Żarty Onetu?

4 Luty 2011

Nie od dzisiaj wiadomo, że zestawienie wizerunku lub jakichś treści na jakimś kontrastującym tle wywołuje silną reakcję psychologiczną. Bądź to pozytywną bądź negatywną. I tak, pewnie swoje dziecko byśmy powierzyli opiece komuś, kto reklamowałby się obok fotografii Świętego Mikołaja. Za żadne zaś skarby nie chcielibyśmy się leczyć u lekarza, którego przychodnia reklamowałaby się obok zdjęcia Drakuli. W obu przypadkach chodzi o przekaz podprogowy. W telewizji, prasie i na wielu portalach można znaleźć całą masę takiego rodzaju tricków. I właśnie surfując po sieci natknąłem się na coś takiego (kliknij i zobacz).

I teraz nie wiem, czy oby Onet chciał powiedzieć przez to coś więcej niż można by wprost wyinterpretować. Czy ktoś pomoże mi rozwikłać tę zagadkę. Czy to są onetowe żarty? I jeszcze te niepokojące informacje o “kanibalizmie PO”…


Czy Tusk chce zlepperować NBP?

6 Kwiecień 2010

Śledzący obecne wydarzenia związane z konfliktem na linii NBP – rząd, z cichą prorządową opozycją w łonie RPP, rozumieją, że słowa:

(…) Często pojawia się w tych dyskusjach na temat złotówki, kursu złotego czy stopy zarzut pod adresem Rady Polityki Pieniężnej czy banku centralnego, że jest zamknięty w wieży z kości słoniowej, że nie słucha, że jest niewrażliwy na argumenty polityków. Kiedy ustanawiano konstytucyjnie pozycję tych ciał, to właśnie z nadzieją na to, że będą zamknięte w wieży z kości słoniowej, że będą niewrażliwe na sprzeczne żądania, oczekiwania rozmaitych lobby – gospodarczych, polityków, rozmaitych mędrków, tych szczególnie, którzy tą najprostszą drogą szukają sposobów na leczenie gospodarki. To właśnie utworzenie niezależnego, niewrażliwego na to co się dzieje m.in. na tej sali ciała, jakim mają być niezależny bank centralny i Rada Polityki Pieniężnej, utworzenie właśnie takiej silnej pozycji miało ratować polską złotówkę od manipulowania przy tej złotówce za pomocą siekiery, kombinerek czy cepa. Bo tak naprawdę problem w Polsce polega na tym, że ci, którzy mają najbardziej naiwne wyobrażenia o tym, jak prowadzić politykę finansową, zasiadają dzisiaj w tej Izbie. To oni obecnie wygłaszają, poprzedzając to zawsze tym wiecznym hasłem: Balcerowicz musi odejść, swoje genialne teorie ekonomiczne, o tym, żeby zużyć wszystkie rezerwy finansowe, że pieniądze są w bankach, więc należy ludzi poprowadzić na banki, a jak ktoś stanie na drodze – tu cytat – dostanie w ryj. I to są ekonomiczne koncepcje dużej części reprezentantów narodu, którego tak bardzo irytuje niewrażliwość na tego typu koncepcje banku centralnego czy Rady Polityki Pieniężnej.

(źódło: Poseł Donald Tusk, 4 kadencja, 22 posiedzenie, 2 dzień, 23.05.2002, debata w ramach pierwszego czytania rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy o Narodowym Banku Polskim)

oraz:

(…) Można by powiedzieć, że inaczej niż Platforma Obywatelska PiS z Samoobroną postrzegały znaczenie takiej instytucji, jak Narodowy Bank Polski. I Jarosław Kaczyński także tłumaczył wielokrotnie, że Andrzej Lepper jest potrzebny po to, żeby przegłosować czy żeby podjąć takie decyzje, oczywiście przy proteście Platformy Obywatelskiej, aby Narodowy Bank Polski był pod kontrolą polityczną partii rządzących. Ale dzisiaj, kiedy będziecie państwo decydować o tym, czy Andrzej Lepper uczestniczy we władzy, czy nie, sprawa jest dawno nieaktualna. Ja ubolewam, że macie państwo taki stosunek do Narodowego Banku Polskiego, ale z całą pewnością wszyscy przyznamy, że wasz apetyt na Narodowy Bank Polski został zaspokojony i dzisiaj nie ma już potrzeby, nie ma już tej argumentacji na rzecz trwania w koalicji. (…)

(źródło: Poseł Donald Tusk, 5 kadencja, 34 posiedzenie, 2 dzień, 15.02.2007, deabata nad wnioskiem o wyrażenie wotum nieufności wobec Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi Andrzeja Leppera)

dotyczyły czasów paleoliberalnych, kiedy obecny szef rządu dobrze czuł się w ławach opozycyjnych. Jednak, co takiego się stało, że dzisiaj

Premier zaapelował do prezesa banku centralnego i członków Rady Polityki Pieniężnej o zgodę i współdziałanie w najważniejszych kwestiach gospodarczych. – Choć sytuacja w kraju jest nienajgorsza, to jednak wymaga szczególnej wrażliwości i zdolności do współpracy wszystkich instytucji – podkreślił szef rządu.

(źródło: Spotkanie premiera Donalda Tuska z członkami Rady Polityki Pienieżnej)

A przecież wszyscy wiedzą, że chodzi o kasę z zysku NBP, którą ten miałby wpłacić do budżetu. Kasę, której budżetowi zaczyna coraz rozpaczliwiej brakować. Tyle lat być neoliberałem, a teraz….


W chorej wyobraźni.

8 Marzec 2010

Jeden coś bąknął, drugi to zjechał, jeszcze inny sobie nad tym podywagował, zaś przez cały dzień funkcjonariusze na odcinku propagandy mieli pole do swoich tańców św. Wita. Chodzi mianowicie o humbug w postaci o przyszłej koalicji SLD-PiS. Co z jednej strony ma osłabić tę pierwszą w jej elektoracie, dając Platformie znacznie lepsze szanse wyborcze, zaś wśród tej drugiej (PiS) ma wywołać popłoch i rozprzężenie. Nawet szanowny Free Your Mind we wpisie W kącie? z należytą powagą pochylił się nad tą swoistą „kaczką dziennikarską”. Jaka to kolejna burza w szklance wody z tego wszystkiego wyszła, niech świadczy to, że artefakt na taką koalicję został zdementowany przez prezesa Kaczyńskiego. Tu zaś wydaje się, że bez jego „tak”, to w ogóle nie ma o niczym mowy, przynajmniej w tej kwestii. Ja się pozwolę jednak odnieść do FYM’owych tez, przypominając mój wpis sprzed prawie pół roku, pt. Recepta dla Prawicy (odpowiedź Oszołomowi). Jak to super, że gdy się już człowiek „wymeldował” z S24, to jednak może sięgnąć do swoich klamotów. Otóż FYM’ie nie „w kącie” lecz w chorej wyobraźni. Wróćmy jednak do mojego tekstu, który pozwolę sobie nieco (kosmetycznie) zmodyfikować. Oto skrócone tezy z niego. (Polecam również zapoznać się z dyskusją pod nim.)

(…) w latach 1991-2007, tj. w trakcie krystalizowania się sceny politycznej, średnia frekwencja wynosiła ok. 47 proc, zaś średnia głosów ważnych, to ok. 96 proc. To oznacza, że blisko połowa społeczeństwa oddawała świadomie głosy ważne. Myślę też, że były to głosy świadome, tzn. podyktowane takim a nie innym wyborem. Formowanie się elektoratu w tym okresie dało średni wynik w postaci równowagi sił pomiędzy prawicą a lewicą (na korzyść tej ostatniej) i dopełnieniem w postaci centrum/liberałów, pokazuje to tabela pierwsza.

Jednak, rzecz jasna, jest to konstatacja statyczna, dosyć niewiele mówiąca o rzeczywistych preferencjach elektoratu, aczkolwiek dająca pewien wyznacznik na przyszłość.

By spróbować sobie przybliżyć ów wyznacznik, to moim zdaniem trzeba zastanowić się, gdzie PiS mogłoby wydłubać brakujące jej, do pełni szczęścia, głosy. Tutaj są różne możliwości. Zatrzymam się przy tym, co pokazuje obraz trwałości elektoratu, który, jak już wspomniałem, obejmuje połowę społeczeństwa (tj. ok. 13,5 mln ludzi). Ile tych głosów brakuje PiS, by mogło rządzić w koalicji, zakładając, że to ono będzie głównym podmiotem? W gruncie rzeczy niewiele, gdyż wystarczyłoby uzyskać próg ok. 40 proc. poparcia, by w sejmie mieć ok. 180 mandatów (lub może nieco więcej). (…) Jeśli zaś PiS zamyślałoby sobie rządzić samodzielnie, to potrzeba jemu znacznie więcej. Minimum minimorum stanowi to blisko (lub ponad) 50 proc. poparcia. Porachujmy. PiS średnio z ok. 13 mln. głosów ważnych bierze 23 proc. (wybory – 2001, 2005 i 2007), co w liczbach bezwzględnych stanowi ok. 3 mln. głosów. I to można nazwać twardym elektoratem. Do rządzenia w koalicji brakuje jej wobec tego, ca. 2,2 mln., by mogła się w sejmie rozsiąść w mniej więcej 180 miejscach. Taka siła, to podmiot koalicyjny. Z kolei, by mogła rządzić samodzielnie, to brakuje jej jakieś 3,5 mln. głosów. Z tym, rzecz jasna, jest trudniej.

W związku z tym trzeba wrócić do pytania o to, skąd wziąć taki „urobek”? Od lewicy? Broń Boże, bo tego elektorat pisowski nie zaakceptował by ze względu na tożsamość prawicową, różnice doktrynalne, światopoglądowe i wszystkie inne czynniki różniące. Na co Free Your Mind ostro zwraca uwagę. Wzięcie stamtąd poparcia, w tym również koalicyjnego, oznaczać musiałoby odpływ elektoratu pisowskiego i zasilenie Platformy. Elektorat SLD jest dla pisowskiego zbyt twardą alternatywą. Wszelako więc, PiS musiałoby „posilić się” częścią elektoratu Platformy. Przypuszczalnie taki „transfer” byłby przez elektorat pisowski łatwiejszy do zaakceptowania niż lewicowy „desant”. I jest to alternatywa miękka. To tutaj jest ten „target”, po który PiS powinno sięgnąć, by się wzmocnić, i mieć szanse na rządzenie koalicyjne lub samodzielne. Pytanie czy to jest realne. Wydaje się mimo wszystko, że tak. On się może wydawać realny o tyle, o ile PiS stanie się autentyczne oraz silnie tamten elektorat przekonywujące. Zauważ ponadto, że SLD jest siłą zstępującą. Tam się systematycznie wykrusza stary pezetpeerowski beton, z kolei nowolewicowe mołojce zazdroszczą platfusianym beniaminkom dobrej passy, znakomitej prasy i luksusów na wyciągnięcie graby. Sierakowszczyzna nie jest zdolna do skonsolidowania lewicy, i nawet wśród swoich jest traktowana jak folklor przydatny do robienia jakichś rozrób. Z kolei, różne Napieralskie mają za zadanie popezetpeerowskim dinozaurom zasuwać bajeczkę o tym, jak to SLD na nich liczy i o nich dba. Natomiast takie lub inne Olejniczaki, to chciałyby jak najszybciej stamtąd prysnąć i dołączyć do platfusiarni. Nie oszukujmy się. W nowolewicowych dołach panuje ferment, by odrzucić swój peerelowski ogon i dołączyć do tamtej kasty. To z punktu widzenia PiS jest niezwykle korzystne, ponieważ im bardziej Platforma będą zasysała postkomunistyczne „odpady”, tym bardziej jej prawe skrzydło będzie przeciwko temu stawało okoniem. I na to powinno grać PiS, by doszło do starcia pomiędzy Tuskami a Olejniczakami, a z doskoku, by tym dokopywały różne Piskorczaki. Im większa młócka w tej części sceny będzie, tym dla PiS lepiej. Sama PO też podlega ciśnieniom zewnętrznym i wewnętrznym. Zewnętrznym, bo nie są do końca pewni tego, gdzie w tej konstelacji (SLD/SDPl/SD/PO) środowiska decydenckie przerzucą swoje aktywa i poparcie. Zaś wewnętrznym, gdyż Platforma ściskana w lewym narożniku traci swoją wyrazistość jako siła stricte centrowa. To też dołom może się zacząć nie podobać. Na to tamten elektorat jest bardzo wrażliwy Nie każdy tam chciałby być drugim Celińskim. W związku z tym, dla tych, którym bliżej jest do centroprawicy niż centrolewicy może zacząć nie odpowiadać bycie w jednej „paczce” z jakimiś Olejniczakami, Celińszczakami czy tymi podobnymi. Dlatego dopóki nie dojdzie do zwarcia pomiędzy Olejniczakiem a Tuskiem dopóty tego ostatniego będą wspierać. Jeśli Olejniczak przejmie w tym „segmencie” kontrolę, to część centroprawicowa może się wykruszyć. I na to PiS musi grać.

A co zrobić, by na to grać? Odpowiedź prosta. Nie tracąc nic ze swojej tożsamości ideowej, światopoglądowej i programowej z jednej strony pilnować swoich trzech podstawowych „flanek”, tzn. skrzydeł prawego i lewego oraz środka, z drugiej natomiast, systematycznie, stopniowo, konsekwentnie i przemyślanie zmiękczać swój wizerunek, by był on do zaakceptowania przez centroprawicowe skrzydło platfusianego elektoratu. Stąd PiS musi zassać jak najwięcej poparcia. Z tym oczywiście, że nie powinno tego robić teraz lecz wtedy, gdy doszłoby do zwarcia w „trójkącie” Tusk-Olejniczak-Piskorski. Wtedy powstanie zamieszanie, które PiS powinno wykorzystać. Do tego czasu powinno też pozwolić na to, by pryszczata miłość tamtego nieopierzonego elektoratu się wypaliła, i by zaczął działać najzwyklejszy dysonans poznawczy. PiS na to powinno czekać i się merytorycznie, kompetencyjnie, wizerunkowo, socjotechnicznie przygotowywać, by w stosownym momencie móc się pojawić jako jedyna rozsądna alternatywa dla tamtej części elektoratu. Tutaj nie chodzi o wrogie lecz przyjazne przejęcie.

Istnieje inny wariant rozszerzenia się PiS polegający na wyjściu poza dotychczasowe ramy elektoratu, to znaczy zagospodarowujący część, tzw. elektoratu niemego. Tutaj rezerwy są juz dość znaczne. Stąd można sporo czerpać, gdyż tego elektoratu jest blisko 13 mln. uprawnionych do głosowania. Oczywiście, dotarcie do niego jest znacznie trudniejsze, gdyż ten elektorat stanowi w dużym stopniu „odsiew” po poprzednich wyborach, i jest zrażony do polityki jako takiej. To są ogromne masy ludzi, patrzący na świat w kategoriach „my” – „oni”. Prawo i Sprawiedliwość zaś, podobnie jak pozostałe siły polityczne, postrzegający jako częścią „onych”. Z tej racji, że jest to elektorat najtrudniejszy, to kluczowym tutaj czynnikiem, który może (lub wręcz – powinien) być brany pod uwagę, to autentyczność, a więc, prawdziwość, siły starającej się o poparcie. W takiej sytuacji należałoby, tą część elektoratu, długo przekonywać do siebie i za każdym razem potwierdzać każde słowo swoimi czynami. Ta część elektoratu jest bardzo nieufna do świata polityki, wobec czego praca nad jego zagospodarowaniem jest i będzie ciężka. Mimo to można starać się ją pozyskać.

Jedno można też dodać. Mianowicie to, że stosowanie jednej strategii nie wyklucza stosowania drugiej.

Kończy FYM swój wpis spostrzeżeniami, Mamy więc ewidentny dwugłos w samym PiS-ie i ten dwugłos narasta. Aż się prosi więc, by sytuację ostatecznie rozstrzygnął prezes partii, w przeciwnym razie zamęt się będzie pogłębiał, a najwięcej straci na tym sam PiS. No i prezes, jakby czytając zacnego blogera, sprawę wyjaśnił wskazując również niejako, że są to pomysły rodem z chorej wyobraźni.

Od siebie skromnie dodam, że rad jestem potwierdzenia w FYM’owym wpisie moich wcześniejszych dywagacji.

P.S Mam tą skromną nadzieję, że któryś z Salonowiczów moje skromne spostrzeżenia upowszechni na forum S24, oraz że się do nich odniesie w swoim wpisie. Może nawet i FYM?


Krótko o propozycjach konstytucyjnych PO

12 Luty 2010

Newsweek przedstawił (Cała władza w ręce rządu, czyli konstytucja wg Platformy) ogólny zarys zmian konstytucyjnych proponowanych przez Platformę. Oto one (druk pochyły, to ustalenia tygodnika, skróty moje – MF):

Premier Donald Tusk razem z szefem klubu PO Grzegorzem Schetyną przedstawił w piątek na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych propozycje Platformy dotyczące zmian w konstytucji.

Myślałem, że giełda jest po to, by zawierać na niej transakcje instrumentami finansowymi, a nie do uprawiania rządowych konferencji prasowych. Zresztą, co ma giełda papierów wartościowych do zmian w konstytucji?

Platforma zapowiada, że – po konsultacjach z marszałkiem Sejmu – na pierwszym marcowym posiedzeniu Sejmu będzie chciała powołać komisję konstytucyjną.

Następny szoł w telewizorach dla młodych, wykształconych z wielkich miast.

Tusk pytany, kiedy zmiany konstytucji autorstwa PO mogłyby wejść w życie, powiedział: – Myślę, że w tej kadencji będzie to możliwe, ale trudne. W przyszłej kadencji Sejmu chyba łatwiejsze i prawie pewne.

Pożyjemy, zobaczymy.

Platforma opowiada się m.in. za zmniejszeniem liczby posłów z 460 do 300, a senatorów ze 100 do 49 (w województwie liczącym do 1 mln mieszkańców wybierany ma być jeden senator, każdy kolejny rozpoczęty milion mieszkańców zwiększa liczbę mandatów przypadających województwu o jeden).

Co do wielkości, to może i dobrze. Z tym, że połowa składu obu izb wybierana metodą Sainte-Laguë, zaś druga połowa JOW’ami. Zrobiłbym pewną modyfikację z Senatem. Otóż, po samorozwiązaniu Sejmu stary Senat pozostawałby. Aż do następnych wyborów kończący pełną kadencję. I jeszcze jedno. W następnych wyborach dochodziłoby do wymiany max. 3/5 składu izby wyższej. Tzn. najwcześniej odpadaliby ci, którzy mają najdłuższy staż.

PO proponuje też, aby w Senacie zasiadali wszyscy byli prezydenci wybrani w wyborach powszechnych (czyli nie Wojciech Jaruzelski).

OK. Ale po ponownym rzetelnym procesie lustracyjnym.

Platforma opowiada się za tym, aby Sejm mógł odrzucać prezydenckie weto bezwzględną większością głosów – a nie jak obecnie większością 3/5 głosów. Prezydent byłby – tak jak teraz – wybierany w wyborach powszechnych.

Zostawiłbym, jak jest. A dodałbym, że większością 3/5 Sejm mógłby odrzucać wyroki TK.

Zgodnie z propozycjami PO, zmianie uległyby również okoliczności, w których prezydent kieruje do Trybunału Konstytucyjnego skargę konstytucyjną. (…) Tusk chce więc, by skarga konstytucyjna, tak jak obecnie, „zatrzymywała wejście w życie ustawy”, ale Trybunał miałby trzy miesiące na jej rozpatrzenie.

A ja sądzę odwrotnie. Mianowicie, by TK miał jeszcze więcej czasu na wnikliwe rozpatrzenie sprawy. Pół roku minimum.

Platforma proponuje też zwiększenie wymaganej liczby podpisów pod kandydaturami w wyborach prezydenckich. Miałoby to być nie 100 tys. a 300 tys. podpisów.

Zmiana niepotrzebna. Ograniczająca prawa obywatelskie do zgłaszania kandydatur.

PO chce także zagwarantować w konstytucji rozdział urzędu prokuratora generalnego od ministra sprawiedliwości.

To ja proponowałbym inaczej. By powołać instytucję Prokuratora Specjalnego i utworzyć nowy dział sądownictwa, tj. sąd antymafijny.

Proponuje także, aby w ustawie zasadniczej znalazły się odniesienia do członkostwa Polski w Unii Europejskiej. – Chcemy, by było to zagwarantowane także na poziomie konstytucyjnym, aby zwykłą ustawą nie można było zmienić tej zasadniczej reformy ustrojowej – mówił Tusk.

A to członkostwo Polski w UE to reforma ustrojowa? A dlaczego nie w ONZ, OECD czy innych?

Premier opowiedział się również za tym, aby „ostatecznie w konstytucji rozstrzygnąć na rzecz władzy wykonawczej – rządu i premiera – kompetencje dotyczące polityki zagranicznej”. – Oczywiście nie odbierając w żadnym wypadku prezydentowi tej istotnej roli reprezentowania Rzeczypospolitej i także wygłaszania stanowisk, pod warunkiem, że są uzgodnione z polskim rządem – zaznaczył.

A może odwrotnie. Tzn., by to premier mógł wygłaszać stanowiska wyłącznie, gdy jest to uzgodnione z prezydentem?

- Prezydent Rzeczypospolitej w zakresie polityki zagranicznej współdziała z Prezesem Rady Ministrów i właściwym ministrem. Stanowisko w zakresie polityki zagranicznej Prezydent przedstawia na wniosek lub za zgodą Prezesa Rady Ministrów – czytamy w projekcie Platformy propozycję zapisu konstytucyjnego.

Może inaczej, tj. tak jak napisałem wyżej?

PO proponuje ponadto, by Rada Bezpieczeństwa Narodowego oraz Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji „nie były już ciałami umocowanymi konstytucyjnie”. W przypadku KRRiT – tłumaczył szef rządu – oznaczałoby to, że na poziomie ustawy uregulowane byłyby kwestie dotyczące ładu medialnego, a nie na poziomie konstytucji.

A to niby dlaczego?

Projekt PO przewiduje też, że odmowa powołania sędziów przez prezydenta może nastąpić tylko z ważnych powodów ujawnionych po przedstawieniu wniosku Krajowej Rady Sądownictwa i wymaga uzasadnienia.

A dlaczego mają być one ujawnione i uzasadnione?

Tusk zapowiedział, że w projekcie zmian w konstytucji znajdzie się zapis znoszący immunitet parlamentarny tylko z tytułu posiadania mandatu poselskiego bądź senatorskiego. – Proponujemy zmianę kluczową z punktu widzenia zjawiska tak bardzo obrażającego poczucie przyzwoitości Polaków. Do tej pory immunitet był taką gwarancją bezpieczeństwa dla tych, którzy łamali prawa albo byli podejrzani o łamanie prawa, także w tak banalnych przypadkach jak wykroczenia drogowe – podkreślił Tusk.

A co z immunitetami sędziowskimi itp.?

Jak tłumaczył, immunitet może zostać nadany parlamentarzyście w szczególnej sytuacji, dopiero po jakimś konkretnym zdarzeniu, na jego wniosek. – A więc koniec tej ery bezkarności parlamentarzystów i immunitetu z definicji, tylko z tytułu posiadania mandatu – podkreślił premier.

Co to znaczy „nadany”? Immunitet chroni parlamentarzystę, który jest reprezentantem swoich wyborców.

PO nie przesądza, jaki kształt miałaby przyjąć ordynacja wyborcza do parlamentu, pozostawia tę kwestię do dyskusji w komisji konstytucyjnej.

Powtarzam. Metodą Sainte-Laguë + JOW’y.

Tusk i Schetyna pokazali się na wspólnej konferencji prasowej po raz pierwszy, odkąd Schetyna stracił stanowisko wicepremiera i szefa MSWiA w październiku ub.r.

Ajajaj. Aż się popłakałem.


Zaplątać się we własne nogi.

9 Luty 2010

Jest rok 2004. W kraju narasta coraz większy kryzys polityczny, gdyż rządzące ugrupowanie (SLD) zaczyna „konsumować owoce” rozlicznych afer, które coraz częściej zaczynają wybuchać. Zanim jednak do owej „konsumpcji” dochodzi, to rządząca ekipa jest po pierwszym ważniejszym kryzysie rządowym, tzn. po opuszczeniu w maju 2003 koalicji przez PSL. W I kwartale 2004 r. dochodzi do załamania gospodarczego, które stopniowo zaczyna tworzyć wir wciągający rządzący obóz w szereg chaotycznych działań. Jednym z nich jest, tzw. „plan Hausnera” przyjęty przez Radę Ministrów w dniu 27 stycznia. Plan ten zakładał reformę finansów publicznych, i jako całość nie został zrealizowany. W zasadzie, okazał się fiaskiem. Z miesiąca na miesiąc nastroje społeczne ulegają coraz wyraźniejszemu pogorszeniu. Rządząca ekipa zaczyna wpadać w bezwolny dryf. Dochodzi do tego również upadek żelaznego lewicowego mitu o jedności formacyjnej, gdy w marcu od SLD odłącza się część działaczy, powołując nową formację, z kolei, część innych odeszła do innego lewicowego ugrupowania, będącego opozycją pozaparlamentarną. Właściwie, aż do końca kadencji parlamentu na szczytach władzy dochodzi do degrengolady. Wzmacniało ją ponadto uruchomienie sejmowych komisji śledczych oraz brak wspólnego kandydata w zbliżających się wyborach prezydenckich. Poparcie dla głównej postkomunistycznej formacji w chwili oddawania władzy skurczyło się czterokrotnie. Jak nigdy wcześniej nie była ona tak osłabiona.

Tymczasem wraz z biegiem wydarzeń zmienia się sytuacja po stronie opozycji. Wyrosłe w 2001 r. dwie postsolidarnościowe „supernowe” (Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska) jak dwie dywizje posuwają się po coraz większych zgliszczach postkomunistycznej koalicji. Piszę „supernowe” w cudzysłowiu, gdyż tak naprawdę były to odrestaurowane partyjne „zabytki” takich formacji jak Porozumienie Centrum i Kongres Liberalno-Demokratyczny, względnie późniejszych Akcji Wyborczej Solidarność i Unii Wolności. Obok tych „supernowych” w siłę rosną pozostałe trzy mniejsze formacje (PSL, Samoobrona i LPR). Coraz bardziej zbliżały się dwa rozdania wyborcze, tj. parlamentarne i prezydenckie. Było jasne, że w obu rozdaniach całą wygraną zgarną PiS i Platforma, pozostawała tylko kwestia tego, na które z tych ugrupowań przypadnie większy udział w wygranej. Było również wiadome, że o ile w wyborach prezydenckich pozostałe trzy ugrupowania nie mają żadnych szans, to jednak należało się spodziewać, że w nowym parlamencie obejmą mandaty poselskie. Potwierdzeniem tego były I w Polsce wybory do Parlamentu Europejskiego (przeprowadzone na podobnych zasadach co do parlamentu krajowego), w których LPR osiągnęła drugi wynik po Platformie Obywatelskiej uzyskując 15,92 proc. głosów, z kolei Samoobrona – 10,78, zaś PSL – 6,34. Łącznie LPR i Samoobrona otrzymały 26,7 proc., natomiast PiS i Platforma – 36,77 proc. Biorąc pod uwagę bardzo niską frekwencję (ok. 21 proc. – ok. dwukrotnie niższą niż w wyborach do parlamentu krajowego w 2001 r.) wynik Ligii Polskich Rodzin i Samoobrony musiał dla elit i establishmentu być wyraźnym ostrzeżeniem, tym bardziej, że oba te ugrupowania łącznie w wyborach w 2001 r. uzyskały ok. 18 proc. poparcie (LPR – 7,87, Samoobrona – 10,20). Trzeba też zaznaczyć, że zarówno PiS jak i Platforma to ugrupowania wyrosłe na fundamencie elit i establishmentu III RP.

Elity i establishment zaskoczone utrzymującym się wysokim poparciem LPR’u i Samoobrony (szczególnie tej pierwszej) nagłośniły wcześniej pojawiające się poza głównym obiegiem hasło budowy, tzw. „IV RP”, która miała być zdecydowanym odcięciem się od błędów popełnionych zarówno przez koalicję AWS-UW jak i SLD-UP, przy jednoczesnym zachowaniu status quo zawierającym się w porozumieniach okrągłostołowych. Temu celowi służyć miało forsowanie pomysłu na koalicję programową Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości, która odwoływać się miała do całej postsolidarnościowej spuścizny po 1989 r. Czyż można było zakładać cokolwiek innego? Raczej nie. Głównymi konstruktorami rodzącego się PO-PiSu zostali liderzy obu ugrupowań, tj. Donald Tusk i Jarosław Kaczyński. Na rzecz tego projektu zaczęły pracować wszystkie najważniejsze w kraju ośrodki opiniotwórcze, których zadanie polegało na doprowadzeniu do zawarcia powyższej koalicji programowej oraz obsadzenie urzędu głowy państwa przez kandydata zbliżonego do elit i establishmentu III RP. Przypatrzmy się wobec tego, w jaki sposób na przestrzeni czasu, prezes Jarosław Kaczyński był temu projektowi wierny, i jak później, można powiedzieć, „zaplątał się we własne nogi”.

W wywiadzie udzielonym w dniu 04.02.2004 (Wywiad z Jarosławem Kaczyńskim) na pytanie, dlaczego w powszechnym odczuciu Platformy Obywatelskiej i Prawa i Sprawiedliwości są dla siebie naturalnymi koalicjantami? prezes Kaczyński odpowiada, Tak się ułożyła scena polityczna…. Zatem to, że pewne sprawy widzimy inaczej, nie zamyka nam drogi do koalicji…Nie oznacza to, byśmy odmawiali sojuszu z Platformą Obywatelską. Ale nasze partie są różne i społeczeństwo powinno o tym wiedzieć.

W innym z kolei (17.02.2004, Kaczyński: Postkomunizm w Polsce musi być odrzucony) na pytanie … Czy Prawo i Sprawiedliwość wolałoby w przyszłości tworzyć koalicję rządową z Platformą Obywatelską, czy szuka raczej innych sojuszników, takich jak Polskie Stronnictwo Ludowe czy Liga Polskich Rodzin? Kaczyński odpowiada kategorycznie Zdecydowanie odrzucam twierdzenie, że Platforma jest naszym głównym przeciwnikiem. … bardzo poważnie bierzemy pod uwagę sojusz z Platformą Obywatelską. Na temat z kolei przyszłości rządów Samoobrony stwierdza, … My nie mamy zamiaru uczestniczyć w rządach, po których 40 proc. uzyska już nie SLD, lecz Samoobrona. Bo to będzie tragedia narodowa. My walczymy teraz o to, by tragedii narodowej nie było…. Wypowiedź ta zapewne została przez Samoobronę odnotowana i uznana za nieprzyjazną wskazówkę na przyszłość, tym bardziej, że potwierdza to odpowiedź na kolejne pytanie Jakie są najważniejsze sprawy, które was łączą z Platformą Obywatelską?, odpowiada Nasze partie nie są takie same. Odwołują się do innych tradycji, są różne mentalnie. Dotychczas wydawało nam się, że łączy nas wola bardzo głębokiej przebudowy kraju, świadomość, że tak dalej polskich spraw prowadzić się nie da, a postkomunizm musi być w Polsce odrzucony w sposób możliwie radykalny. Proponujemy bardzo daleko idące zmiany. I mam wrażenie, że to jest sposób myślenia bardzo wielu znaczących postaci Platformy Obywatelskiej. Proszę zauważyć, że w kolejnym wywiadzie prezes Kaczyński wzmacnia wizję wspólnych rządów z Platformą.

Po zaskoczeniu, jakie przyniosły wybory do Parlamentu Europejskiego, w wywiadzie z 03.08.2004, (Wywiad z Jarosławem Kaczyńskim) na pytanie, Jeszcze jakiś czas temu wydawało się, że to właśnie PiS i PO kontrolują prawą stronę sceny politycznej i w przyszłości będą wspólnie tworzyć rząd. Nagle, jako jeden z głównych faworytów do zwycięstwa w przyszłych wyborach parlamentarnych pojawiła się LPR. Co się zmieniło? Kaczyński odpowiada: Liga buduje całą swoją tożsamość na stosunku do UE. Trudno jest teraz ocenić, czy mamy do czynienia z systematycznym wzrostem poparcia dla tego ugrupowanie, czy tylko jednorazowym sukcesem w wyborach do PE. Natomiast o ewentualnych koalicjach podyskutujemy dopiero po wyborach…. Nie sposób nie zauważyć, że Kaczyński już do drugiego ugrupowania podchodzi z dystansem, zaś Platformę Obywatelską mimo pewnych zgrzytów i nieporozumień w dalszym ciągu uznaje za głównego partnera koalicyjnego.

09.09.2004 (Jarosław Kaczyński w „Gościu Radia ZET”) Monika Olejnik pyta Kaczyńskiego: … Czy możliwy jest taki scenariusz: nasz prezydent, wasz premier, czyli wasz prezydent: Donald Tusk, a premier z Prawa i Sprawiedliwości? Na co uzyskuje odpowiedź Myślę, że tego rodzaju scenariusze należy rozważać po wyborach, przynajmniej tych parlamentarnych. Wtedy będzie do tego podstawa. Dzisiaj podstawą są sondaże, które dzisiaj nie dają większości tym dwóm partiom. Trzeba by szukać trzeciej. Zostańmy dlatego z tego rodzaju problemami do momentu, gdy nabiorą one charakteru praktycznego. Różne rzeczy są możliwe. Przy całym szacunku i wielkiej sympatii dla Donalda Tuska, także dla jego życiorysu, takiego bardzo konsekwentnego…

Monika Olejnik (29.03.2005, Prezes PiS Jarosław Kaczyński gościem Radia „Zet”) mniej więcej pół roku później wraca do sprawy kandydatury prezydenckiej i pyta Kaczyńskiego No właśnie, Donaldowi Tuskowi jest przykro, że nie ma wspólnego kandydata prawicy, że Lech Kaczyński tak się pospieszył i Donald Tusk mówi: trudno, będziemy stawali na polu bitwy. I słyszy w odpowiedzi: Wybaczy pani, ale tutaj mamy do czynienie z sytuacją dosyć trudną dla mnie, bo ja naprawdę dbam o to, żeby nasze stosunki z Platformą były dobre, ale tutaj już muszę powiedzieć o nadużyciu. Nigdy nie było żadnych rozmów, powtarzam, żadnych, niezależnie od tego, co wypisywała prasa na temat wspólnego kandydata. Nigdy nie toczyliśmy nawet na poziomie prywatnym tego rodzaju dyskusji. Jeżeli wybory będą we wrześniu, a wszystko na to wskazuje, to szanse na to, żeby byli wspólni kandydaci jest minimalna. Jeżeli Platforma Obywatelska chciałaby doprowadzić do wspólnego kandydata, to droga jest otwarta. Natomiast, tu używam cudzysłowu, „usprawiedliwiania” własnego kandydowania tym, że kandyduje ktoś inny, o kim wiadomo było, że będzie kandydować, to jest właśnie sposób uprawiania dyskursu politycznego może nie najlepszy. Prowadząca program dociska dalej: No to jaka to będzie koalicja, skoro już państwo się kłócą ? Zaś Kaczyński odpowiada: Pani redaktor, AWS kłócił się z Unią Wolności niezwykle intensywnie w czasie kampanii, panowie Balcerowicz i Krzaklewski sobie wręcz wymyślali i to w taki bardzo agresywny sposób, a potem zawiązali koalicje, to po pierwsze. Przypominając historię AWS-UW, w kontekście powyborczych rozstrzygnięć, Kaczyński wkłada naładowaną broń do ręki Lepperowi i Giertychowi. Olejnik zaostrzając atmosferę stwierdza: A po drugie, Jan Rokita jest tak radykalny, że nie różnią się państwo od siebie. Kaczyński wyczuwając pułapkę odpowiada: My ze sobą nie walczymy, a już na pewno ja tej walki nie chce prowadzić. To, że wysunęliśmy kandydata, to nie jest żaden akt walki z PO. Natomiast ja z niepokojem obserwuje to, co się dzieje w znacznej części mediów, gdzie się pewne rzeczy próbuje wmawiać, właśnie budować tą wojnę, twierdzić, że Lech Kaczyński uważa, że jego głównym przeciwnikiem jest Donald Tusk, to jest wszystko całkowite kłamstwo. Krótko mówiąc, nie ma żadnej politycznej wojny, a jest normalna polityczna konkurencja.

Na trzy miesiące przed wyborami parlamentarnymi (13.06.2005, Lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński gościem Moniki Olejnik w Radiu ZET) Jarosław Kaczyński słusznie przewiduje mówiąc, że: … jest prawdopodobne, że Lech Kaczyński zostanie prezydentem, a my wygramy, albo przynajmniej zremisujemy wybory parlamentarne z Platformą.

Pomiędzy przyszłymi koalicjantami dochodzi jednak do nasilających się konfliktów w toku kampanii wyborczej, co zaczyna niepokoić elity i establishment III RP, czego wyrazem może być dociskanie obu liderów przez Monikę Olejnik (28.06.2005, Prezes PiS Jarosław Kaczyński oraz Donald Tusk byli gośćmi Moniki Olejnik w programie “Prosto w oczy”):  … Do tej pory się wydawało, że Platforma i PiS to są zgodni koalicjanci, a tymczasem Panów drogi zaczynają się rozchodzić. Ostatnio Platforma Obywatelska mówiła, że PiS recydywę socjalizmu narzuca, kaganiec obywatelom, zatrzymuje inwestycje w mieście Lech Kaczyński i tak dalej, i tak dalej. Lider PiSu czując słabszą pozycję w oczach elektoratu dokonuje samowzmocnienia stwierdzając, że Jarosław Kaczyński My to przyjmujemy z wielkim bólem i zaskoczeniem, chociaż wiemy o co chodzi. Chodzi o to, żeby przejąć ten elektorat, który się PiS-u boi. Który uważa, że rządy PiS-u będą czymś strasznym, przy czym z jednej strony – są to ludzie zdezorientowani, którym wmówiono, że PiS chce ograniczać demokrację. Chce wprowadzać kaczyzm lub zgoła faszyzm, etc., etc. Prowadząca program to dostrzega i w obecności drugiego politycznego partnera postanawia go skonfrontować: Tak… Czy to Platforma Obywatelska mówi? Jarosław Kaczyński zauważa tę konfrontację, czego rezultatem jest wycofanie się na pozycje obronne: Nie, nie. Tego nie mówi. Ale z drugiej strony, są to ludzie, którzy boją się normalnie funkcjonującego państwa, normalnej demokracji. Boją się dlatego, że znakomicie się czują w tej patologii, która funkcjonuje dzisiaj. I odwoływanie się do nich jest pewnym chwytem wyborczym. Ale muszę się przyznać, że jestem tym jednak zaskoczony, ale rozumiem motywy i uważam, że jest to podejście niesłychane, wręcz ryzykowne z punktu widzenie Polski, rządzenia. To może prowadzić, nawet w sposób niezmierzony do takiej eskalacji konfliktu, mimo że my naprawdę zachowujemy się skrajnie wstrzemięźliwie i próbujemy nie odpowiadać na te ataki i później będą różnego rodzaju kłopoty…. Na uwagę zasługuje wzmianka o patologii, gdyż użycie jej służy wzmocnieniu pozycji Kaczyńskiego w swoim naturalnym elektoracie oraz ruch w stronę elektoratów Ligi i Samoobrony wyczulonych na patologie III RP.

W trakcie kampanii wyborczej pomiędzy przyszłymi koalicjantami dochodzi do bardzo poważnego konfliktu na tle relacji Platformy ze środowiskiem postkomunistów. W wywiadzie z dnia 05.09.2005, (Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński gościem Krzysztofa Grzesiowskiego w „Sygnałach dnia”) prezes Kaczyński zapytany przez prowadzącego program: Panie prezesie, dwadzieścia dni do wyborów, a tymczasem pan domaga się odpowiedzi na pytanie, czy rzeczywiście z Platformą Obywatelską można Polskę przebudować. odpowiada: Uzyskaliśmy wczoraj, przedwczoraj informację dość z naszego punktu widzenia i sądzę, że to jest z punktu widzenia także wielu innych bulwersującą, mianowicie okazuje się, że polityk Platformy Obywatelskiej jest jednocześnie doradcą pana Barcikowskiego, szefa Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. I ja chciałem powiedzieć tyle – my nie zgadzamy się na taką sytuację, którą można porównać z tą, która swego czasu miała miejsce, tylko w innej sferze życia. Otóż AWS był w Sojuszu z Unią Demokratyczną, ale jednocześnie Unia Demokratyczna w telewizji, w Radzie Radiofonii i Telewizji była w sojuszu z SLD. Otóż my się – jeszcze raz powtarzam – nie zgadzamy na to, żeby być w Sojuszu z Platformą Obywatelską, ale w służbach specjalnych Platforma Obywatelska ma być też w Sojuszu z SLD, no bo pan Barcikowski jest przecież w oczywisty sposób przedstawicielem SLD i trudno sądzić, żeby jego doradcy to byli ludzie, którzy są tam zupełnie przypadkowo. To dla nas jest rzecz niesłychanie istotna z tego względu, że sprawa służb specjalnych to jest jedna z podstawowych spraw, które trzeba załatwić, jeżeli polskie państwo ma być naprawdę przebudowane, jeżeli różnego rodzaju patologiczne, więcej – skrajnie patologiczne mechanizmy naszego życia publicznego, ale także i gospodarczego mają być zlikwidowane. Stąd to publicznie zadane pytanie i stąd wielka waga, jaką do tej kwestii przywiązujemy. Prowadzący zadaje więc pytania precyzujące: Musimy wiedzieć, jakie są związki między Platformą a służbami specjalnymi? To pan ma na myśli? W zamian dostaje odpowiedź: Nie, poprzedziło to pytanie złożenie przeze mnie bardzo wyraźnej deklaracji, że my tego sojuszu chcemy i że ten sojusz musi powstać. Tutaj prezes Kaczyński wykazuje determinację do powołania koalicji pomiędzy PiS’em a Platformą.

Na pięć dni przed wyborami parlamentarnymi Monika Olejnik (20.09.2005, Lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński gościem Moniki Olejnik w Radiu ZET) szuka wspólnej płaszczyzny porozumienia pomiędzy oboma ugrupowaniami: Ja się tak zastanawiam, co łączy Prawo i Sprawiedliwość z Platformą Obywatelską, bo tak: państwo są za wolniejsza prywatyzacją, Platforma za szybką prywatyzacją, Platforma jest za likwidacją Senatu, państwo przeciwko likwidacji Senatu, PiS jest za likwidacją Rady Polityki Pieniężnej, a Platforma za utrzymaniem rady Polityki Pieniężnej, tam są podatki “3 x 15”, tutaj inne progi podatkowe. To co was łączy właściwie? I ją znajduje (Jarosław Kaczyński): Łączy nas wola naprawy Rzeczpospolitej, to jest bardzo, bardzo ważne, natomiast różnimy się w różnych sprawach charakterze szczegółowym. Chociaż sprawa podatków już jest ważna, bo to jest cała koncepcja społeczeństwa – solidarne, albo takie skrajnie liberalne, gdzie najubożsi tracą, a ci bogatsi zyskują. Mimo istotnych różnic jej rozmówca dąży do rozwiązania koalicyjnego z partią mającą odmienne wizje systemowe.

Niedługo po tym Kaczyński (22.09.2005, Lider Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński i Przewodniczący SLD Wojciech Olejniczak gośćmi Krzysztofa Grzesiowskiego w „Debacie przedwyborczej” w Polskim Radiu) precyzuje, który program wyborczy będzie miał pierwszeństwo w realizacji, gdy PiS i Platforma będą miały zbliżony wynik wyborczy: …a druga strona będzie mogła co najwyżej zaprotestować, jeżeliby znalazła tam jakieś osoby całkowicie nie do zaakceptowania, to to rzeczywiście jest niedobre, tyle tylko, że to w żadnym razie nie pada z naszej strony. My przecież mówimy, że będzie tak jak jest normalnie w europejskich demokracjach i nie tylko europejskich. Jeżeli dwie partie mają rządzić, mają zbliżone wyniki, to podejmują rokowania, ustalają skład rządu i szukają jakiegoś kompromisu programowego. I to jest jedyne wyjście, które jest uczciwe wobec wyborców, bo w przeciwnym razie to byłoby tak, że wyborcy PiS (a program nasz rzeczywiście się różni pod niejednym względem od programu PO) w istocie głosowaliby na PO, jeśli na PO padnie, nie wiem… tysiąc pięćset głosów więcej niż na PiS. To jest coś, co jest całkowicie sprzeczne z zasadami demokracji i w związku z tym na to my się nie zgadzamy i proszę nam tego rodzaju myślenia nie przypisywać, bo my tak nie myślimy. Jeżeli z kolei my wygramy i to nawet więcej niż o tysiąc pięćset głosów, to na pewno będziemy z Platformą Obywatelską dyskutować i będziemy dążyć do takiego programu, który będzie odnosił się jakoś także do elektoratu Platformy Obywatelskiej.

W tym samym dniu, w innej stacji radiowej (22.09.2005, Prezes Prawa i Sprawiedliwości Jarosław Kaczyński gościem w Kontrwywiadzie Kamila Durczoka w RMF FM), Jarosław Kaczyński słyszy pytanie: Jarosław Kaczyński premierem, Roman Giertych wicepremierem, Andrzej Lepper ministrem rolnictwa. Dopuszcza pan taki rząd? Można je interpretować jako sprawdzenie determinacji Kaczyńskiego do zawarcia koalicji z Platformą. Lider PiS’u odpowiada: To są te objawy zdenerwowania naszych kolegów. Oni świetnie wiedzą, że taki rząd nie może powstać. To PO prowadziła rozmowy z LPR w ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy, po wyborach europejskich. My żadnych rozmów nie prowadziliśmy z LPR. Byliśmy także równie mocno atakowani przez Samoobronę jak PO, a w konkurencji personalnej ja wygrałbym – byłem nieustannym bohaterem różnych pomówień i wściekłych ataków. PO – PiS to jest jedyna w tej chwili realna koalicja. Na uwagę zasługuje użycie sformułowania „w tej chwili”, w którym zawiera się istnienie jakiejś innej alternatywy.

Tuż przed ciszą wyborczą (23.09.2005, Jarosław Kaczyński gościem Jolanty Pieńkowskiej w “Salonie politycznym” Trójki) Jarosław Kaczyński rozgrywa ostatnie rozdanie, gdy po stwierdzeniu: No tak, ale jak słucham pana teraz to tak sobie nie bardzo wyobrażam, że państwo w poniedziałek po wyborach usiądziecie wspólnie do stołu i będziecie rozmawiać jak stworzyć wspólny rząd. odpowiada: Proszę się nie obawiać, proszę sobie przypomnieć to co się działo między AWS-em, a Unią Wolności, w 97 roku działy się rzeczy bardziej drastyczne, a mimo wszystko się porozumiano. Red. Pieńkowska szukając zapewnienia wzmacnia wizję przyszłego rządu PiS’u i Platformy w pytaniu: Czyli pan to sobie wyobraża, że usiądzie pan z Janem Rokitą i Donaldem Tuskiem i z uśmiechem podacie sobie ręce i będziecie prowadzić merytoryczną dyskusję o przyszłym rządzie?, by uzyskać zadowalającą elity i establishment III RP odpowiedź: Ale oczywiście, że sobie wyobrażam ja nie wiem czy pani zadaje takie pytania także w drugą stronę, bo to byłoby jak sądzę zupełnie uzasadnione.

Skoro Jarosław Kaczyński czuł tak wielką potrzebę utworzenia z PO koalicji rządowej, to ani Liga ani tym bardziej Samoobrona (uznająca, że PiS i Platforma są tymi samymi AWS’em i Unią Wolności) nie zamierzały PiSowi rozwiewać marzeń o takim rozstrzygnięciu. Łączny ich wynik w wyborach wyniósł 19,38 proc., co zostało przez nie uznane za potwierdzenie woli wyborców wyrażonej w wyborach do Parlamentu Europejskiego, biorąc poprawkę na większą popularność wyborów do parlamentu krajowego oraz zmasowaną przeciwko nim kampanię negatywną. Liga otrzymała porównywalną ilość głosów w liczbach bezwzględnych (ok. 940 tys. wobec ok. 970 tys. w wyborach do Parlamentu Europejskiego), ogromnym zaś zaskoczeniem był ponad dwukrotny wzrost liczby głosów na Samoobronę (ok. 1,3 mln wobec ok. 660 tys.). Wydawałoby się, że Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska uzyskujące łącznie 62,6 proc. mandatów w Sejmie szybko zawrą koalicję zgodnie z deklaracjami przedwyborczymi obu formacji. Rzeczywiście, zgodnie z tym, co Jarosław Kaczyński odpowiedział red. Pieńkowskiej, cztery dni po wyborach doszło do I rundy rozmów. Runda ta skończyła się fiaskiem. Kolejne rozmowy obu niedoszłych koalicjantów coraz bardziej grzęzły, aż do 31 października.

Skąd się wziął impas w rokowaniach pomiędzy PiSem a Platformą. Były tego właściwie trzy przyczyny. Pierwsza polegała na tym, że Jarosław Kaczyński ogromnie pragnął prezydentury dla swojego brata. By to osiągnąć, to musiał mieć głosy całego narodowo-katolickiego elektoratu, który w dużym stopniu znajdował się w elektoracie Ligii oraz Samoobrony. Elektoraty te bardzo uważnie obserwowały poczynania Jarosława Kaczyńskiego i nie zamierzały poprzeć kandydata, który firmowałby swoim nazwiskiem zawieranie koalicji z ugrupowaniem o inklinacjach liberalnych i kojarzonego z, tzw. „aferałami”. Jarosław Kaczyński dostał tutaj wyraźne ostrzeżenie w postaci wyników I tury (9 października) wyborów, gdy jego brat otrzymał 33.10 proc. głosów zaś jego konkurent – 36.33 proc. Lider PiS’u wiedział więc, że zawarcie koalicji z Platformą może kosztować głosy tej części elektoratu, która była jakby „dopełnieniem” do głosów pochodzących spośród wyborców PiS’u. Kaczyński nie mógł zlekceważyć ponad miliona głosów elektoratu Samoobrony i ponad pół miliona Ligii. Drugą przyczyną była ogromna porażka wizerunkowa Donalda Tuska w II turze (23 października) wyborów prezydenckich, którą względem Lecha Kaczyńskiego przegrał stosunkiem ok. 8 pkt. proc. To niewątpliwie osłabiło jego pozycję negocjacyjną oraz spowodowało rozprzężenie w jego sztabie. Trzecim powodem było wysunięcie podczas rokowań przez Platformę żądań niewspółmiernych do jej pozycji negocjacyjnej. Coraz szybciej również ubiegał czas, w którym prezydent powinien powołać nowego premiera wraz z gabinetem. Konieczne to było m.in. po to, by móc rozpocząć prace nad budżetem na rok następny. W efekcie tej wojny nerwów rokowania koalicyjne zakończyły się fiaskiem.

W tym samym czasie LPR (w dniu 5 października) wystąpiła z apelem do PSL’u i Samoobrony o ustosunkowanie się do propozycji programowych LPR i propozycję poparcia dla tworzącego się rządu PiS. (List Romana Giertycha do PSL i Samoobrony) Z kolei kilka dni wcześniej Andrzej Lepper w wywiadzie radiowym (Prawo i Sprawiedliwość nie ma wyjścia) powiedział, że: … PiS innego wyjścia nie ma, jak tylko spotkać się z Ligą, z PSL-em i zadbać o poparcie naszej partii… Mimo zgłaszanych zastrzeżeń Liga oraz Samoobrona ostatecznie poparły mniejszościowy rząd Kazimierza Marcinkiewicza. Tuż po jego udzieleniu obie formacje zgłosiły swój akces do rządu, uznając, że koncepcja utworzenia koalicji pomiędzy PiS’em a Platformą ostatecznie upadła, zaś popierany przez nich prezydent-elekt będzie gwarantem stabilności szerokiego gabinetu koalicyjnego realizującego zbliżony program wyborczy trzech ugrupowań. Taka konstelacja mogła być istotnie silna od dnia zaprzysiężenia brata prezesa PiSu na urząd prezydenta. W ostateczności Jarosławowi Kaczyńskiemu brakowało min. 77 mandatów do bezwzględnej większości. Nie chcąc ich ze strony LPR’u i Samoobrony mógł mieć ich nadwyżkę w liczbie 57 ze strony Platformy.

Niestety, lecz szybko te „klocki” zaczęły się rozsypywać. We wpisie pt. Gdy słabszy pokonuje silniejszego – paradoks, napisałem, że: fiasko rozmów koalicyjnych z Platformą Obywatelską było dla Jarosława Kaczyńskiego tym samym, czym dla gen. Douglas’a MacArthur’a było przełamanie frontu na Półwyspie Koreańskim w, tzw. „worku pasuańskim”. Platforma i jej sojusznicy zostali zmuszeni do odwrotu. Jarosław Kaczyński miał oczyszczone przedpole. Myślę, że stosując tutaj umiejętną taktykę udało się jemu zdobyć pozycję do rozwinięcia kontrataku, by idąc jak VIII Armia Stanów Zjednoczonych, gen. Douglas’a McArthur’a, wspomagana wojskami południowokoreańskimi nacierać na, tzw. „obóz III RP”. Kaczyński jednak inaczej niż ów amerykański generał pragnął przekroczyć „38. równoleżnik”, tj. pokonać Układ, szarą sieć, zielony stolik, sam posuwając się po niebywale trudnym terenie. Tutaj go czekały niemiłe niespodzianki. Co tak naprawdę zdecydowało o tym, że rozwijająca się kontrofensywa Kaczyńskiego zamieniła się w działania defensywne?

Pewien rys tego daje porównanie do działań wojennych, które miały miejsce podczas wojny koreańskiej od momentu zajęcia praktycznie rzecz biorąc całej Korei przez aliantów. Doskonały tego opis przedstawia M. Jabłoński, „Zapomniana Wojna. Konflikt koreański w latach 1950-1953”. Czytamy w nim, że: (…) ONZ podobnie jak Truman i Połączony Komitet Szefów Sztabów uległy euforii. Powszechnie wierzono, że kraj zostanie zjednoczony. Spektakularny sukces Inczon zdawał się nie mieć końca. (…) Wszystko wskazywało na to że „chłopcy wrócą do domu na Gwiazdkę”. Doskonale zapowiadająca się ofensywa nagle zamieniła się w klęskę. (…) Wina spoczywa tu przede wszystkim na dowódcy w polu – Walkerze, ale i w pewnej mierze na Mac Arthurze. Jednakże zmiana pogody nie wyjaśnia wszystkiego, a złe warunki mogły żołnierzy alianckich bardziej motywować. Zaskoczenie atakiem chińskim wynikało z błędnych ocen popełnionych zarówno przez polityków (Truman), jak wojskowych (Mac Arthur, Bradley). Nie doceniali oni wojowniczości przywódców chińskich – Mao i Czou En Laia – dążących do „niesienia światła rewolucji innym ludom Azji” (równolegle próbowali to robić w Wietnamie). (…) 1 października Mao oświadczył, że „Chiny wesprą zagrożoną agresją KRLD”. Alianci zignorowali te groźby choć były one przedmiotem spotkania między Trumanem, a Mac Arthurem na Wake 15 października 1950 r. Mac Arthur zapewnił Trumana, że groźby Chińczyków to blef. Truman skwapliwie uwierzył. Później krytycy generała zarzucali mu, że wprowadził prezydenta w błąd. Nie była to prawda. Mac Arthur po prostu sam nie wierzył, że odpowiednie skoncentrowanie oddziałów przed zniszczeniem armii Północny jest możliwe. Nie docenił mobilizacji Chińczyków i ich umiejętności walki przy minimalnym zaopatrzeniu (wojskowi alianccy, a zwłaszcza amerykańscy, nie doceniali wytrwałości chińskiego żołnierza i możliwości walki w skrajnie ekstremalnych warunkach, przy minimalnym zaopatrzeniu i bez większości dóbr, których dostępność żołnierze amerykańscy uważali za nieodzowną dla egzystencji). Wydaje się, że podobnie, jak McArthur, postąpił Kaczyński. Kiedy już zdał sobie sprawę, że bez wsparcia Ligi i Samoobrony („Pakt Stabilizacyjny”, a później koalicja) nie będzie mógł zwyciężać, to było już zdecydowanie za późno na to, by się mógł przygotować na kontrofensywę Układu, Salonu etc. etc. Zresztą można było odnieść wrażenie, że takiej kontrofensywy się nie spodziewa.

Właściwie, po co ja o tym wszystkim piszę? Otóż dlatego, by podkreślić, że Jarosław Kaczyński, jeśli kiedykolwiek odniesie znaczące zwycięstwo, to będzie musiał, chcąc realizować swoje wizje polityczne, bądź to czynić własną silną armią. O co może być trudno. Bądź też w ramach silniejszej koalicji z jakimś podmiotem bądź podmiotami. O co będzie chyba jeszcze trudniej. I albo to się dla niego skończy tak jak “Operacja Glory” w wojnie koreańskiej, albo jak “Kampania Ho Chi Minh’a” w wojnie wietnamskiej.


Gdy słabszy pokonuje silniejszego – paradoks

4 Luty 2010

Wpis ten poświęcam krótkiej analizie taktyk, które w latach 2005-07 zastosował Jarosław Kaczyński, porównując je do wojen koreańskiej i wietnamskiej. Zastrzegam od razu, że zastosowane przeze mnie analogie należy odczytywać jako osadzone na dość wysokim stopniu ogólności (i uproszczeń) jak również zachowując stosowne proporcje. Moim celem jest pokazanie działania pewnych mechanizmów.

Pamiętacie może Państwo wojnę wietnamską? Trwała ona osiem lat i zakończyła się miażdżącym sukcesem sił komunistycznych. Stosunek sił koalicji antykomunistycznej do komunistycznej wynosił ok. 2:1. Obie strony używały jednak innych rodzajów broni i zbliżoną taktykę. Koalicja antykomunistyczna, w której siły amerykańskie stanowiły ok. 46 proc., w przeważającym stopniu opierała się na dominacji w powietrzu i przytłaczającej sile ognia (w której zaangażowane były siły pancerne i artyleria) pozwalającej na przeprowadzanie operacji typu „znajdź i zniszcz” (search and destroy). Zastosowana przez amerykańskie oddziały taktyka była oparta na bazie doświadczeń z II w. św. i polegała na zasadzie „wyczyść i utrzymaj” (clear and hold) lub „wyczyść i zabezpiecz” (clear and secure). Działaniami wspomagającymi ją było odcinanie dostaw zaopatrzenia zarówno drogami morską jak i lądową dla sił koalicji komunistycznej. O co chodziło w taktyce „wyczyść i utrzymaj” (względnie – „wyczyść i zabezpiecz”)? W pierwszym rzędzie celem podstawowym było sparaliżowanie wroga w efekcie pozbawienia go centrów dowodzenia i łączności, sprzętu, amunicji, żywności, paliwa, logistyki oraz pozostałych środków potrzebnych do walki. Następnie, chodziło o racjonalne wykorzystywanie środków własnych. Dalej, taktyka taka miała ograniczać straty ludzkie i materialne wśród ludności cywilnej. Miała ona także na celu utrzymanie zdobytej pozycji aż do wzmocnienia jej przez posiłki. Trzeba dodać, że Amerykanie mieli olbrzymie problemy w walkach z oddziałami partyzanckimi (wspomaganymi regularnymi armiami chińską i sowiecką), gdyż te doskonale ukrywały się w dżungli i terenach górskich. Z kolei strona komunistyczna podczas przeprowadzania zmasowanych ataków wykorzystywała przeważnie konwencjonalne związki operacyjne (głównie piechotę wspieraną przez wojska pancerne i artylerię), zaś w działaniach zaczepno-dywersyjnych, oddziały partyzanckie. Cóż było takiego decydującego, jeśli chodzi o zwycięstwo w tej wojnie? Innymi słowy, co spowodowało, że siły relatywnie słabsze (liczebnie i technicznie) wojnę tą ostatecznie wygrały. Zadecydowały tutaj dwa czynniki. Pierwszy, to niezwykle trudny dla antykomunistycznych sił teren (dżungla, mokradła, wąwozy, tereny górzyste) zaś drugi, to wciągnięcie ich w wyczerpujące kampanie pochłaniające ogromną masę zasobów (ludzkich, uzbrojenia, aprowizacji itp.). Jedno i drugie spowodowało załamanie morale, szczególnie wśród wojsk amerykańskich, ich kryminalizację oraz ogólnie obniżenie się wartości bojowej. Ostatecznie przewaga amerykańska zaczęła się załamywać kiedy siły komunistyczne w ostatnim dniu stycznia 1968 r. rozwinęły, tzw. „Ofensywę Tet” (genialny jej opis znajduje się tutaj).

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Otóż panuje powszechne przekonanie wśród PiSu i jego sympatyków, że przegrana w 2007 r. była rezultatem zmasowanego ataku całego „Salonu” na „obóz IV RP” w ogóle, zaś na PiS w szczególności. Jeśliby zatem miało tak być, to patrząc przez pryzmat wojny wietnamskiej, siły dowodzone przez gen. Frederick’a Carlton’a Weyand’a (ostatniego dowódcę wojsk amerykańskich) i gen. Duong’a Van Minh’a (dowódcę wojsk Wietnamu Południowego, w takich warunkach nie miałyby żadnych trudności w pokonaniu Vietcongu. Były bowiem dwukrotnie większe. Innymi słowy, taktyka „wszystkie ręce na pokład” w tym przypadku zadziałałby „bez pudła”. Stało się jednak coś, czego Jarosław Kaczyński nie kalkulował. Przeciągając bowiem kryzys polityczny w latach 2005-07 zamiast postąpić jak siła stosunkowo słabsza (tj. prowadzić walkę taką, jaką prowadził Vietcong) eskalował konflikt z pozycji strony silniejszej, chyba że w istocie taką posiadał. Jednocześnie, w trakcie dwuletniej kampanii zmienił taktykę w warunkach permanentnej walki. Zmiana ta, moim zdaniem, nastąpiła w chwili, kiedy objął tekę premiera. Od tej pory, jak sądzę, przeciwko niemu, jego bratu oraz PiSowi wrogie siły rozwinęły kontrofensywę, którą stosując właściwe proporcje można by porównać właśnie do „ofensywy Tet”. Kontrofensywa rozpoczęła się wraz z zapoczątkowaniem rządowych prac nad budżetem na rok 2007. Na czym mniej więcej polegała jego taktyka w okresie wcześniejszym? Odwołajmy się w związku z tym do doświadczeń wojny koreańskiej.

Wojna ta (wcześniejsza niż wietnamska) trwała krócej (3 lata) niż tamta. W istocie skończyła się zwycięstwem koalicji antykomunistycznej. Stosunek obu walczących stron był wyrównany i wynosił 1:1. Również, jak w przypadku wojny następnej, obie strony używały innych rodzajów broni oraz taktyki. Wojska koalicji antykomunistycznej oparły się na siłach szybkiego reagowania (marines) wspomaganych lotnictwem i marynarką wojenną. Z kolei, koalicji komunistycznej, w przeważającym stopniu używały piechoty, wojsk pancernych oraz oddziałów partyzanckich. Wojna koreańska toczyła się w podobnych warunkach terenowych co późniejsza, wietnamska. Jednak, inaczej niż w tym ostatnim przypadku, nie stanowiło to większej przeszkody dla sił koalicji antykomunistycznej, mimo że warunki terenowe przemawiały na korzyść wojsk koalicji komunistycznej. Dlaczego tak było w tym przypadku oraz co zdecydowało o zwycięstwie sił koalicji antykomunistycznej. Tym czymś była taktyka. Chociaż podobnie, jak w przypadku wojny wietnamskiej, siły komunistyczne stosowały zbliżoną taktykę (ataki dokonywane przez oddziały partyzanckie, wspierane wojskami sił sprzymierzonych), to ich wróg stosował taktykę o wiele racjonalniejszą. Mianowicie, m.in. polegało to na tym, że na podstawie uzyskiwanych (od miejscowej ludności koreańskiej) informacji wywiadowczych o lokalizacji newralgicznych (centra dowodzenia i łączności, magazyny uzbrojenia, amunicji, żywności itp., szpitale polowe itp.) punktów wroga planowano trójfazowe w nich uderzenia. Uderzenia takie wyglądały w ten sposób, że nad wytyczone miejsca nadlatywały dwie-trzy eskadry (tzw. kontroli taktycznej) szybkich i zwrotnych samolotów, które racami świetlnymi zaznaczały miejsca bombardowania. Taka operacja polegała na „cętkowaniu” albo inaczej – „oznaczaniu wroga” (spotting enemy). Tuż po zakończeniu oznaczania, rozpoczynała się faza II, tzn. nad wyznaczone miejsca nadlatywały eskadry bombowców, które dokonywały precyzyjnego bombardowania. Po tym następowała faza trzecia, tj. zajęcie zbombardowanego miejsca przez pluton wojsk marines.

Skrótowo przytaczam opis wojny koreańskiej, gdyż chcę pokazać, że przyjęta do lipca 2006 r. taktyka przez Jarosława Kaczyńskiego korzystała z tej, którą oddziały amerykańskie stosowały podczas tej wojny. „Interweniując” w 2005 r., w postaci nieznacznie wygranych wyborów parlamentarnych i wyraźnie wygranych prezydenckich, Jarosław Kaczyński wszedł, w obszar toczącego się konfliktu (bądź inaczej serii konfliktów) na krajowej scenie politycznej, ze sporymi siłami, doświadczonymi we wcześniejszych starciach, dowodzonymi przez doświadczonych dowódców liniowych, korzystając z dosyć sporego poparcia opinii publicznej (wyborców), podobnie jak siły koalicji antykomunistycznej podczas wojny w Korei były wspierane przez ludność cywilną. Dodatkowo jego siła uległa wzmocnieniu wskutek „zajęcia” przez jego brata tak poważnego „terytorium”, jakim jest Pałac Prezydencki. Można powiedzieć, że fiasko rozmów koalicyjnych z Platformą Obywatelską było dla Jarosława Kaczyńskiego tym samym, czym dla gen. Douglas’a MacArthur’a było przełamanie frontu na Półwyspie Koreańskim w, tzw. „worku pasuańskim”. Platforma i jej sojusznicy zostali zmuszeni do odwrotu. Jarosław Kaczyński miał oczyszczone przedpole.

W trakcie przełamywania owego „frontu” Jarosław Kaczyński zdecydował o wyznaczeniu Kazimierza Marcinkiewicza na pozycję, którą można porównać do głównodowodzącego operacyjno-taktycznych sił zbrojnych w obszarze działań wojennych. Sam zaś Jarosław Kaczyński zajął (jako szef partii) pozycję, można tak powiedzieć, szefa sztabu połączonych sztabów. Można bowiem sobie tak to określić, iż szef partii obejmującej stery władzy posiada taką mniej więcej pozycję, która umożliwia mu przede wszystkim planowanie i działania strategiczne, zaś pozostałe (tzn. taktyczne i operacyjne) niejako ceduje na pozostałe ośrodki dowodzenia w dalszym ciągu kontrolując ich wykonywanie. I tak premier, z poręki szefa takiej partii, zajmuje pozycję niejako głównodowodzącego sił operacyjno-taktycznych, podobnie jak pozostali szefowie stojący na czele pozostałych ośrodków „politycznego” dowodzenia (tzn. sejm i senat). Prezes Kaczyński miał wobec tego, jako zajmujący najważniejszą strategicznie pozycję „szefa sztabu połączonych sztabów” zdolność oddziaływania na inne ośrodki „dowodzenia”. Z tej pozycji mógł planować posunięcia strategiczne. Jednym z nich, moim zdaniem kluczowych, była zastosowana przez niego w tym okresie koncepcja działań o charakterze „znaczenia wroga” (jego „cętkowania”). W tym sensie, tak kształtował linię frontu, by dysponując różnymi siłami wbijać się jak najgłębiej w terytorium wroga. Z tym oczywiście, że jego ciosy nie były chaotyczne. Wiedział bowiem, gdzie znajdują się owe „pięty achillesowe” wroga, i na nich się koncentrował. Tak było w przypadku przejęcia kontroli nad Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, Instytutem Pamięci Narodowej, Narodowym Bankiem Polskim (i nadzorem nad systemem finansowym), służbami specjalnymi, Krajową Radą Sądownictwa, służbą cywilną itp. instytucjami. Wiedział doskonale, że to są newralgiczne miejsca, nad którymi trzeba przejąć kontrolę, względnie je „zneutralizować”, by osiągnąć trwałą przewagę strategiczną i zmusić wroga do wycofywania się i działań defensywnych. Tutaj, na tym polu, Jarosław Kaczyński odnosił sukces za sukcesem. Przypominało to bowiem działania wojsk amerykańskich w wojnie koreańskiej.

Załamanie moim zdaniem przyszło wtedy, kiedy Jarosław Kaczyński postanowił objąć pozycję „głównodowodzącego sił operacyjno-taktycznych” pozostając równocześnie „szefem sztabu połączonych sztabów”, jak również zmieniając charakter prowadzonych działań wojennych.

W pierwszym przypadku zajęty był jednocześnie planowaniem i realizowaniem działań strategicznych jak również operacyjno-taktycznych na frontowym polu dowodzenia. Obie te rzeczy zaczęły kolidować z działaniami pozostałych ośrodków dowodzenia (sejm, senat), nad którymi zaczął stopniowo tracić kontrolę. W konsekwencji pojawiać się zaczęły coraz poważniejsze konflikty pomiędzy tymi ośrodkami, których rezultatem była desynchronizonicja z działaniami o charakterze strategicznym. Z jednej bowiem strony Jarosław Kaczyński, jako szef rządu, występował wobec tamtych jako równorzędny głównodowodzący, z drugiej zaś, jako ten, który oddziałuje na tamte z pozycji głównego stratega. Doprowadziło to z czasem do „wymieszania się” niejako tych dwóch sfer dowodzenia i coraz szybszą utratę przez Jarosława Kaczyńskiego sterowności nad nimi. W efekcie tego Jarosław Kaczyński to, co należało traktować i interpretować, jako posiadające znaczenie zaledwie taktyczne (względnie operacyjne), zaczął interpretować jako posiadające charakter strategiczny, i na odwrót. Przykładem niech będzie słynny konflikt ze średnim personelem medycznym („białe miasteczko”), który, moim zdaniem, został przez Jarosława Kaczyńskiego źle oceniony. Personel ten, choć strategicznie wspierany przez siły wrogie rządowi Kaczyńskiego, wszedł z nim w konflikt, który cechował się „lokalnym”, taktycznym charakterem i można do porównać do zatargu wywołanego przez niewielki liczebnie oddział partyzancki. To właściwie był kolejny takiego typu konflikt, który personel ten ma z każdą ekipą rządzącą. Konflikt, który możliwy jest do rozwiązania za pomocą działań o zdecydowanie innym niż strategiczny charakterze. Jest to bowiem stały element uzyskiwania przez to środowisko medyczne takiej lub innej „siły przetargowej”, zaś reakcją na to winno być przystąpienie do negocjacji i wypracowanie jakiegoś programu naprawczego. Reakcja Jarosława Kaczyńskiego była jednak taka, jakby widział on w tym konflikcie następną z wielkich ofensyw o charakterze strategicznym prowadzonych przez siły mu wrogie. Chociaż, jak wspomniałem, personel ten cieszył się ich poparciem, to należało go „rozbroić” nie wskutek rozwinięcia silnego kontrnatarcia lecz taktycznego „związania” jego zdolności operacyjnej i wprowadzenie go na pole negocjacji. Jarosław Kaczyński zareagował jednak inaczej, tzn. podjął działania właściwe głównodowodzącemu sił operacyjno-taktycznych, zamiast działań odpowiednich pozycji szefa sztabu połączonych sztabów. Postępując w ten sposób użył sił niewspółmiernie większych niż wymagała tego sytuacja, skutkiem czego nastąpił wzrost sił wrogich po stronie opinii publicznej. Do szeregu błędów o charakterze taktyczno-operacyjnym doszły także nasilające się ataki pomiędzy trzema głównymi siłami koalicyjnymi, jak również na szczytach dowódczych wewnątrz „sił” pisowskich.

Z kolei w przypadku drugim, Jarosław Kaczyński, wskutek coraz bardziej zmasowanego natarcia sił wrogich, porzucił dotychczasową taktykę „cętkowania”, by rozwijając szereg frontów walki (np. media, różnorakie korporacje i grupy zawodowe, młodzież itp. itp.) zacząć prowadzić inny rodzaj walki niż pierwotnie. W tym kształcie zaczęło to coraz nosić charakter kontrataków wykonywanych przez wojska amerykańskie w schyłkowym okresie wojny wietnamskiej, tzn. wraz z prowadzeniem sporych rozmiarów ostrzeliwania się i bombardowania dwutorowo szły misje typu „wyczyść i utrzymaj”. W efekcie armia amerykańska coraz bardziej traciła zdolności ofensywne i mobilne. Podobnie było w przypadku całego okresu rządów Jarosława Kaczyńskiego. Można było odnieść wrażenie, że w coraz większym stopniu Jarosław Kaczyński postępuje bardziej jako głównodowodzący operacyjno-taktycznych sił zbrojnych niż jako szef sztabu połączonych sztabów, a zatem będąc bardziej uwikłanym w działania o charakterze taktycznym nie zajmuje się działaniami o charakterze strategicznym. Mówiąc prościej, sądzę, że utracił on zdolność zarządzania polem walki i precyzyjnego planowania kierunków głównych uderzeń. W tym sensie, można sądzić, że rozwój sytuacji wymknął mu się spod kontroli. Rozwinięta przez Platformę Obywatelską i jej sojuszników, swego rodzaju „ofensywa Tet” zaczęła przynosić pożądane rezultaty.

Pozostaje jednak w dalszym ciągu otwarte pytanie o to, kto był stroną silniejszą po 2005 r.? Czy dla Jarosława Kaczyńskiego i PiS była to „koalicja antykaczystowska”, tak jak siły Vietcongu podczas wojny wietnamskiej. Lecz, jeśli tak, to przecież doświadczenie historyczne z niej biorące się wskazuje, że liczebnie siły amerykańskie i sojusznicze miały przewagę. Czy też ową stroną strategicznie, taktycznie i operacyjnie silniejszą (przy porównywalnej liczebności obu walczących stron) były jednak siły „koalicji kaczystowskiej”, jak potwierdza to doświadczenie wojny koreańskiej? Bo przecież, warunki terenowe i rodzaj uzbrojenia tak naprawdę się nie zmieniły. Zadam może przewrotnie pytanie. Czy Donald Tusk był w świetle tego konfliktu tym, kim dla Amerykanów był gen. Mark Wayne Clark (ostatni głównodowodzący siłami amerykańskimi w wojnie koreańskiej), czy też Jarosław Kaczyński był tym, kim dla sił północnokoreańskich był gen. Vo Nguyen Giap? Ktoś bowiem tutaj był wyraźnie słabszy.


Las widzicie a drzew nie dostrzegacie.

29 Styczeń 2010

Dzisiaj, „the Day After”, tj. po rezygnacji przez Tuska z ubiegania się o prezydenturę, prawicowa blogosfera bezproduktywnie podnieca się bądź to analizowaniem jego „zmienników” bądź wnikaniem w powody rezygnacji bądź też reakcją platfusianych lemmingów bądź masą innych bzdetów z tym związanych. A ja mówię, las widzicie lecz drzew nie dostrzegacie. Parę słów o tym, co to jest strategia i taktyka.

Strategią nazywamy „dział sztuki wojennej obejmujący przygotowanie i prowadzenie wojny jako całości oraz jej poszczególnych kampanii i bitew.” (/red./ M. Szymczak, Słownik języka polskiego, 1996) Z kolei taktyka, to „1. sposób, metoda postępowania, mająca doprowadzić do osiągnięcia określonego celu; działanie według obmyślonego planu. (…) 2. część sztuki wojennej, obejmująca teorię i praktykę prowadzenia walki przez jednostki różnych rodzajów wojsk.” (tamże) Strategia, to las, zaś każde w nim drzewo i każdy krzak, to taktyka. Chcąc np. utrzymać zdrowy las, robi się wycinki, nasadzenia itp. Operując więc w zakresie poszczególnych, składających się na las, elementów bądź ich grupach, kształtuje się w ten sposób las jako całość. Można zauważyć, że Salon, Układ, neopeerel, jak zwał to zwał, realizując strategię przydaje prymat taktyce. Z kolei, tzw. „obóz IV RP” na pierwszym miejscu stawia właśnie strategię, zaś taktykę traktuje jako element uzupełniający. Moim zdaniem jest to błędne podejście.

„No dobra” – powiecie. „Co to ma wspólnego z tematem wpisu?” – dodacie. To ja powiem tak. Dla Salonu, Układu, neopeerelu itp. strategią jest, by prowadząc wojnę z, tzw. „obozem IV RP” – określanym inaczej jako „kaczyzm” – nie dopuścić do restauracji tego ostatniego. By to osiągnąć, Salon dysponuje niezbędnymi zasobami kadrowymi, finansowymi, organizacyjnymi oraz wiedzy, czego byliśmy świadkami podczas „Kampanii 21 października” lub ostatnich euro-wyborów. Zasoby te, ma się rozumieć, są racjonalnie i optymalnie wykorzystywane, tzn. ledwo co zużywane w trakcie „względnego” spokoju, natomiast błyskawicznie i intensywnie uruchamiane w momentach mających istotne znaczenie (kampania wyborcza, sytuacje konfliktowe, kryzysogenne itp.). Z czego bierze się błyskawiczne i intensywne uruchamianie tych zasobów? Myślę, że wynika to z planowania uwzględniającego różne warianty rozwiązań, skalibrowanego pod kątem nakładów kosztów i spodziewanych korzyści, obejmującego różne przedziały czasu, zakładającego pewną elastyczność, „obudowanego” procedurami awaryjnymi, ustrukturalizowanego według pośrednich i bezpośrednich związków pomiędzy poszczególnymi elementami bądź ich grupami. Planowanie takie podlega ciągłemu modyfikowaniu, testowaniu, okresowemu i wyrywkowemu weryfikowaniu, wreszcie analizowaniu pod kątem każdego zawartego w nim elementu, ich grupie (bądź grup) a także całości. Położenie nacisku w jednym miejscu ma czymś skutkować w innym, podobnie jest w przypadku poluzowania. Ułożenie poszczególnych elementów ma strukturę hierarchiczną, funkcjonalnie i logicznie powiązaną oraz zakładającą relacje pionowe i poziome. Właściwie można powiedzieć, że wyczerpuje to całość wiedzy z zakresu organizacji, zarządzania, projektowania i w pewnej części zagadnień logistycznych. Korzysta to także z dorobku nauki o organizacji i przetwarzaniu danych, informatyki i programowania, a także socjologii, psychologii społecznej, politologii i historii. Wszystko to jest podporządkowane formowaniu, organizowaniu, realizowaniu, weryfikowaniu i analizowaniu celów taktycznych. Ponadto, zawiera to relacje bez- i pośrednie wewnątrzśrodowiskowe (wewnątrzgrupowe) oraz międzyśrodowiskowe (międzygrupowe). Osią główną jest tutaj taktyka. To z niej mają brać się działania uwzględniające krótką, średnią i długą perspektywę czasową. Każdy przejaw przypadkowości jest minimalizowany, względnie neutralizowany. Zresztą jego pojawienie się jest również wnikliwie badane. Tyle można by rzec teorii.

Jak to wygląda w praktyce? I tutaj wróćmy do rezygnacji Tuska z ubiegania się o fotel prezydenta. Z perspektywy PiS’u decyzja taka jawić się może jako niedorzeczna, więcej, jako szaleństwo. A jak to mówią, „W tym szaleństwie jest metoda.” Zaś to ostatnie, to, jak widzieliśmy w przytoczonych definicjach, jest emanacją taktyki. Niedorzeczność, rejterada, błąd daje się już usłyszeć i przeczytać. Błąd, ma się rozumieć, Platformy Obywatelskiej lub neopeerelu jako całości. Co w związku z tym myśli o tym Mistrz? Zobaczmy. Wódz winien zachować najdalej idącą ostrożność wobec oczywistych błędów, niby przypadkiem popełnianych przez wroga. Za błędami takimi kryje się zawsze podstęp, gdyż jasne jest, że ludzie nie mogą być tak bardzo nierozważni. Jednakże często się zdarza, iż żądza zwycięstwa zaślepia dowódców, którzy dostrzegają to, co wydaje się im korzystne. (N. Machiavelli, Rozważania, ks. III, rozdz. XLVIII). „Las widzicie, a drzew nie dostrzegacie.”, zda się więc mówić Florentczyk. Dlaczego? Otóż sądzę, że Salon, Układ, neopeerel postanowił przeprowadzić pewne przegrupowanie. Wycofując Tuska z tej rozgrywki na osiem miesięcy przed pierwszą turą zyskuje w ten sposób miejsce do precyzyjnego plasowania „zmiennika”. Jednocześnie „zdejmując” w ten sposób z pierwszej linii głównodowodzącego niejako „oślepia” wojska przeciwne, gdyż te, nie wiedząc kto w rozstrzygającym momencie stać będzie na czele wrogiej armii, mają utrudnione zadanie wywnioskowania jej planów. Do czasu, kiedy Tusk był kandydatem w wyścigu o prezydenturę, możliwe było w miarę precyzyjne wnioskowanie o sposobach realizowania przez niego planu głównego. Teraz jest to utrudnione, gdyż jego „zmiennik” może bądź to realizować plan swojego poprzednika bądź wprowadzić swój własny, którego przeciwnik nie mógł się wcześniej domyślić. Można oczywiście przypuszczać, że „zmiennik” został już przygotowany, wyposażony w plan realizacyjny oraz przeznaczony do wejścia „w bloki startowe” w momencie, kiedy Prawo i Sprawiedliwość nie będzie już miało czasu na przygotowanie i wdrożenie kontr-planu. Nie można również nie zakładać, że przeciwny PiS’owi obóz nie przeprowadzi zmasowanej kampanii promocyjnej na rzecz „zmiennika”, która przytłoczy kontr-kampanię PiS’u.

„Zmiennik” będzie traktowany jako coś wyjątkowego, nadzwyczajnego, z misją i wizją. Jako coś nowego, świeżego, mimo że realnie tak wcale być nie musi. W zasadzie można by się spodziewać tego całego arsenału tricków, gagów, technik, metod, scenariuszy itp., które zostały użyte w dwóch kampaniach Kwaśniewskiego. Według sztampy, „Dla każdego coś miłego” (oferta dla feministek, kochających „inaczej”, budżetówki, biznesmenów, gospodyń domowych, różnych grup zawodowych, pracowników najemnych). Jest nieomal oczywiste, że będzie to zmodyfikowane i przykrojone do dzisiejszych realiów. Odwoływać się to będzie do dzisiejszych obaw, pragnień i dążeń Polaków. Dystansować się to będzie od skompromitowanych rządów Platformy, , by w ten sposób propagandowo zapewnić „neutralność” nowemu projektowi przy jednoczesnym zwalczaniu „kaczyzmu”. Sądzę, że Salon, Układ, neopeerel będzie chciał „zmiennikowi” zapewnić kampanię będącą pewną syntezą kwaśniewskomanii, obamomani i tuskomanii z czasów wcześniejszych. Ma się rozumieć, że będzie rąbana melodia na nowoczesność, „europejskość”, demokratyzm, wybierania przyszłości, reformizm i ogólnie „kochajmy się”. Kampania na „zmiennika” dostanie całą masę czasu antenowego (w telewizjach i radio), szpalt w gazetach, promocji na portalach internetowych, wsparcia bezliku grup wolontariuszy etc. etc. Właściwie, to wszystko jest znane.

Cóż zatem powinno robić PiS i jego sympatycy? Moim zdaniem powinni przebudować proporcje zainteresowania tym, jaki obecnie jest stan po stronie Salonu, Układu, neopeerelu etc. etc., w kierunku zwiększenia obecności na własnym polu. Nie mówię, rzecz jasna, by tamten obszar porzucić i przestać się nim zajmować. Oczywiście dalej należy go „monitorować”, jednak roztrząsanie tego, kto będzie „zmiennikiem”, dlaczego Tusk zrezygnował, jaka była reakcja platfusowych lemmingów itp., oznacza pozostawanie cały czas na polu przeciwnika. A nie jest to dogodna pozycja do rozwijania własnej taktyki, planowania uderzeń, kontruderzeń, kamuflażu itp. Tamtych to mniej interesuje to, kto będzie „zmiennikiem”, mimo że bezustannie w mediach ten temat jest eksploatowany, byleby ochronił salonowe „zdobycze”. Zajmowanie się zaś tym ze strony PiS’u i jego sympatyków jest mimowolnie robienie Salonowi kampanii i pośrednim wspieraniem któregokolwiek z hipotetycznych „zmienników”. PiS oraz jego sympatycy powinni więc więcej czasu, którego coraz mniej, poświęcać na promowaniu naturalnego kandydata tego ugrupowania i/lub jego ewentualnego „zmiennika”. Najistotniejsze jest w związku z tym jak najintensywniejsze uprawianie własnego „ogródka”, gdzie i jak się da go powiększanie, by prowadząc kampanię pozytywną nie dać się wciągnąć w kampanię negatywną, w prowadzeniu której obóz przeciwny jest znacznie lepszy. Jest to bowiem narzucenie sobie stylu dyktowanego przez przeciwnika. Skutkiem tego może być zamotanie się we własne nogi i potknięcie się, co bezlitośnie będzie przez niego wykorzystane. PiS oraz jego sympatycy powinni przyjąć postawę, „Problemy tamtych, to ich problemy. My mamy własne sprawy.” i te ostatnie konsekwentnie, metodycznie, systematycznie, logicznie i w sposób zorganizowany rozwiązywać. To moim zdaniem oznacza to „przebudowanie proporcji”. Reasumując, PiS oraz jego sympatycy, czy też ogólnie szeroko rozumiana prawica, powinni myśleć kategoriami operacyjno-taktycznymi, tzn. zejść z poziomu ogólnie pojętej strategii, by zacząć dostrzegać właśnie pojedyncze drzewa i krzaki. W przeciwnym razie, po raz kolejny prawica da się wpuścić w – nomen omen – maliny.


Prawica krajowa bezjajeczna.

26 Grudzień 2009

Nie, nie będzie o Świętach, o Napisie i o wielu pewnie rzeczach. Będzie natomiast o mojej konstatacji smutnego faktu, który ująłem w tytule niniejszego wpisu. Bo też skąd się ona wzięła w radosnym okresie karnawału? Stąd mianowicie, że czytając w świątecznej „Rzeczy na Święta” „Rzeczpospolitej” znakomitą charakterystykę stacji Fox News Jacka Przybylskiego, pt. Konserwatywny głos Ameryki, nie sposób nie dojść do wniosku, iż nie jest to historia, która mogłaby być pisania na jakąkolwiek rodzimą miarę środowisk prawicowych.

Charakterystykę medialnej broni konserwatystów Przybylski zaczyna od skarżenia się przez Baracka Obamę na jedną ze stacji telewizyjnych twierdzącego, że Jest jedna stacja telewizyjna całkowicie oddana atakom na moją administrację. Czy czegoś nam to Szanowni Państwo nie przypomina? Czyż właśnie nie coś takiego dało się ciągle słyszeć w schyłkowym okresie rządów Prawa i Sprawiedliwości a i również wtedy, kiedy ono utraciło władzę? Ileż to razy z ust Jarosława Kaczyńskiego i pozostałych liderów PiSu mogliśmy coś podobnego usłyszeć lub przeczytać? Raz, dwa czy też może więcej razy? Była tego cała masa. Nieprawdaż? Jednak mimo to amerykański prezydent ani nie zamierza ustępować z urzędu ani skracać kadencji tamtejszego parlamentu zważywszy na to, że poza tym, iż jest on głową państwa to jest jeszcze szefem rządu. A o tym ostatnim to najczęściej się zapomina.

Obama robi wszystko, co jest całkowicie niepopularne, i to praktycznie rzecz biorąc od pierwszego dnia swojego „premierowania”, jednak nie poddaje się krytyce, która, jak pisze Przybylski, ma największą widownię w, tzw. prime time. J. Kaczyński, podobnie zresztą jak Obama, mógł się cieszyć, oczywiście mając na względzie stosowne proporcje, większością w obu izbach parlamentarnych oraz bardzo silną, agresywną, opozycją. A przecież amerykańska Partia Demokratyczna to też nie jest monolit, w którym nie ma podziału na frakcje. Wiem, wiem, słusznie Państwo mówicie, że Obama nie musi borykać się z „przystawkami”, które wiadomo, że to i tamto. Lecz czyż John McCaine mógłby mieć lżejszą sytuację w rządzeniu, gdyby to on wygrał wybory rok temu, zaś Republikanie objęliby większość w obu izbach? Osobiście w to wątpię, gdyż CNN, CBS, ABC, NBC, „New York Times”, „Washington Post”, „USA Today” i wiele innych lewicowych mediów by się o to postarały, by nie było inaczej. Bo też trzymając się właściwych proporcji i analogii sama Fox News, tj. swego rodzaju polska TVP z czasów prezesury Wildsteina (zaś na pewno nie Urbańskiego), wiele McCaine’owi pomóc by nie mogła. I nie ma się co łudzić, że byłaby to łatwa prezydentura. Bo też towarzyszyłoby jej ogromnie mnóstwo problemów wewnętrznych i zewnętrznych, które wszystkie razem jak i każdy z osobna byłyby ogromnymi polami minowymi, by wymienić kilka z nich choćby takie, jak: potężniejące zadłużenie i deficyt budżetowy, kryzys na rynku finansowym, wzrastające bezrobocie, fatalny stan służby zdrowia i oświaty, pogarszająca się sytuacja w systemie emerytalnym, narastająca przestępczość, problemy z imigrantami, spowolnienie gospodarcze, wojny w Afganistanie i Iraku, osłabienie pozycji w Europie, trudne stosunki z Rosją, wspomaganie Izraela i wiele, wiele innych. Każdy z tych problemów, to dla lewicowych mediów są przecież znakomitymi samograjami, które można wykorzystywać przeciwko rządzącej ekipie. Obama zaczyna to coraz bardziej odczuwać, mimo że jest ciągle wspierany przez armię przychylnych jemu mediów. Jak podają Raporty Rasmussena (Daily Presidential Tracking Poll) tylko 27 proc. krajowych wyborców silnie aprobuje sposób, w jaki Barack Obama sprawuje urząd prezydenta, podczas gdy 43 proc. wypowiada się na ten temat negatywnie. Całkowity zaś elektorat negatywny Baracka Obamy wynosi 56 proc. Nieco lepsze wyniki obrazuje sondaż Gallupa dający Obamie 47 proc. poparcia, przy 44 proc. wskazań negatywnych. Rok wcześnie jego wygrana wynosiła blisko 53 proc., z kolei w lutym br., w szczytowym okresie popularności, amerykański prezydent notował blisko 70 proc. poparcie oraz kilkunastoprocentowe wskazania negatywne. Można złośliwie powiedzieć, że dla prezydenta Demokratów w istocie nastąpiła owa „Change” głoszona jako leitmotiv całej kampanii wyborczej.

(źródło: Daily Presidential Tracking Poll)

Ależ Prawu i Sprawiedliwości marzyłoby się, gdyby podobne rezultaty miał Donald Tusk. Jednak, jak na ironię one są faktycznie podobne, tylko że „inaczej”. Wszak to premier polskiego rządu w dalszym ciągu utrzymuje przewagę elektoratu pozytywnego, albo inaczej, „dodatnio negatywnego” w relacji do analogicznego rozkładu poparcia, który reprezentował (i dalej reprezentuje) Jarosław Kaczyński. Dlaczego? Ano sądzę, że dlatego, iż w Polsce nie ma, stosując właściwe proporcje, podobnej do Fox News stacji telewizyjnej, która mogłaby pracować na rzecz szeroko rozumianego środowiska polskiej prawicy sensu largo, zaś dla PiS sensu stricte. Mówiąc inaczej, J. Kaczyński ma może dobre mapy i plany sztabowe, mniej lub bardziej wyszkolone „wojsko”, lecz nie posiada „uzbrojenia”, którym mógłby je wyposażyć. Ale, zaraz, zaraz, powolutku…. Czyż może Fox News, to własny „produkt” Republikanów? Jak o tym pisze Przybylski? Sprawdźmy. No nie, to przecież jest niejako „prezent” Dobrego Wujka zza Oceanu, bo aż z Australii, który swoją „broń dalekiego zasięgu” skonstruował całkiem nie tak dawno.

Jak to się zatem działo, że przez długie dekady Republikanie wygrywali i Biały Dom i Kapitol bez takiego „uzbrojenia”? Stawiając to pytanie trzeba zrobić mały wyjątek na kampanię i prezydenturę Ronalda Reagana, gdyż on spośród wielu swoich atutów dysponował też takim, że środowisko mediów znał doskonale i wiedział, jak się w tej „dżungli” poruszać. Wykorzystywał on również swoje zdolności aktorskie, które pomagały mu w budowie wizerunku zarówno jego samego jak i jego administracji. Biały Dom oraz Kapitol Republikanie wygrywali stosunkowo łatwo. Kiedy Nixon, Reagan i Bush senior obiecywali dekomunizację, to była ona rzeczywista. Kiedy obiecywali niższe podatki, to one takie były. Kiedy obiecywali wspieranie przedsiębiorczości, to to miało miejsce. Kiedy obiecywali walkę z biurokracją, to była ona nie tylko deklaratywna. Kiedy obiecywali zmniejszenie przestępczości, to tak się działo. Kiedy obiecywali poprawę w oświacie, ochronie zdrowia, systemie emerytalnym, wymiarze sprawiedliwości, to nie były to puste deklaracje. Itd. itd. itd. I tak, Amerykanin na co dzień nie zajmujący się polityką, głosował na nich oraz na ich partię. I działo się to jeszcze w czasach „przedpotopowych”, tj. jeszcze wtedy, kiedy telewizja nie miała takiej siły „rażenia”, jak jest obecnie. No tak, ależ oczywiście, że wiem, iż to media „wysadziły z siodła” Nixona, jednak nieomal tak samo stałoby się i przypadku Clintona. Tak na marginesie to zastanawiam się, czy Michał Boni, przed kamerami telewizyjnymi przyznając się do pewnej swojej „wstydliwości” nieomal się przy tym nie rozpłakując, nie popełnił był swego rodzaju „plagiatu” sięgając po rodzaj perswazji, który wcześniej został wypróbowany przez „swojskiego chłopaka” z mieściny Hope w stanie Arkansas. Ale odłóżmy te sztuczki na bok. Widać zatem, że łaska pańska, tj. mediów, na pstrym koniu jeździ. O czym Donald Tusk zaczyna dopiero się już przekonywać, Barack Obama zaś jeszcze o tym nie wie, z kolei Jarosław Kaczyński tak jakby tego nie za bardzo rozumiał.

I tutaj powoli wchodzimy na krajowe podwórko, choć jeszcze tu i ówdzie wyskoczymy na amerykańskie. Jeszcze chwileczkę pozostańmy przy tym ostatnim. Amerykańska prawica się mówi. Mówi się tak, podobnie jak całkiem nie do końca zasadne jest utożsamianie PiS z całością polskiej prawicy. W Stanach bowiem „po prawicy siedzą”: Republikanie (ok. 55 mln. zarejestrowanych członków), Constitution Party (ok. 360 tys. członków), American Party, America First Party, America’s Independent Party, American Conservative Party, Conservative Party USA oraz pomniejsze na poziomie ogólnokrajowym jak i stanowym. Przegląd zresztą amerykańskich partii prawicowych nie jest całkowicie doskonały, gdyż szereg tamtejszych partii, ruchów, stowarzyszeń itp. naturalnie ze sobą konkurują na poziomie ideologicznym, programowym oraz historycznym, przechodząc różnorakie przeobrażenia (jak np. łączenie się, powstawanie odrębnych organizmów, wyrastanie nowych ze starych), co w pewnym sensie pokazuje podobieństwa do polskiej sceny prawicowej. W Stanach za partie o charakterze prawicowym uchodzą te, które odwołują się do tradycji konserwatywnej jak i te, które z nią są w rozdźwięku, mimo że nie utożsamiają się z lewicową bądź liberalną stroną sceny politycznej. Samo sformułowanie „liberalizm” ma inne niż w Europie znaczenie, albowiem w Stanach oznacza on formę łagodnego socjalizmu. Liberalna jest wszak Partia Demokratyczna, i ona jest utożsamiana z nurtem lewicowym. W europejskim rozumieniu – socjaldemokratycznym. Są natomiast w całym amerykańskim prawicowym „planktonie” różnorakie organizmy o libertariańskim charakterze, jeśli chodzi o kwestie społeczne i gospodarcze, przy czym całkowicie konserwatywne mając na względzie przywiązanie do tradycji, wartości i, tzw. „dziedzictwa”. To zaś, ma się rozumieć, nie przeszkadza tam wcale w tym, by pomiędzy sobą toczyć zażarte boje o „stopień prawicowości w Prawicy”. Ileż to razy Bush junior był krytykowany przez Pata Buchanana, bodajże najważniejszego lidera amerykańskiego ruchu, tzw. paleokonserwatywnego, za niedostatek prawicowości? Ileż to razy neokonserwatyści z Partii Republikańskiej pomniejsze formacje prawicowe oskarżali szkodzenie tamtejszej prawicy? Mimo to amerykańska prawica jest w Stanach bardzo widoczna, zaś dosyć często sprawuje realną władzę. Wiem, wiem, zaraz przeczytam, „Weź MF koło i puknij się w czoło”, bo też i wielowiekowa tradycja, i też długi proces ucierania się tamtejszego dwupartyjnego systemu, bo też to, sio i owo. I w rzeczy samej dobrze, aczkolwiek to o Konstytucji 3.majowej się mówi, że była drugą po amerykańskiej tak na wskroś demokratyczna, że inne państwa mogłyby się od nas wielu rzeczy uczyć. Co racja, to racja. Jednak późniejsze doświadczenia historyczne nie unieważniają tego, że o polskiej prawicy można mówić w kategoriach „tu i teraz”. A z tym nie jest najlepiej.

Wobec powyższego wracamy na krajowe podwórko. No mieć taki instrument jak Fox News, to zapewne polskiej prawicy marzyłoby się szalenie. A przecież Przybylski pisze, że stacja ta w USA nie miała lekkiej, łatwej i przyjemnej drogi do osiągnięcia takiej pozycji, jaką zajmuje. Ale… Czyż na polskiej prawicy nie znalazłby się ktoś, kto mógłby gdziekolwiek na świecie poszukać takiego Dobrego Wujka zza Oceanu, by ten w Polsce założył imperium pracujące na jej rzecz? Wiem, wiem, rozumiem, że łatwiej było się dogadać anglojęzycznym Republikanom z anglojęzycznym Dobrym Wujkiem, Rupertem, który coś już w Polsce próbował. Jednak skoro nie dało się z nim dogadać, to może należałoby spróbować z kimś innym tylko, że mówiącym po polsku. Wszak jest cała ogromna Polonia rozsiana po świecie, a jeszcze i ci, którzy aczkolwiek nie są Polakami, to mają jakieś polskie korzenie. Racja, zapomniałem jeszcze o jednym. Mianowicie o tym, że w Polsce prawica się dalej „liczy” i ustala, która z nich jest bardziej prawicowa niż…. Telewizja Familijna przeszła bokiem, TV Puls też okazała się mało udanym przedsięwzięciem, nawet TV Trwam, jako stacja prawicowa, nie jest w stanie wykopać się spoza swojej niszy. Niestety, ale nawet TVP nie dało się „sprawiczyć”, skoro hitami są tam ciągle „Czterej pancerni i pies”, „Stawka większa niż życie” i podobne telewizyjne „dinozaury” z telewizyjnej epoki lodowcowej, tj. z czasów PRL’u. I jakoś to nikomu wcale tam nie przeszkadza.

Rodzima prawica ma, jak widać, poważne problemy, by się odnaleźć na medialnym polu. Czego rezultatem jest to, że nie dość, że nie buduje własnych mediów, to nie jest w stanie zrozumieć, że bez nich poszerzenie bazy wyborczej będzie ciągle niedościgłym marzeniem. A wreszcie, to nie chodzi wyłącznie o media (prasę, radio, telewizję i Internet). To jest również kwestia formowania własnych „czołgów myśli”, niezależnych od lewicowych i liberalnych agencji socjometrycznych, firm promocyjnych oraz całego tego zaplecza i instrumentarium, które pracowałoby w obrębie socjotechniki. Czasy bowiem „chałupniczej” polityki już dawno odeszły i raczej nie wrócą, gdyż nie wystarcza mieć rację lecz ją udowodnić. A najlepiej się to robi na własnym poletku, na własnych zasadach i z własnym zapleczem instytucjonalno-organizacyjnym. Same sztaby partyjne i kilka stron internetowych to zdecydowanie za mało. Tym bardziej, że sztaby te aktywizują się dopiero na czas wyborów, co jest zdecydowanie za późno, bo one powinny pracować przez całą kadencję. Z kolei strony internetowe, to w znacznym stopniu gadżety, które nie mogą zastępować roboty w innych socjotechnicznych sektorach. I jak to jest, że nawet taka konserwatywna siła, jaką jest amerykańska Partia Republikańska, to już dawno zrozumiała, zaś w Polsce, to z takim trudem się przebija? Zaś gdybym mógł jeszcze coś podpowiedzieć, to proszę bardzo. Na stronie Starej Wielkiej Partii nie znajdziemy całej tej plejady różnych prezesów, wiceprezesów, sekretarzy generalnych, zarządów, komitetów politycznych, rad, nie-rad etc. Znajdziemy natomiast masę użytecznych narzędzi, dzięki którym członkowie i sympatycy Partii Republikańskiej mogą nawiązywać ze sobą kontakty, podejmować wspólnie jakieś inicjatywy lub przedsięwzięcia, prowadzić dyskusje itp. Dlaczego? Mianowicie dlatego, że GOP jest partią ludzi równych, którzy złączeni są wspólną wizją celów do osiągnięcia a nie takim lub innym emploi takich lub innych liderów. Ci zaś na co dzień pokazują się w Fox News Channel, rzeczywista zaś robota partyjna ma miejsce na samym dole. No tak. Jest więc tutaj jeden drobny „myk” polegający na tym, że tamtejsi liderzy Partii Republikańskiej mają się gdzie pokazywać, zaś polscy politycy prawicowi są jakby bezustannie na „gościnnych występach” w mediach, które nie są po to, by ich pieścić i hołubić. „Jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz.”


Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.