„A na drzewach zamiast liści….”

30 Maj 2014

czyli s***nie w banie i tak już zostanie.

Przychodzą takie nieraz momenty w życiu, że człowiek traci wiarę i nadzieję. Że, gdy się rano obudzi, wstanie, umyje, ubierze, zje śniadanie… i włączy telewizor, radio lub komputer, to się dowie…, że jest już po przełomie. Przesileniu. Że racje, w które on silnie wierzył i którym ufał, wzięły górę. Że znieprawienie i zaprzaństwo gdzieś tam sobie precz poszło i nastał czas, w którym krzywdy zostały nazwane, rozliczone, ukarane…. Że jakieś siły złe, nieczyste, haniebne i plugawe zostały pokonane. Że swojemu dziecku i wnukom będzie mógł godnie i śmiało spojrzeć głęboko w oczy a nie uciekać w popłochu wzrokiem z poczuciem jakiegoś wstydu, zażenowania i… kompromitacji. Że teraz właśnie, gdy nazwano zło złem a dobro dobrem, to dopiero wtedy będzie można zacząć budować jakąś nową rzeczywistość. Że winni zbrodniom usłyszeli „winny”. Że….

Tak sobie nieraz właśnie człowiek o tym wszystkim myśli i codziennie uświadamia sobie swoją dziecięcą naiwność. Bo też na przykład teraz, gdy od tygodnia trwają wice w związku ze śmiercią i pochówkiem sowieckiego namiestnika, to człowiekowi ciągle w uszach dzwoni to „A na drzewach zamiast liści….” I co? I nico. Bo nawet Kościół zachował się politycznie poprawnie, czyli po linii i na bazie…. Że o państwowych władzach, to już nie ma co mówić, one stoją tam, gdzie dawniej stało…. Gdzieś tam ledwie co dało się usłyszeć anemiczne głosy protestu jakichś Bardzo Ważnych Ludzi, może kilkaset, może tysiąc bądź dwa tysiące sobie pokrzyczało, pogwizdało, pobuczało…. I dalej nico. Weekend przyszedł… trzeba pomyśleć o chabaninie na grilla, a tak w ogóle, to… ciepła woda w kranie leci… a wieczorem w telewizorniach poleci stany zgrany schemat – Ten zabłąkany może Konrad Wallenrod, postać dramatyczna, sama kiedyś tam skrzywdzona, ale i heroiczna i dalekowzroczna, otoczona w swojej ostatniej drodze przez zbolałych żałobników… Ojciec Kompromisu…, a… na drugim biegunie zdziczała, rozszalała prawica, pewnie rządne krwi pisiory, ekstremiści, wyrostki i zadymiarze…., bo o łysym, osiłku w moro i bejzbolówce, prowokatorze odciąganym przez funkcjonariuszy (?) w skórzanych kurtkach, to się pewnie reżymowe media nie zająknął…. I się pojawią… boleściwe mordy niedolustrowanych lub niezlustrowanych…. Spokojnie, Kaczafiego też w to wkręcą, bo… że szargając pamięć milczał lub że nie potępił „wichrzycieli” i „warchołów”. Wszystko będzie…, stara, sprawdzona urbanowska szkoła demagogii, cynizmu, fałszu, obłudy, hipokryzji i zakłamania, uprawiana przez resortowe dzieci już drugą dekadę…. pod parasolem i za parawanem Właśnie Zmarłego i tego drugiego, co to nie ma tyle krzepy by dojść do sali sądowej a ma siłę na byczenie się na plażach egipskich i na lansowanie się w „zaprzyjaźnionych telewizjach”. Eh… aż się mdło robi i się zbiera na wymioty.

Ale… ale czy przesilenie przyjdzie, bo o tym chyba tu mowa? Cóż, myślę, że próżne to nadzieje. Bo, co? Bo, znowu ruska maszynka „wymiksowała” z urn PiS i – według pewnej byłej poseł – „przypadkowe społeczeństwo” przeszło nad tym do porządku dziennego. Jakiś „Majdan”? A…, tak, to ten od Dody Elektrody, myśli sobie statystyczny elektorat. Zblatowane, zglajszachtowane masy, jak siedziały cicho, tak siedzą dalej…. a kawiarniana opozycja i kawiarniani rewolucjoniści przestawiają sobie te wirtualne dywizje, które jakoby rządzących mają już, już… wywieźć na taczkach. Kandydaci na wodzów „Majdanu” właśnie biegają po butikach i dobrych sklepach w poszukiwaniu dobrych i luksusowych walizek, garniturów, butów, krawatów…, w których pojadą do Brukseli, by jakoby… tam od wewnątrz dokonać tego przewrotu. A i tak, gdzieś tam na boku, gdzie może mniej będzie kamer i aparatów fotograficznych wścibskich papparazzi, ze swoimi „śmiertelnymi” (hihi) wrogami gdzieś tam w jakimś pubie, restauracji, knajpie przy drogim winie lub czymś mocniejszym, będą nabijali się w kułak, jak to wykiwali swoich wyborców… bo mądrość etapu. Żadne wielkie halo przecież każdy powie, bo… bo co to wielkie oj tam, oj tam, wszak ważne, by się pięknie różnić. A „Człowiek Honoru” poszedł już do piachu i się zza grobu rechocze, jak to 38 milionów udało mu się wyrolować. Włącznie z, a może przede wszystkim tych, którzy najgłośniej pokrzykiwali i pokrzykują, że „A na drzewach zamiast liści….”, bo jak zapowiadał, że go Historia rozliczy, to tak się stało. Ale, halo, halo, przecież solennie się zarzekał, że „No, niech mnie tylko spróbują tknąć, to aureolki zaczną spadać.” No, to wszelaki konfidencki płaz mniejszy i większy w lot paniał wskazówki swego pana, bo… taka… mądrość etapu.

I żadnych, to powiedzmy sobie wyraźnie i dokładnie, żadnych to rozliczeń nie będzie, jak ich nie było i nie ma. Żadnego „A na drzewach zamiast liści…”, żadnego „raz sierpem, raz młotem….”, bo… nie ma i nie będzie do tego klimatu. Ilu to musiało tych z tymi aureolkami, no również tych jakoby zacnych (może i nawet po prawej stronie także) właśnie odetchnąć, że Spawacz o nich zabrał tajemnice do grobu? Ilu z nich ma też tę nadzieję, ze drugi generał uczyni tak samo? Bo też, ile to znajomości, przyjaźni, dobrych układów by się załamało i poszło precz, gdyby… się wydało. Że ten zacny pan, któremu całe życie czapkowaliśmy, to się okazał tak naprawdę kanalią, szumowiną, łachudrą…. A może tym zacnym panem, był nasz dziadzio lub stryjek kochany… lub serdeczna ciotka…. Bądź ten odwieczny przyjaciel ze szkoły podstawowej, średniej…, któremu najgłębsze nasze sekrety (w tym i sercowe) żeśmy w konfidencji powierzyli… a czego ślady są w ubeckich szpargałach. Żadne „a na drzewach….” Bo albo się tym łudzimy albo jesteśmy łudzeni…. Ba, nieraz można nawet pogadać z różnymi naszymi znajomymi i/lub sąsiadami, o których wiemy, że są „po naszej stronie”, o tym… „jak to jest”. I momentalniey, z met, nagle się orientujemy, że właśnie czas rozmowy się skończył, każdy ma cos do załatwienia, ważne są sprawunki i „nie mam już czasu”, a tak w ogóle, to „co ja mogę?”, „nie mam na to wpływu”, „”oni nas rozrabiają” i… dalej powtarzanie tego, co się usłyszało w Zacnym Radio lub przeczytało w Zacnej Gazecie.

A bo co? A bo oby wywracać przyszłość swoich dzieci i wnuków oraz ich życie? Przecież tyle kompromisów się po drodze zrobiło, z tyloma rzeczami się pogodzono, tyle razy się dobrą minę do złej gry robiło, że teraz ważna jest ta… nasza mała stabilizacja. Bo za jakie racje iść na barykady, robić rewolty, powstania, „Majdany”…, wywozić szubrawców na taczkach? Skoro i tak ważny jest codzienny kefir do bułki i plasterek sera lub szynkowej. A i tak strach jest dostać od zomowca, pardon policjanta, pałą czy poczuć gaz łzawiący. Co najwyżej oglądając wieczorem Dziennik Telewizyjny, pardon jakieś „Wiadomości” czy jak się to teraz nazywa, do telewizora się krzyknie „złodzieje!”, „mordercy!”, bądź w sklepie lub na ulicy się z sąsiadem (niedolustrowanym lub niezlustrowanym) pogada, że „No, wie pan, jest tak źle, bo to i to….” Żadnego wywożenia na taczkach nie będzie. A młodzi? Mają pokaz fontann, Masy Krytyczne, Openery, luz, blues i zabawa… i bekę z moherów. Nawet śmieciówki i kredytowe chomąto ich nie uwierają. Co najwyżej, to na rzeczywistość to sobie obluzgają w komórce w na portalu społecznościowym lub ćwierkaczu. Żadnego, „A na drzewach zamiast liści…” nie będzie. Wszak Generał to dla młodych to ten odważny, który wziął za mordę mohery….

Polisa bezpieczeństwa czerwonej soldateski leży tam, gdzie nikt jej nie ruszy, bo ktoś w końcu ten Historyczny Kompromis żyrował. Dajcie sobie spokój z tymi wirtualnymi „Majdanami”.


No i skąd to zdziwko?

8 grudnia 2012

Właśnie serwisy agencyjne podały, że Biały Dom tak w zasadzie petentom, apelującym o wstawiennictwo amerykańskiej administracji w sprawie powołania międzynarodowej komisji, mającej zbadać katastrofę smoleńską, pokazał dyplomatycznie drzwi.

Chodzi o komunikat: W odpowiedzi na państwa petycję zwracamy uwagę, że zarówno władze Polski, jak i Rosji przeprowadziły własne dochodzenia. Prowadząc je, Polska i Rosja zgodziły się na przestrzeganie zapisów konwencji o międzynarodowym lotnictwie cywilnym, która ustala standardy i zalecane praktyki w śledztwach dotyczących cywilnych katastrof lotniczych. Oba kraje opublikowały wyniki swoich dochodzeń. No i tak w zasadzie to zero zdziwień. Bo też i dlaczego? Można by spytać.

Czy dla Amerykanów jesteśmy równorzędnym partnerem do rozmów o czymkolwiek? Czy w czymkolwiek oni zależni by byli od nas? Czy dla nich ważniejsze są ich interesy geostrategiczne czy nasze? Czy…. Takich „czy” można by postawić jeszcze więcej. I każda na nie odpowiedź będzie sprowadzała nas względem USA do rzeczywistych rozmiarów. Bo też po co im znosić nam wizy, skoro wiadomo, że to oni dyktują swoje warunki. Bo też po co im przekazywać nam najnowocześniejsze technologie (w tym militarne), skoro nie każdy ich sojusznik może o tym pomarzyć. Bo też nie posłanie im naszego rekruta na kolejną ich ruchawkę wojenną może skończyć się falą deportacji z Jackowa. Bo też ich prezydent, gdy udaje się do Moskwy, to wcale nie musi robić międzylądowania w Warszawie. Bo też…, bo też…, bo też…. A tutaj znowu lament, że Wujek Sam znowu nas zawiódł, choć tak właściwie to byliśmy pewni innej jego decyzji. Nie, on nas nie zawiódł lecz znowu pokazał, że szanuje wyłącznie tych, którzy się sami szanują. I na tym ostatnim stwierdzeniu, myślę, zawieszone są realne szanse Polski, a szczególnie części tych Polaków, którzy domagają się gruntownego wyjaśnienia tego co wydarzyło się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 r.

 Bo czy będziemy się szanować i nie chodzić do McDonalds’a?

Bo czy będziemy się szanować i nie kupować Coca Coli i Pepsi Coli?

Bo czy będziemy się szanować i nie będziemy korzystać z Internetu?

Bo czy będziemy się szanować i nie będziemy chodzić na amerykańskie produkcje filmowe?

Bo czy będziemy się szanować i nie będziemy kupować amerykańskich samochodów, samolotów itp. itd.?

Bo czy będziemy się szanować i przestaniemy jeździć do USA?

Bo czy…? Bo czy…? Bo czy…?

 Bo oczywiste jest, że odpowiedź na te wszystkie „bo czy…” będzie negatywna. Dalej będziemy chodzić do McDonalds’a. Dalej będziemy kupować Coca Colę i Pepsi Colę. Dalej będziemy korzystać z Internetu. Dalej będziemy chodzić i oglądać produkcje Hollywoodu. Dalej będziemy kupować Chevrolety, Pontiaki, Dodge, Boeingi, F16 itd. itd. Zaś do USA nie przestaniemy jeździć. I Biały Dom to widzi. Więc znowu, skąd to zdziwko. Reakcja administracji waszyngtońskiej była absolutnie do przewidzenia. Bo…. Bo ważniejsze są Iran, Syria, Korea Północna, Afganistan, Pakistan, Irak…, a nade wszystko Izrael, Chiny i Rosja. A Polska? No bez przesady. No w imię czego psuć sobie tak doskonale trwający „reset” z przyjaciółmi Rosjanami, by iść na rękę jakimś tam smoleńskim radykałom? Przecież może się okazać, że trzeba będzie skorzystać z tranzytowych lotnisk rosyjskich, by przerzucić tam i owam jakiś kontyngent wojskowy…. Że może jakichś rosyjski port wojenny też może okazać się kiedyś potrzebny… Że…. Że…. Że…. A i tak Polacy będą przyjeżdżać do roboty na zmywakach, do sprzątania, do budowy dróg itd. itd. itd. Więc znowu, skąd to zdziwko?


Bajzel

10 stycznia 2012

Zagadkowo ginął wyżsi urzędnicy, politycy, naukowcy, szyfranci, duchowni, policjanci… I nikogo, poza niewielką garstką, to nie obchodzi. Bajzel. Znalezienie, szczególnie w miastach, kilometra nie zasranego, prostego i równego chodnika graniczy z cudem. Bajzel. Wystarczy, że trochę popada (deszcz lub śnieg) i od razu klęska żywiołowa, powodzie i podtopy. Bajzel. Bandy szoferaków parkują po swojemu, byleby jak najbardziej utrudnić przejście pieszym. Bajzel. Nic się tu nie opłaca. Siać, hodować, wytwarzać, produkować. Bajzel. A nie…, pomyłka. Kraść, malwersować, sprzeniewieżać, malwersować, defraudować, to jest zawsze opłacalne. Bajzel. Służba zdrowia corocznie toczy wojnę z pacjentem, w … imię jego dobra. Bajzel. Dzieci i młodzież, wskutek permanentnej reformy w oświacie i wychowaniu, głupieją na potęgę. Bajzel. Przydrożne rowy, lasy, zagajniki, parkingi są mega kosmicznie zaśmiecone i zasrane. Bajzel. Obwodnice, autostrady i drogi ekspresowe, to opowiadanie klechd, bajek i baśni. Bajzel. Punktualność i czystość na kolei. No, no… Tak, tak. Śmiech na sali. Świeże powietrze i czystość w środkach komunikacji miejskiej… Bajzel, co się zowie. Kolejki na poczcie, w bankach, urzędach…. Katastrofa. I na nic nie ma już dwudziesty rok z rzędu kapuchy. Na szkoły, szpitale, przedszkola, żłobki, przychodnie, zapory retencyjne, tamy i stopnie wodne, lotniska i porty rzeczne oraz morskie, kulturę i sztukę, wojsko, policję, sądownictwo, sprawną administrację, oczyszczalnie ścieków i kanalizacje, wysypiska śmieci i punkty utylizacyjne… na wszystko, poza tym na co jest „po uważaniu”. Czyli dla swojej kamaryli, kumotrów i koleżków. Bajzel. Że o Stadionie Wady Narodowej i sfuszerowanych orlikach to już nie wspomnę. Bajzel…, bym zapomniał. 

To tak z grubsza obraz kraju i – jak celnie kiedyś się wyraziła jedna z posłanek – przypadkowego społeczeństwa, które raczej egzystuje niż żyje. I teraz pojawia się pytanie o to, czy to się wszystko zmieni. Moim zdaniem nie ma na to co liczyć. Owo społeczeństwo, ów naród i owi obywatele (sic!) są tak do cna zblatowani, apatyczni i zmęczeni tym wszystkim, że wszechogarniające znieczulica i zidiocenie są nieomal namacalne. Liczy się co najwyżej dojutrkowość, byleby mieć co do gara wrzucić, wlać do baku samochodu (jeśli się go ma), zapić i zakąsić, co na tyłek założyć i gdzie się zabawić. Bo…. Bo pogoń za tym by mieć niż być. O tak, bo jakiejś dziuni z telewizora waginę przemeblowali lub jakiemuś narcyzowi-celebrycie penisa zmniejszyli/zwiększyli* to jest sprawa ważka społecznie i to się gra na okrągło. Co zresztą jest też i prawda, bo trafia to na popyt ze strony armii imbecylów, dla których cały świat to jedno wielkie jebanko. Przepraszam, że tak bezpośrednio i otwarcie. Jebanko? Gdzie tam, to tylko taka radosna „mała stabilizacja”. Grillowanko, ciepła woda w kranie, byleby się czymś tam znieczulić, poplątać i pobujać w rytm jakiegoś zakłócacza fal mózgowych. No, a jak nasi przegłosują, że Tatry leżą na północy zaś Bałtyk na południu, to każdy twierdzący inaczej będzie pisowskim oszołomem. Ot zwyczajnie. „Bo idzie młodość, młodość, młodość….” Bajzel. Ale zaraz zaraz. Justysia znowu przerobiła Matti na cacy! Tośmy pochlipali przed telewyzoramy. Oooo… właśnie, to jest kolejny ważki problem społeczny. No, ach jak ten Adam śmiga po tych piaskach pustyni, nawet Hołek wymiata. A jeszcze Magda słusznie opierdoliła gdzieś jakichś garkotłuków. Bęc wuja w czoło i będzie wesoło (copyright podobno Ziemkiewicz). Tańce na lodzie, tańce na rurze, tańce-jebańce. A co? I jak oni fałszują? Nie, nie, nie wybory, tylko przy mikrofonie. Bajzel. 

Albo taki ważki problem społeczny, że córcia Bardzo Ważnego Polityka została złapana na tym, że chwaliła się tym, że jest dziwką. Rozumiecie, obywatele i obywatelki? Dziwką. I już mamy kryzys gabinetowy lub parlamentarny. Albo też, że synalek innego WA-ŻNIA-KA ze świecznika przykozaczył na motorze. Aż go później pułkownik musiał pchać na wózku. Tośmy se znowu pochlipali przed telewyzoramy. Bo taki był cały serialowy. Zaprawdę powiadam wam, seryjne zdebilenie serialowe. Masowa, na akord, produkcja tandety myślowej, surogatów rozumu, piątej klepki. I albo strzelanka i mordobicie albo ckliwe, przelukrowane aż do wyrzygania historyjki jak z opery mydlanej. Bajzel. Bajzel w telewizorni, bajzel w radioli, bajzel w gazetach, bajzel na ulicy…. Wszechogarniający bajzel, zaduch i zatęchłe powietrze. Co tam? Ważne, że jest co do gara wrzucić i co mieć na wypitkę. Kurde, w mordę, tylko że nawet Czysta nie kopie jak dawniej, bo ktoś i tutaj coś z procentami miesza. Tak, że i tu bajzel. Lecz co tam. W zamian za to mamy grające fontanny i po „europejsku”. Aaa i dostęp do publicznej informacji zakneblowanej. Ot taki chichot z Mysiej, by żyło się lepiej. Bajzel. A w telewizorach – legiony picusiów-gogusiów, jakby świeżo po lobotomii. Bajzel. Jakaś lub jakiś artycha robi obscenę, eksponuje kicz, grafomaństwo lub tandetę, ale za to nacmokać się na ideą to obowiązkowo trzeba aż do wyrzygania i dać mu wagony czasu antenowego. Ot bajzelna sztuka i tfurczość (korekta nie poprawiać). I jeszcze jakiś niegolony szarpidrut głosi oświadczenie polityczne, jakby to miało w ogóle być interesujące. Ważne, że można było utonąć w kredytach i pożyczkach i cieszyć się nimi, jak autochtoni, którzy opylili Holendrom wyspę Manhattan za paciorki warte dwadzieścia kilka dolców. Kabaret i operetka. Aha, ludzie zapierdzielamy, bo rzucili nowe tablety, smatfony czy inne gadżety. Brać, bo taniej już nie będzie! Bajzel.

A gdzie tam, że chorzy na raka nie mają lekarstw? Że dzieci często nie mają drugich śniadań? Że masy samotnych matek nie stać na wiele rzeczy? Że panować zaczyna dziedziczne bezrobocie? Że młodzi spiepszają, gdzie się tylko da? Że kraj się wyludnia? Że każdy nas robi w wała? Że…, że tych „że” to można by jeszcze wymieniać i wymieniać. Co najwyżej to ta znana redaktorka od interwencji się tym zajmie. Tylko właściwie za nią, to te problemy powinno rozwiązywać państwo. 

Bajzel…. 

* niepotrzebne skreślić.


Lemingoza – szkic do badań podstawowych.

8 stycznia 2012

Od kilku lat furorę robi pojęcie „lemingi”, stosowane wobec pewnej grupy (bądź grup) osób, zaś mające na celu ją (bądź je) typizację. Pierwotnie wzięło ono z porównania takich osób do szczególnej grupy gryzoni, występujących właśnie pod rodzajową nazwą „lemingi”. Pytanie właśnie dlaczego? Ano źródło wiedzy wszelakiej, szczególnie Kustosza I Żyrandola RP, Wikipedia podaje, że lemingi, to (skróty własne): 

Grupa kilku gatunków ssaków, plemię z podrodziny nornikowatych; małe gryzonie… (…) Z natury są samotnikami, łącząc się tylko w celach rozrodczych…. Kolonia lemingów potrafi przebyć bardzo duże odległości. (…) Gdy wielka liczba lemingów podejmuje wędrówkę, nieuchronnie niektóre z nich utoną podczas przeprawy przez rzeki i jeziora…. Lemingi znane są z powodu bezpodstawnego mitu jakoby podejmowały masowe samobójstwo podczas migracji. Mit powtarzany jest w różnych odmianach, zazwyczaj nie opisując zjawiska jako świadomego gestu samobójstwa lecz jako przypadkową masową śmierć wskutek różnych okoliczności. Niemniej w masowej kulturze funkcjonuje w odniesieniu do lemingów określenie „masowe samobójstwo”. Niektóre gatunki lemingów, gdy gęstość populacji zbytnio wzrasta, ulegają popędowi poszukiwania nowych siedlisk i migrują dużymi grupami. Lemingi umieją pływać, więc natrafiając na wodną przeszkodę w wędrówce podejmują próbę jej przebycia. Robią to nie kalkulując „opłacalności” ze względu na dystans czy prędkość nurtu wody, więc wiele z nich przy tym ginie. 

No właśnie, spróbujmy zatem zrobić destylat najważniejszych cech. Są to: gryzonie, z natury samotnicy, rozprzestrzeniający się (dużymi watahami), umiejący pływać oraz nie potrafiący kalkulować ryzyka. Cóż, z naukowego punktu widzenia, należy stwierdzić, że musi być coś na rzeczy, skoro obserwacje życia codziennego skłoniły do powszechnego kojarzenia owych zwierzątek z pewną grupą (względnie, pewnymi grupami) osób. Najwyraźniej tym czymś były, jeśli nie wszystkie, to przynajmniej większość z przytoczonych cech. Zatem, poczyńmy pewien szkic do badań podstawowych nad czymś, co jest pochodną pojęcia „leming” (względnie, „lemingi”), tj. „lemingoza”. Cóż to jest? 

Lemingoza jest to zespół cech, odznaczający się gatunkową wadą postawy (charakteru), którego etiologię można przypisać nabywaniu jej w trakcie procesu rozwoju osobniczego. Jeśli faktem jest, że osobniczo jednostka nie jest wyposażona we wcześniej przeinstalowany system poglądów, zapatrywań, postaw, aspiracji, różnicowań, wzorców postępowania, zachowań itp.; a zatem, że w społecznym ujęciu rodzi się jako „czysta tabliczka” (tabula rasa), to całą, wymienioną, systematykę nabywa w procesie swojego uspołecznienia. Zatem, jak się wydaje, kardynalny wpływ mają na to sygnały, treści, komunikaty, kody oraz pojęcia i znaczenia absorbowane przez daną jednostkę z jej bliższego i dalszego otoczenia. Na to mogą nakładać się także te czynniki psycho-inelektualne, które dana jednostka dziedziczy w formie zapisu genetycznego. W efekcie tego te ostatnie mogą ulec bądź to wzmocnieniu bądź osłabieniu. Biorą w tym również udział warunki środowiskowe, w których dana jednostka się rodzi, wzrasta i dojrzewa. Warunki materialne, rodzinno-towarzyskie oraz te, których źródłem są różnorakie instytucje zewnętrzne. Spróbujmy więc pokazać proces powstawania i ewoluowania lemingozy w życiu osobniczym, bliżej nieoznaczonej, jednostki. 

Lemingoza ma największe szanse zostać przeniesiona na daną jednostkę wówczas, kiedy środowisko, w którym się rodzi, wzrasta i dojrzewa, samo jest trwale skażone tą wadą postawy. W pierwszym rzędzie dotyczy to rodziny, w dalszym natomiast kolegów, przyjaciół i znajomych rodziców oraz ewentualnie posiadanego rodzeństwa. To trwałe skażenie ma miejsce wtedy, kiedy w danym środowisku nie funkcjonują jakieś inne, alternatywne, systemy mogące być punktami odniesienia, względem których jednostka, narażona na tą wadę, mogłaby weryfikować i konfrontować to, co do niej dociera werbalnie i obrazowo. Tym czymś, w danej strukturze środowiskowej, może być autorytet najbliższych, tj. któregoś z rodziców (opiekunów), dziadków, rodzeństwa, bądź innych kuzynów, a nawet obcych, np. sąsiada (bądź sąsiadów). Tak postrzegana, lemingoza ma cechy stałe, jest endogeniczna i z punktu widzenia terapeutycznego, jak można sądzić, stanowi najtrudniejszy przypadek. Można także powiedzieć, że lemingoza podlega wówczas para-dziedziczeniu, z kolei zaś utrzymywać się może przez całe życie. Pojawienie się jakiegoś czynnika (autorytet wewnętrzny bądź zewnętrzny, silne zdarzenie traumatyczne) wyraźnie kontrastującego z lemingotwórczym schematem może naruszyć daną strukturę środowiskową i zaburzyć proces rozwoju lemingozy. W takiej sytuacji lemingoza ma postać nieciągłą, jest sytuacyjna, nabyta, determinują ją okoliczności wewnętrzne bądź zewnętrzne, podlegać może remisji aż do całkowitego cofnięcia się. Wszystko to zależne jest od siły, intensywności i natężenia oddziaływania czynnika zaburzającego (alternatywnego). 

Przychodząca na świat jednostka w silnie (bądź wyłącznie) zlemingizowanej strukturze środowiskowej, nieomal momentalnie obejmowana jest takim poziomem ochrony, który w najwyższym stopniu zabezpiecza tą jednostkę przed odczuwaniem jakiegokolwiek dyskomfortu egzystencjonalnego i psychicznego. Dotyczy to nie tylko dóbr materialnych (ubranek, zabawek, posłania, kosmetyków i innych akcesoriów pielęgnacyjnych, pożywienia oraz środka lokomocji) lecz również reagowania na adresowane żądania i potrzeby, które są werbalizowane przez taką jednostkę. Z reguły werbalizacja ta pojawia się nagle i ostro oraz w taki sposób, by atakować słabe punkty wrażliwości nerwowej i psychicznej opiekuna (bądź opiekunów), zmuszając go do podjęcia określonego działania. Jeśli opiekun posiada (bądź nie) niedostateczne kompetencje opiekuńczo-wychowawcze, to jego działania mogą przybrać nadopiekuńczy charakter i z czasem stać się podstawą pojawienia się lemingozy. Najwyższe bowiem kompetencje opiekuńczo-wychowawcze dotyczą w równym, co względy uczuciowe, aspektów składających się na rutynowe, zaplanowane i systematyczne czynności i działania opiekuńcze, pielęgnacyjne i wychowawcze. Odnosi się to do pór i sposobów karmienia, wykonywania czynności higienicznych, snu, zabawy, spacerów, czy też reagowania na negatywne symptomy mogące świadczyć o rozwijającej się chorobie. Żelazna konsekwencja stosowania wszystkiego powyższego prowadzić powinna do umiejętnego rozpoznawania okoliczności, sytuacji bądź zdarzeń kryzysogennych. To zaś natomiast, do wystarczających zarządczych kompetencji opiekuńczo-wychowawczych, na które składają się także chłodny dystans do własnych umiejętności, wiedzy i kwalifikacji, zdolność krytycznego spojrzenia na stosowane przez siebie metody, otwartość na ich weryfikacje i modyfikacje, a także nie popadanie w chaos i panikę. Dlaczego jest to takie ważne? Otóż, niedostateczne kompetencje lub ich brak są bądź to tuszowane poprzez nadopiekuńczość bądź poprzez jej zaprzeczenie, tj. autokratyzm. Z punktu widzenia pojawienia się lemingozy to drugie ma także znaczenie jednak dopiero jako metoda odreagowania traumy z okresu dziecięcego. 

Jest prawdą, że młody, mały człowiek bardzo szybko adoptuje się do warunków, w których przychodzi mu żyć. W okresie niemowlęcym nie jest jednak jeszcze zdolny do w pełni świadomego dokonywania klasyfikacji wartościującej tego, co go otacza. To zaś pojawia się wskutek samouczenia się i dojrzewania. Z całą mocą należy tutaj zaznaczyć, że w odniesieniu do szczególnie dóbr materialnych, dla niemowlaka nie ma absolutnie żadnego znaczenia cena tych wszystkich przedmiotów i usług kupowanych na rzecz niego. Ma to natomiast wybitne znaczenie dla satysfakcji ego jego opiekuna (opiekunów). Niemowlę potrafi jednak instynktownie reagować na docierające do niego bodźce za pomocą takich środków wyrazu, jak płacz (w sytuacji „interpretowanej” przez niego jako negatywna), śmiech (pozytywna) bądź bez ekspresyjnego wyrazu twarzy (neutralna). Bodźce negatywne to uczucie głodu bądź pragnienia, zimna, chłodu lub przegrzania, przemoczenia się, obecności w tłumie, silnym natężeniu hałasu bądź światła, to również utrata równowagi i upadek, zaburzenia gastryczne bądź rozwijająca się choroba, „wypadnięcie” z rutynowych zajęć i czynności (sen, karmienie, spacer, zabawa, kąpiel), to także kłótnia pomiędzy opiekunami (lub osobami trzecimi). Bodźce z kolei pozytywne, to w większości zaprzeczenie negatywnych, a więc uczucie nasycenia, ciepła, suchości, obecności w ciszy i spokoju, prawidłowe trawienie i brak symptomów choroby, funkcjonowanie i uczestniczenie w rutynowych czynnościach, jak również kontakt z przedmiotami miłymi w dotyku. Ostatni typ bodźców, neutralne, oznaczają nie występowanie okoliczności, sytuacji i zdarzeń o charakterze negatywnym, jak również nie są dostatecznie silne w znaczeniu pozytywnym. Do czegoś takiego można zaliczyć np. raczkowanie po podłodze. Nie jest ono przez niemowlaka wyraźnie „interpretowane” jako coś negatywnego jak również coś znacząco pozytywnego. Ot sytuacja względem której nie ma potrzeby werbalizowania swojego stosunku. Ważne jest także zrozumienie tego, że patrząc przez pryzmat opiekuna niemowlaka negatywne sygnały, reakcje, tego ostatniego mogą odbyć odbierane jako „kara” wymierzona opiekunowi, zaś pozytywne jako „nagroda”. „Źle mi, gdy płacze i krzyczy.” W domyśle, z mojej „winy”. „Dobrze mi, gdy się uśmiecha i miło gaworzy.” W domyśle, to moja „zasługa”. Więc, bym nie był „karany” to muszę nie dopuścić do tego, by płakało i krzyczało, zaś bym miał być „nagradzany”, to robić wszystko, by się uśmiechało i miło gaworzyło. 

Dlaczego o tym wszystkim piszę? Mianowicie dlatego, że zrozumienie przez opiekuna (opiekunów) tych, zdawałoby się prostych, „konwencji” może jemu pomóc w umiejętnym wykształceniu kompetencji opiekuńczo-wychowawczych. Sytuacyjnie bowiem dochodzi bardzo często do tego, że nieumiejętne rozpoznanie tychże „konwencji” prowadzić może do nieadekwatnych interpretacji reakcji dziecka, a więc do sięgania po środki niewspółmierne do jego zachowania i postępowania. To się może objawiać w formie stosowania, nieraz brutalnej, przemocy fizycznej bądź słownej lub czegoś diametralnie różnego, tj. przejawów nadopiekuńczości (rozpieszczania). Obie reakcje mogą stać się (i przeważnie stają się) zalążkiem późniejszego wykształcenia się lemingozy. Jest ona z jednej strony pochodną, z drugiej zaś, naturalną konsekwencją doświadczeń z najwcześniejszych lat życia człowieka. Zostawmy na razie na boku reakcje pierwszego typu, a zanalizujmy te drugie. Pojawia się nagle sytuacja taka, że niemowlę wybucha płaczem. Na zimno konieczne jest wówczas dokonanie pewnego „przeglądu” listy sprawdzającej w swego rodzaju „instrukcji obsługi” dziecka. A zatem, sprawdzenie, kiedy ostatni raz było karmione bądź pojone, czy pampers jest suchy, czy ubranko jest suche, kiedy ostatni raz dziecko spało, czy ma podwyższoną temperaturę itd. itp. Jeśli w trakcie tego okaże się, że wszystko jest, jak należy, a niemowlak nie przestaje płakać, to oznaczać to może, że w ten sposób stara się sprawdzić reakcję opiekuna oraz to, czy może na niego liczyć. Można wobec tego takie zachowanie zneutralizować poprzez np. wzięcie dziecka na ręce i go przytulenie, „porozmawianie” z nim, względnie pobawienie się. I to może całkowicie wystarczyć. Oczywiście, jeśli tak nie jest, to można zastosować pewien środek „przymusu” w postaci np. pozostawienia dziecka samego w łóżeczku i przeczekanie aż skończy płakać i/lub krzyczeć. Wiedzmy, że dziecko ucząc się, a płacz i krzyk są instrumentem uczenia się, zaczyna interakcyjnie sprawdzać granice swojej autonomii. To wtedy zaczyna się to swoiste poznawanie pewnych reguł gry, w której mały człowiek „mówi” – „sprawdzam”. Jeśli opiekun zaakceptuje te reguły, to tym samym świadomie zaczyna brać udział w, z czasem pojawiających się, nadużyciach i nieczystych chwytach. Podobnie jest w przypadku, gdy opiekun stara się być „nagrodzony” np. uśmiechem lub gaworzeniem małego człowieka. Nieraz bywa tak, że takie reakcje pojawiają się nie dlatego, że niemowlak jest w obecności osoby, stanowiącej dla niego oparcie i bezpieczeństwo, lecz dlatego, że od niej otrzymuje coś „nadprogramowo”. Tym czymś z reguły są nowe zabawki (ergo, gadżety). W takiej sytuacji komunikat jest czytelny, „Dobrze mi z tobą nie, bo jesteś, lecz bo mam coś od ciebie.” I na tym krańcu osi również toczy się swoista gra. 

Zrozumienie powyższej „konwencji” gry pozwala zapobiec późniejszemu wykształceniu się lemingozy. Młody, aczkolwiek coraz dojrzalszy, człowiek socjalizując się nabywa coraz lepszych umiejętności i biegłości nie tylko w sferze fizjologicznej, nie tylko w zasobie przyswajanej wiedzy, co również w uprawianiu owej finezyjnej gry, mającej na celu poszerzanie granic własnej autonomii i uzyskiwaniu tego, co chce i pragnie, a odrzucaniu tego, co z jego punktu widzenia jest niepożądane. Zresztą to zdobywanie coraz lepszych umiejętności i biegłości w uprawianiu tej gry również wzbogaca zasób przyswajanej wiedzy. Jest to współzależne. Proces wychowawczy musi to uwzględniać, w przeciwnym razie jest to pójście po linii najmniejszego oporu, i akceptację owej patologii pod nazwą lemingoza. To z kolei oznacza kompetentne wyznaczanie granic i ich strzeżenie, bowiem lemingoza, jako wada postawy (charakteru) wyraża się poprzez podejście „Mogę więcej niż mi wolno.” A to natomiast, w późniejszych i dojrzalszych latach, prowadzi do anarchizacji życia społecznego, czego naturalnym przejawem jest rozprzestrzeniająca się lemingoza. Wyznaczanie owych granic polega po pierwsze na wprowadzaniu dyscypliny, posłuszeństwa i karności; po drugie, na żelaznym przestrzeganiu uczciwości; po trzecie, na przejrzystości wzajemnych relacji; po czwarte, na okazywaniu szacunku niezależnie od uzyskiwanych korzyści oraz po piąte, na wyrobieniu nawyku obowiązkowości i sumienności. Młody człowiek, już od czasów przedszkolnych, musi mieć taki „kanon” wpajany, by ćwicząc cnoty charakteru nie być z czasem uznany za okaz leminga. 

Okres przedszkolny, jako pierwszy, wyraźny przejaw nagle poszerzonej autonomii zaznacza się tym, co potocznie nazywa się „buntem pięciolatka”. To jest już nieco starszy człowiek, który pozbywa się już pieluchy (bądź kończy, tzw. trening czystości), potrafi szybko się poruszać, jest wyjątkowo żywotny, lubi odkrywać nowe miejsca, ma coraz zręczniejsze ciało, szybko rośnie, nabiera na wadze, potrafi mówić…. Ma on także kilkuletni już trening w werbalizowaniu swojego zarówno zadowolenia jak i niezadowolenia, jak również po wielokroć empirycznie zweryfikował już na to reakcje najbliższego środowiska. Na przykład, lubi babcię, dziadka i mamę, bo od nich zawsze dostaje, co tylko zachce, nie lubi natomiast taty i starszego brata, bo od nich nieraz usłyszał „nie”. Zresztą konfiguracja może być tutaj dowolna. Będzie się słuchał mamy, tzn. nie biegał, nie hałasował i nie psuł różnych rzeczy w domu, bo ma z nią „układ”, że nie robiąc tego wszystkiego, to co piątek dostanie nową zabawkę, zaś taty się nie słucha, bo ten każe pozbierać zabawki i dopóty nie pozwala wyjść na dwór, dopóki nie są one pozbierane. Z tatą zrobić „układ” jest trudno. Itd. itd. A młody człowiek szuka bezustannie najwygodniejszej i najkorzystniejszej dla siebie alternatywy. W tym czasie zaczyna się sprawdzanie tego, która osoba w złożonej strukturze środowiska naturalnego okazuje największą słabość i można ją przeciągnąć na swoją stronę. Przeważnie są to dziadkowie, sporadycznie wujkowie, czasami mama bądź tata, niezwykle rzadko ewentualne rodzeństwo. Taki sojusznik może być bardzo pomocny wówczas, kiedy należałoby przeforsować swoje własne interesy (tj. coś otrzymać lub nie musieć czegoś robić), jeśliby okazało się to konieczne. I tak, nierzadko młody, rosnący w siłę, leming coraz lepiej potrafi rozgrywać sytuację, w której korzystając z pomocy jakiegoś swojego sojusznika może wygrać coś, co dla niego ma szczególne znaczenie. Bardzo często posługuje się w takim przypadku obserwacją wzajemnych relacji pomiędzy takimi osobami ze swojego naturalnego środowiska. Jeśli np. zauważa, że jego ojciec wykazuje całkowitą niezależność emocjonalno-materialną od swoich rodziców, to jest całkiem prawdopodobne, że tychże nie wybierze jako swoich sojuszników w grze wobec ojca. Tym bardziej, jeśli on sam ma silny charakter, jest stanowczy i potrafi wyegzekwować swoją wolę. Takich konfiguracji może być dosyć sporo. 

Jest zastanawiające, że okresy przedszkolny i wczesnoszkolny mogą stanowić przeszkodę w rozwoju lemingozy, jednak jest to praktycznie niedostrzegalne. Tym czymś jest naturalna w tym wieku ciekawość świata. To bezustanne „A dlaczego…?”, „A po co…?”, „A skąd…?” itp., jeśli jest wzmacniane i rozbudzane może wykształcić krytycyzm i chęć do weryfikowania otrzymywanych informacji, danych, faktów itd. Właściwie, może stanowić skuteczną szczepionkę przeciw schematyzmowi rozumowania, brakiem refleksji czy też gnuśnością, lenistwem i wygodnictwem intelektualnym. Bo też to ostatnie podobnie, jak wcześniejsze uleganie presji wiążącej się z poszerzaniem granic „autonomii” młodego człowieka, nosi podtekst zdejmowania zeń choćby i najlżejszych obowiązków i odpowiedzialności. Zwykle najsilniej warunkującą tego przyczyną jest chęć posiadania, tzw. „świętego” spokoju i przedkładanie jakichś tam własnych korzyści. W istocie, praca nad tym, by taki młody człowiek mógł formułować poprawnie logiczne wnioski, budować bardziej skomplikowane konstrukcje intelektualne, docierać do sedna problemów, precyzyjnie je identyfikować i interpretować, rozwijać swoją wyobraźnię oraz umiejętne łączyć fakty, okoliczności, sytuacje i zdarzenia w bez- i pośrednie łańcuchy przyczyn i skutków, jak również to wszystko poprawnie falsyfikować przy pomocy weryfikowania hipotez, wymaga nieustająco sporego nakładu czasu, energii, inwencji własnej i zainteresowania rozwojem intelektualnym takiego młodego człowieka. Można powiedzieć, że tym procesem rządzi swoista ekonomika, polegająca na tym, że efekt „finalny” rozwoju charakterologicznego i intelektualnego, a przez to odporność na lemingozę, jest pochodną m.in. inwestycji własnych zasobów intelektualnych i postaw. Funkcjonalnie jest to wprost proporcjonalne. Oznacza to, że jeśli samemu się takich zasobów nie posiada, bądź są one ubogie, to tym samym młodego człowieka wystawia się na ryzyko poznawania tego, co go interesuje, w środowiskach zewnętrznych. I to one mają wówczas znaczenie autoretotwórcze. Innymi słowy, im większa jest plaża w tych aspektach w naturalnym środowisku rodzinnym, tym większa jest różnorodność i bogactwo w środowiskach zewnętrznych. I tym szybciej dochodzi do zakorzenienia się w nich. 

Zatem, jak reagować na powyższe „A dlaczego…?”, „A po co…?, „A skąd…?”? Najważniejsza jest w takiej sytuacji cierpliwość. Jeśli młody człowiek w ten sposób werbalizuje swoje zaciekawienie, to tym samym poszukuje wartościowych dla siebie informacji, które bądź to są dla niego czymś nowym bądź stanowią weryfikację wcześniej posiadanych. W ten sposób młody człowiek zaczyna tworzyć fundament pod swoje przyszłe postawy, na którym z czasem stawia konstrukcję całego systemu światopoglądowego, przywiązania do doktryn i wartościowania nabywanej wiedzy. Jeśli w takiej sytuacji spotka się w negatywną reakcją, w rodzaju „Nie mam teraz czasu.”, „Nie zawracaj mi głowy.” bądź – co gorsze – „Co za głupie pytanie?” lub „Jesteś za mały, by to wiedzieć.”, to tym samym czuje się zlekceważony, pozostawiony ze swoimi rozterkami sam sobie, pozbawiony naturalnego dlań oparcia, ośmieszony. W efekcie, jeśli ileś tam razy znajdzie się w takiej sytuacji, może przybrać postawę wrogą wobec tego, kto winien być dla niego najbliższym (rodzinnym) autorytetem, może wytworzyć się w nim blokada przed werbalizowaniem swojego zaciekawienia, w ostateczności może poszukiwać odpowiedzi na nurtujące go pytania i wątpliwości wśród środowisk, które dla jego rozwoju charakterologicznego, osobowościowego, społecznego i intelektualnego mogą okazać się destrukcyjne. Jak temu przeciwdziałać? To jest chyba najtrudniejsze pytanie. W zasadzie odpowiedź na nie winna być własną autorefleksją nad tym, co dla siebie (opiekuna) jest najważniejsze – czy inwestycja swojego czasu w przebywanie z takim młodym człowiekiem czy ucieczka w cokolwiek, co się z nim nie wiąże. Bo też, jeśli młody, pięcio-, sześcio- czy siedmioletni człowiek pyta o coś zgoła trywialnego (a może i nieziemsko kosmicznego), to trzeba zdobyć się na choćby minimum wysiłku, by problemem takie malca się zainteresować. Tak, bo dla niego to, o co pyta, jest problemem. I jakby to paradoksalnie nie brzmiało, to w danej chwili może być to jego najważniejszy życiowy problem. Bo? Bo on (ona) chce coś zrozumieć. Bo w jego główce coś trybiło do takiego stopnia, że nie dawało mu to spokoju. Bo doszedł do jakiegoś punktu krytycznego, którego sam przekroczyć nie potrafi. I w ten właśnie sposób wysyła sygnał, „SOS, mayday, mayday, SOS, SOS… się pogubiłem. Nic nie rozumiem. SOS….” Jeśli zaś słyszy, „To nieważne, idź się pobaw na komputerze.”, to takiemu zagadnieniu błyskawicznie przypisuje wartość bądź to negatywną bądź, w najlepszym razie, neutralną. Szansa na to, że do tego wróci jest znikoma. 

Młody człowiek w wieku wczesnoszkolnym jest napędzany naturalną, w tym wieku, ciekawością świata. Przeważnie jest w tym niecierpliwy, wszystko chce poznać od razu, chce także – w swoim mniemaniu – być w czymś najmądrzejszy. Jest to, można powiedzieć, sposób na radykalne poszerzenie własnej autonomii intelektualnej, która ma świadczyć o jego prawidłowym rozwoju. I aczkolwiek jest to coś pozytywnego, to czają się tutaj pewne niebezpieczeństwa. Mianowicie jego dążenie do pozyskania o czymś wiedzy jak najpełniejszej i jak największej, powoduje konieczność spłycania procesu poznawczego, jego nietrwałość, pojawianie się błędnych przesłanek, odrzucanie ważnych założeń oraz dochodzenie do mylnych wniosków. To wszystko może wpłynąć na wykształcenie się lemingozy, gdyż im jest to intensywniejsze tym bardziej deformuje to sposób myślenia. By temu przeciwdziałać to, jak się wydaje, konieczne jest umiejętne stopniowanie procesu poznawczego, na zasadzie, że „co nagle to po diable”. Chodzi o to, by młody człowiek, uodparniany na lemingozę, zaczął być świadomym tego, że im solidniej i trwalej jego wiedza jest wypracowana na danym etapie procesu poznawczego, tym dalsze etapy są oparte na mocniejszych fundamentach. W przeciwnym razie jest to po łebkach, byle jak, dyletanckie i partackie. W takiej sytuacji przekaz powinien brzmieć, „Nie musisz być najlepszy we wszystkim, ważne byś był dobry w czymkolwiek.” Skutkiem tego winno być obniżenie pewnego napięcia intelektualnego, a zatem skłonienie młodego człowieka do większej wytrwałości w poznawaniu otaczającego świata, większej w tym systematyczności oraz wzrastającej świadomości o potencjalnych porażkach. O co w takiej sytuacji chodzi? Otóż o to, że częścią lemingozy, jako wady postawy (charakteru), jest to, że w sytuacjach niepewnych (zagrożenia intelektualnego) pojawiają się przeciwciała (o wartości ujemnej) typu emocjonalno-osobowościowego, których zadaniem jest redukowanie i niwelowanie wszystkich sygnałów mogących świadczyć o potencjalnej porażce. Jeśli młody człowiek, nie uodparniany na lemingozę, ma silną samoidentyfikację jako osobnika mającego być wyłącznie najlepszym, to z chwilą pojawienia się pierwszych porażek może on odczuwać głęboką frustrację, depresję, szok bądź przygnębienie przeciwko czemuś, co jest naturalne, i będzie podejmował próby obrony. Jej charakter może być różnoraki, bądź to najbardziej ekspresyjno-ekstrawertyczny (włącznie z agresją fizyczną, słowną lub obiema naraz) bądź jak najbardziej tłumiony i introwertyczny (włącznie z zamknięciem się w sobie). Tak objawiająca się lemingoza świadczy o nieumiejętnym radzeniu sobie w sytuacjach trudnych, kryzysowych, wymagających siły charakteru i opanowania. Jeśli opiekun (bądź opiekunowie) takiej osoby nie dysponuje poprawnymi kwalifikacjami wychowawczymi, to może on popełnić bardzo poważne błędy, których skutkiem może stać się pogłębienie lemingozy u jego podopiecznego. Polegać to może na wyolbrzymianiu porażki („No to masz ogromny problem.”), ośmieszaniu („Co za niedojda?!”), bagatelizowaniu („Ale bzdety.”), gwałtownym reagowaniu („Jak możesz tego nie rozumieć?!”), zbywaniu („Zostaw mnie, mam coś innego na głowie.”), trywializowaniu („Jesteś za mały, by to zrozumieć.”), podsuwaniu czegoś zastępczego („Tamtym się nie zajmuj, tu masz coś bardziej interesującego.”). W każdym takim przypadku reakcją przeciwną może być zniechęcenie do systematycznego pokonywania barier i wytrwałego rozwiązywania problemów. Pojawić się może natomiast chęć pójścia drogą na skróty. 

Wchodzenie coraz głębiej w środowisko szkolne wydatnie przyczynia się do rozwoju lemingozy. Coraz bowiem starszy człowiek intuicyjnie szuka podobnych sobie, z którymi może się asocjować i identyfikować. Przeważnie poznaje takich po krótkiej wymianie zdań, ich mimice, mowie ciała, stosunku do innych osób (w tym przede wszystkich będących autorytetami – rodzice, starsze rodzeństwo, opiekunowie, nauczyciele, wychowawcy, postaci telewizyjne itp.), sposobu spędzania wolnego czasu. Znalezienie się w takiej grupie wzmacnia tendencje do lemingozy, gdy w takim otoczeniu dochodzi element demonstracji – szpanerstwa. Demonstracja odbywa się z reguły na tle materialnym (kto ma bardziej bajerowaty piórnik, plecak/tornister, ciuchy, zabawki itp.) i na gruncie interakcji społecznych (np. popisywanie się arogancją, nieposłuszeństwem, brakiem dyscypliny, karności itp.) W pierwszym przypadku formułują się zalążki postaw materialistyczno-hedonistystycznych, w drugim z kolei, anarchizujących. Trzeba zauważyć, że im większa jest taka grupa w całej społeczności, to tym większe jest niebezpieczeństwo zainfekowania lemingozą pozostałej reszty – aż do osiągnięcia rozmiarów epidemii. Obie powyższe postawy mogą zostać również zwielokrotnione, jeśli w ślad za tym idą błędy popełniane przez środowisko oświatowo-wychowawcze. W znacznym stopniu dotyczy to tworzenia klimatu permisywizmu, bezstresowości, podkreślania aspektów materialistycznych, wartościowania pod kątem stanu zamożności a nie kompetencji intelektualno-merytorycznych. Wzmacniać to może również podejście lekceważące znaczenie zdarzeń przeszłych, negujące bądź zwalczające tradycję, zwyczaje, obyczaje, utrwalone kody kulturowe; zaś w miejsce takiej luki następuje zabudowywanie jej „importowanymi” antywzorcami pseudokultury masowej, zaspokajającej sprymitywizowane potrzeby konsumpcyjne. Doprawdy nie sposób zrozumieć tego, jaką to wyższą potrzebę intelektualną, etyczną, moralną i osobowościową ma spełniać telefon komórkowy, będący w posiadaniu 7-kilkunastolatka poza tym, że jest to kolejny gadżet używany przede wszystkim w celach rozrywkowych, zaś upośledzający zdolność pisania i czytania. Czyż nie jest to przerost formy nad treścią? I też właśnie, coraz trwalszym atrybutem petryfikującej się lemingozy jest przedkładanie pierwszego ponad drugie. 

cdn.


Ile J23 nie zrozumiał.

5 listopada 2011

W odpowiedzi na mój tekst (Panika na Prawicy, czyli „Na giewałt! Integrujmy się!”) J23 stawia komentarz, wymagający osobnego kontr-komentarza. Z niego powinno wyjść to, ile J23 nie zrozumiał, a może i również czego Szanowna Brać Prawicowa nie ogarnia. 

A zatem J23 pisze: Krytyka nieskuteczności słuszna, ale co innego krytyka, a co innego pokazywanie KILL jako jakiegoś pozytywnego wzorca. Wzorca? Być może i „wzorca”, jednakże tylko w sensie pokazania skali i stopnia niedociągnięć i niedoskonałości po „naszej”, umownie mówiąc, stronie. Otóż, wszystkie możliwe do wyobrażenia sobie porażki są syntezą braku pokory, zadufania w sobie i lekceważenia sprytu, przebiegłości i inteligencji przeciwnika. Gdy się tego nie dostrzega, to mimowolnie (?) robi się jemu idealny prezent. Stara zasada brzmi, „… Znaj wroga i znaj siebie, a choćbyś stoczył sto bitw, nic ci nie grozi. Kiedy nie znasz wroga, a siebie znasz, masz szanse raz wygrać, a raz przegrać. Kiedy nie znasz ani wroga ani siebie, pewne jest, ze każda bitwa okaże się dla ciebie groźna.” (Sun Tzu, „Sztuka wojny.”) A cóż to może oznaczać „znaj wroga i znaj siebie”, rad byśmy wiedzieć od J23. Przecież, J23 zachęca nas byśmy tego wroga nie poznali, insynuując mi sympatię do KILL’a („tylko dziwię się zauroczeniu KILL”). Ja natomiast afirmuję tezę, „Zbadaj ukształtowanie jego [wroga – MF.] sił, gdzie mocne i gdzie wątłe, rozpoznaj pole jego życia i śmierci.” i robię to na chłodno. A to jednak jest coś innego. W ogóle, to mam takie wrażenie, że Szanowna Prawicowa Brać jakby porusza się, jak dzieci we mgle i do tego w ciemnym lesie. I z masochistycznym uwielbieniem odrzuca każdy pomysł wzięcia noktowizora do ręki, by rzadziej obijać się o drzewa i ocierać o krzaki i chaszcze. Czasami zaś za szczyt sukcesu obwołuje to, że w ogóle udało się jej wykaraskać na otwartą polanę. I cóż z tego, że będąc bohatersko posiniaczoną, mając zwichnięcia i zadrapania, a niekiedy, złamania? W końcuż jakoś doleźliśmy. Prawda? I to „jakoś” jest rozbrajające i bardziej szkodliwe niż 100 artykułów w „GW” i 100 godzin „Szkła kontaktowego”. 

J23 snuje dalej swoje rozważania o tym, że „KILL ma 10 gazet, bo dzięki doborowi merytorycznemu ludzi ma za sobą najlepszych czy dlatego, że ma wsparcie różnych możnych tego świata?” Ooooo… i od razu na podorędziu jest klasyczne „alibi” (sic!) Mości Prawicy o „możnych tego świata”. A może postarać się o własnych „możnych”, to nie byłoby „zapewne… pójście na łatwiznę w tłumaczeniu klęsk…” No, „ale ja nie bronię JK czy PiS”. A gdzież tam? Kto śmie o tym tak myśleć? A jak śmie, to go rzecznik dyscypliny…, z wpisem do akt. I koniec marzeń o jakiejś synekurze w przyszłości. No, ale odłóżmy facecje na bok. 

O naiwności tezy: nie krytykujcie innych gazet, róbcie swoje, wspominał choćby Ziemkiewicz w Michnikowszczyźnie i pozwalam swojej skromnej osobie zgodzić się z nim w tym zakresie.”, J23 sięga po argument „z autorytetu”. I źle się stało dla argumentacji J23, bardzo źle się stało, bowiem sięgając po źródłowe tezy „RAZ’a” można wyczytać (obszerny cytat): 

Mimo iż wspomniane wyżej pisemka nazywały się prawicowymi, politycy, też nazywani prawicowymi, bynajmniej nie starali się ich wspierać. Wręcz przeciwnie. Oczywiście mówili dużo o potrzebie istnienia niezależnych mediów, i nawet niekiedy próbowali wyszarpać na takowe jakąś państwową kasę – wtedy media już zasiedziałe na rynku, na czele z tymi, które same w ten czy inny sposób skorzystały na starcie z majątku państwa, czy to, jak „Wyborcza”, przez przydziały, czy jak „Polityka”, przejmując pismo na rzecz spółdzielni dziennikarskich, oczywiście wsiadały na nich z jazgotem, wywodząc, jak głęboko niesłuszne jest wykorzystywanie publicznego majątku do budowania wspierających władzę mediów. Ale dla orłów naszej prawicy niezależne znaczyły takie, które by dały się ustawiać w szykach prowadzonych przez nich bitew i posyłać do boju na rozkaz. Odniosłem wręcz wrażenie, że pismo „prawicowe” było dla większości polityków „prawicy” wrogiem znacznie większym, niż wspomniane tytuły, czy nawet Urbanowe „Nie”, bo nasi, pożal się Boże, prawicowcy kombinowali tak, że tamte pisma czyta elektorat lewicowy, więc co sobie o nich ten elektorat myśli, to im to rybka, natomiast pismo, które adresowane jest do elektoratu prawicowego może ten elektorat przekabacać na rzecz konkurencyjnego lidera prawicy – ergo, jeśli nie trzymam na takim piśmie niepodzielnie łapy, to lepiej je zniszczyć. Z takiej właśnie przyczyny wśród serdecznych przyjaciół, jak w znanej bajce, psi zjedli „Nowy Świat”, jedyną gazetę próbującą do ostatka bronić rządu Olszewskiego. Ale to tworzyło tylko dodatkowy koloryt prawicowej bidy, nie było jej przyczyną. („Michnikowszczyzna”, str. 302-303). J23, trzeba umieć korzystać ze źródeł. I robić to z głową. 

„Nie, tam się liczy wyłącznie to, czy zna się na czymś i czy potrafi to robić dobrze”. No to wstępujmy, działajmy na rzecz, głosujmy na KILL skoro interesują ich konkrety, umiejętności, a ich „polityka kadrowa” jest pozbawiona choćby śladowego nepotyzmu. – grzmi J23 nie starając się nawet oddzielić rozumu od emocji. A gdzież to ja napisałem, że mamy do KILL wstępować? Że mamy działać na jego rzecz? Że mamy na KILL głosować? Wszak nigdzie tego nie w moim tekście nie ma, a insynuować też trzeba umieć. Otóż nie jest moim głównym motywem nakłanianie do tego, co J23 mi insynuuje, lecz zaledwie to, by uznać, że nasi przeciwnicy są w czymś od nas sprawniejsi. Niestety. I tego nie należy traktować jako dopustu bożego. He, w nepotyzmie są też od nas lepsi. Czego nie można powiedzieć o (przecież tak celnie ujętym onegdaj przez J. Kaczyńskiego) TKM-ie. Pamięta może J23 co to był „TKM”? Wszak to była polityka kadrowa dawnego AWS’u. A o tym RAZ też pisał tu i ówdzie.

 

To wręcz ideał organizacji. – J23 drwiąco stwierdza. I niestety, ale trzeba przyznać mu rację, gdyż to jest w końcuż sztuka, by przez dobre dekady (z małymi przerwami) „za buzię” trzymać 38. milionowe społeczeństwo. 

Ja jednak, wnioskując z tego jak Autor opisał KILL, że nie wykluczałbym, że dość istotnym składnikiem KILL jest idea – oczywiście przebrana w szatki bezideowości i neutralności – całkowitego posłuszeństwa wobec kanonów politycznej poprawności, – spekuluje J23, mylnie diagnozując. Ależ ja wyłuszczyłem główną ideę KILL’a, a jest nią (tu autocytata): „nie dopuszczenie do tego, by kiedykolwiek, w jakkolwiek dającej się przewidzieć przyszłości, władzę przechwyciły jakiekolwiek siły rozliczeniowe i zorientowane na budowę IV, V, VI lub en-tej Rzeczpospolitej.” Z kolei polityczna poprawność jest tylko narzędziem do tego celu. Prawda, że zmienia to postać rzeczy? 

a także (a może: tym samym) „myślenie” polegające na bezkrytycznym przyjmowaniu papki medialnej. – kontynuuje dalej J23, żywiąc pogardę do członków KILL’a. O nie, Mości Dobrodzieju, w KILL myślą i to aż nazbyt dobrze, czego efektem jest trwały stan nie dopuszczania do tego, by Szanowna Prawica wydobyła się poza swoje 30. proc. opłotki. Gdzie, jak gdzie, ale tam imbecylów nie ma. I nie piszę tego z jakimkolwiek podziwem, lecz chłodną konstatacją faktów. I wcale to nie stoi w sprzeczności ze stwierdzeniem o „bezkrytycznym przyjmowaniu papki medialnej”. 

J23 próbuje mnie obejść z innej flanki, pisząc Odnoszę też wrażenie, że Autor dość rozciągliwie traktuje pojęcie KILL – tzn. Autor lepiej wie jakie zjawisko miał na myśli tak je nazywając, ale jest tam coś o lewako-leberalnych, – i pakuje tam także działania neutralne. Czy przynależność  do stowarzyszenia właścicieli piesków chihuahua (tak to się jakoś pisze) czy kółka muzycznego (niekościelnego) wyklucza tzw. prawicowość i oznacza bezwarunkową akceptację lewactwa? Jednak, tak naprawdę, to niczego takiego w moim tekście nie ma. Zamiast tego jest pokazanie mechanizmu zapewniającego KILL’owi elastyczność funkcjonalną, w ramach umacniania jego pozycji w społeczeństwie. Zaś owe 10 gazet, będące zmartwieniem J23, tylko to wzmacniają.

Innymi słowy, czy wszelka działalność choć trochę zorganizowana, nie będąca działalnością pisowską, bogo-ojczyźnianą, czyli ogólnie mówiąc: „moherową”, jest składnikiem lewacko-leberalnego widzenia świata? Filateliści też? – J23 stara się mnie przyszpilić z jeszcze innej flanki. A ja odpowiadam, że jeśli ci filateliści korzystają w donacji słynnego węgierskiego (!?) filantropa (bądź Brukseli) i programowo zajmują się kolekcjonowaniem i propagowaniem znaczków popularyzujących kochających „inaczej” (lub podobne anty-wartości), to dla mnie to środowisko zaczyna być jednym z klastrów KILL’a. A gdy jeszcze do tego w jego władzach środowiskowych są ludzie kojarzeni z lewactwem bądź leberalstem, to stanowi to dowód to potwierdzający. 

Niemniej im więcej głosów krytycznych „prawej” strony z „prawej” strony, tym lepiej dla „prawej” strony (cudzysłów z powodu wątpliwości co można określić jako prawą stronę). – humorystycznie kończy J23. I w tym miejscu trzeba Jemu przyznać całkowitą słuszność. J23, w konfidencji podpowiem, że takie wątpliwości zostały kiedyś nazwane jako „łże-prawica”. Może czas już odkurzyć to pojęcie?


Panika na Prawicy, czyli „Na giewałt! Integrujmy się!”

3 listopada 2011

Stara prawda powiada, że nie da się być prorokiem we własnym kraju. A ja mówię, że to są brednie. Bo też blisko 2,5 roku przed kolejnymi koncertowo przerżniętymi przez Pis (czyt.: Porażki i Sromota) wyborami napisałem (w tekście – „I co prawico dalej nie chcesz Integratora?”): 

Właśnie od wczoraj mamy na horyzoncie przedsmak następnych klęsk zarówno w wyborach samorządowych jak i krajowych parlamentarnych jak też i prezydenckich. Zaś nikt nie chce słyszeć o tym, że Szanowna Prawica winna się coraz bardziej rozszerzać i pogłębiać, jedynie zaś by dobrze bronić swojej oblężonej twierdzy. I chyba czeka na kolejną Bastylię. Rzecz w tym, że zgodnie z tezą Klasyka, „Historia nigdy sie nie powtarza, a jeśli już to jako swoja karykatura”, jednak to wcale nie interesuje Szanownej Prawicy, która przeżuwa swoje pyrrusowe zwycięstwo. 

Prawda, że ciągle to jest aktualne? Ale zaraz, zaraz, bo „po drodze” wypadło kilka klocków z tej prawicowej układanki, zaś największa rozsypka nastąpiła 10 kwietnia ub.r. Jednak mimo że głębia tamtej tragedii była porażająca, i być może, paraliżująca, to historia pokazała, że z wyciąganiem wniosków na Szanownej Prawicy jest tradycyjnie licho. Bo? Bo cały czas z nieubłaganą precyzją chodzi maszyneria KILL’a, tzn. Klastrowego Integratora Lewako-Leberalnego. Ale chwileczkę, czy to oby rozegzaltowana Prawica nie biegała tam i siam i nie wymachiwała przykładem kampanii społecznej „Zmień kraj, idź na wybory”, wskazując drugie, trzecie, a może i en-te dno tej kampanii? Że była w niej zaangażowana ogromna masa organizacji, firm i instytucji. I co? I pstro. Bo nawet i z owego corpus delicti  Szanowna Prawica nie potrafiła wyciągnąć właściwych wniosków. A jest on jeden. Mianowicie taki, że owi kontrahenci, w powyższej kampanii społecznej, mają na celu nie dopuszczenie do tego, by kiedykolwiek, w jakkolwiek dającej się przewidzieć przyszłości, władzę przechwyciły jakiekolwiek siły rozliczeniowe i zorientowane na budowę IV, V, VI lub en-tej Rzeczpospolitej. Tam nikt nikogo nie egzaminuje z tego, czy ten lub ów jest mniej lub bardziej lewacki/leberalny, czy zna lub nie zna słuszniejszych gości, czy ma mniej lub bardziej prawe (sic!) pochodzenie ideologiczne, czy gorliwie i bałwochwalczo potrafi bić pokłony Wielkiemu Liderowi, czy to lub owo. Nie, tam się liczy wyłącznie to, czy zna się na czymś i czy potrafi to robić dobrze. I to idzie w dziesiątki tysięcy ludzi. A na Szanownej Prawicy popłoch, bo Wielki Lider może lub może nie ustąpi, kieszonkowego wicelidera może lub może nie wyrzuci, a… i jeszcze się jakąś gazetę ogólnokrajową straciło. I gdzie się nasze ukochane buźki pożywią i załapią na stołeczki? Uuuupsss… Houston, mamy problem! Mamy problem! I panika na Prawicy – „Na giewałt! Integrujmy się!” A kto się nie chce integrować, to tego rzecznik dyscypliny przed frontem przeczołga. 

Ino, momencik. Coś może o strukturach i ich budowaniu, o nowych instytucjach i ich rozwijaniu, o wyjściu do innych  środowisk? Aaa… nie, Panie Dzieju, to za trudne. Chociaż nie. Jakieś tam próby były i gdy nie odniosły błyskotliwego sukcesu i żadnych z tego fajerwerków nie było, to o sprawie zapomniano. No, jakieś think-tanki? Tak, może ze dwa. W KILL’u jest ich co najmniej kilkanaście. Jakieś agencje PR, domy mediowe itp.? Plaża. W KILL’u kilkadziesiąt. Jakieś sondażownie? Może jedna. W KILL’u ponad 5. Jakieś gazety codzienne? Góra dwie. W KILL’u do 10. Jakieś tygodniki? Ze trzy-cztery. W KILL’u całe zatrzęsienie. Jakieś instytucje finansujące? Może jedna. W KILL’u dziesiątki. Jakieś stacje telewizyjne? Słownie: jedna. W KILL’u co najmniej trzy. Jakieś stacje radiowe? Może ze dwie. W KILL’u ponad 5. No i cała masa dodatkowej prasy: męskiej, kobiecej, młodzieżowej itp., to w KILL’u. O portalach internetowych to już nie wspomnę. „Ludziska! Na giewałt! Integrujmy się!”, słychać coraz głośniej, bo… „… bo po nas czołgiem przejadą.” 

No, to się integruje Brać Prawicowa. Choć dziwna to integracja, bo do niedawna polegało to na wojenkach różnych prawicowych kanap i kanapek, aż został twardy prawicowy trzon (jakkolwiek by to i brzmiało) w postaci Porażek i Sromoty. A może i Porażek i Safandulstwa? Sam nie wiem. Ale, ale, właśnie słyszymy, że tam następne koterie drą ze sobą koty i żaden tam Palikot nie jest potrzebny, by się Porażki i Sromota nie wygrzebała ponad 30 proc. poparcia w społeczeństwie. A to zdecydowanie za mało do Budapesztu w Warszawie. Bo? Bo wpierw trzeba samemu uporządkować własne podwórko, a przede wszystkim to zacząć szanować ludzi. No, bo gdy gadam sobie z jednym z tamtych posłów, który w kadencji się natyrał, jak dziki osioł, a został zepchnięty na liście na pozycję bezmandatową wskutek tego, że spadł na jedynkę w okręgu desant z Centrali a to spowodowało dalsze przesunięcia, to słyszę „Panie, odchodzę z polityki bo mnie swoi robią w wałka. A Nowogrodzka niewiele widzi.” Zresztą, co się dziwić, jeśli porozwiązywała ona sporo struktur lokalnych/terenowych? To tak, jakby głosić przejście do kontrofensywy przy jednoczesnym rozformowaniu jednostek liniowych/frontowych. Kancelistami i adiutantami się bitew nie wygrywa, że o wojnach to nie ma co wspominać. A właśnie KILL ma całą masę struktur terenowych (liniowego wojska) współpracujących z zapleczem, takim jak np. zawiązywana ad hoc Koalicja 21 października. Swoją drogą, to musieli się tam zdrowo zachichotać, gdy obserwowali jak się Szanowna Prawica bierze do robienia akcji „Pilnujmy wybory” (czy jak to się tam nazywało). 

A wiecie, Szanowna Prawico, dlaczego w KILL’u się tak nachichotali? Ano dlatego, że KILL się na codzień integruje w ramach różnych trywialnych inicjatyw (ot np. akcja dokarmiania kanarków, promocji muzyki Chopina, propagowania klejenia latawców, przeprowadzania dzieci przez jezdnię itp.), by w ten sposób stanowić zgraną siłę różnych formacji wewnątrz- i międzyśrodowiskowych. W ten sposób każdy tam sprawdza swoje umiejętności, kwalifikacje, pomysłowość itp. I jest to samoistny, samosterowny mechanizm współdziałania w ramach konkretnych celów czy też projektów. Tam się liczy funkcjonalność i operatywność. I tam nikt nikomu do legitymacji nie zagląda. Stąd też, gdy jedna z formacji (aka klaster) wpadnie na pomysł, by dokarmiać kanarki, to niedługo po tym cała Polska to robi. Gdy jakiś inny promuje klejenie latawców, to wszędzie – czy to w Warszawie, czy w Szczecinie, czy w Łodzi, Gdańsku itp. – rozwija się akcja klejenia latawców. I podobnie jest w przypadku gonienia kaczystów. Natomiast… Natomiast, gdy ktoś się tam z kimś pożre, to nie goni z tym do studia telewizyjnego, do redakcji jakiejś gazety, do komputera (na portal internetowy) itp., by koło pióra robić tamtemu. I albo między sobą załatwiają spory albo się cicho ze sobą rozchodzą. Zupełnie inna klasa. Zaś to przyciąga innych, gdyż rodzi to zaufanie i jest atrakcyjne. Szanowna Prawica tego właściwie nie rozumie. Oczywiście w KILL’u robi się kontrolowane szopki najeżdżania jednego na drugiego, lecz czyni się to wyłącznie po to, by w ten sposób przykryć jakieś większe wewnątrz- bądź międzyśrodowiskowe przetasowania. Po domknięciu akcji wszystko wraca w swoje stare koleiny, by…. By kaczystów gonić dalej. 

Niestety, ale tego wszystkiego, co wyżej, to Szanowna Prawica nie kwapi się dostrzec, bo też gdyby miało być inaczej to musiała by się starać jakoś wewnętrznie zmodernizować. Lecz może właśnie dzięki temu wpadłaby jej jakaś władza do ręki, a z tym to… byłyby same utrapienia. Choć miło byłoby poczuć zawrót głowy od sukcesów. Nieprawdaż? I te wszystkie splendory i atrybuty władzy…. Nieważne. Na razie trwa panika na Prawicy, czy w popłochu „Integrujmy się!”.


Amerykańska pokazówka.

28 Maj 2011

Ufff…, The Show is Over. Poleciał. Napisy końcowe. Ekipa producencka skończyła właśnie kolejnego produkcyjniaka, na planie pozostali jeszcze statyści, technicy i reszta obsługi. Scenariusz? Nieważne. Fabuła? Nieważne. Scenografia? Nieważne. Ważny natomiast jest klimat. To precyzyjne rozplanowanie napięcia i rozluźnienia. Te emocje. 

Co wyszło z treści? Ano, niewiele. I tak, gdy będą chcieli położyć łapę na łupkach, to zrobią to bez żadnej celebry. Podobnie, jak będą chcieli pobudować sobie tutaj silosy, elektrownie atomowe itp. to żadna polska kompania reprezentacyjna nie będzie im do niczego potrzebna. Dywizja, pół skrzydła lotnictwa wojskowego? No problem. Wojska taktyczno-ofensywne? Również, no problem. Wizy? Pomyślimy. Aaaa, właśnie dowiedzieliśmy się, że pojawił nam się nowy ziomal. Znaczy się, treść lokująca się w średnich stanach dyplomatycznego wodolejstwa. Instruktażowe grymasy na twarzach aktorów pierwszo i ento- planowych, takie same gesty, wyćwiczona do bulu (nie poprawiać) nawijka…. Kilka wieńców tu i ówdzie, uścisków – rutyna. Nuuuda, ziew. 

Ważniejsza od treści jest forma i oprawa tych całych występów.  Otóż, zaoceaniczni zawodowcy pokazali „Polaczkom”, jak się organizuje taką imprezę. Aż nazbyt byli w tym ostentacji, by nie odebrać tego jako elementarzowej pokazówki. Bo o tym, że od pewnego już czasu ekipa tamtejszych fachur siedzi w Polsce i na miejscu przygotowuje niespełna dwudziesto cztero godzinną eskapadę, to było wiadome. I nie ma w tym żadnego zdziwka. Że ekipa pojeździła sobie tu i ówdzie, przyjrzała się temu i owemu, wpadła tu i tam, to chyba nawet dla ucznia szkoły podstawowej nie jest żadnym zaskoczeniem. Że kluczowe miejsca mają pod kontrolą, również że są zaplanowane trasy zapasowe, punkty ewakuacyjne, to chyba żadna rewelacja. Że kilka dni wcześniej wylądują samoloty transportowe z tonami sprzętu, to też żadna nowość, bo podczas wizyt poprzednich prezydentów było podobnie. Że przywiezione zostaną własne limuzyny, wojskowa karetka reanimacyjna (właściwie cały szpital), że do samolotu nikt poza własną ekipą to na odległość – nomen omen – strzału się nie zbliży, że samolot ma dość paliwa, że na wieży od kilku godzin waruje swój człowiek… Tych „że” jest tak irytująco dużo, że aż się nie sposób nie mieć wrażenia, że zostaliśmy arcyboleśnie przećwiczeni. I jeszcze te wygrodzenia, strefy bezpieczeństwa, śluzy, helikoptery, mundurowi i tajniacy i pełna profeska amerykańskich „facetów w czerni”. Oto pan i władca pokazał peryferiom jak się wozić orszakiem, a miejscowe służby nie mogły ani pisnąć. 

I w tym wszystkim jest jakaś gorycz, uczucie upokorzenia, gdy się porówna z tym, czego nie było w Smoleńsku. Bo o co tym razem chodziło? Ano, by z dwudziestoma kolegami zjeść wspólnie diner, pogadać i… to właściwie tyle. A tam? By w służbie swojego narodu, państwa, społeczeństwa i obywateli oddać głęboki hołd tysiącom poległych na Nieludzkiej Ziemi. Jakież to ponure, jak aura za oknem.