. Bądź to związać koalicję z jakimiś innymi trzepakami. Bądź to spośród siebie wychowywać tych, którzy z czasem będą ten trzepak przejmować. Bądź równie przeciągnąć na swoją stronę ową masę z grupy trzeciej. Można też spróbować jakichś działań radykalnych. Jednak w tym ostatnim przypadku można spotkać się z poważnymi retorsjami ze strony wszystkich trzech grup. I już na trwale wylądować w piwnicy, w której siedzimy od 2007 r.

P.S. Obawiam się, że znakomite grono prawicowców owej “socjologii trzepaka” nie rozumie, gdyż dla szeroko rozumianej Prawicy, tzw. ulica, podwórka itp. miały charakter plebejski, od którego jak najusilniej starała się dystansować. Inaczej niż robiła to lewicą bądź liberałowie, którzy właśnie robili wszystko, by w taką rzeczywistość wniknąć, ją poznać i w swoim interesie wykorzystać. Prawcia ową ulicę bądź podwórko próbowały interpretować w zasadzie ex cathedra. I tam też pozostała.


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.